BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

31 lipca 2024

Od Siewczej Łapy

Siewka patrzyła w swoje odbicie w wodzie. Wpatrywała się w drobną przestraszoną kotke. Wciąż w głowie dudniły jej słowa szylkretowej wojowniczki. Wiedziała, że to utrudnia jej życie. Jak przez jej głowę nawet najprostrze sprawy, jakie przychodziły jej siostrze naturalnie, dla niej były nie do pokonania.
Przerastały ją. Ją i jej najbliższych. Widziała jak matka cierpi z jej powodu. Jak mentor zamartwia się, gdy myśli, że jest zajęta. Jak Klifiaki nie wróżą jej przeszłości. Zioła nie pomagały. Były tylko chwilowe. A gdy brała ich za dużo bolał ją brzuch i kończyła u medyczki. Była w kropce. W totalnej beznadziei. Bez szans na wyjście na prostą. Nieważne jak się starała. Jak bardzo próbowała się zmienić.
— Siewko?
Głos mentora sprowadził ją na ziemię. Jego zielone ślepia przepełnione były troską. Cierpieniem jakie przynosiła mu jego własną uczennica.
Była okropna.
— Zamyśliłam się. — skłamała.
Zdawał się to wiedzieć. Zbyt dobrze ją znał. Odpowiedział jej smutnym uśmiechem. Nienawidziła tego. Nie chciała, żeby smucił się przez nią. Był zbyt cudownym kotem. O złotym sercu. Nie powinien się tak czuć z jej powodu.
Wracali do obozowiska przez polanę. Przepełniona kwiatami wyglądała niczym wyśniona kraina. Przepełniona dobrem. Pozbawiona zła. Siewka chciała, żeby tak zawsze wyglądał świat. Może wtedy przestała by się tak wszystkiego bać. W kolorowej lawinie kwiecia nic nie mogło jej grozić.
Bordowe płatki sypnęły się na jej łebek w momencie, gdy odpłynęła myślami. Spojrzała na roślinę. Dobrze ją znała.
Mak.
Niepewne uczucie wkradło się w nią. Świerzbiło ją w łapy. Korciło. Skrecało.
Rozwiązanie wszystkich jej obaw rosło wręcz przed nią. Kiwało się na boki targane przez powiew morskiej bryzy. Zastygła niezdecydowana. Obawy i niepokoje grzmiały w jej głowie. Lecz słodka i lekka wizja ukojenia także mąciła jej umysł.
Ze strachem spotkała się ze wzrokiem mentora. Spróbowała dostrzec czy przejrzał jej zamiary. Czy odkrył jaki chory pomysł narodził się w jej głowie. Nawet jeśli, nie zdradzał tego. Nie dopuszczał do siebie tej myśli. Im dłużej to przyciągała tym bardziej podejrzana była.
Poczuła jak drży.
— Mogę... — zaczęła drżącym głosem. — Zerwać parę kwiatów do legowiska?
Pokrzywek westchnął. Chyba z ulgą. Kiwnął głową, siadając. Siewka zaczęła zbierać kwiatki. Dla niepoznaki zebrała inne, których nazw nie znała. Z niepokojem zerwała i pozbawione płatków maki ukryła je w bukiecie drżącymi łapami. Czuła się jakby łamała prawo. Gwiazdkom na niebie na pewno się to nie podobało. Musiali wrócić nim zapadnie zmrok.

[Trening słów 387]
[przyznano 8%]

30 lipca 2024

Od Kwiecistej Łapy do Cisowego Tchnienia

Gdzieś w tle szumiał wiatr, w oddali słychać było krakanie wrony, ćwierkanie skowronków, a wszystko to zostało perfidnie zagłuszane przez mamlanie jęzorem. Obsmarkany Kamień coś do niej mówił. I o ile nie miała władzy nad tym, czy owe paplanie słyszała, jak mogła go po prostu nie słuchać. Tak więc człapała, a jej człapanie przywodziło na myśl naburmuszonego niedźwiedzia. Zgarbiona, patrząc spod byka przed siebie, z uszami przy czaszce. ,,Będzie fajnie" mówili, ,,Będziesz się dobrze bawić". Ta, akurat. Zgodziła się na ten cyrk tylko dlatego, że tata obiecał, że jeśli będzie chciała, to będzie z nią trenować. Jakby nie mogli jej po prostu mentora zamienić. W ogóle dziwiła się, że czarny kocur dostał rolę wojownika. Przecież to ciapa jakaś była, czy jej babcia była niespełna rozumu? Kocur powinien siedzieć i doły kopać, a nie robić za wojownika. Do jej uszu po chwili dotarło jakieś polecenie. Zerknęła w bok, na niby-mentora, posyłając mu niezbyt optymistyczne, wręcz zmęczone spojrzenie. Powtórzył. Ah, coś upolować, jasne... bez słowa ruszyła przed siebie, pozostawiając niezbyt szczęśliwego kocura gdzieś w tyle. Znała już te podstawy, typu nie szuraj brzuchem po ziemi, ogon zrównany z grzbietem, nie oddychaj za głośno, nie stąpaj za głośno, patrz, czy idziesz pod wiatr... dla niej głośny był nawet najcichszy oddech, przez co jej zirytowanie rosło z dnia na dzień. W pewnym momencie jej łapa natknęła się na pustkę, a ona przechyliła się zaskoczona w bok, by chwilę później zaorać brodą o trawę. 
- Ugh... - stęknęła, wstając i otrzepując się, by już po chwili spojrzeć na norę nienawistnie, po czym kopnąć górną część wejścia z pasją. Niech ma za swoje - Głupia dziura - burknęła, jednak już po chwili w jej głowie zakwitł plan. Nie miała zamiaru słuchać się Smarka, nie miała ochoty dzisiaj polować. W tunelach jeszcze nie była, a może właśnie trafiła na jeden z nich? Chociaż sama wizja utknięcia w nich nie była kolorowa, tak teraz, były świetnym sprzymierzeńcem. Kotka rozejrzała się jeszcze, po czym wcisnęła głowę do środka, chwilę później w całości zanurzając się w ciemności. Pierwsze kilka kroków postawiła niepewnie, jednak później zdawała się powoli oswajać. Świat ucichł, otulając zmęczone uszy kotki chłodną chmurką. Gdyby nie ta wilgoć i nuda, byłoby całkiem przyjemnie. Tunel biegł prosto i jak się okazało, był całkiem krótki. Już po chwili do uszu lilowej dotarły szmery, hałas , który bębnił jej w głowie, wywołany głównie przez szum trawy i jak się okazało, również drzew. Co prawda posiadali drzewa, które rosły przy wodzie, jednak te tutaj były osmolone, a reszta lasu zdawała się nie być do końca... prawidłowa. Widać było znamię po spalonym terenie, chociaż już znikome, gdyż natura miała chwilę, by odbudować życie na tym kawałku. Lilowa zerknęła na prawo, gdzie w oddali coś lśniło, jednak teraz interesowało ją co innego. Swoje oczy zwróciła na górującego... świerka? Sosnę? Nie miała pojęcia co to i niezbyt ją to interesowało, jednak kilka drzewek rosnących po stronie Klanu Burzy, były wystarczająco kuszące. Nie wspinała się jeszcze, nie miała pojęcia jak, jednak dawała radę, kiedy wychodziła na dziadka i wspinała się na skruszoną wieżę i na kamienie i krzaki... wiedziała, że trzeba się do koty przyczepić, a tak to zdobędzie dodatkowe doświadczenie. Coś, czego Obsmarkany Kamień nigdy jej nie zapewni. Więc zapewni to sobie sama. Uniosła wzrok w górę, zamiotła podłoże ogonem, po czym wyskoczyła, by chwilę później uczepić się kory. Ha! Z dumą zerknęła w dół, po czym powoli zaczęła pełznąć w górę, niczym nieustraszony chrząszcz. Co prawda mało zgrabnie, kilka razy prawie nie spadając na ziemię, gdy jej pazury straciły oparcie, jednak w końcu dotarła do najbliższej, w miarę stabilnie wyglądającej gałęzi, zerkając po chwili w dół, dysząc ze zmęczenia, jednak z uśmiechem na pysku. Stąd było o wiele więcej widać! Rozejrzała się w koło. A co, gdyby stąd skoczyć na następną gałąź? Była w miarę blisko, w dodatku upstrzona swoimi iglastymi liśćmi. Może się pokłuje, ale co z tego? I już zniżała się do skoku, kiedy to w dole dostrzegła jakiś ruch. Stanęła z rozpędu na suchej gałązce, która zaraz trzasnęła i spadła w dół, a wraz z nią poleciało, po raz kolejny, oparcie młodej kotki. 
- Mysi bobek... - zaklęła pod nosem, kiedy jej młode serce o mało nie dostało zawału, gdy ciało niebezpiecznie i nagle przechyliło się ku przepaści, znajdującej się pod nią. Niemniej, jej kolejnym problemem, była w tym momencie postać, która już dawno zdążyła zauważyć obecność innego kota. 

<Cis?>
[722 słów]
[przyznano 14%]

Od Poranku

No i się stało. To, co mówił Mróz, jednak było prawdą. Mieli zostać uczniami. Wstali wszyscy z samego rana, a Świergot zajęła się wyglądem. Każdego z osobna ładnie wylizała, by ich futra wyglądały idealnie, mówiąc coś przy tym co chwilę. Było widać, że kotka jest bardzo przejęta tą chwilą, lecz Poranek nawet nie wiedział dlaczego. No zostaną uczniami, ale to nie było nic aż tak ekscytującego. Przyglądał się tak, jak jego przybrana matka z uśmiechem na pysku starała się uporządkować futro jego brata, zastanawiając się przy tym, dlaczego on nie umie się tak z wszystkiego cieszyć tak jak ona. Na jego pysku zawsze pojawiał się ten sam wyraz, niezdradzający żadnych emocji. Dlaczego on nie potrafił ich tak wyrażać?
- Hej Poranku, uśmiechnij się! To wasz wielki dzień, w końcu zostaniecie uczniami – powiedziała liliowa, wyrywając kociaka z zamyślenia. Ten tylko pokiwał głową, lecz nic nie zrobił. Wkrótce Świergot skończyła z futrem niebieskiego kocurka i wszyscy wyszli ze żłobka. Na zewnątrz czekała na nich Gruszka, która zadowolona przyglądała się każdemu dziecku.
- No i już będziecie uczniami, ale to szybko leci! – powiedziała szylkretka. Poranek spojrzał tylko na nią, nie odzywając się. Nagle usłyszał krzyk Daglezjowej Igły, zbierający wszystkie koty na zebranie.
- No dalej! Idziemy! – popędziła ich Świergot i wszyscy razem poszli na zebranie. Zajęli dobre miejsca i usiedli, wyczekując kolejnych słów przywódczyni.
- Mgiełko, Mrozie, Poranku i Pszczółko, wystąpicie – zarządziła ruda – Dziś przyszedł czas na waszą ceremonię. Od dziś staniecie się uczniami – powiedziała Daglezja i spojrzała na zebrane rodzeństwo. Było widać, że każdy z nich jest bardzo podekscytowany, oczywiście nie licząc Chwastu. Ten dalej obserwował wszystko z tym samym wyrazem pyska, nie rozumiejąc skąd to całe zamieszanie. W końcu przywódczyni zaczęła ceremonię. Po kolei zwracała się do kociaków, a po chwili dotarła do Poranka.
- Poranku, ukończyłeś już cztery księżyce i nadszedł czas, byś został uczniem – zaczęła zielonooka, przyglądając się rudemu – Twoją mentorką zostanie Murmur, mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę – zakończyła kotka i zwróciła się do medyczki – Murmur jesteś gotowa, by otrzymać ucznia. Otrzymałaś od swojej mentorki, Witki, doskonałe szkolenie i pokazałaś swoją lojalność i ambicje. Będziesz mentorką Poranku, mam nadzieję, że przekażesz mu całą swoją wiedzę – zakończyła Daglezjowa Igła. Poranek wzrokiem odszukał niebieską. Podszedł do niej i zetknął się z nią nosem. Po chwili oba koty siedziały już wśród zebranych, czekając na koniec zebrania.
 
***
 
- Od dziś tutaj będziesz spać – powiedziała cicho Murmur, wskazując ogonem jedno z posłań w legowisku medyka. Rudy pokiwał głową, przyglądając się uważnie swojej nowej mentorce. Kotka wydawała się nerwowa, jakby coś ją wystraszyło, albo zaniepokoiło. Może to przez natłok obowiązków? Stres? Na pewno była cicha, co kocur zauważył na samym początku.
- Nie śpię w legowisku uczniów? – zapytał Chwast, podchodząc do posłania z mchu i paproci. Murmur pokręciła przecząco głową. Rudy spojrzał na wyjście z legowiska. Myślał, że będzie mógł spać razem z rodzeństwem. Pilnować brata i rozmawiać z siostrami. Jednak się mylił. Mimo iż po jego pysku nie było widać niczego, automatycznie zaczął przebierać łapami, nawet nad tym nie panując. Było to spowodowane lekkim smutkiem, z powodu rozłąki z resztą jego rodzeństwa. W końcu jeszcze nigdy tak nie miał. Zawsze byli razem, a teraz nagle miał zostać... Sam.
- Kiedy zaczniemy szkolenie? – zapytał, odwracając wzrok w stronę asystentki medyczki.
- K-Kiedy chcesz – mruknęła Murmur – Możemy teraz. M-Może... Jestem Murmur – powiedziała kotka. Kocurek pokiwał głową. Nie przedstawili się jeszcze, to fakt.
- Chwast – oznajmił syn Lisa. Niebieska przechyliła lekko głowę. Dopiero po chwili Poranek zdał sobie sprawę, że nie powiedział prawdziwego imienia – Znaczy... Poranek – wybrnął z sytuacji, odwracając wzrok. Murmur nie zadawała żadnych pytań. Po chwili kotka zaprosiła swojego ucznia ruchem ogona, do podejścia nieco bliżej. Rudy zrobił to, o co prosiła, a gdy podszedł, córka Łuski oprowadziła go po całym legowisku.

[613 słów]
[przyznano 12%]

Od Mandarynkowej Łapy Do Zimorodkowej Łapy

Akurat miała zanieść zwierzynę medyczkom. Weszła do legowiska i zobaczyła, że Zimorodkowa Łapa siedzi sama.
- Gdzie są Różana Łapa i Strzyżykowy Promyk?- zapytała, upuszczając zwierzynę. Kotka uniosła głowę i spojrzała na nią.
- Dzień dobry, Miło mi cię widzieć Mandarynko, siostrzyczko. - Uśmiechnęła się. - Róża i Strzyżykowy Promyk poszły po jakieś zioła uzupełnić nieco zapasy, a ja stwierdziłam, że zostanę w razie czego, jakby coś, nie dopuść Klanie Gwiazdy, się stało.
- Mhm… babcia powiedziała, żebym zaniosła wam zwierzynę - mruknęła uczennica, podając siostrze pstrąga oraz odkładając mysz i drozda na bok. -To dla Strzyżykowego Promyka i Różanej Łapy - rzuciła odwracając się, by wyjść. Nie że uważała, że siostra jest okropna i lepiej być z nią jak najkrócej w jednym pomieszczeniu. Nie, akurat ona z całej reszty była najfajniejsza. Lecz cała presja, stres, babcia, Piórko, problemy ze snem. Wszystko to wpływało na to, że zachowywała się inaczej by tylko zostać godna bycia dziedziczką „tronu” nocniaków. Chwilę później liliowa bezszelestnie do niej podeszła i położyła jej ogon na karku.
- Źle wyglądasz. - Stwierdziła. - I nie mówię tu o twojej lśniącej czystej i jak zawsze ułożonej sierści. - Dodała, zanim srebrna zdążyła to zripostować. - Coś cię trapi? Masz takie smutne i zmęczone oczy, wyglądasz, jakbyś ostatnio nie spała dobrze. Jeśli masz jakiś problem, możesz mi o nim powiedzieć, zachowam to w tajemnicy i postaram się ci pomóc, w końcu od tego jest rodzina. - Dokończyła, delikatnie się uśmiechając, Mandarynka kojarzyła ten uśmiech, ale nie wiedziała skąd. Jakby wspomnienie dawno się zatarło.
- Wszystko jest perfekcyjnie - odpowiedziała oschle, po czym skuliła się jakby z bólu gdy usłyszała Pierzastą Łapę „wszystko oprócz ciebie”. Uczennica Strzyżykowego Promyka popatrzyła zmartwiona na siostrę. Niezbyt gwałtownie przytuliła drugą księżniczkę.
- Nie wydaje mi się. Ale jeśli nie chcesz o tym mówić... To w porządku. Masz do tego prawo. - Lizała delikatnie Mandarynkową Łapę po głowie. Jej masywna sylwetka górowała nieco nad drobniej zbudowaną sylwetką czarnej.
- Mam dużo rzeczy do zrobienia, nie mogę tracić czasu - syknęła srebrna. Teraz nagle się o nią martwi? Po tym jak jej życie już zostało zaplanowane? Po tym jak babcia czeka, aż nie zostanie wojowniczką? Po tym jak Pierzasta Łapa przejęła nad nią kontrolę? Po wszystkim, co się wydarzyło? Nagle przychodzi? “Świetne masz to rodzeństwo, nie powiem. Czekoladowa paskuda, zdrajczyni rodu, udawana siostra, i ty. Zawód”. Teraz pręgowana klasycznie już starała się nie rozpłakać. Druga księżniczka zatkała siostrze pyszczek łapą.
- Dbanie o siebie nie jest stratą czasu, jeśli nie pozbędziesz się ciężaru, który nosisz, stanie się jeszcze cięższy i trudniejszy do zniesienia. - Wpatrzyła się z poważnym wyrazem pyska w uczennicę Sroczej Gwiazdy. - Obserwuję cię od dłuższego czasu, na początku miałam nadzieję, że to chwilowe, potem, że się tym z kimś podzielisz lub za to weźmiesz, ale że nic z tego się nie stało, pierwsza wyszłam z inicjatywą. Cóż, nic na siłę. - Odeszła biorąc rybę i jakby nigdy nic zaczęła ją jeść, nie czekając na reakcję siostry.
- I dobrze. Nie powinnam przyjmować pomocy od kogoś, kto nie interesował się mną przez większość mojego życia- mruknęła Mandarynkowa Łapa i zaczęła wychodzić. Ku jej irytacji i rozpaczy uczennica medyczki tylko zachichotała.
- Och Mandi... zawsze będziesz naszą kochaną tworzycielką dram... Ale co się kryje za tym zadzieraniem nosa i zgrywaniem? Niska samoocena zapewne. - odpowiedziała, jakby chciała doprowadzić ją do płaczu. I udało jej się. Dziedziczka Klanu Nocy nie wytrzymała. Puściła łzy.
- Kochaną?! Kochaną?! Chciałabym! Lecz nikt mnie tu nie kocha! Mama najbardziej kochała Płotkę i ich dwóch teraz nie ma! Alga mnie nienawidzi a ty…Ty jesteś okropna! Tylko babcia mnie lubi! Ty nigdy mnie nie zrozumiesz - wrzasnęła.
- Nawet nie wiesz, jak się mylisz. - Liliowa spojrzała na nią smutno. - Też tęsknię za mamą... - Zamrugała szybko powiekami, by wstrzymać łzy, ale bezskutecznie. - Wszystkim nam jej brakuje. Alga nigdy nie powiedziała, że cię nienawidzi... Myślę, że były byście w stanie zostać najlepszymi przyjaciółkami gdybyś spróbowała na nią spojrzeć inaczej. Zdradzę ci pewien sekret. Mnie też czasem drażni jej ciągłe zadawanie pytań, niemyślenie i nadpobudliwość... Ale z drugiej strony również za to ją lubię. Sprawia, że życie staje się ciekawsze... Chociaż jak ostatnio wpadła tu, rozwalając mi starannie ułożone stosy ziół, to była przesada. Ale wybaczam jej nieostrożność, bo w przyjaźni powinno się sobie wybaczać i szanować się nawzajem, gdy druga osoba cię nie szanuje, ta przyjaźń nie jest prawdziwa. - Spojrzała z powagą na siostrę. - A z tym że nikt z nas cię nie kocha i nie lubi... Oprócz babci kocham cię ja i nie przestanę nawet jeśli jak to powiedziałaś, mnie nienawidzisz. Alga, mimo iż się pokłóciłyście, też jesteś naszą siostrą i powinniśmy się trzymać razem, szczególnie gdy nie ma z nami mamy, ona nie chciałaby, byśmy się kłóciły. - Starła łzę spływającą jej po policzku i strząsnęła z łapy na ziemię. - Poza tym mamy też ciotki Kotewkę, Tuptającą Gęś i Spieniony Nurt, tatę, stryjka Kolcolistne Kwiecie... Poza tym możesz zawsze spróbować zaprzyjaźnić się z kimś nowym. Na przykład Zmierzchająca Łapa jest bardzo miła, łatwo się z nią dogadać. - Zamilkła na chwilę.- A tak na serio kończąc pokazywanie ci prawdy... - mruknęła. -  CZUJĘ SIĘ SAMOTNA, MOJE ŻYCIE  TO JEDEN WIELKI CYRK, PRZYJACIELE MNIE NIE ROZUMIEJĄ, WSZYSCY TU MAJĄ JAKIŚ PROBLEM I KTO GO ROZWIĄZUJE!? KTO NA KLAN GWIAZDY?! WSZYSCY TYLKO NIE ONI SAMI! ZAMIAST RUSZYĆ TYŁEK I STARAĆ SIĘ O LEPSZE, A JAK JUŻ JA MAM PROBLEM TO KTO SIĘ TYM PRZEJMUJE?! NO KTO?! TYLKO JA NA KLAN GWIAZDY WIĘC DAJCIE MNIE NA KLAN GWIAZDY ŚWIĘTY SPOKÓJ I NIE MIEJCIE PRETENSJI ŻE NIE CHCĘ KOMUŚ POMÓC, BO GDY JAK CHCIAŁAM, TO BYŁ PROBLEM! - wydarła na jednym wdechu z rozszerzonymi emanującymi wręcz złością oczami. W końcu zamilkła ciężko dysząc. - Już mi lepiej. - powiedziała patrząc na zaskoczoną Mandarynkę wpatrującą się w nią jak sroka w gnat szeroko otwartymi oczami ze zdziwieniem jak i przerażeniem. - Jak coś nie będę się już drzeć. Jednak jesteśmy do siebie trochę podobne. Obie mamy czasem do innych pretensje, ale nasze sposoby ich wyrażania nieco się różnią…
- Jesteś za dobra na naszą rodzinę - rzuciła i wyszła z legowiska. Zimorodkowa Łapa coś jeszcze mówiła, ale nie słuchała. Teraz ważne było tylko znaleźć miejsce, w którym koty nie zobaczą jej jak płacze.

[996 słów]

[przyznano 20%]
<Zimo? Twoja siostra ma teraz mental breakdown>

Od Stokrotkowej Łapy (Bajkowej Stokrotki) CD. Cisowej Łapy (Cisowego Tchnienia)

Cisowa Łapa zniknęła, zostawiając rudą uczennicę samą. Ta jeszcze chwilę siedziała przy granicy, wycierając łapą łzy. Może Cisowa Łapa miała rację? Może będzie mogła opowiadać historie innym? Na szczęście jego marzenie się spełniło.
 
***
 
Dalej nie mogło uwierzyć, że tak szybko dostało ucznia. Przecież dopiero co była ceremonia! I już miało szkolić jakiegoś kota? Mimo tej początkowej niepewności Bajkowa Stokrotka nie miało zamiaru się poddać.
- Witaj Ognista Piękności – przywitała się Stokrotka, wchodząc do żłobka. Partnerka jej barta, od razu się podniosła i z uśmiechem na pysku powitała przybyłą wojowniczkę. Dawna uczennica Klanu Wilka, Ognista Łapa, dołączyła do Klanu Burzy jako karmicielka. Ojejku, jak Stokrotkę to ucieszyło! Jedyna kotka, z którą córka Lwiej Paszczy miała jakiś lepszy kontakt i w dodatku była to żona jej brata! A najlepsze było to, że nowo przybyła spodziewała się kociąt! Za to najgorsze, że Nagietkowy Wschód powiedział, by ruda nie przyznawała się do Ogień. Musiała udawać, że jej nie zna. Dlatego nie przychodziła do żłobka za często, a zazwyczaj swoją decyzję uzasadniała przyniesieniem karmicielce coś na ząb. Tak było i tym razem.
- Przyniosłam dla ciebie królika! – oznajmiło Bajkowa Stokrotka i położyło zwierzę przy łapach rudej kotki.
- Bardzo dziękuję! A widziałaś gdzieś Płomyka? Poszedł gdzieś i do mnie nie przyszedł! Słuchaj, on znowu mnie zaniedbuje – poskarżyła się córka Płonącej Duszy. Stokrotka tylko się zaśmiało i usiadło na ziemi.
- Chyba poszedł na patrol, widziałam, jak wychodził – wyjaśniło – A, zapomniałabym! Mam dla ciebie tę historię, o którą kiedyś prosiłaś! – powiedziało, wiedząc, że nie ma nikogo w pobliżu.
- Naprawdę? Aż sama zapomniałam – odparła Ogień z uśmiechem na pysku – Czy tam mój mąż całuje mnie po łapkach jak prawdziwy książę?
- Oczywiście! Zajęłam się tą historią od razu, tylko nigdy nie mogłam cię znaleźć – wyznało i zaczęło swoją opowieść o księżniczce i księciu, gdzie to książę całował swoją żonę po łapkach, kochał ją do końca życia i zawsze był przy niej.
- To wspaniała historia Stokrotko! Tylko szkoda, że Płomyczek się tak nie zachowuje... Powinien nabrać więcej manier i się mną przejmować! Jak prawdziwy książę i dżentelmen – powiedziała Ognista Piękność, gdy drugi kot skończył opowieść.
- On taki jest, może kiedyś się zmieni. Będzie dawać prezenty i tak dalej – odparło Bajkowa Stokrotka – Muszę już iść, nie mogę tak długo tutaj siedzieć, wiesz, obowiązki wzywają. Miałam jeszcze iść na polowanie – oznajmiło rude i pożegnało się z partnerką swojego brata. Po chwili wyszło ze żłobka i ruszyło w stronę wyjścia z obozu. Jeśli chciało iść jeszcze na polowanie, musiało to zrobić od razu. Od planów szybko przeszło do czynów i już chwilę później znalazło się na wrzosowisku. Pora Zielonych Liści przyniosła ze sobą piękne słońce, skutecznie osuszające tereny wszystkich klanów. Na wrzosowisku znajdowało się już coraz więcej kwiatów i innych pięknych roślin. Stokrotka od razu ruszyło w głąb terenów swojego klanu. Jak ono je uwielbiało! Wrzosowisko to było coś... Coś pięknego! Kot mógł tam biegać bez żadnych ograniczeń, niczym lecący ptak na niebie! Dla kotów Klanu Burzy tym niebem było właśnie wrzosowisko. Te rozległe tereny, prawie że bez drzew, ale z różnorodnymi roślinami, przyciągały koty niczym magnes, a zwłaszcza Stokrotkę, które z widocznym szczęściem przemierzało każdy kawałek tej ziemi. A najbardziej lubiło Kamiennych Strażników. Uważało to miejsce za magiczne, dlatego za każdym razem, gdy brakowało mu pomysłów na historię, przychodziło właśnie w to miejsce. Takie tajemnicze i po prostu pełne magii! Tym razem jednak pomysły na historię same wchodziły mu do głowy, więc tylko przeszło obok tych wielkich kamieni. Ruszyło dalej, w końcu zahaczając o granice terenów. Po jakimś czasie trafiło na granicę z Klanem Wilka. Oczywiście nie mogło się obejść bez spotkania z ich medyczkom.
- Hej Zającu – rzuciła Cisowe Tchnienie i spojrzała na rudą wojowniczkę. Ta od razu się odwróciła.
- Witaj Cis. I już teraz nie "Zającu", zostałam mianowana! Teraz jestem Bajkową Stokrotką – oznajmiła ruda, chcąc podzielić się tą wspaniałą nowiną – I wiesz... Miałaś rację. Dalej mogę opowiadać historie. Mimo tego, że mojej matki tu nie ma, jestem pewna, że słyszy wszystkie moje historie z gwiazd. I że trzyma się dobrze, razem z resztą moich przodków! – powiedziała córka Lwiej Paszczy i spojrzała w błękitne niebo – Dziękuję.

<Cis?>

29 lipca 2024

Od Barszczowej Łodygi do Niedźwiedziej Łapy

Barszcz cieszył się każdym promieniem słońca, jaki wpadał do obozu. Kochał Porę Zielonych Liści, była taka pozytywna i ciepła, a to jego dwa ulubione połączenia.
Westchnął pod nosem, kończąc mycie swojego futra, po czym wstał sprawnym ruchem i wyszedł z legowiska wojowników. Minął się z Nornicową Łapą, kłaniając jej się w pas, pozdrawiając kotkę serdecznym uśmiechem. Jakiż z niego dżentelmen! Uczennica odwzajemniła gest, chociaż nie z takim rozmachem, ale kiwnęła mu głową na powitanie, jej mina nie była jednak zbyt przyjazna. Barszcz w duchu się ucieszył, że przekazał kotce takie dobre wibracje (nawet jeśli ich nie wzięła). W końcu każdym dniem należy się cieszyć!
Z tego co wiedział, miał wyruszyć na patrol z Kukułczym Skrzydłem i Nagietkowym Wschodem. Oba kocury darzył szczerą sympatią, chociaż chyba bez wzajemności. No, ale kto by się tym przejmował? Najważniejsze jest dobro ich klanu, dlatego pomimo braku miłości między nimi to połączą swoje siły i wspólnie zbadają tereny ich wspaniałego klanu.
Spotkał się z nimi niedługo później i wyruszyli. Barszcz próbował ich zagadywać, jednak tylko Kukułcze Skrzydło wszedł z nim w jakąkolwiek rozmowę, a nie tylko pyskował jak Nagietek. Cóż, w końcu rude to wredne, nie? Chociaż to nieeleganckie z jego strony tak oceniać, ale kocur sam się prosi o łatkę niemiłego. Barszcz był ciekawy czy dla kogokolwiek kiedykolwiek Nagietkowy Wschód był co najmniej znośnie względny.
Koniec swoich przemyśleń zwieńczył wzruszeniem ramion, kończąc rozmowę w swojej głowie.
Jakiś czas później kocury postanowiły się rozdzielić. Barszcz nie miał pojęcia dlaczego, przecież patrole robi się wspólnie.
- Czemu mamy się rozejść? - Zapytał, patrząc na Nagietkowy Wschód.
- Bo ja tak mówię. - Odparł dobitnie, odwrócił się na pięcie i poszedł w swoją stronę. Barszcz spojrzał na Kukułcze Skrzydło.
- Pewnie ma jakieś szemrane, nieeleganckie interesy do załatwienia. - Mruknął obojętnie, idąc w tylko sobie znanym kierunku.
I w ten oto sposób został sam. Nawet nie wiedział, czy to było legalne, takie rozdzielnie się. Kopnął leżący nieopodal siebie kamień i ruszył ku granicy z Klanem Klifu, bo tylko ten kierunek mu pozostał. Ruszył od Martwego Szlaku ku Kamiennym Strażnikom.
Po drodze rozglądał się za jakąś okazjonalną zwierzyną, jednak jak na złość nie było ani jednej sikoreczki. Nie poddawał się jednak i dalej szukał, a kiedy naprawdę upewnił się, że nic tu nie było, westchnął tylko i ruszył dalej.
W pewnej chwili zawiał wiatr, a Barszcza naszła świetna myśl! A gdyby tak wygrał wyścig z wiatrem?
Rzucił się więc w pogoń w kierunku, w którym wiał wiatr, akurat nieopodal Kamiennych Strażników. Gnał ile sił, przeskakując zwinnie napotkane gałęzie czy kamienie, z wielkim uśmiechem na pysku. Takie rzeczy kochał! Wiatr we włosach, adrenalina, poczucie wolności! Prosty bieg, a potrafił oczyścić głowę ze wszelkich czarnych myśli.
Skakał niczym sarenka, biegnąc dalej, nie patrząc pod nogi. W końcu krajobraz tak szybko się zmieniał.
Dotarł na granicę z Klanem Klifu, i dalej trzymając stałą prędkość (już mniejszą, niż na początku, bo jednak nie miał aż tyle sił) skakał sobie nad rozrzuconymi przez wiatr gałęziami. Wskoczył na pierwszy wielki głaz, potem na mniejszy, aż zobaczył przed sobą taki wielki piękny kamień, który aż prosił się o rzucenie mu wyzwania wskoczenia na niego! Był akurat na granicy, więc nic się nie stanie, jeśli podejmie się tego zadania.
Stanął na krańcu płaskiego kamienia, na którym był, przycupnął, oceniając odległość. I po chwili skok! Rzucił się do wielkiego susa. Lecąc tak nad ziemią, czuł się niczym ptak rozpościerający swoje piękne skrzydła. W duchu krzyczał, śmiał się, bawił, aż nie przyszło mu lądować. Jak się okazało, źle wyliczył odległość i ześlizgnął się z kamienia prosto na twardą ziemię. Poleciał jak przysłowiowa kłoda, wprost na jakiegoś kota, który akurat tamtędy się przechadzał i miał tego pecha znaleźć się między nim a ziemią.
Upadli we dwóch, a Barszczowa Łodyga stęknął obolały. Natychmiast kiedy oprzytomniał nieco, wstał jak poparzony ze zmartwioną miną.
- O na Klan Gwiazd! NAJMOCNIEJ Cię przepraszam, nie miałem zamiaru na Ciebie spaść! - Dotknął łapami jasnego kocura, upewniając się, że oddycha. Wyglądało na to, że nie chciało mu się po prostu dźwignąć do wstania po upadku. - Wszystko w porządku? Co Ty w ogóle robisz na terytorium Klanu Burzy?

<Niedźwiedzia Łapo? Możesz mu wytknąć, że są na Twoim terenie c: >

Od Cisowego Tchnienia CD. Niedźwiedziej Łapy

- Aksamitka…śliczna nazwa… Ach! Pasuje mi do oczu, nie sądzisz?
- Pasuje do reszty ziół w moim legowisku, a nie do wkurzającego klifiaka, który nie zajmuje się niczym oprócz uprzykrzania mi życia - syknęła. No i masz, teraz musi poszukać aksamitki gdzie indziej.
- Oh, ależ po co te nerwy… przecież masz dużo ziół.
- Jak jeszcze raz wejdziesz mi w drogę, to pogadam sobie z medyczkami twojego klanu - zagroziła i strzepując ogonem, wróciła do szukania ziół dalej od granicy z Klanem Klifu.

***

W sumie fajnie by było mieć kogoś do pomocy w legowisku. Wszystko łatwiej by szło. Nie musiałaby chodzić na zbieranie ziół sama. No i ogólnie miałaby więcej czasu. Lecz raczej nie myślała o szkoleniu ucznia. Dopiero została mianowana! Chciała mieć legowisko dla siebie i nie musieć opiekować się żadnym uczniakiem. Poza tym szkoliłaby tylko kota, który według niej ma potencjał. Coraz częściej rozumiała swoją mentorkę, która wiele by dała za wyrzucenie jej stąd. Ostatnio przeorganizowała wszystkie zioła w swoim legowisku, więc nie miała zbytnio co robić. Uznała więc, że skorzysta z korzystniejszej pogody Pory Zielonych Liści i przejdzie się. Jak coś znajdzie, to zbierze, ale nie zamierzała koncentrować się na ziołach. Szła więc w las, słuchając dźwięków przyrody i rozmyślając, aż znowu nie spotkała wkurzającego znajomego. Dzięki temu że dzisiaj miała lepszy humor, nie wyskoczyła z sykiem.
- Czy mi się zdaje, czy klifiaki ostatnio przeniosły swój obóz na granicę z Klanem Wilka?

<Niedźwiedź?>

Od Mandarynkowej Łapy

Wreszcie Pora Zielonych Liści pozwoliła na częstsze treningi pływania. Wcześniej babcia nie chciała jej wrzucać do wody, bo było zimno, ale teraz jak się ociepliło, to całe dnie siedziały nad jeziorem. W przeciwieństwie do niektórych księżniczek nie panikowała gdy tylko dotknęła wody, bo “futro długo układała”. Dzięki temu, że nie była długowłosa, nie wyglądała jak kupa mokrego futra po wyjściu z wody, więc w sumie to z tym układaniem futra tragedii nie było. Wręcz przeciwnie, woda potęgowała efekt lśnienia, więc po wyjściu z niej wyglądała jeszcze piękniej. Miała nawet wrażenie, że wtedy futro jej się trochę nawet falowało… jeszcze pokaże Aldze, że może mieć piękniejsze futro!
- Dobrze Mandarynkowa Łapo. Tak jak ćwiczyłyśmy, wchodzimy do wody i płyniemy w tą i z powrotem. - Usłyszała babcię. Zgodnie z instrukcją powoli weszła do wody, przystosowując się do temperatury. Inaczej niż jak większość kotów spoza Klanu Nocy nie zjeżyła się. Wręcz przeciwnie, zamknęła oczy i spokojnie wchodziła do jeziora. W wodzie czuła coś kojącego, chłód i spokój. Woda dawała jej wytchnienie od realiów księżniczki, od Piórka i od wszystkiego, czym normalnie zaprzątała sobie głowę. Kiedy weszła do wody na tyle głęboko, że łapy miała całkowicie zanurzone, zaczęła płynąć.

***

Kiedy wróciła do obozu, słońce już zachodziło, barwiąc niebo na pomarańczowo-różowy kolor. Zanim wróciły do obozu, udało jej się jeszcze upolować jednego karpia. Była zmęczona, lecz babcia nalegała, żeby spróbowała jeszcze coś złowić, zanim wrócą. Odłożyła karpia na stos zwierzyny, a sama wybrała sobie jednego klenia. Usiadła gdzieś z boku obozu, by zjeść. Kiedy zjadła, udała się w swoje ulubione miejsce za legowiskiem uczniów, by rozczesać sobie futro przed snem.

***

Kiedy skończyła, na nieboskłonie zaczęły pojawiać się gwiazdy, więc weszła do legowiska uczniów i padła na swoje posłanie i szybko zasnęła.
Była na łące. Nie kojarzyła tego miejsca. To na pewno nie było terytorium Klanu Nocy. Dziwne też było to, że nie wyczuwała tej chłodnej i majestatycznej aury należącej do Pierzastej Łapy. Zamiast wyższej wersji siebie z kręconym futrem i zielonymi oczami zobaczyła kogoś, kogo nie spodziewała się zobaczyć. Zobaczyła białą kotkę z czarnym dymnym ogonem i plamami. Patrzyła się na nią swoimi pomarańczowymi oczami.
- M…mama? - zapytała przerażona i zdziwiona, przez co nie mogła ruszyć się z miejsca. Przecież Wirująca Lotka dawno nie żyła. Czy to oznacza, że ona też umarła? Oprócz tego mama wydawała się smutna… jakaś taka… zawiedziona?
- Mandarynko, córeczko. Popatrz na mnie, pomyśl. Co ty robisz? Co się z tobą stało? - zapytała jej matka. Mandarynka otworzyła pysk, ale nie zdążyła nic odpowiedzieć. Polana się rozmyła, była w obozie Klanu Nocy. Tam, gdzie zwykle widziała Pierzastą Łapę. I nie myliła się. Ona już tam była. Dumna siedziała na gałęzi wielkiego drzewa.
- Nie musisz się nią przejmować. Ważne jest teraz tylko to, byś dalej była ulubienicą Sroczej Gwiazdy - powiedziała zielonooka, patrząc na nią z góry. - Czy mogę na ciebie liczyć?
- Tak…- mruknęła, przerażona tym wszystkim.
Obudziła się. Była noc, siedziała w legowisku uczniów. Mogła próbować dalej zasnąć, ale nie chciała. Zamiast tego poszła za legowisko uczniów i usiadła na brzegu strumyka otaczającego obóz. Popatrzyła na swoje odbicie w wodzie. Przez chwilę miała wrażenie, że zobaczyła tam swoją matkę. Gdy jednak spojrzała jeszcze raz, jedyne co było do niej podobne, to pomarańczowe oczy uczennicy przywódczyni. Odwróciła wzrok i łzy bezgłośnie zaczęły spływać po jej policzkach. Gdy jeszcze raz popatrzyła na swoje odbicie, widziała tam siebie…chociaż… Mogłaby przysiąc, że przez kilka uderzeń serca nie była to ona…miała zielone oczy…*

*- Omamy wzrokowe po przebudzeniu się to wynik przerażenia jak i zmęczenia nie dosypianiem

[563 słów + pływanie ] 
[przyznano 11% + 5% ]

Od Sówki CD. Agresta

Zdziwiło ją bardzo pytanie dawnego lidera. Czyżby coś go łączyło z Kaczką? Albo się domyślił?! Jarząb coś powiedziała? Przez chwilę się nie odzywała, czując, jak znów się czerwieni. Dopiero po jakimś czasie zdała sobie sprawę z tego, że dalej nie udzieliła odpowiedzi.
- Ja z wielką chęcią będę jej towarzyszyć – mruknęła i wtedy zauważyła ten wzrok Agresta – Jako przyjaciółka! Postaram się być najlepszą przyjaciółką! – dodała pospiesznie, czując, jak uszy palą ją ze wstydu.
- Och, no to bardzo się z tego cieszę, dobrze to słyszeć — uśmiechnął się z ulgą bicolor — Pasujecie do siebie.
- Naprawdę tak sądzisz? – zapytała cicho Sówka, a Agrest pokiwał głową. Na jej pysku pojawił się uśmiech. Po chwili do legowiska weszła Jarząb.
 
***
 
Niedługo później Agrest umarł. Sówka nigdy nie sądziła, że zobaczy kiedyś jego grób. W końcu rządził Owocowym Lasem od samego początku jej życia! Nie wyobrażała sobie, że kiedykolwiek przyjdzie mu umrzeć. A jednak się stało. Cały Owocowy Las był pogrążony w żałobie, jednak najbardziej dotknęło to oczywiście rodzinę zmarłego. Dlatego idąc na grób, Sówka zastanawiała się, czy nie spotka tam kogoś z rodziny Agresta. Gdy doszła na miejsca, jednak nikogo nie spotkała. Udało jej się trafić na chwilę spokoju na cmentarzu, na którym ostatnio było wiele kotów. Rozejrzała się, starając się znaleźć miejsce, w którym pochowali bicolora. W końcu znalazła. Ruszyła w tamtą stronę, czując coraz większe zmęczenie. Usiadła na ziemi i spojrzała na grób.
- Witaj Agreście – przywitała się i na chwilę zamknęła oczy. Gdy znów je otworzyła, wypowiedziała kilka słów, oddając tym samym szacunek zmarłemu. Po jakimś czasie spojrzała na swój brzuch, przypominając sobie ostatnią rozmowę z Agrestem – Prosiłeś, bym o nią dbała i towarzyszyła jej – mruknęła i uśmiechnęła się – Postaram się jak najlepiej dbać o nią i o nasze kocięta – powiedziała i gdy chciała odezwać się po raz kolejny, usłyszała czyiś głos.
- Mężu! Miałaś się nie przemęczać wędrówkami! – krzyk Kaczki poniósł się po terenach Owocniaków, a już chwilę później zza krzaków wyskoczyła matka nienarodzonych jeszcze kociąt.
- Ale chyba to ona będzie bardziej dbać o mnie – zaśmiała się cicho czekoladowa i spojrzała na swoją partnerkę. Czarna kotka szybko ją znalazła i od razu do niej podbiegła.

[*] 
Żegnaj Agrest

Od Diamenta Cd. Turkawki

Patrzył z czułością na swoje kocię, które wskakując w dosyć malutkie, jednak proporcjonalnie do rozmiarów młodego duże kupki liści, rozwalało je uderzeniami smukłych łapek. Kocur usiadł i schludnie owinął ogon wokół przednich łap, w zamyśleniu przypominając sobie, że on też wiele razy się tak bawił. Nawet w środku nocy.
W środku nocy… Zaschło mu w pysku. Wrócił myślami do spacerów i zabaw w świetle księżyca z Pliszką. Z Pliszką! Czemu jej teraz przy nim nie było? Czemu dała się złapać dwunożnym? Jak mogła mu to zrobić? Czemu do nich podchodziła? Czemu była taka nieostrożna? Już nigdy więcej nie zobaczy jej świecących, zielonych oczu! Doskonale pamiętał, jak na niego patrzyła. Z miłością, radością i wieloma innymi przyjemnymi uczuciami. A tego dnia, kiedy została mu gwałtownie odebrana… Pamiętał jej krzyk zaskoczenia i strachu, kiedy wielkie różowe łapy wyciągnęły się ku niej.
Zamknął oczy, próbując wyrzucić te myśli z umysłu. Tak bardzo tęsknił za partnerką. Starał się nie rozpamiętywać przeszłości, żyć teraźniejszością… Ale to nie było takie łatwe. Pliszka wciąż wracała do jego głowy. Jak by to było… udawać, że nikogo takiego jak ona nie zna. Czy wtedy to wszystko nie byłoby łatwiejsze? Pewnie tak. Ale… nie chciał jej wyrzucać ze swoich wspomnień. Nie chciał zapomnieć o niej.
Grymas rozpaczy pojawił się na pysku Diamenta. Mógł ją uratować. Gdyby tylko dostatecznie szybko zareagował, to by się nie stało. Pliszka i Cynia byłyby wolne. Pomagałyby mu wychowywać kocięta. I wszystko byłoby tak jak dawniej.
Wciąż tego nie rozumiał. Czemu musiał stracić tak wiele kotów, które były dla niego ważne? Miał już ich całą listę. Błotniste Ziele, Pliszka, Cynia, a do tego Krokus i Jeżyk porwane przez tych samych dwunożnych co jego partnerka. Głupi dwunożni. Wszystko zepsuli.
Diament dopiero po tym, jak liliowa zaginęła, zdał sobie sprawę, jak trudno mu żyć bez niej. Każdego dnia, każdej nocy był co najmniej jeden ten moment, kiedy to wszystko go przytłaczało. Czuł na sobie zbyt wielki ciężar spowodowany odpowiedzialnością za kocięta i rozpaczaniem po wszystkich kotach, które stracił w swoim życiu. A gdyby Pliszka wciąż żyła w Kamiennej Sekcie… Stanęłaby teraz obok niego i zaczęła go pocieszać. Wspólnie by się bawili z dziećmi i ze sobą samymi.
Wiedział, że już nigdy nie zobaczy jej pięknych oczu. Jej szczerego, szerokiego uśmiechu na pysku. Nie poczuje dotyku jej miękkiego, przyjemnego futra. Nie usłyszy łagodnego, kojącego głosu, który zawsze niósł pocieszenie nawet w trudnych chwilach. Nie usłyszy niskiego, wibrującego mruczenia. Nie poczuje delikatnego zapachu partnerki.
Co teraz miał zrobić? Nie chciał ciągle rozpaczać. Całymi dniami był tak przygnębiony, że nie potrafił myśleć o niczym innym. Głęboki smutek zabierał mu całą radość z życia. Ale jak miał się cieszyć bez niej?
Potrząsnął głową sfrustrowany. Był zły na siebie. Za to, że nie potrafił wziąć się w garść i iść dalej przez życie. Czy Pliszka by tego chciała? Żeby nic nie robił i się smucił całymi dniami? Nie. Wolałaby, aby ją uratował. Ale jak miał to zrobić? Musiałby się udać do siedliska dwunożnych, sprawdzać wszystkie gniazda… i może by ją gdzieś znalazł? Po ilu próbach? Ile by mu to zajęło? I co z kociętami? Nie. Na razie musiał zostać przy swoich dzieciach i się nimi zajmować. Nie mógł pozwolić na to, aby im też się coś stało podczas jego nieobecności.
Przypomniał sobie, że miał się bawić z Turkawką. Zdał sobie sprawę, że ten od dłuższego czasu się przytulał do jednej z jego przednich łap z futrem na grzbiecie zjeżonym. W jego oczkach było widać zdziwienie i zainteresowanie.
- Co się stało? – spytał kocur z troską, przygładzając łapą nastroszoną sierść kociaka. – Wszystko w porządku?
- Tam coś było! - zawołał Turkawka, wskazując jedno z drzew ogonem.
Diament zmrużył oczy i zlustrował pień wzrokiem, nie wiedząc, o co chodziło synu. Może to tylko wymysł jego kocięcej wyobraźni? Po chwili zauważył wychylającego się zza klonu małą kulkę z czarnymi, świecącymi oczami i mnóstwem kolców na grzbiecie. Syknął gniewnie, instynktownie osłaniając swoje kocię łapą.
- To jeż. Mogą wyglądać na niegroźnie, ale wcale takie nie są. Zobacz na jego sierść. To nie włosy, tylko kolce! Potrafią mocno ukłuć. Trzymaj się od nich z dala, dobrze?
Turkawka energicznie pokiwał głową. Diament posłał mu łagodny uśmieszek i zaczął iść do szopy.
- Może na razie wróćmy do środka. Wyjdziemy, jak zrobi się mniej groźnie. Jak chcesz, mogę tobie i twojemu rodzeństwu coś opowiedzieć. Jakąś historię – zaproponował.
 

<Turkawko?>