— Jak wam idzie? — Po lesie poniósł się głos Lamentującej Toni, która sama tkwiła w jakiejś dziurze i węszyła dookoła.
— Nic — stwierdziła po prostu Jaskółcze Ziele, podnosząc się z gleby i otrzepując futro. — Jeśli poszukiwania będą dalej trwać w takim tempie, to zwyczajnie nic nie znajdziemy.
Wszyscy tracili nadzieję. Poranny ziąb paraliżował im łapy, a wschodzące słońce paliło w oczy, gdy starali się pracować. Zero poszlak, odpowiedzi - jedyne, co im zostało, to się poddać.
— Lecz… Jeszcze nikt nie sprawdzał jej grobu, czyż nie? — Pośród ciszy dało się słyszeć głos Borsuczej Puszczy, która poczyniła kilka kroków bliżej Topielca.
— Powinniśmy się tam udać, tak sądzę — wtrąciła Zalotna Krasopani, płynnie włączając się do rozmowy. — Przezorność nikomu nie szkodzi. Prowadź.
°•☆》★-=✧°•÷.•`.⊹ೄྀ☀︎☁︎˚∘•꧂.•=-★《°•☆
— Jestem pewien, że coś tu widzę! — rzucił poirytowany, odwracając się do reszty patrolu i na próżno szukając w ich ponurych ślepiach aprobaty. Było już późne popołudnie, a od wschodu słońca bez przerwy tkwili przy grobie i szukali jakichkolwiek śladów czy wskazówek. Drzewa niechętnie poddawały się podmuchom wiatru, trzeszcząc niczym stare deski uginające się pod czyjąś nogą, a słońce ledwie przenikało poprzez warstwę liści, barwiąc na złoto tu i ówdzie różne rośliny, które weszły mu w drogę. Na Drodze Grzmotu huczały Potwory, które złowrogo błyskały ślepiami i warczały na patrol.
Borsucza Puszcza uniosła pysk znad ziemi, marszcząc nos i rzucając mu dość powątpiewające spojrzenie. Tak jak reszcie patrolu poszukiwania nie szły jej zbyt dobrze, jednak teraz zdawała się powoli odzyskiwać nadzieję.
— Wydaje mi się, że to mogą być odciski łap jakiegokolwiek kota, Topielcowy Lamencie. Za to ta woń… — Uchyliła pysk i mlasnęła językiem, smakując powietrza. — Nie jestem pewna, czy coś oznacza, lecz mam wrażenie, że jest bardziej wiarygodna od śladów, które odnalazłeś. Zdaje mi się, że powinniśmy ruszyć w prawo.
— Jak my wszyscy pewnie zdajesz sobie sprawę, że tak może pachnieć cokolwiek. Nie musi nic konkretnie nam mówić, a szczególnie o sprawie, którą próbujemy rozwikłać.
Kotka nie wyglądała na przekonaną, lecz nie miał czemu się dziwić - przecież nikt nie chciał, by podważano jego zdanie. Szczególnie też patrząc na fakt, że oboje nie byli pewni swoich znalezisk i tylko od nich zależało, który kierunek obiorą.
— Przecież zawsze możemy zagłosować — wtrąciła Zalotna Krasopani, podchodząc do nich lekkim krokiem. Dotąd sama nie obrała żadnej ze stron w dyskusji. — Większość zadecyduje, gdzie wybierzemy się najpierw.
Lamentująca Ton niepewnie pokiwała głową, chwilę później dołączyła do niej Jaskółcze Ziele i reszta patrolu. Ta bezstronnicza opcja wszystkim odpowiadała, choć nie było ich wiele. Wpierw wykroczyła czarno-biała, twierdząc:
— Moja matka ma rację. Jej trop jest pewniejszy, więc obieram jej stronę.
Bura przyjęła to z lekkim uśmiechem, lecz nie rzuciła żadnego kąśliwego komentarza. Następnie dwie młode wojowniczki przedstawiły swoje zdanie, które naprostowało, że one pokładają wiarę w tym, co odnalazł dymny.
°•☆》★-=✧°•÷.•`.⊹ೄྀ☀︎☁︎˚∘•꧂.•=-★《°•☆
TW: opis zwłok, wnętrzności
Koty szły już czas jakiś, prowadzone przez dymnego kocura, któremu wcześniej udało się dostrzec rozmazane na ziemi ślady łap, zdające się - jak się okazało - kierować wzdłuż Drogi Grzmotu. Słońce powoli przesuwało się po nieboskłonie, a wojownicy powoli tracili nadzieję na słuszność decyzji Topielcowego Lamentu. Wyszli poza swe granice, kierowani jedynie przeczuciem, iż uda im się dojść do sedna sprawy. I gdy już mieli, z zawodem wielkim, odwrócić się w drogę powrotną, w ich delikatne, drażliwe nozdrza, uderzył smród jaki rzadko można wyczuć. Nie był to zapach rozkładającego się zająca, lisiego łajna, ani niczego innego co było im dotąd znane. I choć ledwo powstrzymywali podchodzącą pod gardło kolację, czuli, że zbliżają się do upragnionego celu.
I nie mylili się, choć tak bardzo by tego chcieli. Choć po otaczającym ich odorze mogli się spodziewać tego, co mogą zastać, tak z ich pysków nadal uciekło niejedno zszokowane tym makabrycznym obrazem sapnięcie. Dawna starsza zwisała bezwładnie z drzewa, pozbawiona godności, dotknięta czasem, słońcem i robactwem, ociekająca wydzielinami, lepka, obca. W miejscu, gdzie niegdyś umiejscowiony był zgrabny, szylkretowy łeb, teraz wystawały jedynie pokrwawione patyczki, wbite w rozmiękłą gardziel, która sama już się rozłaziła. Jej jelita ciągnęły się po ziemi, przeżarte przez padlinożerców, porwane w strzępy, rozniesione wokół drzewa. Kotce, a raczej jej zmasakrowanej skorupie, brakowało także jednej z tylnych łap, choć to wyglądało na działanie dość świeże. Z barku nadal ciągnęły się lepiące, o konsystencji zgniłego jabłka, ścięgna i mięśnie, koloru długo leżącej w wilgoci słomy.
Wziął głęboki oddech, omal nie dławiąc się śliną. Kto… Kto to zrobił? Dlaczego?
— O w mordę — wymsknęło mu się, gdy oglądał flaki zwisające z drzewa, wyłożone na słońce i gnijące niczym bezużyteczne odpadki. Zmusił się, by nie odwrócić wzroku i natychmiastowo spiął mięśnie, gotowy na jakiś niespodziewany atak. — To nie jest Płonąca Dusza, prawda…?
Lamentująca Toń krzywiła się, ze świstem wciągając powietrze do płuc. Przez moment nie wydawała nawet najmniejszego dźwięku; dopiero po kilku uderzeniach serca jakby oprzytomniała. Przetarła oczy, robiąc krok w przód.
— No… Zapowiada się… Ciekawie – wykrztusiła, mrużąc oczy.
Zalotna Krasopani stanęła jak wryta, przyglądając się widokowi, który zapewne na długo miał pozostać w ich głowach. Cała się spięła, zacisnęła zęby i twardo na niego spojrzała.
— Obawiam się, że to jednak jest Płonąca Dusza — mruknęła, robiąc kilka kroków w stronę zwisającego trupa. — Musimy... cóż, zdjąć ją stamtąd i pochować. Znowu. Nikt nie zasługuje na bycie w takim stanie — stwierdziła. Na pewno się przy tym ubrudzą, co wydawało się co najmniej ohydne.
Za to “najlepszym” wyczuciem czasu wykazała się jego rodzona córka.
— Ja tego nie dotknę — wtrąciła Lament, odwracając się nieznacznie. — Jak dla mnie to tak może nawet zostać.
Rzucił jej spojrzenie spode łba, bez chęci komentowania tej uwagi. Rzeczywiście, ciało było w masakrycznym stanie, ale ktoś musiał je wziąć. Skinął głową Zalotnej Krasopani, bezgłośnie przyznając jej rację.
— Nie wiemy, kto ją odkopał. Musimy być czujni, lecz jak stwierdziłaś - nie wolno nam jej tu pozostawiać na pastwę dzikich zwierząt. Może i nawet lepiej tym razem zasypać grób kamieniami, by powtórne jej odkopanie nie było już tak proste. Nie podoba mi się ta sytuacja. W ogóle.
Musieli załatwić to szybko i bez większego babrania się w tym, aby następnie wrócić do obozu i powiadomić Sosnową Gwiazdę o tym, co napotkali na swojej drodze.
— Nie wiem, czy nam się to opłaca. Jest chyba w zbyt tragicznym stanie, aby ktoś chciał ją na nowo odkopywać. Jak mniemam ta tajemnicza poczwara wzięła już od niej wszystko, co chciała — stwierdziła.
— Byłam też na patrolu, który znalazł ciało Gronostajowego Tańca. W jego pysku, pod jego pazurami, znajdowało się jej futro. Ktoś po prostu bardzo chce nam w głowach namieszać — burknęła. Po tych słowach wspięła się na drzewo i ściągnęła szylkretkę z gałęzi. Dawna członkini Klanu Wilka spadła z impetem na glebę, rozpłaszczając się na niej jak martwy ptak.
— To... teraz zostało nam tylko wykopać dziurę, w której ją pochowamy — mruknęła, zeskakując na ziemię. Rozejrzała się po reszcie patrolu, jak gdyby wyczekując od nich jakichś słów.
Jaskółcze Ziele na widok zwłok zrobiła kilka kroków w tył, chowając się za swoją matką. Futro na jej karku się najeżyło. Oglądała z boku poczynania reszty kotów z patrolu, a gdy w końcu Płonąca Dusza upadła na ziemię, Jaskółka w kilku susach znalazła się przy niej.
— Jak tylko znajdę tego, kto to zrobił, to nie będę miała litości! — burknęła pod nosem. Następnie odsunęła się od truchła i odwróciła od niego wzrok, tym razem spoglądając na pobratymców.
— Tutaj ją zakopiemy, prawda? Ona chyba nie przetrwałaby podróży do miejsca, w którym powinna się znajdować... — westchnęła.
— Tak myślę — rzucił z westchnieniem. — Niestety czuję, że to będzie nie pierwszy i nie ostatni pogrzeb w ciągu najbliższych księżycy…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz