Cztery księżyce wcześniej
Przednia lewa, tylna prawa. Krok prawą, podskok i znów z przodu. Przednia lewa, tylna prawa… gleba.
Zirytowany parsknął, ze złością smagając powietrze ogonem i spróbował wstać. Ponownie. No cóż, przyzwyczajenie się do utraty kończyny nie było takie proste…
Mimo że od walki minęły już dwa księżyce, nie mógł nadal zapomnieć tamtego dnia i był pewien, że utkwił mu on w pamięci na zawsze. Bo w zasadzie… Był to moment, w którym przecież jego życie znacznie się poplątało i już nic nie było tak proste, jak wcześniej. Nawet zwykłe czynności takie jak chodzenie czy choćby przykucnięcie sprawiały mu wiele trudności, a mimo jego starań wszystko się waliło. Z czasem może i było lepiej… jednak światełko w tunelu nie ujawnia się tak łatwo. Z dnia na dzień coraz bardziej zaczęła doskwierać mu samotność. Tkwił w legowisku przez praktycznie cały czas sam, z zerowym źródłem rozrywki czy bez choćby zajęcia. Na razie próbował pojąć sztukę chodzenia o trzech łapach, jednak za każdym razem kończył cały poobijany…
— Wychodzimy. — Po legowisku medyka poniósł się głos Różanej Woni, która chwilę później gładko wysunęła się z cienia. Wyglądała dziś wyjątkowo ładnie, futro jej lśniło, a pysk zdobił niewielki, lecz szczery uśmiech. — Dziś musisz poradzić sobie sam z ćwiczeniami.
Skinął głową, niepewnie unosząc kącik warg i niezręcznie się podniósł, otrzepując się z mchu. On nie mógł pochwalić się nieskazitelnym wyglądem, ponieważ od licznych upadków jego sierść popadła w nieład, a kurz znalazł pomiędzy jej kępkami dogodne miejsce na spoczynek. Jednak nie była to na tyle istotna sprawa, by teraz zaprzątała jego myśli.
— Poradzę sobie — zapewnił, czyniąc niewielki krok w stronę czarno-białej. Nie chciał okazać pewności siebie, tylko raczej nadzieję, że wkrótce nie będzie musiał być zależnym od innych… Że stanie się nareszcie samodzielny. Takie niedługie momenty spędzone sam na sam sprawiały, że czuł się lepiej.
Księżniczka skinęła głową, dając Zimorodkowemu Życzeniu znak, że na nie już pora. W momencie, w którym w końcu ogon Róży zniknął z jego pola widzenia, odetchnął szczerze i głęboko. Cieszył się ze zniknięcia czujnego wzroku starszej. Zostało mu niby jeszcze kilka ćwiczeń do wykonania… Jednak po cóż się martwić? W niedalekiej przyszłości z pewnością je także ukończy i będzie miał święty spokój. Kilka prostych skłonów i rzutów, ot co. Nic wielkiego.
Lekko napuszył futro i ruszył w stronę prawej części legowiska. W tamtym miejscu ziemia była bardziej wyrównana i dogodna do rozciągania, mimo że potrzebował trochę czasu, by się tam dostać. No cóż, nawet w takich momentach czuł dumę - choć, przyznajmy sobie, pokonanie dwóch długości lisa to nie wyczyn. Zmęczony opadł na ziemię i spróbował opanowanie swój ciężki oddech, na kilka uderzeń serca przymykając oczy. Jeszcze dwa księżyce temu wszystko było tak proste… Lecz było tu i teraz, gdybanie w przeszłości niczego by nie ułatwiło.
°•☆》★-=✧°•÷.•'.⊹ೄྀ☀︎☁︎˚∘•꧂.•=-★《°•☆
Teraźniejszość
Kotka machnęła lekko ogonem, wzdychając cicho. Przykro było patrzeć, jak wiele konsekwencji niosła za sobą ranga przywódcy – niegdyś radosna Pianka stała się bardzo przygaszona, a sama wyglądała, jakby przybyło jej wiele księżyców. To już… Nie była ona. Tylko raczej jej pusty wrak.
— Już o tym rozmawialiśmy… Nie pozwolę ci wyjść, a z pewnością nie teraz. Dobrze wiesz, że jesteśmy zagrożeni — odparła zmęczonym głosem i odkaszlnęła, maskując ziewnięcie. — To grozi zbyt wieloma rzeczami. Musiałbyś znaleźć kogokolwiek, by udał się wraz z tobą.
— Ale…
Zanim zdążył cokolwiek dopowiedzieć, do rozmowy dołączył nowy, znajomy głos.
— To nie będzie potrzebne — rzuciła Czyhająca Murena, a książę odwrócił się, by złapać z nią kontakt wzrokowy. Zjawiła się w idealnym wręcz momencie, nie okazując ani trochę zawahania. — Ja, Siwa Czapla, Pluskający Potok i Kunia Łapa udajemy się na patrol. Z chęcią zabierzemy Łuskę ze sobą. Nie wybieramy się daleko, złowimy kilka ryb i od razu wracamy do obozu.
Liliowa rzuciła w jego stronę powątpiewające spojrzenie, idąc małym krokiem w przód.
— Masz pewność, że jesteś już gotowy? Pierwszy raz wyjdziesz poza obóz. Musisz wziąć pod uwagę, że możesz sobie radzić… Powiedzmy, gorzej.
— Jak najbardziej — zapewnił książę, schylając nieśmiało głowę. — Już dość długo jestem ciężarem. Chcę spróbować zrobić coś pożytecznego, na czym mógłby zyskać klan. Ponieważ faktem jest, że nie tylko ja kroczę po tym świecie i nie tylko moje zachcianki będą spełniane.
— No cóż — wyraźnie przeciągnęła wypowiedź. — Nie pozostaje mi nic, tylko się zgodzić…
°•☆》★-=✧°•÷.•'.⊹ೄྀ☀︎☁︎˚∘•꧂.•=-★《°•☆
Spojrzał za siebie i zdał sobie sprawę, że reszta patrolu powoli ich doganiała. Już chwilę temu mieli rozejść się w różne strony, jednak Czyhająca Murena nadal się ociągała, przez co mieli minimalne opóźnienie. Z każdym uderzeniem serca sylwetki zbliżały się coraz bardziej, więc lekko popchnął siostrę.
— Pójdź gdzieś tam, no nie wiem, gdziekolwiek! Już dawno mieliśmy się wziąć za polowanie, a reszta zaraz tu będzie.
Czarno-biała uśmiechnęła się pobłażliwie, widząc wyraz pyska Sterletowej Łuski, powoli zaczynając iść wprzód.
— Czas nie zając, nie ucieknie! No chodźże, choćby na małą kąpiel! — poprosiła, wyciągając do niego łapę. — Jeszcze możemy się trochę zabawić!
Z lekkim wahaniem w końcu zrobił mały krok bliżej wody, zanurzając łapy w mokrym piasku i przymykając oczy, czując, jak woda delikatnie opływa mu łapy, niczym muśnięcia jedwabiu. Uśmiechnął się delikatnie i dał się ponieść tej idyllicznej chwili, aż nagle… Plusk! Nagły dźwięk otrząsnął go z tego transu, jednak nie na tyle, by do końca go wybudzić, przez co nie zauważył momentu, w którym siostra popchnęła go do toni. Z całej siły wybił się od dna, aż jego łeb, z którego obficie lały się strugi wody, nie wyłonił się ponad błękitną taflę. Zaśmiał się głęboko i pomyślał, że mimo tego wszystkiego, co się stało, nadal miał rodzinę. Wsparcie. A przede wszystkim właśnie ją.
°•☆》★-=✧°•÷.•'.⊹ೄྀ☀︎☁︎˚∘•꧂.•=-★《°•☆
Słońce zdążyło już się dość wysoko wznieść, ponieważ było już późne popołudnie. Dotąd Łuska ani razu nie zrobił sobie przerwy - od dawna nie czuł się tak rozeźlony i szczęśliwy, nareszcie czuł, że żyje! Polowanie zawsze dawało mu wiele radości i pogody ducha, lecz dziś było to dla niego szczególnie ważne. Pierwszy raz od utraty łapy zrobił coś całkiem sam, bez pomocy czy zbędnego wsparcia!
W pewnym momencie otrząsnął się jednak i zdezorientowany zdał sobie sprawę, że czegoś mu brakuje. Nie była to pustka duszy czy zgnębienie ducha, a raczej rzecz materialna, która zawsze mu towarzyszyła. Coś się zmieniło, coś zniknęło… Zdezorientowany zaczął obmacywać się łapą z każdej strony, okręcając się wokół własnej osi, poszukując nienazwanego ubytku. Miał trzy kończyny, dwie pary oczu i uszu, wszystkie wąsy. Zatem czego było brak?
Nie był pewien, dopóki nie przypomniał sobie o pewnym (umiarkowanie istotnym) fakcie… a cóż się stało z wieńcem, który pozostawił nad brzegiem? Nie szło go dojrzeć w okolicy, lecz przecież pozostawił go niedaleko! Musiał go zdjąć do kąpieli, a ten… jakby ulotnił się w powietrzu. Był on dla niego ważny (mimo że miał już kilka "odsłon"), ponieważ krył za sobą wiele wspomnień i chwil spędzonych w miłym, rodzinnym gronie. Przecież nie mógł odpłynąć! Lecz… może to siostra go zabrała, by się nie zamoczył - leżał dość blisko wody, więc było możliwe, że zabrała go po drodze. Wiedziony tą myślą powstał zdeterminowany, by odnaleźć zgubę.
Księżniczka polowała dość niedaleko - nie lubiła od niego odchodzić, odkąd sięgał pamięcią. Zdawało mu się, że pragnęła uczucia bliskości tak, jak on… W oddali widział nawet jej niewyraźną sylwetkę, która garbiła się nad spienionym nurtem. Wydawała się dość zamyślona, ze wzrokiem utkwionym w taflę. Postawił jeden krok, drugi, aż w końcu pewien siebie ruszył naprzód. Odcinek nie był szczególnie długi, lecz czekała na niego niespodzianka - drogę przecinało pasmo wody, przez które był zmuszony przepłynąć. Jeszcze ani razu od czasu wypadku nie próbował przypomnieć sobie jakichkolwiek podstaw… Jedyne, co mógł zrobić, to odepchnąć się od dna i mieć nadzieję, że dalej woda poniesie go na drugi brzeg.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz