Pora Nowych Liści powoli ustępowała miejsca kolejnemu cyklowi, a to oznaczało tylko jedno – nad klany nadciągała fala upałów. Powietrze z każdym dniem stawało się coraz cięższe, a słońce dłużej i bardziej bezlitośnie grzało futra kotów. Jednak Motylkowa Łapa nie przejmowała się tym nawet troszeczkę! Uwielbiała każdy nowy dzień i nie mogła się doczekać, aż znów będzie mogła pomóc innym. Zaraz po przebudzeniu wyskoczyła z legowiska medyków i od razu skierowała się w stronę żłobka, by sprawdzić, jak mają się najmłodsze kocięta. Następnie zajrzała do legowiska uczniów, gdzie natknęła się na Dryfującą Łapę. Zawsze chętnie zamieniała z nią kilka słów – rozmowy z nią były lekkie i przyjemne, pozwalały na chwilę zapomnieć o troskach. A tych, niestety, miała ostatnio trochę więcej niż by chciała. Nie odwiedzała kotów jedynie po to, by dbać o ich zdrowie. Czasem robiła to również dlatego, żeby wymknąć się spod czujnych spojrzeń Skowroniego Odłamka i Pajęczej Lili. Gdy nie musiała ich oglądać ani słuchać ich komentarzy, z dumą mówiła o sobie jako o uczennicy medyka. Jednak gdy tylko znajdowali się w pobliżu, czuła się niczym kleszcz w ogonie – niechciana, zbędna, zawadzająca. Kiedyś myślała, że te uczucia miną, że przywyknie… Ale nadal, każdej nocy, zasypiając, zastanawiała się, czy nie lepiej byłoby, gdyby nigdy nie zmieniła swojej rangi i została wojowniczką. Teraz jednak nie było czasu na takie myśli! Właśnie miała wrócić do swojego legowiska, gdy kątem oka dostrzegła, jak do obozu, wspierając się na ramieniu innego kota, wchodzi Szafirkowy Wiatr. Kotka unosiła wysoko łapę, w której tkwił kolec. Motylkowa Łapa od razu do niej podbiegła.
— Och, Motylkowa Łapo, dobrze, że jesteś! – westchnęła wojowniczka, a w jej głosie zabrzmiała ulga. — Pomożesz mi z tym, prawda?
Każdy w Klanie Burzy wiedział, jak traktował ją Skowroni Odłamek. I każdemu, delikatnie mówiąc, nie podobało się to. Starsi wojownicy często chwalili młodszą kotkę, jakby chcieli dodać jej otuchy, by nie przejmowała się jego spojrzeniami.
— Jasne, że tak! – zawołała Motylkowa Łapa, machając radośnie ogonem.
Z gracją podbiegła do Skruszonego Drzewa, wskazując Szafirkowemu Wiatrowi miejsce do siedzenia. Sama zaś zniknęła na chwilę w magazynie z ziołami. Szybko wróciła, niosąc w łapach pajęczynę, mech i skrzyp.
— Dobrze, wyjmę kolca, a jeśli pojawi się krew, przetrę ranę mchem — wyjaśniła, układając wszystko obok. — Potem nałożę skrzyp i zabezpieczę to pajęczyną.
Szafirkowy Wiatr skinęła głową, pozwalając jej działać. Motylkowa Łapa chwyciła kolec zębami i delikatnie go wyciągnęła. Na szczęście krwi nie było zbyt wiele. Mimo to przetarła ranę, przeżuła skrzyp i uważnie nałożyła powstałą papkę na łapę wojowniczki. Na koniec owinęła wszystko pajęczyną, upewniając się, że opatrunek dobrze przylega.
— Dziękuję ci bardzo! — zamruczała z wdzięcznością Szafirkowy Wiatr i otarła się o policzek młodszej kotki.
— Taka moja praca! — zaśmiała się Motylkowa Łapa. — Zostań tu do wieczora. Wdzięczna Firletka zerknie na twoją ranę i powie, czy wszystko dobrze się goi.
Szafirkowy Wiatr przytaknęła, a Motylkowa Łapa szybko zabrała się do sprzątania. Nie mogła zostawić bałaganu w legowisku! Starannie układała zioła na miejscu, gdy nagle do wieży wszedł kolejny kot. Krucza Łapa. Młody uczeń przymrużał oczy, jakby z trudem znosił ból. Usiadł na piaszczystej ziemi, przez chwilę w milczeniu rozglądając się po legowisku. Gdy jego spojrzenie padło na Szafirkowy Wiatr, skinął jej głową z szacunkiem.
— Czy jest ktoś z medyków? — zapytał cicho.
Motylkowa Łapa podniosła łeb znad ziół.
— Ja jestem! — miauknęła z entuzjazmem, podbiegając do niego. — Co się dzieje?
— Głowa mnie strasznie boli od rana — mruknął, schylając pysk do ziemi.
Ból głowy może wydawać się błahą sprawą, ale Motylkowa Łapa dobrze wiedziała, jak potrafi utrudniać funkcjonowanie. A wśród kotów zdarzał się częściej, niż mogłoby się wydawać.
— Jasne, już coś na to znajdę! — zamruczała i szybko zanurkowała w magazynie. Po chwili wyciągnęła kilka liści malin i rzuciła je przed uczniem.
— Zjedz to, napij się wody i prześpij się. Powinno pomóc. Jeśli nie, wróć po kolejną dawkę — poleciła, dotykając nosem jego boku, chcąc dodać mu otuchy.
Krucza Łapa odwzajemnił gest. Posłusznie zjadł liście, po czym podniósł się i wyszedł, machając ogonem na boki. Motylkowa Łapa przez chwilę patrzyła za nim, a potem znów wróciła do swoich obowiązków. Bycie uczennicą medyka nie było łatwe. Ale były chwile, takie jak ta, gdy czuła, że naprawdę robi coś dobrego. I właśnie dla nich warto było się starać.
Wyleczeni: Szafirkowy Wiatr, Krucza Łapa
[689 słów]
[przyznano 14%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz