Leczenie, kiedy nie możesz już polegać na swoim niezawodnym wzroku, jest ciężkie. A na pewno jest takie na samym początku, kiedy to wszystkie liście wydają się mieć taki sam kształt, taką samą teksturę, a po nacinaniu pazurem, aby móc ich posmakować, z każdego wypływają małe kropelki takiego samego, gorzkocierpkiego soku. Skupianie się na smaku i dotykaniu medykamentów wrażliwym nosem nie przyniosło większych skutków, zwłaszcza po tym jak Ćmi Księżyc poparzyła sobie cały, delikatny narząd liśćmi pokrzywy. Pozostał jej więc węch. Na samym początku było bardzo ciężko, gdyż przez utratę wzroku, jej powonienie znacznie się wyostrzyło, a aromat roślin w składziku zaczął inaczej na nią działać. Była jednocześnie oszołomiona jego intensywnością, ale i oczarowana przeróżnymi zapachami, których wcześniej, jak jej się wydawało, nie potrafiła do końca określić i wyodrębnić. Zdecydowanie pomogło jej wynoszenie kilku pęków na zewnątrz, gdzie mogła z łatwością je rozpoznać, a potem użyć w razie potrzeby.
Siedziała właśnie przed lecznicą. Pod łapami miała kolejno krwiściąg, macierzankę i łopian, które bez pośpiechu badała pod każdym względem. Nadgryzała ich liście, aby zapoznać się ze smakiem; przenosiła skubnięty kawałek po całym pysku, co musiało wyglądać bardzo komicznie; na szczęście ona nie widziała, żeby ktoś na nią spoglądał. Na koniec wypluwała resztkę pod kamień. Potem zaciągała się, trzymając mordkę blisko miejsca, gdzie uszkodziła liście; brała głęboki wdech, aby aromat rozlał się po jej ciele i dotarł aż do głowy. Chciała dobrze go zapamiętać, aby umieć dokładnie rozpoznać go w wypełnionym składziku. Na koniec przeciągała delikatnie łapę po całej długości, aby sprawdzić, czy żadna część nie jest kłująca; potem powtarza to bardziej czułym nosem. Robiła to od kilku dni, przynosząc po kolei wszystkie zioła, które miały akurat w swoich zapasach. Gdyby nie głośne chrząknięcie, nie zdałaby sobie sprawy, że stoi przed nią Promieniste Słońce. Podniosła łeb.
"Faktycznie... Widzę jego skrzące wnętrze..." — pomyślała.
— Ee... Jak już skończysz pluć ziołami i zaglucać je swoim nosem, to... Mogłabyś... Chociaż, na psotne myszy... Może powinienem pójść do Zaćmienie... — mamrotał brat kotki. Szybko z lekkiej irytacji, jego głos przeszedł na zawstydzenie. Nie wiedział, czy Ćma będzie w stanie mu pomóc.
— Do sedna — rzuciła, patrząc na przestrzeń nad wojownikiem. Chciała wrócić do swoich poprzednich zajęć.
— Mam kleszcza... Wyciągniesz go? — zapytał.
— Mhm... — mruknęła, ale potem zamilkła w bezruchu. Wciąż jej ślepia wbite były w sklepienie jaskini. Promyk przestaną z łapy na łapę.
— No to... Co? — Przerwał ciszę.
— Potrzebuje myszy. — Bez kolejnych pytań kocur pokłusował do stosu ze zwierzyną, zabrał jedną wychudzoną jeszcze przez Porę Nagich Drzew piszczkę i wrócił do siostry. Położył ją pod jej łapami, ale kotka tego nie zauważył. Fuknął pod nosem i podsunął ją tak blisko, że jej brudne futro dotykało jasnych paluszków. Dopiero wtedy asystentka wybudziła się z transu. — Ah! Dziękuję.
Poobracała ją między łapami, dokładnie studiując jej ciało. Promieniste Słońce przyglądał się jej zaciekawiony i lekko rozbawiony.
— Nieźle wyszło, co? Z tymi twoimi oczami — rzucił bez namysłu, ale medyczka nawet nie podniosła głowy. — Teraz jesteś bardziej ślepa niż ja. A widzisz to? — Zamachnął się łapą, będąc pewny, że siostra ma jeszcze jakiekolwiek, nawet minimalne zdolności poznawcze w oczach. Kotka jednak, ku jego zdziwieniu, nawet nie drgnęła, przez co jego poduszki płasko wylądowały na jego czole. Nie było to mocne plasknięcie, ale nie obyło się bez reakcji Wiecznego Zaćmienia, która właśnie wchodziła do legowiska po ich prawej.
— Ty jesteś głupszy, niż kodeks wojownika przewiduje, wiesz? — syknęła sucho szylkretka, marszcząc brwi w stronę brata.
— Byłem pewny, że się uchyli, no co?! — bronił się wojownik. Ćmi Księżyc, kiedy otrzepała się od pyłu, który spadł spomiędzy palców Promyka, wróciła do rozkrajania myszy. Odnalazła jej woreczek żółciowy i wykroiła go delikatnie, uważając, aby go nie uszkodzić zbyt wcześnie. W międzyczasie dwójka wciąż prowadziła dyskusję na temat inteligencji wojownika.
— Co w słowach "oślepienie" jest zbyt nie jasne, aby twój mysi móżdżek nie potrafił tego zakodować?
— No one przecież nie są zawsze takie same! Ja widzę zarysy postaci i światła moim uszkodzonym okiem!
— Boś sam siebie tak pokiereszował, a Ciemka dostała wgląd w inne rzeczy. To co innego. Klan Gwiazdy nie odbiera częściowo i nie daje w kawałkach... — powiedziała i wślizgnęła się do ciemnej lecznicy. Brat fuknął pod nosem.
— Co robisz? — zapytał młodszej.
— Zbieram żółć. — Krótka odpowiedź nie usatysfakcjonowała kremowego.
— A po co?
— Kleszcz odpadnie sam.
— Aaahaa — przeciągnął i wrócił do czekania. — A długo jeszcze?
— Nie. — Wykonała ostatnie cięcie, a wokół dwójki uniósł się okropny, gorzki swąd. Promieniste Słońce skrzywił się jedynie, ale Ćma niemal nie zwróciła posiłku. Wcześniej nie miała problemu z zapachem mysiej żółci; teraz było inaczej. Przełknęła to, co podeszło jej do gardła. Mimo drżącego ciała wzięła na łapę okropny śluz. — G-gdzie? — wycedziła z trudem.
— O-o tutaj, czekaj. Trzymaj tak, a ja podłoże łopatkę dokładnie pod twoje śmierdzące... Coś... — Tak też zrobił. Kiedy asystentka poczuła jego futro pod łapą, położyła żółć. Po krótkiej chwili pajęczak sam odpadł. — O! Dziękuje ci siostrzyczko. Trzymaj się, ja muszę lecieć! — Odbiegł, wciąż śmierdząc mysimi wnętrznościami.
Ćmi Księżyc też pobiegła. Nie zważając na inne koty, które i tak schodziły jej z drogi, pędziła do wyjścia z obozu. Kiedy poczuła wodną mgiełkę wodospadu, kucnęła i zwymiotowała. Swąd rozkrojonego woreczka... To było dla niej zbyt wiele. Ktoś inny będzie musiał się zajmować tą brudną robotą. Ona może oporządzać zainfekowane rany, nastawiać kości i odbierać porody, ale niech tylko Liściaste Futro lub Wieczne Zaćmienie zajmą się głupimi kleszczami...
Wyleczeni: Promieniste Słońce
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz