Słowa Czereśni naprawdę mu pomagały. Oderwał wzrok od ziemi i spojrzał w górę, prosto w pysk przyjaciółki i uśmiechnął się. Może nie szeroko, może nie radośnie, lecz z pewnością szczerze. I nieco krzywo.
— ... Dzięki — wymamrotał po chwili ciszy, prostując się. — Nie, ale serio, dziękuję. Trochę mi teraz lepiej.
Szałwiowa Łapa otarł się głową o jej szyję. Zamruczał po tym głośno, wręcz odrobinę za głośno.
— To drobiazg — zapewniła go Czereśniowy Pocałunek, mrużąc oczy. Odsunął się od niej.
— Nadal mogę ci za niego podziękować!
Wojowniczka zaśmiała się delikatnie, po czym zwróciła swoje spojrzenie ku leżącej na ziemi obok nich rybie. Swoimi martwymi oczami przyglądała się kotom z pewnym zaciekawieniem, jakby czekała, aż w końcu łaskawie ktoś ją skonsumuje.
— Ta płoć naprawdę wygląda smacznie. Chyba nie zjesz jej samemu, prawda? — zapytała po paru uderzeniach serca. Szałwik spojrzał na nienaruszony posiłek. Właściwie, towarzystwo przy jedzeniu na pewno dobrze by mu zrobiło.
— Jeśli tylko chcesz...
***
Z księżyca na księżyc... Tfu, co on mówił! Ze świtu na świt miał wrażenie, że wariuje coraz bardziej. Biegał jak lisica w środku rui, niezdolny do skupienia się na żadnym zadaniu. Szczególnie, gdy w pobliżu pojawiała się Czereśniowy Pocałunek, umysł młodziaka całkowicie odmawiał posłuszeństwa – myśli odbiegały na wszystkie strony, nieustannie od wszystkich emocji kręciło mu się w głowie, a on sam pogrążał się w niestworzonych scenariuszach. Codziennie przed snem oglądał na tyle swoich powiek niesamowite spektakle. Tam ratował wojowniczkę od borsuków, innym razem ona ratowała go od lisów, taplali razem się w kałużach, oglądali w koronach drzew zachód słońca...
Nie mógł już dłużej tego ukryć. Był strasznie zakochany!
Choć ostatnimi czasy naprawdę nic nie było takie samo jak wcześniej i to w najgorszym znaczeniu tych słów, Czereśnia była dla niego tym przyjemnym elementem, który pozostawał bez zmian. Szałwiowa Łapa miał wrażenie, że wciąż czasem w jej oczach widział ten sam blask, co wtedy, gdy jako mały kociak zapraszał ją do wspólnych zabaw i harców. Nadal była tą samą młodziutką, głodną wiedzy uczennicą. Ona nie odchodziła jak inni. Nie zmieniała się, a jedynie dojrzewała równo z nim.
Po śmierci członków rodziny, atakach samotników, zmianie mentora i wszystkich nieprzewidzianych zdarzeniach, które los rzucił mu pod nogi, doceniał ją jeszcze bardziej. I to może dlatego w końcu Szałwik zebrał się w sobie. Zacisnął zęby, otworzył szeroko oczy i stwierdził, że to był ten czas. Musiał w końcu wyznać jej swoje uczucia.
Podszedł do niej, gdy siedziała w obozie samotnie przed wyruszeniem wszystkich patroli. Wydukał coś o tym, by spotkała się z nim w wyznaczonym miejscu, gdy będzie nadchodził zmierzch, bo musi z nią o czymś porozmawiać, po czym bardzo nienaturalnym i widocznie poddenerwowanym krokiem nagle się oddalił i zniknął gdzieś w trzcinach. Nie miał tego dnia czasu na pogaduszki! Musiał być gotowy do działania!
***
Wcześniej długo nie mógł się zdecydować na miejsce spotkania. Żadne nie wydawało mu się wystarczające. No bo przecież nie mógł zaprosić jej byle gdzie! Musiał pokazać, że wybrał je z dużym pomyślunkiem, że naprawdę mu na niej zależało! Dlatego w końcu spoczął na rzecznym brzegu, skrytym wśród gęstych drzew. Może nie było ono tak wyjątkowe jak Stara Łupina, czy tak piękne i barwne jak Kolorowa Łąka, lecz... Coś go tu przyciągało. Spoglądając na drugą stronę nadal miał wrażenie, jakby w zaroślach widział cień tamtej jeleniej pary...
Kocur oprzytomniał. Nie mógł teraz się zamyślać! Czereśniowy Pocałunek mogła być już w drodze, a on nadal nie przygotował sobie, co miał jej powiedzieć! Na samą myśl zadrżały mu łapki – po części ze strachu przed palnięciem okropnej głupoty, a po części z podekscytowania, które buzowało w jego ciele, nie pozwalając mu ustać w jednym miejscu. Tak więc Szałwiowa Łapa, z perspektywy obserwujących go z gałęzi kosów i popielic, przypominał świra: chodził w kółko, mruczał coś niezrozumiałego pod nosem, a co parę chwil gorliwie kręcił głową lub nawet się w nią uderzał, jakby intensywnie próbował wpaść na dobry pomysł. Był wyczulony na każdy najdrobniejszy szelest i szum; mógłby przysiąc, że co parę chwil słyszał pełne gracji kroki wojowniczki. Za każdym razem okazywało się jednak, że był to jedynie wiatr, spadający liść lub niewielki, nieostrożny ptaszek, który natychmiast po zauważeniu drapieżnika odlatywał z powrotem ku wysokim gałęziom.
Teraz jednak... Tak, to była ona! Poczuł unoszący się w powietrzu zapach kotki, a w oddali mignęło mu jej ciemne futro. Pierś Szałwiowej Łapy nagle ociężała, jakby jego serce nagle zemdlało i położyło się na cienkich żebrach, a w uszach mógł usłyszeć swój przyspieszony puls. Zaczął panicznie oglądać się wokół, upewniając się, że okolica wygląda dobrze, po czym przylizał odstającą kępkę futra na barku. Po tym odwrócił się i spojrzał na ukryty za trawą kwiecisty pęk, który przygotowywał po swoim treningu. Pamiętał, jak Czereśnia mówiła, że jej ulubionym kolorem był niebieski – dla pewności więc zbierał każdy kwiat w tym kolorze, jaki tylko napotkał na swojej drodze. W końcu musiał trafić na jej ulubiony odcień, prawda? W ten sposób na kupce znalazły się zarówno prawie białe przetaczniki, blade niezapominajki, jak i polne chabry oraz intensywne dąbrówki, a nawet wpadające w fiolet barwinki i orliki.
— Szałwiowa Łapo...? — Usłyszał dochodzący z daleka głos należący do kotki. Wyprostował się, czując, jak z zawrotną prędkością kości w łapach zamieniają się mu w półpłynną miazgę. Uczeń zdołał się jednak powstrzymać przed upadkiem.
— Cześć! Tutaj jestem — miauknął głośno w jej stronę, by dać jej znać, gdzie powinna pójść.
Kiedy Czereśniowy Pocałunek wyłoniła się zza chudej brzozy, kocur uśmiechnął się. Nie tylko dlatego, że cieszył się z jej obecności, ale też zwyczajnie... Po prostu pięknie wyglądała. Lecąca znad morza bryza delikatnie rozwiewała jej długą sierść, co wojowniczce widocznie się nie podobało, ale on nie umiał oderwać wzroku. Uważał, że naprawdę uroczo wyglądała, gdy w jej futrze była odrobina nieładu.
Czy to było dziwne???
— O! Hej — przywitała się z nim, siadając na podmokłej ziemi. — To z jakimi rybami tym razem masz problem? — zapytała żartobliwie, mrużąc delikatnie oczy.
Szałwiowa Łapa wziął głęboki wdech. To był ten moment.
— Właściwie to z żadnymi. Znaczy! Z paroma, ale nie o tym mowa. Chciałem ci coś powiedzieć — przyznał, wyczuwalnie poddenerwowany. Czereśnia wyglądała na nieco zdziwioną, lecz po chwili wzruszyła ramionami, uśmiechając się delikatnie.
— Możesz mi powiedzieć wszystko, wiesz, że ja zawsze cię wysłucham — zapewniła go, co dodało mu otuchy. Przełknął nerwowo ślinę.
— No bo... my się przyjaźnimy ze sobą bardzo długo. I ja się bardzo z tego powodu cieszę, bo jesteś bardzo dobrą przyjaciółką. Moją najlepszą nawet! Pomagasz mi z każdą rzeczą, z którą mam problem, jesteś tu dla mnie, gdy cię potrzebuję, uwielbiam z tobą rozmawiać nawet o najgłupszych pierdółkach, nigdy się nie nudzę, gdy spędzamy ze sobą czas... Bo jesteś naprawdę dobrą osobą!
Czuł jak powoli, z każdym następnym słowem, zaczyna plątać mu się język. Jąkał się i przestępował nerwowo z łapy na łapę. Czereśnia jednak wcale na to nie reagowała; kiwała jedynie co jakiś czas głową, wpatrując się w jego z zaciekawieniem i słuchając tego, co miał do powiedzenia.
— Jakoś tak od dłuższego czasu... No nie wiem. Dużo o tobie myślę — przyznał, uciekając wzrokiem od świdrujących go oczu kotki. Pod cienką warstwą futra na pysku płonął żywy ogień – a przynajmniej Szałwiowa Łapa mógłby przysiąc, że tak było. — Myślę, że jesteś niesamowicie zdolna, mądra, pracowita, uczynna... Do tego bardzo ładna. Oraz zawsze pięknie pachniesz! No i bardzo często rozmawiamy, razem wychodzimy, trenujemy... Dlatego sobie pomyślałem, że może... — Jednocześnie z mówieniem uczeń odwrócił się, by złapać za wcześniej zebrany bukiecik. Upuścił go niezdarnie przed łapami szylkretki. — Może łączy nas coś więcej? Może nie powinniśmy być już po prostu przyjaciółmi? Może... Kurczę. Po prostu bardzo mi się podobasz, Czereśnio!
<Kochanie?>
[1237 słów]
[przyznano 25%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz