„O nie, to mama” – kociaki spojrzały na siebie porozumiewawczym wzrokiem, po czym rozejrzały się za źródłem dźwięku. Jest!
Po drugiej stronie drogi, którą co jakiś czas poruszały się duże, kolorowe stworzenia, pomiędzy dwoma wielkimi blokami połączonymi drewnianym płotem z dziurą. Tam właśnie stała czarno-biała, wysoka, zgrabna kotka. Oj, marszczyła na nich pyszczek i siadając – zaczęła świdrować ich wzrokiem.
– Musimy już lecieć, do zobaczenia! – powiedział zrezygnowany, ale uśmiechnięty Mucha do grupy kotów i jednego małego pieska.
– Cóż, rozumiem. Do jutra – odpowiedział rudy kot bez prawego oka.
– Kiedy tylko uda nam się wymknąć – dorzucił Sajgon. – Do jutra!
Paczka zwierzaków odwróciła się w drugą stronę i ruszyła wolnym krokiem w stronę blokowisk, zaś bracia podeszli do jezdni.
Nie ma się czego bać, czasem nie ma potworów, wtedy można biegać, skakać, a nawet wylegiwać się na tej dziwnej nawierzchni. Jednak wieczorową porą – co chwilę się jakiś pojawi.
„Tak jak mama zawsze powtarzała” – pomyślał ze spokojem Sajgon. – „Rzadko kiedy te stwory schodzą ze swoich ścieżek, a nawet jeśli, to nie po małe, bezbronne kotki. Jedne są szybsze niż inne, ale poruszają się w dość przewidywalny sposób. Czasami inne zwierzęta, lub dwunogi, zakłócają ich płynny bieg. Wtedy te potwory mogą być nieprzewidywalne. Trzeba obserwować i wyczekać odpowiedni moment, najrozsądniej, kiedy są daleko. W ostateczności, można próbować przeciąć ich szlaki po białych pasach malowanych przez dwunogich. Te bestie zatrzymują się przed nimi, a wtedy dwunodzy idą z jednej strony na drugą.”
Zaczęli więc obserwować, Sajgon z prawej strony, a Mucha z lewej, czy potwory są wystarczająco daleko.
– Czysto! – zawołał Sajgon.
– Czysto! – zawtórował Mucha. – Biegniemy!
SZUUU! TUP-TUP! TUP-TUP!
Nie minęła chwila, a maluchy już siedziały przed mamą! Szaro-bure pręgi z tyłu, wijące się od pyszczka aż po ogon, który delikatnie drgnął na samym końcu. Białe skarpetki i brzuszek ciekawie kontrastowały. Ale koty patrzyły niewinnie, jednak uważnie w jej pomarańczowe oczy. Sajgon już nie zwracał uwagi na jej nadszarpnięte ucho. On i mucha nie mają takich uszu, więc pe-
- Za mną!
Obróciła się i przeszła przez dziurę, Sajgon i Mucha poszli posłusznie za nią. Nie lubiła ich wypadów, jednak w ciągu dnia wykonywała sporo swoich zajęć, a że kotki – co często powtarzała – energię odziedziczyły po niej, nie była w stanie ich do końca upilnować.
Szli długą aleją pomiędzy budynkami, mijając schody na parter, kilka ławek, śmietników.
– Udało wam się przejść bez szwanku – Sajgon zastanowił się, co to szwank? – ponieważ zastosowaliście się do moich instrukcji. – Mama zawsze używała trudnych słów, przez co kotki musiały często dopytywać. – Cieszę się, że słuchacie i pamiętacie. Jak poszło wam polowanie?
Wiedzieli, że nie pyta z powodu zmartwień, czy ciekawości o ich dzień, a raczej z myślą o racjonowaniu żywności i planowaniu zdobycia następnej.
– Nie jesteśmy głodni – zapewnił Sajgon.
Może i nie napchali się do syta, ale wraz z kolegami udało im się znaleźć to i owo.
– Mamo – z uśmiechem wyskoczył zaciekawiony Mucha – jadłaś kiedyś takie coś jak ser? – Sajgon uśmiechnął się pod nosem i na chwilę, bez utraty skupienia na otoczeniu, odpłynął kubkami smakowymi do tego wspaniałego smaku.
– Synku – odpowiedziała delikatnie rozpromieniona Prakseda. – Żyję trochę dłużej niż wy i nie powiem, kilka razy się zdarzyło. Powiem wam więcej, są różne sery, mają wiele barw, smaków, zapachów.
„Cooooo?” – pomyślał podekscytowany Sajgon.
– Jaki wam się trafił? – spytała, tym razem okazując nutkę ciekawości.
– Był taki trochę żółty – odrzekł Mucha, szukając obrazu w głowie.
– Pachniał delikatnie, słodko – dorzucił Sajgon, również rozpamiętując.
– Z resztą był też słodki w smaku. – Mucha się oblizał.
– Mmmhm – mruknęła porozumiewawczo Prakseda, nie powstrzymując subtelnego relaksu na jej twarzy. - Kiedyś widziałam jak dwunodzy jedli biało-zielony ser. Może któregoś dnia coś takiego znajdziemy.
– TAAAK! – ucieszył się Sajgon
– BYŁOBY SUPER – dorzucił Mucha.
Kotki spojrzały po sobie i uradowane zderzyły się lekko barkami.
– Dobrze moi mili – powiedziała łagodnie, ale stanowczo, przy czym zatrzymała się i przysiadła. – Na dzisiaj znalazłam takie miejsce.
Maluchy rozejrzały się dookoła. Dotarli do kwadratowego zaułka, schowanego w skrzyżowaniu czterech ceglanych bloków, z którego boków odchodziło po jednym długim korytarzu. Takich jak ten, którym przyszli. Drogi za nimi, oraz ta przed nimi, były otwarte. Zaś dwie po bokach zapieczętowane dwoma bramami. Ciężko byłoby się prześlizgnąć między kratami, ale w razie zagrożenia będą w stanie uciec górą. Tego Sajgon był pewny. Mama szkoliła ich odkąd pamiętał, więc koty były silne, szybkie i skoczne.
– Powalczcie chwilę bez mojego nadzoru, będę tu nieopodal i ZARAZ WRÓCĘ, więc chcę was tutaj zastać – powiedziała stanowczo Prakseda, po czym spojrzała porozumiewawczo na każde z osobna.
– TAK JEST! – dał znać koci duet.
Kotka skinęła głową, po czym podeszła do bramy i jednym susem wskoczyła na nią, a sekundę później zniknęła po drugiej stronie. „Łooo, jak tylko będę duży, to też tak zrobię” – pomyślał Sajgon. Na ten moment musiałby wskoczyć na wielkie pudło obok, odbić się od ściany i dopiero znalazłby się na górze. Ale, skoro mama potrafiła, to i on niedłu-
– A MASZ! – wrzasnął Mucha!
Sajgon obrócił się na plecy mimo że wcale tego nie planował. To Mucha skoczył na niego, złapał i obaj zrobili obrót lądując na ziemi.
– HA HA! I co ciemna klucho? Nie masz czasu na-
– A MASZ! – Teraz to Mucha zrobił obrót w łapach Sajgona, znowu podwójne lądowanie.
– Sam nie masz czasu wybielany długasie! - Wyszczerzył się Sajgon.
– Ooo, zawsze znajdę choćby minutkę, żeby poobijać twój zapchlony tyłek! – Zaśmiał się Mucha, po czym zręcznie wywinął się na tyły brata i sprzedał mu klapsa.
– Oohoho! – Obrócił się Sajgon i koty zaczęły się kotłować. – Następnym razem pierdnę, aż ci łapa uschnie! – Dało się słyszeć gromki śmiech dwóch kotów, szarpały się, targały, przepychały. Trwało to dobrych kilka minut, zanim uznali, iż nadszedł czas na chwilę wytchnienia. Podeszli do pobliskiej kałuży, żeby napić się wody.
– Pachnie w porządku – mlasnął – smakuje w porządku – zrecenzował Sajgon.
– BUUUUU!
Koty podskoczyły! Zjeżyły się na całym ciele i w mgnieniu oka odwróciły.
– Mamooo!
– HAHAHAHA! – parsknęła śmiechem Prakseda. – Chyba nigdy mi się to nie znudzi!
Sajgon był tylko trochę obrażony, zresztą to nieważne. Tak naprawdę bardzo imponowało mu to, że jego mama była jedyną osobą, która potrafiła poruszać się bez wydawania żadnego dźwięku. Jeszcze nie uczyła ich tajników skradania, ale czasem z bratem zakradali się na siebie nawzajem.
– Obserwowałam was od pewnego czasu, podobała mi się wasza walka, więc na dzisiaj wystarczy.
Odwróciła się w kierunku kilku krzaków pod balkonami i zaczęła zmierzać w ich kierunku, maluchy zawtórowały i po chwili byli w środku. Otaczały ich ściany i sufit zieleni, a od spodu miękka, ciepła ziemia. Zaś na samym środku tej noclegowni leżał mały kawałek kartonu a na nim…
– KURCZAK! – zawołali obaj i zaczęli radośnie podskakiwać. Prakseda się uśmiechnęła.
– Mucha, dzisiaj ty zaczynasz.
– JEST! – Uśmiechnął się Mucha i zaczął jeść swoją część kurczaka, podczas gdy Sajgon podszedł do Praksedy, która zaczęła go wylizywać. Później nastąpiła spodziewana zamiana. „Mama widocznie jadła wcześniej”. Jednak i jedno, i drugie zostawiło część swojej porcji dla opiekunki. Po wieczornym myciu kotki wtuliły się w siebie, padły dość szybko. Prakseda skończyła swoją porcję, wyniosła kości na kartonie pod kontener ze śmieciami, po czym otoczyła maluszki i przymknęła oczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz