Przeszłość
— Ja? Ach, tak, tak, przepraszam, Króliczku — odparł, uśmiechając się nerwowo.
Bursztynowooki prychnął pod nosem i napuszył przy okazji sierść.
Zrobił to po części dlatego, że było mu zimno, ale i dlatego, że był lekko zirytowany tym, że jego brat znów go nie słuchał. Jak zwykle, zresztą. On już taki był, nie dało się w nim za dużo zmieniać. Królik po prostu musiał przyzwyczaić się do jego krótkiego zakresu uwagi.
Zastanawiał się, czy Kocimiętka nie otrzymała tego po wujku. Ruda kotka też zawsze szybko się rozpraszała i miała trudności z koncentracją. To na pewno nie był przypadek!
A jeśli o Kocimiętce mowa… ciekawe, jak sobie teraz radzi. O ile jeszcze żyje. Królik wciąż nie słyszał niczego od Dyniowej Skórki ani swoich córek. Czy one w ogóle żyły? Były samotniczkami? Strasznie go to stresowało – chyba by sobie nie wybaczył, gdyby dowiedział się, że kotki zmarły po opuszczeniu miasta. W końcu… był taki głupi! Opuściły go przez niego; gdyby poświęcał im trochę więcej uwagi i nie kłócił się z Dynią, może teraz żyliby wspólnie w Klanie Klifu? Może nie musiałby zatajać tego, że miał partnerkę, dzieci…
* * *
Gdy się odwrócił, nie zobaczył jednak rudofutrej. Przed nim stanęła szylkretowa, masywna kocica o gęstym i grubym futrze. Miała niebieskie ślepia, a także niewielkie uszy zakończone pędzlami. Kremowy cofnął się o krok, wciskając głowę w szyję, jakby spodziewał się nagłej reprymendy. W końcu niemal przekroczył granicę...
— Och! — mruknął, subtelnie kładąc po sobie uszy. Wojowniczka z Klanu Wilka uśmiechnęła się dowcipnie i poruszyła wibrysami z rozbawienia.
— Coś taki przerażony! Przecież ja nie lis, nie pobiję cię — odezwała się niskim, nieco chrapliwym głosem.
Pręgowany położył łapę na głowie i wypuścił z płuc oddech, nawet nie wiedząc o tym, że go tam trzymał. Z lekkim zawstydzeniem wyciągnął szyję do góry.
— Jasne… — wymamrotał pod nosem, przymykając nieznacznie ślepia. Przez moment stał w takiej pozycji, aż nagle nie ocknął się i wyciągnął łapę w stronę obcej.
— Królicza Uł-... — urwał, a jego twarz zbladła. — Niesforna Łapa, to znaczy. Długa historia, wiesz…
Szylkretka parsknęła śmiechem, a następnie sama musnęła poduszkami łapę Królika.
— Pszczeli Rój! Jestem wojownikiem Klanu Wilka.
Bursztynowooki zamrugał kilka razy. Czy on dobrze usłyszał?
— Wojownikiem? Więc… nie jesteś kotką? — dopytał ostrożnie, delikatnie schylając łebek w zdziwieniu.
Pszczoła uniósł jedną brew do góry, marszcząc czoło.
— Nie — odparł krótko.
Królik wzruszył ramionami; tylko ogon, który poruszał się nerwowo na boki, zdradzał, że próbuje jakoś ogarnąć sytuację. Trochę go to dziwiło, ale nie wyglądał, jakby zamierzał robić z tego problem.
— Mówisz, że z twoim imieniem łączy się długa historia, tak? — zagadał w końcu szylkret. — W takim razie może mi ją opowiesz? Ja mam czas.
Kremowy zmrużył oczy, jakby próbował ułożyć sobie w głowie te wszystkie wspomnienia. Żałował tylu rzeczy... i chyba bał się, że Pszczeli Rój też zacznie mu coś wytykać. Po chwili jednak na jego pyszczku pojawił się uśmiech, którym chciał zataić swój wstyd.
— Ha! Jasne… — mruknął pewnie, lecz zaraz umilkł. — Więc… wcześniej byłem wojownikiem, nazywałem się Królicza Ułuda… — zaczął, przeciągając słowa, jakby chciał kupić sobie więcej czasu. — I… powiedzmy, że nasz przywódca kazał mi nie robić pewnych… rzeczy. — Przełknął ślinę, aż jego wąsy drgnęły. — No i w skrócie… zrobiłem jedną z tych rzeczy, których... nie miałem robić. Wbrew woli Judaszowcowej Gwiazdy. Dlatego… dostałem karne imię!
Pszczeli Rój zmrużył oczy – nie wyglądał, jakby kupował tę wymówkę.
— A może trochę więcej szczegółów? Co to były za “rzeczy”? — dopytywał.
Królik zerknął za siebie i dostrzegłszy sylwetki kotów, z którymi miał być na patrolu, szybko machnął łapą w stronę szylkreta.
— Spotkajmy się tu jutro, to ci opowiem. Pod warunkiem, że ty mi też opowiesz coś o sobie! — zażądał, odwracając pysk w stronę wojownika.
Ten skinął głową.
— Umowa stoi.
— Stoi — powtórzył Niesforna Łapa i szybko, nawet się nie żegnając, zaczął zmierzać w stronę swoich pobratymców. Przy okazji musi coś upolować, by nie wyglądało to podejrzanie.
* * *
— Teraz twoja kolej, by zacząć! — mruknął do szylkreta. Ten, przewróciwszy oczami – jakby już wcześniej obiecał sobie, że nie da temu uczniowi tej satysfakcji – przysiadł na trawie. Bursztynowooki także przycupnął, czując, po sposobie, w jaki Pszczeli Rój poprawił się na miejscu, że wojownik szykował dla niego ciekawą historię. Miał przecież cały dzień, by zastanowić się nad tym, co powie!
— Od czego by tu zacząć… — zastanowił się. — Wiesz co? Nie będę zanudzał cię swoim dzieciństwem – może od razu przejdę do konkretów — zaproponował, na co Królik, kiwając energicznie głową, się zgodził. — Byłem uczniem całkiem długo. Ale nie tak długo, jak ty... — przerwał, by zaśmiać się cicho pod nosem, szturchając ogonem źdźbło trawy — ...przestałem nim być, gdy spotkałem lisa. Byłem wtedy na patrolu wraz ze swoją siostrą, a także jakimiś dwoma innymi kocurami — wyjaśnił.
Niesforna Łapa przechylił głowę.
— I to tyle? Spotkałeś lisa i zmienili ci imię?
Pszczeli Rój machnął łapą – dokładnie tak, jakby próbował uciszyć Królika; albo chociaż przekazać mu, że jego pytanie było głupie.
— Nie! My musieliśmy walczyć z tym lisem. Niestety, jeden z tych wojowników zmarł, ale ja i moja siostra walczyliśmy dzielnie. Przywódca, by uhonorować naszą determinację, mianował nas wojownikami — dokończył z kwaśną miną, lekko zagryzając wargi.
Uczeń odwrócił wzrok od szylkreta, teraz żałując, że kazał mu się tłumaczyć.
— Och… to musiało być dla ciebie bolesne wspomnienie. Zobaczyć na żywo umierającego kota… wiem, jak to boli — szepnął, próbując nieudolnie pocieszyć towarzysza, zerkając na niego z boku.
— Nieważne. Teraz twoja kolej, by opowiedzieć coś więcej o sobie! — rzucił Pszczeli Rój, odchrząkując i unosząc brodę, jakby chciał szybciej zmienić temat.
* * *
Teraźniejszość
Cóż, najbystrzejszy to on nie był. Dlatego, na każdym patrolu, na który go wybierano, odłączał się od grupy w poszukiwaniu zagrożeń. Na początku nic nie znajdywał – tereny Klanu Klifu były wyjątkowo spokojne. Aż pewnego dnia, gdy wędrował wśród wysokich traw, w nozdrza uderzyła mu gryząca woń. Futro natychmiast stanęło mu dęba, a wszystkie zmysły skrajnie się wyostrzyły. Czuł metaliczny, duszący zapach krwi, a także obecność stworzenia, które go nosiło.
Ostrożnie przycisnął brzuch do ziemi i powoli pełzał w stronę źródła zapachu, samotny, jak największy głupiec, podczas gdy jego pobratymcy byli daleko, bez szansy na pomoc. Nie zdziwił się, gdy nagle przed sobą dostrzegł rude futro – i nie, nie było to futro Dyniowej Skórki. Stał przed nim lis w całej swojej okazałości, oblizując wargi. Pod jego łapami leżało martwe stworzenie – może nornica, może… królik. Ciało ofiary było tak pogryzione, że trudno było rozpoznać. I mimo tego okropnego widoku, kremowy nie poczuł strachu. Wiedział, że mógł skończyć tak samo, ale desperacja, by odzyskać dawny honor, pchała go do działania.
Wysunął pazury, napiął mięśnie. Czuł się jak kat atakujący osłabionego przeciwnika, a nie młodego, sprawnego lisa. Nim się obejrzał, siedział już na karku rudego stworzenia, wbijając szpony w jego skórę. Lis wierzgał i wydał gniewne dźwięki, próbując się uwolnić, ale Królik był jak w transie. Choć ledwo kontrolował własne ciało, jakimś cudem, zaślepiony emocjami, dawał sobie radę.
Nieoczekiwanie jego łapy puściły i spadł z hukiem na ziemię. Lis wykorzystał moment i rzucił się na niego, przyciskając łapę do klatki piersiowej kocura. Kremowy syknął, odpychając drapieżnika, który wyglądał na zaskoczonego – nie spodziewał się tak prędkiej obrony. Kremowy podniósł się i gibko skoczył z powrotem w stronę lisa, który w obronie stanął na dwóch łapach. Zaczęli się przepychać, drapiąc sobie nawzajem barki. W powietrzu fruwały strzępki ich futer, a także kropelki krwi.
W końcu lis okazał się silniejszy. Kocurowi omsknęła się łapa i runął na plecy, cały wstrząśnięty. Ból przeszył jego ciało. Lis, zirytowany, rozwarł szczękę nad jego kufą. Królik poczuł, jak ślina drapieżnika skapuje mu na nasadę nosa; i w tym momencie poczuł też ostry ból przeszywający ucho. Potem usłyszał głuchy stukot – kawałek jego ucha spadł na ziemię.
Przerażony, zamachnął się łapą i trafił prosto w oko lisa. Temu z gardła wyrwał się skowyt; odsunął się, oszołomiony. Kremowy, choć cały pokryty krwią, nie odpuścił. Jego futro sklejało się ze sobą, a skóra piekła, ale gniew był silniejszy niż ból. Lis miał teraz jedno oko zamknięte – może kremowemu udało się go oślepić?
— Uciekaj stąd, podły lisie! — zawołał, a jego głos drżący od emocji głos poniósł się echem po pustych terenach. Rude stworzenie zawahało się, odwróciło i wreszcie czmychnęło gdzieś w dal, zostawiając ucznia wyczerpanego, ale jednocześnie z poczuciem triumfu.
* * *
Po powrocie do obozu medyczki natychmiast zajęły się jego ranami. Połowę pyska owiniętą miał pajęczyną, by uchronić tę resztkę, która została mu z ucha, przed infekcją. Całe barki były posklejane papką z ziół, bo mocno krwawiły, gdy kocur wylądował pod okiem Ćmiego Księżyca i Jagnięcej Łapy. Opatrunki były niewygodne, ale przynajmniej uśmierzały ból. Królik siedział teraz nieruchomo przed lecznicą; każde drgnięcie choćby o włos sprawiało mu cierpienie. Sam się w to wpakował, ale nawet nie był zły. Może trochę żałował, ale… liczył na to, że Judaszowcowa Gwiazda uwierzy mu i zdecyduje się oddać mu z powrotem jego stracone imię. Nie chciał się przedstawiać jako Niesforna Łapa, nie chciał być znany pod tym imieniem. Ono przypominało mu o tylu błędach… Za każdym razem, gdy je słyszał, czuł ból większy od tego, który odczuwał przez rany. Starał się udawać, że się przyzwyczaił, ale to wciąż trochę szczypało go w duszę. Popełnił błąd, ale już nie zasługiwał na tak krzywdzące miano… Zmienił się.
Wpatrywał się tępo w skalne ściany przed sobą, ledwo mrugając. Musiał wyglądać dziwnie; a może po prostu śmiesznie? Był zamyślony, w głowie analizując wszystkie życiowe decyzje, które doprowadziły go do tego miejsca.
I wtedy… zrozumiał. Zrozumiał, że tak naprawdę z imieniem Królicza Ułuda też już nic go nie łączyło… Chciał je odzyskać, ale… może w innej formie? Może on wcale nie chciał już być Króliczą Ułudą? Tym samym kotem, który uciekł z Klanu Klifu, który stchórzył i wszystko spaprał? Może nie powinien być ani nim, ani Niesforną Łapą – a kimś zupełnie innym? Może wreszcie powinien się zmienić, myśleć bardziej nad swoimi czynami?
Wnet się wzdrygnął. “Jestem geniuszem!” – pomyślał, nieświadomie rozwierając pysk w szoku. “Nie muszę już być Ułudą! Nie muszę być tym, kim już nie jestem! Mogę być… Króliczym Sercem… albo… Króliczą Prawdą!” – stwierdził, po czym na jego kufę wślizgnął się chytry uśmiech.
— Króliczku, wszystko dobrze? — rozległ się głos. Kremowy pokręcił szybko głową i przyjął neutralny wyraz pyska, wyszukując wzrokiem źródła dźwięku.
Jego oczom ukazał się jego własny brat – Lekkomyślna Łapa. Znów się uśmiechnął, a potem wstał i sztywnym krokiem podszedł do kocura.
— Tak, tak! Wszystko dobrze, jak najbardziej. Lepiej nigdy nie było — mruknął pewnie, bez cienia ironii. — Właśnie zrozumiałem, że… już wcale nie chcę być Króliczą Ułudą, wiesz?
W jego oczach pojawił się nowy blask, pełen determinacji i nadziei. Czuł, że to, co teraz powiedział, rozpocznie nowy rozdział w jego życiu.
<Lekkomyślna Łapo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz