Zachwiał się na drżących łapach już w chwili, gdy Borówkowa Słodycz zaczęła stawiać ku niemu kroki. Wpatrywał się w nią w ciszy, gdy ta syczała bolesne wyrzuty. Na osty i ciernie, miała pełną rację. Mówiła dokładnie to, co gnębiło go w myślach codziennie od prawie dwóch księżyców. Był straszny. Był okropny. Był królem hipokrytów.
Nagle szarpnął głową w bok, zamykając oczy. W tej samej chwili westchnął głęboko. Nie wiedział, co powiedzieć. Nawet jeśli jeszcze wyglądał na opanowanego, od wewnątrz jego serce dygotało. Pierś próbowała zapaść się w sobie. Czuł, że zamiast odpowiedzieć, zwymiotuje.
— Ja... Nie wiem — odpowiedział cicho, właściwie mówiąc prawdę. Nie wiedział, dlaczego kontynuował relację ze Źródlaną Łuną, gdy miał pełną świadomość, że to nie mogło wyjść. Klan Gwiazd stawiał jasne zasady. Dlaczego przy tylu zawahaniach dalej w to brnął, przekonując się, że będzie dobrze? Dlaczego ignorował kodeks? Dlaczego nie widział tych czarnych chmur zagłady, które nacierały na nich od samego początku? Byli skazani na klęskę od pierwszego spojrzenia. A jednak tego nie zakończył. Łudził się, że będzie inaczej. Przez chwilę myślał nawet, że Gwiezdni ich popierają. Jak głupi musiał być. Zawsze tak kończył. Zawsze.
"Niefortunność to jedno, przypadki chodzą po kotach... U ciebie jednak zdaje się, że od urodzenia deptały ci po piętach, rzucając raz po raz kłody pod nogi, by w końcu uderzyć." — Słowa Pluskającego Potoku dźwięczały mu w uszach. Skrzywił pysk.
— Przepraszam — powiedział nagle po chwili ciszy, z powrotem spoglądając na Borówkę. — Wiem, jak bardzo cię zawiodłem. Cały klan zresztą, nie tylko ciebie. Nie mam jak się z tego wytłumaczyć. Ale chcę, byś wiedziała, że niczego w całym swoim życiu nie żałowałem bardziej. Nigdy nie chciałem skrzywdzić Klanu Nocy, przysięgam! To był egoizm. To był straszny błąd. Musisz mi uwierzyć, że jedynym, co czuję, jest wstyd. Żałuję. Tak bardzo.
Czuł, jak żebra wgniatają mu się w serce z każdym kolejnym słowem, w którym wyrzekał się Łuny. Jednocześnie wiedział, że było to poprawne, a z drugiej zastanawiał się, jak on tak mógł. Czy ich wyznania, ich spotkania, ich płomienne uczucie znaczyło tak niewiele, jeśli potrafił bez zająknięcia przyznać, że go żałował? A może nawet nie tylko przyznać? Może to zaczynało być szczere? Może naprawdę miłość zdołał przemienić już w skruchę?
Mógł dużo znieść, lecz porównanie do Pluskającego Potoku to było już za dużo. Otworzył pysk, jakby chciał coś dodać... I zrezygnował. Nie potrafił się z nią kłócić. Nie potrafił już stanąć przed żadnym współklanowcem i zrobić czegokolwiek, co pokazałoby jego wyższość, nawet jeśli chodziło o zwykły kontrargument w dyskusji. Czuł się teraz wszystkim podległy. Był zbitym psem z podkulonym ogonem bez prawa do odszczeknięcia. To była jego kara nałożona przez siebie samego. Jedynie wbitym w kotkę spojrzeniem próbował przekazać myśl – przynajmniej jego zdrada nie doprowadziła do śmierci ukochanej i ich dziecka.
<Borówkowa Słodyczy?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz