BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oczyszczanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oczyszczanie. Pokaż wszystkie posty

06 listopada 2022

Od Daglezjowej Łapy CD Koperka

— Poszedłem zwiedzać obóz! Nikt nie chce iść ze mną odkrywać obozu, więc poszedłem sam! — zamruczał ucieszony malec, łapiąc swoją ukochaną zabawkę. Teraz powinna odpowiedzieć czymś w rodzaju "Chodź, oprowadzę cię", ale nie miała na to ochoty. Przecież nie jej zadaniem było pilnowanie jakiegoś bachorka. Jednocześnie gdy wlepiał w nią te swoje wielkie zielone oczy miała wrażenie, że zaraz wypali z jeszcze głupszą propozycją.
— To świetnie, tak mi się zdaje — burknęła, zatrzymując kocurka na chwilę. — Wiesz, zwiedzaj póki masz czas. Jak będziesz uczniem to ci go już zabraknie... — rzuciła, teatralnie wzdychając i odwracając wzrok.
— Dlaczego? — miauknął zaciekawiony Koperek.
— Myślisz, że to takie proste? — wzdychała dramatycznie. — Ba, uwierz mi, że to nam zwalają na plecy zadania najtrudniejsze ze wszystkich! Bycie uczniem jest takie męczące, że jakbyś to zobaczył od naszej strony teraz, to byś się zesrał. 
Koperek wyglądał na zaskoczonego, może nawet nieco przestraszonego tym, co Daglezjowa Łapa mówiła. 
— Na serio jest tak źle?
— No a jak sądzisz? — prychnęła, wywijając oczami. — Wstajesz o świcie gdy jest zimno, pracujesz ku chwale Klanu, wracasz z treningu gdy jest jeszcze zimniej i idziesz spać! A jeśli niczego nie upolujesz, to nawet nie możesz nic zjeść. Codziennie polujesz, walczysz, wracasz poobijany. A chcesz usłyszeć historię z wczoraj?
Kociak nieznacznie przytaknął. Daglezjowa Łapa uśmiechnęła się i usiadła na zmarzniętej ziemi. Brr! Odkąd napadła na nich pora nagich drzew wszystko było zimne i mokre. Wszystko, czego nie lubiła. Pamiętała jak jako kocię bawiła się śniegiem, i to był jedyny moment gdy lubiła zimę. Mogli sobie to oszczędzić.
— Wyruszyliśmy patrolem gdy tylko wzeszło słońce i wybraliśmy się do studni. Ona jest na samych obrzeżach naszego Klanu. Myślałam, że łapy mi odpadną w tym chłodzie! A tam taka — zrobiła łapą kółko w powietrzu, by odtworzyć wielkość opisywanej chmary — banda szopów! A wiesz jakie są szopy? To przerośnięte szczury, jak nietoperze, ale połączone z lisami. Borsucze łajna walone. Zjadały jakiegoś królika. I wiesz co zrobiliśmy z nimi?
— Co?
— Taki im łomot spuściliśmy, że się teraz wronie strawy nie pozbierają. Oczywiście, sporo ja zrobiłam — mruknęła skromnie — mogą pożałować, że się urodziły! Pobiłam z lewej, z prawej, kopałam ile sił w moich wysportowanych nogach, ale to są silne istoty. Stąd mam taką tam bliznę tu. Nie żebym się przechwalała... — przystawiła swój policzek z delikatnym śladem pazurów jak najbliżej Koperka.
— Łoo, musisz być odważna!
— Oczywiście, że jestem. Jestem Daglezjowa Łapa, najlepsza z uczennic, więc chyba miło poznać.

<Koperku?>

[przyznano 10%]

Od Chryzantemowej Łapy do Astrowej Łapy

Skrobała z wysokiego świerkowego pnia mszysty nalot. Nie było go w tym miejscu wiele, ale jak matka często powiadała, lepsza ryjówka w zębach niż gołąb na drzewie. Trudno było jej nie przyznać racji, co jak co. Zawsze coś było lepsze od niczego. Dlatego delikatnie w jak największych kawałkach ściągała mech z kory i odkładała go na kupkę zaraz obok niej. Wiele uczniów uważało to za najgorsze zadanie, ale Chryzantema? Dla niej żadna praca nie była zła, jeśli przynosiła profity. O wiele bardziej wolała spokojnie, w obozie skrobać drzewa niż ledwo uciekać przed wściekłym dzikiem. Jedna z kęp nie chciała wcale się oderwać, więc musiała użyć siły. Zębami chwyciła się porostu i zaczęła rwać. Po tym jak zostawały z tego jedynie twarde okruchy zrezygnowała - i tak się nie nada. To co zebrane chwyciła w pysk, by skierować się w stronę obozu i tak odstawić owoce swej pracy dla innych, którzy mieli formować z tego legowiska. Na drodze ujrzała plotkujące między sobą Świetlik i Ważkę.
— Czasami mam wrażenie, że tego już się nigdy nie domyje... — lamentowała Ważkowa Łapa z widocznym przejęciem. Albo sztucznym? Dziwne. Z resztą, kogo tam obchodzą kłaki?
— Nocna Tafla na patrolu ostatnio kazała mi iść przez całe bagno! Rozumiesz, bagno! — wtórowała Pustynna Róża. 
— To trudne do wyobrażenia sobie. Musiało śmierdzieć, prawda?
— I to jak! Ale cóż, takie tam życie. — parsknęła srebrna i poszły tak daleko, że Chryzantemowa Łapa nie mogła ich usłyszeć. Zdała sobie sprawę, że się ociąga i czym prędzej popędziła do obozowiska. 
Odstawiła na stertkę wszystko co miała w pysku, a zaraz pojawił się Wronia Łapa, by się zająć obróbką. Nie przykuła co do tego więcej uwagi. Miała czas dla siebie, jakąś przerwę. Odbębniła trening z Mroczną Gwiazdą wczesnym rankiem, gdy tylko zaświtało, a na niebie pojawiła się jasna smuga. Zaciągnął ją w leśny zakątek, by poduczyć się wspinaczki po drzewach. Stary świerk nie był najlepszym materiałem dla jej pazurów, ale nie poddawała się. O wiele gorzej było z zemście niż z wejściem - do teraz czuła solidnego siniaka na nodze. 
Skoro przerwa, postanowiła coś przekąsić na szybko. Nawet nie była specjalnie głodna, ale chęć wrzucenia czegoś na ząb była zbyt silna. Przypałętawszy się do sterty ze świeżą zwierzyną usiadła przed nią i zaczęła się zastanawiać nad wyborem. Mała nornica czy okrągły mysikrólik? 
— Witaj, Chryzantemowa Łapo. — zaskoczył ją cichy głos starszego zza pleców, Pokrzywowej Skóry. Odwróciła się, by dojrzeć na chudym licu posrebrzałego kocura niepewny uśmiech i ciepłe, na wpół ślepe oczy. 
— Oh... Dzień dobry, proszę pana. — nie ruszyła się ani na kawałek, a jej twarz pozostawała bezwyrazowa.
— Zacząłem takiego króliczka, ale nie jestem pewien, czy sam mi się tu zmieści... Hah — przymknął ślepia. — Może chciałabyś mi pomóc?
— Z chęcią, ale — zaczęła szukać wymówki, jako że nie widziało jej się jeść przekąski z dziwnym staruszkiem — mam chyba patrol. Chciałam coś przekąsić, ale tam już się zbierają. Na pewno pana odwiedzę innym razem. 
— Niech Klan Gwiazd oświetla twoją drogę w takim razie, Chryzantemowa Łapo. 
Czując się odrobinę niezręcznie i zażenowanie podeszła do Irgi, która formowała patrol z nadzieją, że załapie się i ona. Co miałaby powiedzieć w innym razie Pokrzywowej Skórze? W końcu nie był to zły kot. Wręcz przeciwnie, zawsze żałowała, gdy ona bądź nawet ktoś inny odmawiał mu dotrzymania towarzystwa. Nie obiło jej się o uszy, żeby był to zły kot. Może nawet kiedyś obietnicy dotrzyma, by nieco poprawić humor tego starca.
— Obudź Nocną Taflę i powiedz jej, by szła z tobą... A ty? — podejrzliwie uniosła brew, widząc zbliżającą się Chryzantemową Łapę. — Nie przypominam sobie wołania ciebie. 
— Jestem chętna na patrol. 
— Jesteś? Myślałam, że mamy komplet — ogarnęła wzrokiem Frezję, Bezzębną, a także wychodzące z legowiska wojowników Noc z Pustynią, — ale nie będę naszej pracowitej mrówce odmawiać. Reszta ci powie, gdzie idziecie. Możecie wyruszać!
Delikatnie zdezorientowana nadmiarem różnych informacji Chryzantemowa Łapa poszła za resztą, starając się nie zostać na szarym końcu. Utrzymywała tempo, zahaczając o Pustynną Różę, jako że wydawała jej się być najlepszym wyborem do rozmowy.
— Cześć... właściwie, gdzie idziemy? — miauknęła, starając się brzmieć jak najpewniej.
— Na bobry. Trochę mnie zdziwiło, że chcesz iść na taki patrol, ale się nie wtrącam. Może chcesz śmierdzieć ich piżmem, twoja sprawa. — fuknęła, osłupiając Chryzantemową Łapę. Idą polować na bobry? To nie brzmiało jak najbezpieczniejsza przygoda. Mignęła jej myśl o powrocie, ale ją szybko zbyła. Nie będzie się zachowywać jak tchórz! To zresztą tylko jeden patrol i jedne bobry. 
Doszli prędko do miejsca, gdzie skupiały się te zwierzęta. Chryzantemowej Łapie wydawały się być przerażające. Żółte zęby osadzone na silnych szczękach, które z łatwością rąbały nawet drzewa. Ich śliskie ogony. I zapach... Jeśli ktokolwiek sądził, że to Klan Nocy śmierdzi, nigdy nie poczuł smrodu bobrzego piżma. 
Zadrżała, widząc je coraz bliżej. Nikt jej nie powiedział, że będą się bić! Mimo, że główną częścią planu miało być przegnanie, musiała wziąć to pod uwagę...
— Nocna Taflo i Chryzantemowa Łapo, pójdziecie ze mną, by z prawej je wystraszyć i przegonić. Zaczniemy od syczenia i znaczenia zapachu, w ostateczności posuniemy się do walki. Jeśli ona się rozpocznie wy — objęła wzrokiem Bezzębnego Robala i Pustynną Różę — wkroczycie do akcji. Inaczej, zabezpieczajcie nam tyły.
— Dobrze! — gorliwa Świetlik przytaknęła wojowniczce, choć z pewnością kompanka nie podobała jej się wcale. Właściwie, mało komu się podobało towarzystwo tego dziwnego klanowego popychadła, a do tego własnej matki. Chryzantemowa Łapa posłała jej tylko żałujący uśmiech, po czym zawstydziła się i poszła do Nocy i Frezji. Na pewno pomyślała, że jest dziwna. 
— Chryzantema, nie bujaj w obłokach. — mruknęła ostrzegawczo Nocna Tafla, co przywołało niebieską do porządku. Chciała wybąkać z siebie przeprosiny, ale za długo już czekała i minęła moment. Wzięło ją zażenowanie i prychnęła, podchodząc bliżej kocic. 
Bobrze oczy pożerały jej duszę, a przynajmniej takie miała wrażenie. Nieliczne z nich ciekawsko i nieufnie wlepiały w przechodzący, rozdzielony patrol swe chłodne spojrzenia. 
— Bezzębie, Pustynio, stójcie i obserwujcie. — mruknęła donioślej rozkaz Frezja, tym samym dając ogonem reszcie swojej ekipy znak, by iść za nią. Większość szorstkofutrych, przerośniętych szczurów już zapomniało o ich istnieniu, jak gdyby były najzwyczajniejszymi ptakami siedzącymi na gałęzi. Przyczaiły się na nie w krzewach. Chryzantemowa Łapa poczuła delikatne pociągnięcie gałązki za łapę, ale zignorowała to, próbując być jak najciszej. Ogon Frezji podniósł się nieznacznie, więc czujnie wyczekiwała na moment. W końcu całkowicie uniósł się w górę i kocice wystrzeliły z ukrycia jak z procy, by zacząć syczeć i uderzać ostrzegawczo w podłoże. Zaskoczone bobry cofnęły się, jednak prędko jeden z nich obnażył agresywnie zęby, a za nim reszta. Zasyczała raz jeszcze, ale najwyraźniej nie robiło to na nich żadnego wrażenia. Jej sierść napuszyła się jak paw, gdy próbowała jeszcze przestraszyć o ponad połowę większe zwierzęta, ale na nic. Nawet Frezjowy Płatek wzięła krok w tył. 
— To nie ma sensu — miauknęła cicho, po czym dodała jeszcze ciszej — wycofajmy się wolno.
Chryzantemowa Łapa w głębi duszy chciała wziąć udział w walce, ale nic nie powiedziała. Faktycznie, byłby to przelew krwi za nic. Cofały się powolnie przed warczącymi bobrami, gdy niespodziewanie zza wzgórka wyskoczyła Bezzębny Robal z córką, rzucając się na gryzonie. Oślepione szałem odwzajemniły atak, mając pod pyskiem arsenał siekaczy.
— Odwrót! Bezzębny Robalu, Pustynna Różo, odwrót! — krzyczała Frezja, ale żadna z wojowniczek nie była w stanie się wydostać spod uścisku bobrów. Czekoladowa przejechała pazurami po pysku jednego sycząc, który natomiast wgryzł się w strzępek jej ucha. Pustynia próbowała się wygrzebać, ale została pociągnięta za ogon. 
— Zostań tu, my im pomożemy. — zawarczała Nocna Tafla do Chryzantemy, gdy ta w osłupieniu przyglądała się nierównej walce. Szylkretowa Frezja podzieliła jej zdanie i natychmiast rzuciła się w stronę patrolowiczek. Chryzantema chciała walczyć, ale biła się z myślami. Kazano jej zostać, a to było rozkazem...
Noc wysunęła pomocną łapę do liliowej, poharatanej wojowniczki, która uśmiechnęła się do niej słabo dysząc. Została wciągnięta przez nią za kark. W końcu i Bezzębny Robal wygrzebał się (wprawdzie z licznymi śladami zębów na plecach) z rowu. Rozkazu Frezjowego Płatku nie trzeba było drugi raz powtarzać. Każdy wziął nogi za pas. 

***

Siedziała niedaleko legowiska medyka, przyglądając się opatrywanym towarzyszkom. Czuła wstyd, że sama nie wkręciła się w walkę. Wróciła nienaruszona, jedynie z ubłoconymi łapami i wyrwanym wąsem. Miała nadzieję, że Mroczna Gwiazda tego nie zobaczy - nie byłby z niej dumny. Powinna była nie tchórzyć i wykazać się swoją siłą... Powinna. Następnym razem musi to udowodnić, że nie jest kimś słabym.
Wśród przechodzących kotów ujrzała też jednego ze starszych uczniów, Astrową Łapę. Nigdy nie był dla niej kimś specjalnym, jedynie miejscami mogło irytować ją jego zachowanie, jednak nie myślała o nim źle. Każdemu się zdarza, prawda? Problem był taki, że czuła, że gapi się akurat na nią. Nie wiedząc co zrobić uśmiechnęła się głupio w jego stronę.

<Aster?>

[przyznano 35%]

03 listopada 2022

Od Srokoszowej Łapy

*pora opadających liści*

Złota trawa falowała spokojnie porywana w ruch przez ciepły wiatr. Słońce wraz z chmurami walczyło o dominację na niebie, tworząc na życie grę półcieni. Srokoszowa Łapa czuł się dziwnie wśród tak pustej przestrzeni. Nie przywykł do braku drzew. Skryci wśród ściółki przemykali się niepostrzeżenie po leśnym runie. Teraz w plątaninie traw przemieszczali się niezgrabnie. Szarżujący Bizon torował trasę swoim masywniejszym ciałem. 
— Myślę, że śmierć Cętkowanego Rysia nie była przypadkiem. — cichy głos wyrwał go z transu. 
Spojrzał na burego. Nic ich nie mam nie łączyło. Gdy Bizon był mały próbował się z nim zaprzyjaźnić. Lecz Srokosz wciąż go odrzucał. Aż matki burasa reagowały, a on wykrzyczał Cętkowanej Gwieździe, że jej nienawidzi. 
Położył po sobie uszy, uciekając wzrokiem na tańczące w zachodzącym słońcu kłosy. 
— Co masz na myśli? — rzucił niby od niechcenia, lecz serce zabiło mu szybciej na myśl, że wojownik może myśleć o tym samym co on. 
— Nic w tym się nie klei. — miauknął smutno Bizon. — Oni się kochali. Mama... Cętka nie miała powodu, by zrobić to z Wilczakiem. A Dziki Kieł... on z taką łatwością nas porzucił. To aż niemożliwe. Przecież tak nas kochali... Te wszystkie opowieści... Wszystkie zabawy, bajki, wyścigi i wspólne...
— To was kochali. — syknął Srokosz, wcinając się. 
Buras skrzywił się. 
— To ty nas odtrącałeś. — odpowiedział mu. 
Srokosz syknął, ale nie dodał nic więcej. Uderzenie serce milczał, lecz spojrzenie zdenerwowanych żółtych ślepi nie dawało mu spokoju. 
— Więc. — prychnął cętkowany. — Masz coś więcej do dodania w tym temacie niż użalanie się nad sobą i tą smutną historię? 
Bizon zmarszczył brwi. Zatrzymał się, by spojrzeć przybranemu bratu w prosto w pysk. Przewyższał go o co najmniej parę myszy. Niebieski zląkł się, strosząc sierść. 
— Żałuję, że zacząłem z tobą ten temat. Jesteś taki sam. Nic się nie zmieniłeś. Jeśli zamierzasz tak dalej się zachowywać to wracam do obozowiska. — ogłosił wojownik. 
Srokosz chciał wykrzyczeć wiele rzeczy. Złych i podłych. Takich, których nie powinien do nikogo nigdy skierować. Wgryzł się we własny język, czując nieprzyjemny smak krwi. 
— Córka lidera Klanu Wilka twierdzi, że nie zna żadnego burego Wilczaka o niebieskich oczach. — wydusił z siebie. 
Zaskoczone żółte ślepia spoglądały na niego w szoku. Uderzenie serca lub dwa pomiędzy nimi panowała kompletna cisza. Nawet wiatr zdawał się ucichnąć. 
— Srokoszowa Łapo, ja nie wiedziałem... — zaczął tamten, lecz niebieski pokręcił łbem. 
— Nie. Nie mów tego. — prychnął, zakrywając uszy. — Skupmy się na faktach. — miauknął, próbując odciągnąć burego od tamtego tematu. 
— Skoro córka wrogiego lidera powiedziała ci coś takiego to nie możesz mieć pewności, czy była szczera. — stwierdził Bizon. 
— Więc albo ona kłamie, albo Lamparcia Gwiazda. — syknął uczeń. — O dziwo słowa lidera o Wilczaku potwierdziła Łabędzia Pieśń. Która dwukrotnie poczekała się kociąt w krótkim czasie. — wytknął. 
Wojownik zmarszczył brwi. 
— Myślę, że to zbyt naciągane. — uznał buras, widząc oburzenie niebieskiego dodał po uderzeniu serca. — Nie mamy żadnych dowodów. Lamparcia Gwiazda jest... specyficzny. Ale wątpię, że posunąłby się do takich czynów. Nie jest potworem. Nie aż takim. 
Srokosz wywrócił ślepiami. Leśne klany z każdym dniem okazywały się zdolniejsze co coraz paskudniejszych czynów - samo wspomnienie zgromadzenia go w tym utwierdzało. Czuł się bezradny. Nie miał żadnych dowodów na winę kocura. Nie miał też odwagi ryzykować własnym życiem narażając się temu szaleńcowi. Musiał wykorzystać do tego kogoś innego. 
Spojrzał na pogrążonego w myślach brata. Lecz kto był blisko lidera. Przeważnie unikał czarnego jak Urdzikowej Łapy, więc nawet nie wiedział takich rzeczy. 
— Możesz mi nie wierzyć. — prychnął niebieski. — Ale zbyt dowodów kończy się na nim. Może wie coś czego my nie wiemy. Warto mieć na niego oko.
— I na Łabędzią Pieśń.
— Ona oszalała. — przypomniał Srokosz. — Nikt nie weźmie jej słów na poważnie. — dodał, trzepiąc ogonem. 
— Nie oszalała bez przyczyny. — stwierdził wojownik. — Coś musiało się z nią stać. W tamtą śnieżną noc kiedy straciła potomstwo. 
Szelest rozległ się wśród zbóż. Srokosz zjeżył się.
Ktoś ich podsłuchiwał? 
— Słyszałeś to? — pisnął spanikowany. 
— Psy. Dwa...? Trzy. — mruknął Szarżujący Bizon. — Szybko. Inne patrole donosiły na nie, ale nie w tej okolicy. 
Srokosz zjeżył się zestresowany. Wysunął szybko pazury. 
— Nie czas na walkę. Musimy uciekać. — zawołał bury, popychając niebieskiego. 
Uczeń zaczął szybciej przebierać łapami, słysząc za sobą straszliwe ujadanie. Tylko tego mu brakowało. 

psy
[przyznano 10%]

OD Oliwkowej Łapy DO Daglezjowej Łapy

 Nowy obóz był… fajny. Nic szczególnego, co wzbudziłoby w Oliwce jakieś emocje, dużo kamieni i w sumie to tyle. Kocurek miał dziś zły humor. Pół dnia musiał polować dla klanu nad przepaścią, potykając się o wszystkie te luźne głazy, które z hukiem spadały po skale na sam dół, które uczeń zrzucał licząc po cichu, że może kogoś na dole trafi. Po całym tym wysiłku, jakieś wojownicze zgredy kazały mu, biednemu, wycieńczonemu po całym dniu ciężkiej roboty kociakowi, przeganiać z obozu nietoperze. Większego upokorzenia nie zaznał od dawna! Kroczył powoli ciemnym korytarzem, kładąc łapy jak najciszej tylko mógł, żeby nie obudzić jakichś jaskiniowych potworów. Nie bał się wcale ciemności, tylko te opowieści, które nagadały mu siostry, gdy wspólnie szukali duchów w nowym obozie były dla niego gorszące. Uczeń gardził za to samym sobą, ale przez głupią zabawę teraz nie mógł normalnie przejść przez ciemny korytarz, nie pokulając podświadomie ogona. Nie chciał się przyznawać, to oczywiste, ale te czarne wiewiórki ze skrzydłami wyglądały jak jedne z tych potworów, które nazmyślał by nastraszyć rodzeństwo. Odrobinę go przerażały. Odrobinę to mało powiedziane, wręcz się ich brzydził. A jak wplączą się mu w futro!? Jeszcze te ich świecące malutkie oczka. Fuj. Gdy dotarł do jednego z nich, jak gdyby nigdy nic zwisającego z sufitu i patrzącego się mu prosto w ślepia, zjeżył futro z przerażenia i syknął, gdy ich spojrzenia się zetknęły.
- Ale z ciebie cipka - zaśmiał się ktoś za nim.
Oliwkowa Łapa przewrócił oczami. A któż to przyszedł, jego ulubiony bachor. Uczeń uwielbiał Daglezję tak samo mocno jak jej nienawidził. Była od niego niższa o zaledwie pół centymetra, a w wieku różnił ich niecały księżyc, ale kocur i tak uważał się za tego odpowiedzialnego, dojrzałego i rozważnego w tej relacji. Nie jest to prawda, oboje byli siebie warci.
- A z ciebie idiota - prychnął w odpowiedzi speszony - Skoro jesteś taka odważna, to pokaż mi co mam zrobić z tymi paskudami.

<Daglezja?>

[przyznano 10%]

Od Srokoszowej Łapy Do Niedźwiedziej Siły

*przed akcją z Brzozową Łapą*

Dziwny zapach dotarł do nozdrzy Srokoszowej Łapy. Kocur skrzywił się, zerkając na mentorkę. Wilcza Pogoń postawiła uszy. 
— Spójrz. — miauknęła szylkretka, wskazując uczniowi łapą dziwne istoty. 
Liso podobne szaraki maczały upolowaną zwierzynę w wodzie. Skrzywił się z lekka. Nie rozumiał co robiły. 
— To szopy. Jedzą wszystko. Wejdą wszędzie. Nie straszna im woda, drzewa, mróz. Są bystre i przebiegłe. Nie boją się Dwunożnych. Nasz największy konkurent w walce o pożywienie. — wyjaśniła wojowniczka, mierząc szopy nieprzychylnym spojrzeniem. 
Niebieski lekko zestresował się ów kreaturami. Już życie wśród zakłamanych Klifiaków miało swoje brzemię. Teraz jeszcze zjawiły się one. Przebiegłe szopy żywiące się wszystkim co napotkają. 
— Wracajmy. Czas poinformować o tym Lamparcią Gwiazdę. — zarządziła kotka.

* * *

Nowy osobnik pojawił się w ich klanie wraz z pojawieniem się na tych terenach. Potężne bure barki usiane ciemniejszą sierścią. Puste brązowe ślepia. Łapska niczym kamienie. Srokoszowi zdawał się podejrzany od samego początku. Miał zbyt dobre kontakty z Lamparcią Gwiazdą. Niebieski nie wiedział, jaki Niedźwiedź skrywał sekret, że oddał się w łapy czarnego.
Całą sprawę podjudzał fakt, że buras kleił się do Aksamitnej Chmurki. Uczniowi nie raz wpadło w oko jak obcy kocur wykorzystywał swoje auty do nieprzyzwoitych spraw ze szylkretką. Srokoszową Łapę szlag strzelał, widząc to. A jeszcze większy, zauważając, że liczne rodzeństwo kotki na to nie reagowało. Jego chcieli rozszarpać za samo istnienie, a Niedźwiedzią Siłę wszyscy wielbili i kochali. 
Tą kupę burego i śmierdzącego futra o pysku, jakby dostał kamieniem w łeb za młodu.
Nie zamierzał ukrywać niechęci do niego, lecz bał się konfrontacji z potężną masą cielska i pupilkiem Lamparciej Gwiazdy. Dlatego napotkawszy się z ciemnym brązem wpatrujących się w niego ślepi, zmrużył oczy. Mimo lęku i trzęsących się łap nie zamierzał mu ulec tak łatwo. 


<Niedźwiedź?>

szopy

[przyznano 10%]

Od Zajęczej Łapy

Porą Opadających Liści
Na zgiętych łapach obserwowała z ukrycia dwunożnego. Każdy wykonany przez niego ruch wywoływał u niej ciarki na grzbiecie. Czuła w mrowienie w karku, mając obawy, że ten zaraz dostrzeże ich, zerwie się, a następnie zaszarżuje wprost na nich.
— Nie bój się. Nie zrobi nam nic — mruknął łagodnie Bażancie Futro, który stał wyprostowany tuż przy niej, nie martwiąc się ryzykiem bycia zauważonym przez łysego i wysokiego stwora. — Prócz futra nie mają oni również mózgu.
Spięła się i posłała mu pełne oburzenia spojrzenie. Jak śmiał w ogóle wysuwać takie wnioski? Była materiałem na odważną wojowniczkę, a nie tchórzliwą pokrakę. Jego skrajna odpowiedzialność wręcz ją martwiła.
— Nie boję się — prychnęła, przewracając oczami. — Po prostu uważam, że trzeba mieć się na baczności. Nie wiadomo, co może zrobić. Tym śmiesznym kijkiem wyciąga ryby z wody, ale równie dobrze mógłby złapać tym kota — stwierdziła, patrząc na połyskującą końcówkę dziwnego przedmiotu, który posiadał. Wydawała się ostra do takiego stopnia, że mogłaby pokaleczyć.
— Ale zawsze siada w tym samym miejscu. Nie powinien nas okradać z pożywienia, ale póki się nie zbliża w głąb naszych terenów, nie stanowi aż tak wielkiego zagrożenia. Możliwe, że Porą Nagich Drzew odpuści, bo nie będzie mógł dostać się do rzeki przez lód — podsunął myśl, obracając się. — Dobrze, nie traćmy na niego czasu. Chodź, zapolujemy jeszcze po drodze i wrócimy do obozu — mruknął, na co westchnęła.
Polować. Na lądzie.
Nie była szybka. Od zawsze wlokła się za innymi, bo nie potrafiła dorównać ich tempu. Podczas gdy jej ojciec znany był niegdyś ze swej prędkości, to ona mogła porównywać się do ślimaka. Zmarszczyła nos i pociągnęła nim. Wolała pływać i łapać ryby, to szło jej o wiele lepiej, ale zaraz nadejdzie zimniejsza pora, a w lodowatej wodzie nie jest już tak przyjemnie.
— Rozchmurz się. Nie musisz być szybka. Jak staniesz nie pod wiatr i tyłem do ofiary, to ta cię nawet nie zdąży wywęszyć, a ty na spokojnie ją złapiesz — odezwał się niespodziewanie bury. Tak, jakby nagle zdobył umiejętność czytania z jej myśli.
Machnęła ogonem.
Nie była to głupia taktyka. Po prostu denerwowało ją to, że nie we wszystkim mogła być dobra. Dlaczego musiała być tak cholernie wolna? Nie musiała być bez wad, ale akurat tej jednej rzeczy nie mogła zdzierżyć, a żadne treningi jej nie pomagały.
Dostając niespodziewanie kuksańca w bok, obruszyła się i spojrzała z wyrzutami na kocura. Ten wpatrywał się z kamiennym wyrazem pyska w dal, to też powędrowała wzrokiem za nim.
Nad brzegiem rzeki pałętała się masa dziwnych stworzeń. Poniekąd przypominały łasice, ale ich futro było oklapłe od wody. Musiały pływać, o czym świadczył drobny stos ryb złożony na trawie.
— Kolejni złodzieje — westchnęła z poirytowaniem, a potem zastrzygła uchem. — Przegonimy ich?
— Oszalałaś — odparł gniewnie, robiąc spory krok w tył. — Pójdziemy na około. Jest ich za dużo, a nie wiadomo, czym nas mogą zarazić — stwierdził.
— No proszę cię Bażancie Futro, damy radę, a jak ich przegonimy, to mnie może w końcu pewien ktoś mianuję — zawyła, uderzając łapą w ziemię. Niczym małe, sfochowane kocię.
Bury spojrzał na nią z powagą. Sprawiał wrażenie nieustępliwego, tym bardziej, gdy pokiwał na boki głową.
— Nie ma mowy. Zaczynasz przypominać mi swojego ojca za młodu... — Futro na grzbiecie stanęło jej dęba, gdy to usłyszała. To szło w bardzo złym kierunku i jeszcze jedno złe słowo z jego pyska i nie będzie wiedziała, czy wykończyć go, czy siebie. — Był taki uparty i chętny do zawojowania światem.
Odwróciła się, byleby nie zobaczył jej grymasu. Obserwowała w skupieniu wydry, zastanawiając się, gdzie popełniła błąd. Wiele słyszała o Pędzącym Wietrze. Wydawał się zupełnie innym kocurem niż ten, który teraz był jej ojcem. Tamten był lepszy. Klan go lubił i rzeczywiście brzmiał na kogoś, kogo bycie córką mogło napawać dumą.
Ale go już nie było. Przepadł i umarł wraz z niewolą Klanu Burzy. W zamian za to mieli Zdradziecką Rybkę, a samo imię wiele tłumaczyło.
— Wolę nie być do niego porównywana — odparła delikatnie, choć jad wręcz ściekał jej z języka. — Ja nigdy nie zdradzę klanu — zapewniła.
— Nikt tego nie planuję. Nie wiesz, przed jak trudnymi wyborami może postawić cię życie — zauważył.
W żółtych ślepiach coś błysnęło. Nie zaszczyciła go spojrzeniem, tylko przeszła obok, a znajdując się na wysokości jego ogona, zniżyła głos.
— Zawsze można wybrać śmierć. Tak zrobiłby prawdziwy wojownik.
Bażant spiął się, ale ona nie zamierzała czekać na jakiekolwiek pouczające i motywacyjne gadki. Upoluje coś, wróci do obozu i zaszyje się w swoim posłaniu. Jego porównanie ją dotknęło i straciła na ten moment wszelkie chęci do życia.

wykonane: rybak, wydry

[przyznano 15%]

02 listopada 2022

Od Srokoszowej Łapy

Pchał drobnymi łapami niemały głaz. Urdzikowa Łapa miał mu pomóc z tym zadaniem. Point zadecydował jednak, że zwali na mniejszego i swoją część pracy. Zirytowany cętkowany więc nieporadnie szurał kamieniem po podłożu przesuwając go niewiele do przodu. Z lekka zazdrością spoglądał na lepiej radzących sobie uczniów. 
— Gorszego zadania nam nie mógł przydzielić — stęknęła Północna Łapa do Ciernistej Łapy. — Co się gapisz? — syknęła na niego, widząc na sobie jego wzrok. 
Srokosz zjeżył się, kładąc po sobie uszy. Już miał otworzyć pysk, lecz utknął w spojrzeniu żółtych ślepi. Osąd jego pustej obietnicy złożonej chłodnego wieczora. Żalu minionych dni. Prychnął cicho, dając młodszej satysfakcje wygranej. 

* * *

Bez skąpany w piasku i cętkach. Powyrywane futro. Postrzępiona skóra. Nieobecne przerażone ślepia błądzące już wśród zaświatów. Czuł ból gdzieś głęboko sprawiający, że łzy mimowolnie spłynęły mu poliku. Odwrócił wzrok nie mogąc znieść widoku kotki. 
Kalinowa Łodyga nie ruszyła się. Zastygła, zalewając się potokiem łez. Dopiero spotkawszy się ze smutnym spojrzeniem osieroconych kociąt Cętki, wydała z siebie stłumiony pysk przywierając do futra Białej Zamieci. Wojowniczka otuliła przybraną matkę ogonem, spoglądając z niepokojem na brata. Srokosz szybko uciekł spojrzeniem od niej. Szarżujący Bizon wyszeptał szylkretce coś do ucha nim ta została zasypana ziemią. 
Dziki Kieł niczym nieobecny wpatrywał się w martwą kotkę, aż wstał i bez słowa odszedł. Pozostawiając rozbitą rodzinę. 


usuwanie luźnych skał

[przyznano 10%]

31 października 2022

Od Zajęczej Łapy CD. Kurkowej Łapy

Wbiła pazury w ziemię, prostując się i spoglądając na niego z wyższością. Orzech gderał bez sensu, za to Kurka milczał. Z tą sterczącą na wszystkie strony sierścią przypominał jej Nastroszonego, tylko różnicą była barwa futra. I może to, że Kurka wcześniej miał jej szacunek przez bycie "dzieckiem" Kruczej Gwiazdy, choć teraz powoli go tracił. Nieustannie marzyła o zamianie się z nim miejscami. Gdyby to on był smrodem największej zakały klanu, zwykłego i nic niewartego zdrajcy, nie byłoby mu tak do śmiechu. Za to ona korzystałaby z przywilejów posiadania kogoś tak niezwykłego jak czarna za matkę. Chwaliłaby ją na każdym kroku i przynosiła jej dumę, a nie była chodzącym powodem do płaczu.
— A byłeś przy tym, że wysuwasz takie wnioski? — spytała, strosząc z lekka sierść.
— Nie musiałem. Cały klan o tym mówi — odparł ze znużeniem, odwracając wzrok. Zajęcza Łapa dostrzegła w brązowym ślepiu czystą pogardę. Sam fakt, że odnosił się do niej takim tonem, wzmacniał w niej złość. Podburzał ją do takiego stanu, że coraz bardziej umacniała się w przekonaniu, iż żaden kocur w tym klanie nie jest na tyle wartościowy, by zdobyć jej uwagę.
— Czyli podążasz ślepo za plotkami? — mruknęła, strzygąc uszami w skupieniu. — To przykre nie mieć własnego zdania — stwierdziła. Był głupi. Taka krótka opinia na jego temat jej wystarczała.
— Plotki nie biorą się bez powodu — rzucił, odwracając się. — Z naszej dwójki to najwyraźniej ty jesteś ślepa, jeśli nie widzisz tego, co się dzieje między twoim ojcem a zastępcą — uznał.
— Może nie zauważyłeś, czemu się nie dziwię, ale to ja mam sprawny wzrok, jednooki — syknęła. — A czyny rodziców nie odzwierciedlają tego, co reprezentują ich dzieci — dodała ostrzej.
Kurkowa Łapa niby ich słuchał, jednak zaraz po tym wstał i ruszył w tylko sobie znaną stronę.
Orzechowe Serce mruknął coś pod nosem, spoglądając przelotnie na liliową, która zmierzyła go zuchwałym wzrokiem. Kremowy, choć wcześniej odważny, skulił się teraz pod naporem tej negatywnej energii i ruszył pośpiesznie za Kurką, wołając, by ten zaczekał na niego.
A Zając nie zamierzała uganiać się za żadnym samcem. Nie mogła niestety zaprzeczyć jego słowom, a bronić Zdradzieckiej Rybki nie zamierzała. Zacisnęła pysk w cienką linię i uderzyła w złości łapą o ziemię. Ta bezradność nieraz ją wykańczała.

***

Przeciskała się pomiędzy trzcinami, łapiąc je za łodygi i wyrywając z ziemi, aby utworzyć w ten sposób zdatny do przejścia korytarz. Miał on niby służyć jako awaryjna droga ucieczki, ale Zając w ogóle nie akceptowała takiego podejścia, by kiedykolwiek mieli zwiewać z własnego domu. Żaden klan nie przepłynie otaczającej ich rzeki, a dzikie zwierzęta to tylko niemyślące organizmy, przed którymi powinni się bronić, a najlepiej to wytępiać je. Sam fakt, że lider zakładał najbardziej pasującą do tchórza opcję, dawał dużo do myślenia. Przewodził nimi zwykły łamaga, a wielu zdawało się akceptować to, zamiast stanąć z nim do walki.
Gdyby Krucza tu była, już dawno skończyliby prace porządkowe, a inne klany padłyby do ich łap, oddając im swe tereny i błagając o przebaczenie.
Zmęczona z lekka pracą, uznała, że pora wracać do legowiska. Nie będzie pracować więcej niż inni, bez przesady. Swoją godność miała i nie zamierzała jej tracić.
W ciemnościach ich schronienia dostrzegła ledwo zauważalną sylwetkę, siedzącą w kącie. Ciemne futro idealnie wtapiało się w tło. Liliowa przystanęła na moment, przyglądając mu się z uwagą. Wciąż pamiętała, jaki pokaz odwalił nad ciałem zmarłej matki. Pytanie było, co tak naprawdę siedziało w jego łbie.
— Kurkowa Łapo — mruknęła, unosząc w górę pysk. Gdy rozmawiała z kocurami, zawsze starała się podkreślić swoją wyższość. Albo przynajmniej pokazać im, że nie jest od nich gorsza. — Tęsknisz za swoją mamą? — spytała wprost.
Jego odpowiedź mogła całkowicie zmienić jej podejście, więc nastawiła uszu, gotowa wsłuchać się w jego słowa. O ile cokolwiek zamierzał jej powiedzieć.

<Kurko?>

zrobiono: budowanie korytarzy między trzcinami porastającymi wyspę


[przyznano 10%]

30 października 2022

Od Sroczej Łapy

Ogon Sroczej Łapy drgał rozzłoszczony, kiedy szła za czekoladowym kocurem na trening. Ich wspaniałomyślny lider, Rudzikowy Śpiew, podczas ceremonii wojownika Pszczelej Łapy i Cedrowej Łapy, teraz zwanych Pszczelą Dumą i Cedrową Rozwagą, przydzielił jej nowego mentora, pod którego okiem miała ukończyć swój trening. I kogo postanowił jej przydzielić? Spośród wszystkich wojowników, którzy nie mieli jeszcze swojego ucznia, wybrał Gorzką Wolę, kocura, który jeszcze do niedawna był samotnikiem. Nie dość, że posiadał czekoladową sierść, to jeszcze wyrobił sobie w klanie opinię osobnika niespełna rozumu. Wszędzie widział jakieś znaki i przepowiednie, a pierwsze co powiedział po przydzieleniu go do Sroczej Łapy, było to, że ich spotkanie było zapisane w gwiazdach. I jak tu czuć się bezpiecznie przy kimś tego pokroju?
– Przyśniła mi się dzisiaj tłusta nornica. To dobry znak. Na pewno nie wrócimy do obozu z pustymi łapami! – zaczął paplać kocur.
Sroczą Łapę zakłuło serce na myśl, że to już nie Daliowy Pąk jest jej mentorką. Ona nie widziała nigdzie cudownych znaków zesłanych do nich od sił wyższych. Ale oczywiście, klanowy fetyszysta czekoladowych kotów, musiał wpaść na genialny pomysł skazania łaciatej na tego dziwoląga.
Idący przed nią kocur gwałtownie się zatrzymał, wydając z siebie okrzyk zachwytu. Kotka mało co nie wyrżnęła w niego, w ostatniej chwili zatrzymując się. Wyjrzała zza pleców kocura, by zobaczyć, co było powodem jego nagłej reakcji.
– Czy ty to widzisz?! – zapytał wysokim głosem Gorzka Wola, padając na łapy.
Tak. Widziała. Przed nosem kocura siedziała mała, trochę rozespana, zielona żabka o brunatnych pręgach na łapkach.
– No… tak? Co w tym takiego zaskakującego? – zapytała zmieszana, podchodząc bliżej.
– Czy wiesz co to oznacza?!? – pisnął, wręcz nie mogąc opanować wyciekającej z niego euforii.
–...Że umrze z zimna, bo się nie zakopała w mule?? – mruknęła kotka, dla której było to jedyne logiczne wyjaśnienie zdziwienia czekoladowego.
– Nie, nie!! – zaprzeczył, unosząc ku niej łeb – Kiedy żaba przejdzie ci drogę, to wkrótce spotkasz wielką miłość!! – krzyknął uradowany.
– Co. – syknęła w odpowiedzi zdegustowana Sroka, patrząc na żółtookiego jak skończonego idiotę, którym zresztą był. 
Kocur wydał się być wielce zawiedziony jej reakcją. Jeszcze zanim wstał na łapy, skłonił łbem do odskakującego w trzcinowisko płaza.
– Wiesz, że mogliśmy ją zjeść? – rzuciła, ruszając naprzód.
Gorzka Wola natychmiast obruszył się po usłyszeniu jej słów.
– Jak to zjeść? To święty znak, nie czyjeś śniadanie – odparł kocur, tracąc w oczach Sroczej Łapy resztki szacunku, które i tak były już znikome.
Kotka nie odpowiedziała wojownikowi, wymijając go. Musiał zrozumieć, że nie chciała mieć z nim nic do czynienia i najlepiej by było, gdyby ograniczyli swoją znajomość do samych treningów, bez rozmów i tym bardziej bez odczytywania znaków. Nie był Daliowym Pąkiem, tylko jakimś zwariowanym Gorzką Wolą. 
Niestety, do małego, czekoladowego móżdżka Gorzkiej Woli to nie dotarło i przyspieszył kroku specjalnie, aby móc dalej rozmawiać ze swoją uczennicą.
– Myślisz, że kto będzie kocurem mojego serca? – zagadnął rezolutnie, próbując zacząć rozmowę od nowa.
“Rudzikowy Śpiew” pomyślała od razu. Kotce zdawało się, że rudy lider ma zamiar stworzyć sobie czekoladowy harem, dlatego faworyzował Gorzką Wolę, by dołączyć go do swojej kolekcji, tuż obok Zdradzieckiej Rybki. Oczywiście, nie mogła tego powiedzieć na głos, bo ten kretyn jeszcze by wziął to na poważnie.
– Nie mam pojęcia. A nie uważasz, że mogła być to po prostu… żaba? Żadne objawienie, tylko zwykła, najzwyklejsza żaba? – miauknęła, wzdychając ciężko.
– Jasne że nie! To zdecydowanie był znak, najprawdziwszy z najprawdziwszych! – odpowiedział z pasją – Znaki są bardzo ważną częścią życia każdego kota. Właśnie dzięki nim dołączyłem do Klanu Nocy - przyśnił mi się duży, dorodny sum. – wytłumaczył, unosząc ogon do góry.
To… dużo wyjaśniało. Głupia Srocza Łapa, co innego mogło zmusić Gorzką Wolę do zostania wojownikiem, niż jego wspaniałe objawienia!
– Hej, hej, a może chcesz bym odczytał twoją przyszłość z układu plam na twoich poduszeczkach łap? – spytał z nutką ekscytacji.
– Uh, obejdzie się – rzuciła w odpowiedzi kotka. – Możemy się rozdzielić? W ten sposób upolujemy więcej zwierzyny, niż gdybyśmy polowali w tym samym miejscu.
Kocur kiwnął w odpowiedzi głową, nieco zasmucony jej odmową. Za to Sroka, z nieukrywanym szczęściem, wskoczyła w gąszcz, udając się w przeciwnym kierunku od tego, który obrał Gorzka Wola. 
Srocza Łapa cicho poruszała się pomiędzy poszyciem leśnym, pilnując, by nie szorować brzuchem po ziemi. Wiatr wiał na jej korzyść, dlatego niczego nieświadoma wiewiórka nie była w stanie jej wyczuć. Spokojnie obracała w swoich drobnych łapkach orzeszka, próbując go ze skupieniem rozgryźć silnymi siekaczami. Kiedy łaciata była już wystarczająco blisko, wystrzeliła z miejsca, łapiąc w ostatniej chwili wiewiórkę za puchaty ogon. Zarzuciła nią do góry, a następnie z całej siły uderzyła zwierzątkiem o ziemię. Oszołomione nie było w stanie uciec, a Srocza Łapa sprawnie zatopiła zęby w kruchym karku rudego stworzenia, którego kolor przywiódł jej na myśl futro Rudzikowego Śpiewu. Charakterystyczne chrupnięcie i już gryzoń zwisał bezwładnie w silnych szczękach uczennicy. Nadgryziony orzeszek, który wiewiórka upuściła z zaskoczenia, potoczył się gdzieś po liściach. Kotka nie lubiła polować w ten sposób – wolała kończyć życie swoich ofiar szybko i bezboleśnie, od razu łapiąc je za kark lub szyję, bez niepotrzebnej szarpaniny. Tutaj jednak nie miała wyboru, bo wiewiórka lada moment mogła uciec na jedno z pobliskich drzew, sprawiając, że cały wysiłek włożony w tropienie i skradanie się, poszedłby na marne. 
Nagły wrzask sprawił, że futro kotki się zjeżyło. Wyprostowała się i zaczęła nasłuchiwać, próbując namierzyć, z której strony dochodził. “Lisie łajno” zaklęła w myślach, kiedy krzyk się powtórzył i na jej nieszczęście, dochodził z kierunku, w który udał się jej nowy mentor. Pospiesznie zakopała wiewiórkę, zostawiając ją na później i rzuciła się pędem do źródła dźwięku, próbując zignorować czarne scenariusze malujące się w jej umyśle.
Potężne, białe stworzenie górowało nad najeżonym Gorzką Wolą. Kocur został zagnany w ślepy zaułek, z obu stron otoczony trzcinowymi ścianami nie do przejścia. Z dzioba zwierzęcia dobiegał groźny syk, a rozłożyste skrzydła agresywnie uderzały powietrze. Srocza nie miała dużo czasu do namysłu. Musiała działać szybko. Rzuciła się na odwrócone do niej tyłem zwierzę, wskakując mu na grzbiet i łapiąc szyję tak wysoko, jak umiała, aby niebezpieczny dziób nie mógł jej dosięgnąć. Gorzka Wola miał wystarczająco dużo czasu na ucieczkę. Srocza puściła łabędzia, pozostawiając go z łysym plackiem na szyi, ale poza tym bez większych obrażeń. Biegiem rzuciła się za czekoladowym kocurem.
– Jesteś głupi?! – wydarła się, wypluwając z pyska białe pierze. – Jakim sposobem znalazłeś się w takiej sytuacji!? Przecież Kurkowa Łapa i Źródlany Dzwonek donieśli, że na tym terenie gniazdują łabędzie!
– W-wiem, ale to nie tak, w życiu bym się świadomie nie zapuścił na teren zamieszkiwany przez łabędzie! – zaczął się tłumaczyć kocur, kładąc po sobie uszy.
– To niby jak do tego doszło? – zapytała z syknięciem Srocza Łapa.
Oboje zwolnili kroku, kiedy znaleźli się wystarczająco daleko od rozwścieczonych ptaków.
– Polowałem. Tropiłem tłuściutką łasicę i nie zauważyłem, kiedy zaszedłem tak daleko. - tłumaczył rozgoryczony kocur – Nim się obejrzałem, łabędź stał za mną i zagonił mnie w kozi róg. 
Srocza Łapa westchnęła, mrużąc oczy.
– Nic ci nie zrobił? – zapytała jakby od niechcenia. 
– Nie. Trochę się poszarpaliśmy, ale nic poważnego. – odpowiedział, poprawiając swoje nastroszone futro – Dzięki za troskę – dodał po chwili namysłu. 
Zielonooka kiwnęła mu łbem, przyjmując podziękowania.
– Muszę pójść po swoją wiewiórkę. Może w tamtej okolicy ci się bardziej poszczęści – mruknęła, skręcając w bok, a Gorzka Wola podążył za nią.
Czekoladowe koty zdecydowanie urozmaicały codzienne życie Sroki swoimi dziwnymi wybrykami. Jak nie Paskudna Łapa, to Gorzka Wola. Tylko pozazdrościć takiego “szczęścia”. 

Opisane: łabędzie z qrwica
[przyznano 10%]

29 października 2022

Od Kurkowej Łapy CD. Źródlany Dzwonek

— P-potworze…!
Zielone ślepia martwego ojca spoglądały na niego - potwora skąpanego we krwi matki. Nie mógł tego znieść. Ciężaru i zawodu. Obrzydzenia. Nie on był problemem. Nie on był winien temu złu. Nie zasługiwał. Nie zasługiwał na to miano. 
Uderzył w te powielane kłamstwa. W kpiącą zieleń zatopioną w absurdzie. Rył w niej. Próbował ją zerwać. Roztrzaskać. Gromkie piski i łoskot wrzasku. 
Mocny uścisk na karku wyrwał go z rumoru. Zdezorientowane pomarańczowe ślepia nerwowo wyłapywały otaczające go tereny. Ciężki oddech cicho świszczał. Oderwała go. Pociągnęła za sobą. Odciągnęła od przerażonych zielonych ślepi.
Mrok powoli ustępował tonącemu we szkarłacie słońcu. Bordo złączony w tańcu z purpurem malowały niebo. Pomarańczowe ślepia oderwane na uderzenie serca od brutalnej rzeczywistości zatonęły w malującym się krajobrazie. 
— Współczuję ci, Źródlany Dzwonku. — głos przerwał ciszę. — Pierwszy uczeń i taka udręka. Na twoim miejscu pozbyłabym się go nim stanie się potworem jak matka. Jak już widzieliśmy ma podobnie nasrane we łbie. — szmaragd jej ślepi wyróżniał się na tle skąpanego w fiolecie nieba. 
Jasne futro poprzecinane ciemniejszymi pręgami przybrały rumianą barwę. 
— Kurkowa Łapa nie jest Kruczą Gwiazdą. Zostaw nas samych. — syknęła mentorka. 
Czuł, jak emocje wprawiają jego ciało w drżenie. Przepełniony nimi i niezdolny do ruchu, jedynie wpatrywał się tępo w kotki. Makowe Pole spojrzała na niego zniesmaczona. 
— To się jeszcze okaże. — rzuciła. 

* * *

Łysa istota unosiła się na kawałku drewna wśród rzecznych nurtów. Nie zwracała na nich uwagi. Zdawała się skupiona na swoim kiju. Kompletnie bezbronna. Kurkowa Łapa nie rozumiał tego zachowania. Tępy osobnik nie zdawał się zdolny do samodzielnego życia, a mimo to co wschód słońca się tu pojawiał, by unosić się na wodzie do szczytowania słońca. 
— Nie zdaje się być zagrożeniem. — odparła mentorka, widząc czujny wzrok ucznia na nim. — Ale musimy się mieć na baczności. Dwunożni są nieprzewidywalni. — dodała. 
Czarny trzepnął uchem, lecz wciąż wpatrywał się w dziwną istotę. Kotka kierowała się w stronę piaszczystej łąki, którą przerywała ogromna słona woda. Nikt wcześniej nie widział podobnej. Kurka także nie słyszał. Była fenomenem. Irracjonalna mrzonka.
Kapryś Bóstw. 
Uczeń obawiał się jej. Dziwne fale co uderzenie serca skradały się na ląd, próbując pochwycić i wciągnąć w głąb siebie kolejne zdobycze. Mroczna Woda zdawała się żywym organizmem o niesłychanym głodzie. 
— Poćwiczymy tu bieg długodystansowy. — oznajmiła liliowa. — Teraz, gdy większość naszych terenów to polany do złapania zwierzyny będziesz potrzebował kondycji i dynamiczności. 
Kurka spojrzał zniesmaczony na tonące w piasku łapy. Nic z tego nie rozumiał. Ćwiczenie biegu na piasku. To nie miało sensu. Zirytowany prychnął na mentorkę, jeżąc się. 
— To dobre na poprawę sprawności. Piasek jest trudny po poruszania się, obciąża łapy. Nie wiesz też w jakich warunkach w przyszłości będziesz musiał walczyć. — dodała liliowa, zaczynając trening. 


* * * 

Szum rzeki zagłuszał resztę świata. Wędrująca pomiędzy kamieniami woda lśniła w jesiennym słońcu ozdobiona tonącymi w niej liśćmi. Uderzył w coś głucho. Widok liliowego kupra sprawił, że szybko odsunął się, sycząc. 
— Ciii. —  rozkazała mentorka. 
Już otworzył ponownie pysk, lecz zaskakująco podłużna sylwetka wyłoniła się z tafli wody. Mokra sierść przylegała sztywno do ciała. Przypominała jednego z nich, lecz zarówno łapy jak i uszy istoty były krótsze. Masywny ogon ciągnął się po ziemi. 
— Wydra. — miauknęła liliowa, robiąc krok do tylu. — Nie prowokuj jej. Możliwe, że gdzieś w pobliżu ma norę. 
Istota charczała na nich, mierząc ostrym spojrzeniem niewielkich ślepi. Szczuro-kot wydał z siebie kolejny dziwny odgłos. Z każdym ich krokiem w tył stawał się coraz cichszy, lecz wciąż niepokojący. Kurce nie podobało się to. Odejście z podwiniętymi ogonami, niczym bezbronne kocięta. Czarnemu z trudem było nie sprzeciwić się kotce. Zjeżony czujnie obserwował wybryk natury. Wydra go także. Nie zamierzał tego pozostawić. Nie dziś. Lecz kiedyś. 
Dopiero po długości drzewa oderwali od siebie spojrzenia. Źródlany Dzwonek spojrzała na niego.  
— Jestem dumna, że mnie posłuchałeś. — oznajmiła mu. 
Położył uszy, udając, że nie przejął się tym. Wykrzywiony w niesmak pysk powędrował znów ku wodzie. 
Lecz gdzieś w środku pod masą czarnych kudłów rozległo się przyjemne ciepło. 


<kminek?>

zrobiono: wydra, rybak
[przyznano 15%]

26 października 2022

Od Sroczej Łapy

Cały klan nocy rytmicznie krzątał się po swoim nowym obozie, do złudzenia przypominając mrówki biegające po leśnym kopcu. Koty, które nie były chwilowo wysłane na patrol, wytrwale pomagały w budowie swojego domu na wyspie. Pomimo spodziewanego zamieszania, wojownicy wraz z uczniami byli dobrze zorganizowani. Ktoś przedzierał się między gęstym trzcinowiskiem porastającym wyspę, ktoś usuwał niepotrzebne rośliny z głównej “areny” obozu. Wszystko wydawało się tętnić determinacją klanowiczów, którzy w końcu otrzymali szansę na swój upragniony i wyczekiwany od wielu księżyców dom.
Srocza Łapa ciągnęła za sobą w pysku kilka trzcin, które zostały chwilę temu wyrwane przez Sarni Tupot. Jednak nie szły one na straty - w tych czasach wszystko mogło znaleźć swoje zastosowanie. Usunięte rośliny należało odłożyć na rosnący stos, aby później można było wesprzeć nimi świeżo wydeptane korytarze. Kiedy kotka odkładała swoją kępę poszarzałych łodyg, kątem oka dostrzegła dymnego kocura, najmłodszego ucznia w klanie - Nastroszoną Łapę. Kocur wydawał się wyraźnie zadowolony z faktu, że to nie jemu przypadło oczyszczanie ich obozu. Uczennica z westchnieniem upuściła trzymane trzciny, aby móc jak najszybciej wrócić do swojej pracy. Usilnie starała się odciągnąć swoje nieposłuszne myśli od pewnego drażniącego ją już dłuższy czas tematu, dotyczącego jej mentorki. Coraz rzadziej miały okazję ze sobą spędzać czas, szylkretka często znajdowała się poza obozem, a nawet kiedy już w nim była - miała ważniejsze sprawy do załatwienia niż jej własna uczennica. Sroka także nie narzekała na brak zajęć, dlatego prawie nigdy nie miała szansy aby zapytać Daliowej o powód ograniczenia ich kontaktów. 
Kotka potrząsnęła głową. Nie mogła sobie teraz zaprzątać łba takimi myślami. Daliowa była wojowniczką, musiała polować dla całego klanu i regularnie patrolować granice ich nowego terytorium. Na pewno nie robiła tego celowo, aby uniknąć towarzystwa Sroczej Łapy. Łaciata zawróciła na nowo kierując się w stronę powoli powstającego tunelu, przy okazji mijając się z Mglistą Łapą, siostrą Nastroszonej Łapy. Niebieskooka wydawała się o wiele bardziej przykładać do prac nad budową obozu niż jej brat, który prędzej połknąłby jeża niż zniżył się do wykonywania tak przyziemnych prac, jak budowanie korytarzy czy legowisk dla klanowiczów. Srocza weszła do częściowo wydeptanego już tunelu, rozglądając się wokół.
– O, w końcu jesteś – warknął zniecierpliwiony Sarni Tupot, unosząc wzrok znad sterty trzcin – Szybciej się nie dało, co? – spytał sarkastycznie, uderzając ogonem o podłoże. 
Srocza Łapa zmarszczyła brwi, niezadowolona z niewdzięcznej reakcji wojownika.
– Przestań się krzywić i bierz to w pysk. Robota sama się nie wykona. – rzucił kocur, odpychając w jej stronę kolejną kępę szuwarów do wyniesienia. 
Z syknięciem wykonała polecenie starszego. Ostatni raz rozejrzała się po obiecująco wyglądającym tunelu, jednak spiorunowana zielonymi oczami pręgusa, szybko wyszła, zostawiając go w spokoju.
Nie przeszła nawet kilku kroków poza korytarzem, kiedy czyjeś ciało przylgnęło do niej, zarzucając swoje łapy na szyję Sroczej Łapy. Kotka z sykiem odwróciła się głową do swojego napastnika, spodziewając się ujrzenia czekoladowego, zasmarkanego pyska siostry. Jednak - ku jej szczeremu zaskoczeniu - ów kotem była jedna ze starszych uczennic, Pszczela Łapa.
– Hej Srocza Łapo! – miauknęła, bucając młodszą kocicę w bark. 
Czarno biała odsunęła się jak poparzona od kotki, zrzucając ją ze swojego grzbietu. Ze swojej drugiej strony poczuła lekkie muśnięcie ogonem.
– Cześć – mruknęła Cedrowa Łapa, przysiadając obok.
Srocza Łapa przesunęła wzrokiem po znajdujących się po jej obu stronach siostrach, próbując zrozumieć ich nagłe zainteresowanie jej osobą.
– Chciałybyśmy cię o coś zapytać! – odrzekła Pszczela Łapa, już na wstępie zdradzając powód ich przybycia.
– Ale nie tutaj – szepnęła calico, uszami wskazując kierunek siostrze.
Pszczela energicznie przytaknęła i niedelikatnie szturchnęła zielonooką, aby ta poszła z nimi. Sroka, nie chcąc wdawać się z tymi plotkarami w dyskusję czemu to niby nie chce z nimi iść, dała się im zaprowadzić pod jedną z trzcinowych ścian otaczających obóz. 
– To opowiadaj!! – pisnęła liliowa, znowu niebezpiecznie przekraczając strefę komfortu Sroczej.
Córka Arielki zamrugała zielonymi oczami.
– Opowiadaj szo? – zapytała niewyraźnie Sroka, której kurczowo trzymane w pysku trzciny mocno przeszkadzały w rozmowie. 
– Nie udawaj, że nie wiesz – prychnęła tortie, przebierając łapami.
Głos zabrała spokojniejsza z sióstr, Cedrowa Łapa, spiesząc zielonookiej z wyjaśnieniami. 
– Uh, my słyszałyśmy od Makowego Pola, że ona słyszała od Wzburzonego Potoku, która podsłuchała rozmowę Tulipanowego Płatka z Astrowym Porankiem, które usłyszały będąc u Muchomorzego Jadu po jakieś zioła, że… 
– Do rzeczy – fuknęła zmęczona Srocza Łapa, której w głowie aż zaczęło się kręcić od tego kto komu co przekazał i kto od kogo i kiedy usłyszał. 
– DALIOWY PĄK BĘDZIE MIEĆ KOCIĘTA – pisnęła głośniej niż planowała Pszczółka, która tylko czekała na ten moment od samego początku ich rozmowy.
Srocza Łapa wypuściła z pyska trzciny, a jej uszy przyległy do łaciatego łebka tak mocno, że sprawiały wrażenie, że nigdy ich tam nie było. Co one mówiły? Daliowa była w ciąży? Przecież to było niemożliwe. Gdyby była, od razu przekazałby to Sroczej Łapie. Z resztą, co to za głupi pomysł! Kotka poczuła niespodziewane ukłucie w sercu. Pszczela Łapa nie zważając na nagłą zmianę w wyglądzie młodszej terminatorki, zbyt nakręcona na nową ploteczkę, zaczęła dalej paplać. 
– Pomyślałyśmy, że ty jako jej uczennica będziesz wiedzieć kto jest szczęśliwym tatusiem, toteż- 
– Nikt nie będzie żadnym szczęśliwym tatusiem. Daliowy Pąk nie spodziewa się kociąt. To tylko jakieś bzdurne pogłoski. – wywarczała Sroka, zatapiając pazury w miękkiej torfowej ziemi. 
Siostry zerknęły najpierw na Srokę, a następnie na siebie. Reakcja kotki zmyła z ich mordek uśmiechy, zastępując je konsternacją.
– Skoro tak mówisz… – powiedziała cicho Cedr, wstając na łapy – nie będziemy ci dłużej zabierać czasu...
Zawiedziona Pszczela Łapa przytaknęła ze zrezygnowaniem głową i razem z siostrą pospiesznie się oddaliła, rzucając Sroce ostatnie, zawiedzione spojrzenie. 
Srocza Łapa jeszcze przez kilka uderzeń serca siedziała w ciszy. Trudno było jej uwierzyć w słowa szylkretek na temat Daliowego Pąku, ale sama myśl, że mogłoby się to okazać prawdą, powodowała u niej ból brzucha. Coś sprawiało, że kotka bardzo, ale to bardzo nie chciała, aby ta “pogłoska” kiedykolwiek stała się prawdą. 
Z pochmurnych myśli wyrwał ją dopiero głośny wrzask Sarniego Tupotu, który niczym borsuk wysunął swój zrzędliwy pysk z tunelu. Biczował powietrze ogonem, a jego oczy świdrowały Srokę na wylot. Kotka z trudem wstała, zabierając ze sobą upuszczone wcześniej trzciny. Był to jasny znak, że czym prędzej musi wracać do zaprzestanej pracy.

Zrobione: budowanie korytarzy w trzcinowisku porastającym wyspę 

[przyznano 10%]

25 października 2022

Od Trującej Łapy

Wyrywanie zielska było bardziej męczące, niż myślał. Jednak było warto. Zebrał kilka fragmentów chwastów i ziół, które mogłyby się do czegoś przydać. Znalazł idealne miejsce na ich schowanie. Blisko będącego w budowie obozu znajdowała się mała norka, która po zakryciu kamieniem nie była widoczna. Niedługo pokaże Gęsiej Łapie lub Deszczowej chmurze swoje znaleziska. 
Jutro Trucizna znów miał przyczynić się do budowy obozu, tym razem zbierając mech na posłania i gałęzie na ściany ochronne. Nie było to tak fajne jak wyrywanie, a raczej kolekcjonowanie chwastów, ale to zawsze coś. Przecież musiał udowodnić, że to on we wszystkim, dosłownie wszystkim jest najlepszy. Inni uczniowie, a już szczególnie Wronia Karma powinni podkulać ogonki na jego widok. Przecież widzieli, na co go stać. Jeśli brat nie będzie potulny, van po raz drugi wbije mu cierń w łapę, starając się, by Wrona już nigdy nie mógł chodzić normalnie. Durny pokraka.

***

Głos mentorki wybudził ucznia z głębokiego snu. Niedługo patrol miał wyruszyć. Dlaczego akurat teraz, gdy uczniowie wykonują specjalne zadania, on musiał zaspać?? Trująca Łapa językiem wygładził swoje piękne futerko, szykując się do wyjścia. Widząc na sobie wzrok Dziczej Siły, van starał się schować wszystkie objawy znużenia. Musiał pokazać jedynie swoje silne strony. Odepchnął na bok stojącego przy nim brata, czochrając jego wylizane futerko. Niech je sobie układa jeszcze raz. Zawsze, gdy Trucizna był brudny, ocierał się o Wronią Karmę, mając nadzieję że go zezłości lub doprowadzi do płaczu. Oczywiście, żadne otarcie nie mogło obyć się bez przedrzeźniania. Gdyby brat przy innych wyszedł na słabeusza, dla Trującej Łapy oznaczałoby to tylko pozytwy.

***

Z pyskiem pełnym zielonego mchu Trująca Łapa wraz z resztą patrolu kierował się w stronę obozu. Sarni Krok i Szczurzy Cień szli z tyłu, również trzymając sporych rozmiarów kulki, a Dzicza Siła niosła sporą gałąź. Chociaż nadal czuł zawiść do Klanu Gwiazdy za odebranie im domu, cieszył się z tego, jak szybko powstaje nowe obozowisko. Szczególną nadzieję pokładał w obronnym aspekcie budowy. Obóz musiał być niezdobyty. Inne koty, widząc jego potężne bariery, powinny drżeć na jego widok. I oczywiście na widok Trucizny, wybiegającego zza nich w obronie klanu. Kocur wyobraził sobie siebie rozrywającego futra i skórę wrogów, wołających o litość. Ale dobry wojownik nie zna litości. Dobry wojownik brutalnie zabija. Delektując się swoimi wyobrażeniami, Trucizna zacisnął szczęki na mchu i pazurami przeorał leżącą przed nim kupę ziemi, udając, że to kocie ciało. Otrzepując łapę z brudu, poczuł ostry, świeży zapach, który od razu go zaalarmował. 
- Dzicza Siło! Co to jest za zapach? - zapytał mentorki, jeżąc futro z ekscytacji. Mentorka wypuściła badyl i schyliła się, węsząc. Gdy uniosła głowę do góry, w jej oczach było widać strach. Czego mogła się tak bać?
-BORSUK!! - wrzasnęła, alarmując resztę patrolu. Po chwili z pobliskich krzaków wyłoniła się potężna, biało czarna sylwetka. Borsuk!! Trucizna był wniebowzięty. Nareszcie, będzie brać udział w prawdziwej walce! Wysunął pazury, biegnąc w stronę zwierzęcia. Za nim pognali Dzicza Siła, Szczurzy Cień i Sarni Krok, wydając z siebie bojowe okrzyki. Zwierz był ranny,  na jego śnieżnobiałych łatach widniały czerwone ślady. Trująca Łapa skoczył i zatopił pazury w cielsku borsuka, nie spodziewając się jego siły. Pomimo ran zwierzę nie wyglądało na zmęczone lub osłabione. Jednym ruchem zrzuciło z siebie ucznia i ruszyło na Sarni Krok. Jednak Trucizna nie zamierzał się poddawać. Znów skoczył, tym razem wbijając pazury jeszcze głębiej. Nie puszczał, nawet gdy borsuk rzucał się na wszystkie strony, próbując go zrzucić, a on nie potrafił zadać żadnego celnego ciosu. Nie puszczał nawet wtedy, gdy jego tylną łapę i końcówkę ogona przeszył palący ból. Jego mentorka i reszta kotów walczyli równie zajadle. Van zacisnął zęby. Ból dodawał mu siły. Zeskoczył z grzbietu borsuka, skupiając swoją uwagę na jego ślepiach. Choć skok na zranionej nodze wywoływał mdłości, kocur nie dał tego po sobie poznać. Gdy borsuk był zajęty atakowaniem wojowników, uczeń zamachnął się, celując w jego oczy. Nie trafił. Jedynie lekko podrapał jego nos. Dzicza Siła, przejmując pomysł ucznia, rozorała pysk zwierzęcia silnym uderzeniem. Borsuk zawył, cofając się. Nie był całkowicie oślepiony, ale krew spływała mu po pysku, zasłaniając obraz. Poharatany Trucizna uśmiechnął się z dumą, obracając się w stronę wojowników. Żaden z nich nie wyszedł z bitwy bez ran, a Sarni Skok ledwo uniknęła śmierci. Przepełniony samouwielbieniem zapomniał o kontuzji łapy. Nie obchodziło go, że inni walczyli równie zaciekle co on, a nawet przysłużyli się do przegonienia borsuka w o wiele większym stopniu. Nie zwracał uwagi na to, że prawie nie potrafił walczyć. Był najlepszy. We wszystkim. To ON wykrył zapach. To ON jako pierwszy rzucił się do walki. To ON wymyślił pomysł z oślepieniem borsuka. On, on, on. 

Borsuk
[przyznano 10%]

Od Trującej Łapy

Nareszcie! Dotarli na nowe tereny!  Łapki kocura drżały z ekscytacji a jego futerko jeżyło się. Będzie tyle nowych rzeczy do nauczenia, tyle nowych niebezpiecznych przedmiotów do znalezienia! Trucizna miał zamiar zostać najlepszym uczniem jakiego kiedykolwiek widział klan. Wiedział, że dzięki treningom zyska podziw kultu i ojca. Trująca Łapa był zazdrosny, że Mroczna Gwiazda tak wiele uwagi poświęca Słodkiemu Kwiatuszkowi. No i co z tego, że ten pchlarz był pierworodnym synem przywódcy? Przecież do niczego się nie nadawał! Inaczej nie nosiłby karnego imienia. Z resztą, nawet gdy je straci, Trucizna nigdy nie nazwie go prawdziwym imieniem.

***

Ekscytacja Trucizny opadła z momentem, gdy przypomniał sobie że to Klan Gwiazd sprowadził klany na nowe tereny. No tak, te lisie serca musiały coś knuć, by zniszczyć potęgę mrocznej puszczy! Mimo wszystko van starał się dostrzegać pozytywne strony całej sytuacji. Wiedział, że to mroczni wojownicy wygrają w ostatecznej bitwie. Jak wielka będzie jego satysfakcja, gdy Gwiezdne Kiciusie przegrają na ich własnym terenie!

***

Razem z mentorem i kilkoma innymi kotami Trucizna wybrał się w głąb terytorium, by oczyścić przyszły obóz z zielska. Chociaż inne koty nie pałały entuzjazmem, Trująca Łapa był bardzo zadowolony. Wyrywanie chwastów oznaczało możliwość znalezienia czegoś, co potem mogłoby się mu przydać. Dzicza Siła prowadziła patrol, kierując się w stronę zarośniętej polany. Uczeń co rusz zatapiał nos w zielsku, szukając ostrych lub nieznajomych zapachów. Co prawda większość chwastów była do niczego, kocur wyczuwał wonie które wyjątkowo go intrygowały. Razem z członkami patrolu wyrywał rośliny i układał je na kupki. Pod pozorem usunięcia ich ze środka “obozowiska” chował najciekawsze znaleziska w krzakach. Było ich bardzo mało, ale zawsze mogły się do czegoś przydać. Medyk na pewno będzie wiedział do czego służą. Van uda, że po prostu go zaciekawiły. Gdyby przyznał, że szuka czegoś do zabijania, raczej nigdy nie doczekałby się odpowiedzi

Oczyszczanie terenu

[przyznano 10%]

23 października 2022

od Wroniej Łapy do Mrocznej Gwiazdy

  Im dłużej żył w tym miejscu, tym gorzej się czuł. Powinien urodzić się jako pieszczoch, albo w ogóle się nie urodzić. Nic mu nie wychodziło. Skradanie? Nie umiał. Polowanie? Nie umiał. O walce nie chciał już nawet wspominać. Miał dreszcze na myśl, ile pod górą kremowego futra jego mentora chowa się mięśni, gdy ten tylko uświadomił go, że za jakiś czas rozpoczną trening walki. Takie chuderlawe, słabe coś jak Wronia Łapa miało walczyć z takim kotem? Nie da rady. Obecnie czuł się jak jakiś kociak. Zbierał mech z lasu i przynosił go do obozu. No tak, bo co innego może robić taki kot jak on? Na nic innego się nie przyda, bo nic nie umie. Do obozu wszedł właśnie lider. Czuł się okropnie. Jeszcze przed nim wypadł tak głupio. Zażenowanie ukuło go w łapy. Uciekł wzrokiem w bok, upuszczając mech na stertę. Położył po sobie uszy, cofając się z nerwów do tyłu. Za moment jednak odskoczył do przodu, gdy zderzył się z czymś miękkim. Odwrócił się w panice i spostrzegł przechodzącego burego kocura.
— Patrz jak łazisz — rzucił odchodzący Szczurzy Cień z widocznym gniewem na pysku.
Strzepnął ogonem, strosząc się mocno. Nie był w stanie odpowiedzieć. Takie sytuacje były najgorsze. Zacisnął zęby. Nie mógł odnaleźć się w tym miejscu. To był koszmar! I na domiar złego, lider na niego patrzył! Przełknął ślinę, nie wiedząc jak wyjść z tej głupiej sytuacji.

zrobione: przynoszenie mchu

< Mroczna Gwiazdo? >

[przyznano 10%]

Od Różanej Łapy

 Kolejny okropny dzień w tym paskudnym świecie. Bardzo nie podobało się jej bycie uczniem wojownika. Ciągle musiała schylać się i ganiać za stworzeniami w trawie, brudzić się i męczyć. Zazdrościła medyczce klanu, Kuniej Norce. Całe dnie mogła układać swoje ślicznie pachnące roślinki, nie męcząc się przy tym i nie brudząc. Chciałabyć jej uczniem. Pragnęła tego. Czuła, że bycie medyczką to coś dla niej. Ale niestety, lider zdawał się nie cierpieć srebrnej i zapewne zrobił jej na złość. To rude coś, co śmiało nazywać się jej mentorem było okropne. Wymyślało coraz to żałośniejsze zajęcia. Bardzo się przy nich upokarzała. Wstyd jej było za niego. W tej chwili wymyślił sobie wyrywanie pokrzyw z terenu obozu. Niosła w zębach to zielsko, które piekło ją w język. Wkrótce ułożyła je na niewielkiej stercie na krańcu obozu. Przyniosła ich zdecydowanie więcej, niż ten cętkowany pokraka. Ten to nawet wyrwać tego nie potrafił. 
— Pomóc ci? — rzuciła złośliwie, szczerząc się. 
Kocur westchnął głośno.
— Poradzę sobie sam, to nic trudnego — miauknął głośno. — Zrywaj dalej. Im szybciej się tego pozbyjemy, tym lepiej.
Sapnęła, rozglądając się w poszukiwaniu pokrzyw. Za moment, ruszyła w kierunku jednej. Żałowała, że Oszronione Słońce nie odwarknął na jej złośliwą uwagę. Chciała się trochę pokłócić. Było tu cholernie nudno. Ciągle to samo. Nic nowego. Chciała jakiejś afery, czegoś, co sprawiłoby to miejsce ciekawym. Coraz częściej zastanawiała się, jak to jest w innych klanach.

oczyszczanie z pokrzyw

[przyznano 10%]

20 października 2022

Od Kruczej Łapy do Oliwkowej Łapy

Przeprowadzili się do nowego obozu. Po wielu dniach męczącej wędrówki znaleźli ładne miejsce, by w nim zamieszkać. Wodospad wyglądał okazale, oddzielał ich od reszty świata, przyjemnie szumiała woda, zawsze mieli jej pod dostatkiem. 
Kruk wstał z samego rana, zbudzony chłodnym wiatrem wiejącym od wody. Przeciągnął się, a później wyszedł przed obóz. Podeszła do niego Marchewa, mówiąc, żeby pomógł usuwać luźne kamienie z klifu. Świetnie, sprzątanie z samego rana. A trening to niby kiedy? Nigdy? 
Nie chciał słuchać mentorki, ale miał też swój rozum i wiedział, że powinien pomóc, chociażby dlatego, by jemu nie spadł żaden kamulec na głowę.
Poszedł więc niechętnie tam, gdzie zbierały się koty i sprzątały. Zapytał, w którym miejscy usuwa się kamienie, bo on nie miał o tym pojęcia.
Zaczął sprzątać większe kamienie których inni uczniowie nie dawali rady ruszyć. W końcu Kruk był od nich sporo starszy i silniejszy, bo długo już grzał stołek ucznia. Odsuwał je na bok, a później znosił na teren, w którym nikomu nie zagrażały. Pracował tak dłuższą chwilę, po sekundzie słysząc jakieś kroki. Odwrócił głowę, widząc niższego, trójłapego kota. Kojarzył go z legowiska dla uczniów.
- I co się gapisz? - Warknął niższy, zaczepiając tym samym Kruczego. 
- Od tego mam oczy - rudzielec przewrócił nimi.
- Nie pyskuj mi! - Miauknął hardo tamten.
Kruk podszedł do niego w dwóch długich krokach, wywyższając się swoim wzrostem.
- A bo co mi zrobisz? - Mruknął.
- Nie chcesz wiedzieć - burknął trójłapy. - Jak się nazywasz?
- A co ci do tego? Lepiej byś pomógł sprzątać, a nie się wydurniasz. - Odparł.
Bez słowa wrócił do usuwania luźnych skał. Miał dosyć, a dopiero co zaczął. Kątem oka widział, jak tamten uczeń bez łapy siłuje się z kamieniami. Aż mu go było żal. Kruk nie należał do najprzyjemniejszych, ani najukochańszych, jednak postanowił mu pomóc. Bez słowa podszedł do niego, i pomógł przesuwać większy kamień. Później wrócił do swoich zadań, zabezpieczając krawędzi ziemią, by zatrzymywała gruz.
Kiedy skończył był tak zmęczony, że poszedł od razu na bok obozu, by się zdrzemnąć. Nie jadł nic, przez co burczało mu w brzuchu, ale uznał, że zje coś później. Potrzebował odpoczynku, bo myślał, że łapy mu zaraz odpadną. Nie zauważył nawet, kiedy zasnął, a w jego otoczeniu znalazł się trójłapy osobnik.

<Oliwka? >

[przyznano 10%]

Od Sroczej Łapy

Pięć kocich sylwetek przedzierało się przez gęste trzcinowisko. Zżółknięte przez porę opadających liści szuwary, szumiały cicho poruszane przez wiatr. Ciemna woda, jeszcze nie dotknięta przez brzoskwiniowe promienie porannego słońca, chlupotała złowrogo, jak gdyby przestrzegając przechodzące w pobliżu zwierzęta, przed kryjącymi się w niej istotami.
Srocza Łapa wraz z kilkoma towarzyszkami zostały przydzielone do sprawdzenia dziwnego obiektu niedaleko ich terytorium, który ostatnio, podczas patrolu łowieckiego, zauważył Szyszkowa Łapa. Z jego doniesień wynikało również, że wokół dało się wyczuć nieznany mu dotąd zapach, dlatego też zdecydował się nie ryzykować i pozostać w bezpiecznej odległości. Zaniepokojony tą wiadomością Rudzikowy Śpiew, w porozumieniu z Trzcinową Sadzawką, jego zastępcą, postanowił posłać we wspomniane okolice kilka kotów, których zadaniem będzie lepiej zbadać to miejsce i wykluczyć możliwe zagrożenia. 
Idąca na przedzie grupy szylkretowa kotka, skinieniem ogona dała znać, aby pozostali się zatrzymali.
– Wydaje mi się, że to tu – stwierdziła Astrowy Poranek, pokazując przed siebie.
Oczy wszystkich jednocześnie skierowały się we wskazanym kierunku. Między wystającymi, poszarzałymi korzeniami przybrzeżnego drzewa, widoczna była głęboka jama, częściowo przysłonięta przez opadłe liście i gałęzie. Niepodobna była do żadnych znanych Sroce nor, także jej umiejscowienie było dla kotki dość dziwaczne. Większość zwierząt mogących zamieszkiwać takie nory, umiejscawiało je w lesie, w jakimś suchym i zacisznym miejscu, nie tuż nad wodą, gdzie przy mocniejszych ulewach mogło ją bez trudu zalać. 
Mimo braku charakterystycznego lisiego lub borsuczego odoru, wszystkie kotki zwiększyły swoją czujność, powoli sunąc się dalej.
– To nie jest nora borsuka, racja? – zapytała ściszonym głosem Pszczela Łapa, nerwowo przestępując z nogi na nogę.
– Nie, mysi móżdżku – prychnęła Astrowy Poranek, wywracając swoimi błękitnymi ślepiami – Gdyby mieszkał tu borsuk, już dawno by nas paliły nosy od jego smrodu. – wyjaśniła.
Daliowy Pąk w ciszy zbliżyła się do swojej uczennicy, delikatnie ocierając się bokiem o łaciaty boczek Sroczej. Kotka w odpowiedzi machnęła lekko ogonem, nie odganiając jednak swojej mentorki.
– Shh…! – syknęła niebieskooka wojowniczka, zastygając w bezruchu.
Srocza Łapa zastrzygła uszami, kiedy wśród trzcinowiska rozległ się niespodziewany chlupot niezmąconej dotąd wody. Na błyszczącej tafli pojawił się mały, brunatny łebek z dużym nosem. Z widocznym zaciekawieniem poruszył długimi, jasnymi wibrysami, węsząc po okolicy. Na szczęście dla kocic, wiatr wiał w ich kierunku, skutecznie maskując mogące je zdradzić zapachy. Brunatna główka podpłynęła spokojnie do nory, leniwie wychodząc na brzeg. Sroka aż zadrżała, kiedy ujrzała jak w całej swej okazałości wyglądał lokator tajemniczej jamy. Silne, umięśnione ciało, długości porównywalnej do większego lisa, osadzone na krótkich łapkach, pokryte brunatną okrywą i zakończone masywnym ogonem, idealnie przystosowanym do pływania. Sroka w całym swoim życiu nie widziała tak nietypowego stworzenia. 
– Wydra – stwierdziła przewodniczka grupy, kładąc uszy po sobie. – Może stanowić dla nas dużą konkurencję w porze nagich drzew, gdzie zwierzyny i tak jest mało, a wodę pokrywa gruby lód.
Pszczela Łapa razem z Cedrową Łapą wymieniły między sobą spojrzenia, już obmyślając, co opowiedzą Makowemu Polu po powrocie do obozu. 
– Musimy się jej pozbyć, nie możemy pozwolić sobie na kolejnego złodzieja na naszym terenie… – syknęła Daliowy Pąk, przypominając wszystkim o dwunożnym, również okradającym ich terytorium z ryb.
Woda znowu się poruszyła, tym razem mocniej, wywołując lekkie fale. Za dużą wydrą wyczłapała trójka mniejszych, radosnych wydrząt, przewracających się po mokrej ziemi i przygryzających sobie nawzajem swoje malutkie uszka.
– Klanie Gwiazdy… – wyrwało się z pyska Pszczelej Łapie.
– Problem jest większy niż się spodziewaliśmy – miauknęła z niezadowoleniem Daliowy Pąk, przysuwając się naprzód, do swojej starej mentorki.
– Lisie łajno… – zaklęła pod nosem Astrowy Poranek. – Jedna wydra to już problem, a cztery? Kto wie czy nie siedzi ich tam jeszcze więcej. Jak spustoszą wodę, to wyjdą na ląd i zaczną polować na pozostałą naszą zwierzynę. Ptaki, gryzonie, właściwie wszystko co uda się im złapać to zjedzą. – kotka z frustracją zaczęła machać ogonem, przy okazji trafiając prosto w oko Cedrowej Łapy, która wydała z siebie ciche syknięcie z bólu.
– Na jak dużą zwierzynę są w stanie polować…? – zapytała niespodziewanie Srocza Łapa, wpatrując się ze skupieniem w bawiące się młode wydry.
– Raczej nie większą niż średniej wielkości królik, zwykle większe są już wystarczająco duże oraz dojrzałe, by zdążyć przed nimi uciec, chociaż kto je tam wie – wyjaśniła pospiesznie Aster. 
– Czyli kocięta…? – Sroka nawet nie musiała kończyć zdania, by wszyscy zrozumieli, do czego dążyła. Kątem oka dostrzegła, jak futro na grzbiecie jej mentorki staje dęba.
– Musimy coś z tym zrobić. Teraz – powiedziała zdecydowanie Daliowy Pąk, już stawiając pierwszy krok do przodu.
– Nie – zasyczała mentorka Cedrowej Łapy, stając na drodze byłej uczennicy.
– Czemu nie? Im szybciej się ich pozbędziemy, tym lepiej – odpowiedziała pomarańczowooka, rzucając starszej wyzywające spojrzenie.
– Bo tak zdecydowałam. Nie masz tutaj nic do gadania, Dalio – odwarknęła ze złością Astrowy Poranek. – Przestań w końcu zachowywać się jak świeżo mianowana uczennica. – dodała, celowo trafiając prosto w ego szylkretki.
W pomarańczowych oczach kotki błysnęły złowrogie płomyki.
– A kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać? – prychnęła z pogardą Dalia – Już od wielu księżyców nie jesteś moją mentorką. Ba, teraz ja sama mam własną uczennicę. – zerknęła do tyłu by napotkać spojrzenie zielonych oczu Sroczej Łapy.
– Takiej mentorki to tylko współczuć! – wymruczała tortie, mrużąc złośliwie oczy.
Głosy obu kotek były coraz głośniejsze i bardziej jadowite. Trójka uczennic spojrzała po sobie, nie będąc pewnymi, czy jest sens interweniować.
– Musimy być ostrożne, bo inaczej wydry nas usłyszą… – szepnęła Pszczela Łapa, która jako pierwsza ośmieliła się przerwać sprzeczkę wojowniczek.
Obie kotki w tym samym momencie posłały jej identyczne lodowate spojrzenia, niezadowolone z wtrącenia się w ich dyskusję jakiejś smarkuli. Nie dało się zaprzeczyć, że obie były do siebie bardzo podobne.
– Powinnyśmy wracać do obozu i złożyć raport Rudzikowemu Śpiewowi. On jest naszym liderem i to on zdecyduje, co dalej z tym gniazdem, nie jakiś mysi móżdżek. – kotka zerknęła przelotnie na Daliową. – Zebrałyśmy wystarczająco dużo informacji. Wycofujemy się. – zarządziła, odwracając się do tyłu.
Kiedy kocice znalazły w wystarczającej odległości od siedliska wydr, rozmowom sióstr nie było końca. Mordki im się nie zamykały, nie robiąc sobie nic z uwag wojowniczki, przez co na pysku Astrowego Poranka rósł coraz większy grymas niezadowolenia. 
Chłodny wiatr przywiał ze sobą zapach świeżej rosy i kilka wielobarwnych liści, które z lekkością opadły na pomarszczoną powierzchnię wody. Słońce wspięło się już na tyle wysoko, by móc odbijać swoje promienie w tafli. Szron zebrany na wysokich trzcinach powoli topniał, a pojedyncze kropelki co jakiś czas spadały komuś na nos. Srocza Łapa beznamiętnie wpatrywała się w swoje własne krzywe odbicie. Na tafli, tuż obok Sroki pojawiła się szylkretowa mordka z rudą plamą przebiegającą przez jej pysk. 
– Świetnie dzisiaj wyglądam, nie uważasz? – zagadnęła figlarnie Daliowy Pąk.
Srocza Łapa przewróciła swoimi zielonymi oczami.
– Przecież ty zawsze świetnie wyglądasz – mruknęła, nie zwalniając ani na chwilę kroku.
Na pyszczku szylkretki od razu pojawił się uśmiech.
– Awh, Sroczka, ty to wiesz co mi powiedzieć! – wymruczała ciepło, szturchając przyjacielsko uczennicę w ramię.
Niestety, wojowniczka źle oceniła swoją siłę, wrzucając do wody nieszczęsną Sroczą Łapą, która zdążyła z siebie jedynie wydać pisk zaskoczenia. Pozostałe trzy kotki obróciły się zaalarmowane nagłym hałasem. Pszczelej Łapie nie udało się powstrzymać parsknięcia na widok całej przemoczonej i drżącej Sroki, która siedziała teraz po brzuch w wodzie. Ale ona przynajmniej próbowała się zachować, nie to co Daliowy Pąk, którą aż telepało ze śmiechu. Srocza Łapa odetchnęła ciężko, podnosząc się na łapy, by wrócić do współklanowiczy, którzy nie mieli zamiaru na nią dłużej czekać.

Opisane: rodzina wydr

[przyznano 10%]

19 października 2022

Od Daglezji (Daglezjowej Łapy) CD Aksamitki (Aksamitkowej Łapy)

— Oho, to ty nie słyszałaś? Mama opowiadała mi raz historyjkę, że gdzieś daleko jest takie gospodarstwo ze starym dwunożnym, który ma własną armię kur — rozpoczęła szylkretka. — Pewnie zastanawiasz się, po co mu ich aż tyle? Mamusia mówiła, że sama nie wie, ale jak tak o tym myślę, to bardzo podejrzane! Podobne te kury mają takie wyłupiaste oczy i ostre dzioby, którymi mogą zabić! Więc lepiej się tam nigdy nie zbliżaj... A jeden z wojowników mówił mi, że te kury polują na koty, a potem przynoszą je swojemu władcy, temu dziadowi, a on robi z nich ogromną ucztę! Ściąga z nich futro i bije tak długo, aż te robią się płaskie. Ej, a myślisz, że my też możemy zdjąć ot tak futro? — zapytała w końcu, zmieniając temat, za co Daglezja serdecznie dziękowała. Ten szalony dwunóg był podejrzany. — Wilczek i Igiełka chyba próbowali, ale im nie wyszło — mruknęła, wlepiając wzrok w rodzeństwo, siedzące gdzieś przy ścianie żłobka. Daglezja jedynie zmierzyła ich wzrokiem. Nic dziwnego, że im się mogło nie udać. Zdjąć futro z kota? Pf! Brednia. Musiałby mu dać jakieś zioło na wyłysienie. — Może nam się uda?
— Przecież tak się nie da.
— Jak nie jak tak!
— No po prostu! Jak sobie wyobrażasz zdejmowanie futra? — spytała z oburzeniem, jak gdyby zdziwiona, że Aksamitka jej zaprzeczyła.
— No... jakoś tak... — zaczęła się obkręcać, próbując złapać za jedną z odstających kępek sierści przy grzbiecie. Daglezja wybuchnęła śmiechem, widząc jakie skomplikowane pozy jej siostra przyjmuje. — To tak trudno złapać...
— Właśnie widzę. Jeszcze sobie coś wyrwiesz i będziesz łysa, jak Wilczek i Igiełka! Nie chcę mieć więcej gołych sióstr. Z resztą, kto chciałby być łysy?
— Nic by ci się nie kleiło do futra, nie musiałabyś jej myć...
— Przecież porą nagich drzew tylko trzęsłabym zadem z zimna. Nienawidzę jak jest zimno.
— Może...

***

Daglezjowa Łapa pracowała przy obozie, w którym już od jakiegoś czasu roiło się od potencjalnych prac. Wrzosowa Pogoń zupełnie jak Słoneczna Polana nie przepadała za różnymi odpałami swojej uczennicy, więc mogła ją w każdej chwili oddelegować do obozu, gdzie trzeba było robić więcej niż wszystkim się wydawało, kiedy tylko nie podobało jej się zachowanie uczennicy. Organizacja legowisk, zbieranie materiałów, praca z głazami, a przy tym jeszcze jakieś durne gęsi-terrorystki i wściekłe samotniczki, jeśli chciałaby wyjść się przewietrzyć. Jak tak można dłużej żyć?
Jako że klifiaki zadomowiły się w sporej jaskinii, dla Daglezjowej Łapy nie było zdziwieniem, że miała już swoich domowników. W tym nietoperze, które trzeba było przegnać. Nie lubiła gdy ich czarne oczka za nią ciągle podążały. Jeszcze jakby wszystkiego było mało jeden z wojowników doglądał jej pracy, po tym jak ostatnim razem po prostu to olała. Niestety Wrzosowa Pogoń nie była z tego najbardziej zadowolona i poprosiła o nadzór jej terminatorki. Właściwie, z dorosłych nie lubiło ją zbyt wielu, ale Daglezja się tym nie przejmowała. Na szczęście miała do pomocy siostrę, która chciała odpocząć po treningu ze swoim mentorem. Zgodziła się na pomoc Daglezji bez wahania. I za to mogła cenić, taką dobrą siostrzyczkę! To była postawa godna prawdziwego ziomka.
— Boisz się nietoperzy? — spytała, szturchając Aksamitkową Łapę ramieniem, gdy stały przed jednym z ciemnych tuneli, po czym zaśmiała się.
— Nie... Nie! To tylko nietoperze. To takie skrzydlate myszki. Mają małe ciałka, nóżki, oczka, piszczą i w ogóle.
— Słyszałam jak Piegowata Mordka nazywała je "fruwającymi szczurami". A szczury już nie brzmią tak obiecująco. Ponoć Gawron kiedyś złapała ostrą infekcję od jednego, małego, lądowego szczura i musiała ganiać po medykach długo!
— Czemu nikt mi nie powiedział, że one są tak niebezpieczne?! — zaniepokoiła się delikatnie Aksamitka.
— Spokojna twoja głowa. Włos ci z głowy nie spadnie. Biegamy szybciej niż te chuderlaki trzepoczą tymi swoimi skrzydełkami. — Daglezjowa Łapa uniosła dumnie ogon do góry, by zaraz wysunąć się na przód, by zagłębić dalej w korytarz pieczary. Powietrzne szczury zwisały z sufitu spokojnie, czasem tylko mrugając i mrużąc powieki przyglądały się kotkom.
— Chcesz zobaczyć prawdziwy chaos? — przybrała głupawy uśmieszek, zwiastujący tylko jedno, zanim odwróciła się spowrotem w stronę nietoperzy. — POBUDKA! — wrzasnęła głośno — WSTAWAĆ, NIE GADAĆ! Wylatywać mi stąd, sio!

<Aksamitka?>

[przyznano 10%]

16 października 2022

Od Gęsiej Łapy

 Zbieranie ziół z samego rana nie było jego ulubionym zajęciem, jednakże dzięki niemu ze spokojem odkrywał ich kolejne lokalizacje, w tym miejsca, gdzie rosły trucizny. Miał nadzieję, że kiedyś wykorzysta swoją wiedzę truciciela i że nie uczy się tego wszystkiego nadaremno, w przeciwnym razie dostałby pierdolca. 
Wątpił jednak, że Mroczna Gwiazda po prostu zleje wiedzę, którą tak skrupulatnie nabywa. Odłożywszy kilka kwiatów maku na stos w leżu medyków, udał się wprost do grupy kotów, które specjalnie za nim czekały.
– No, nareszcie, przyszła nasza księżniczka zbierająca kwiatuszki – syknął Łasicza Łapa na widok tonkija, który obrzucił go tylko znudzonym spojrzeniem. Przechodząc obok niego, nadepnął młodemu na łapę, na co ten syknął z bólu, kuląc uszy.
– Na twoim miejscu uważałbym, do kogo klepię jadaczką – zaczął, zbliżając pysk do ucha ucznia. – Nie znasz dnia ani godziny, kiedy po posiłku zaczniesz rzygać krwią, jebany zasrańcu – obnażył zęby, nim cały patrol wyruszył.
* * *
Przepędzanie borsuków nie było takie proste, jak się zdawało. Jedno stworzenie stanowiło ogromny problem, a gdzie cała rodzinka tego cholerstwa. Gęsia Łapa miał to głupie szczęście, że jedno z młodych wybiegło z nory, wpadając mu praktycznie pod same pazury. Skręcił kark zwierzęciu, rzucając jego bezwładne ciało wprost pod łapy matki, która rzuciła się na niego z zębiskami. Uskoczył, odbijając się od drzewa i przeskakując tuż nad napastnikiem, pozwalając Krzakowi zrobić resztę. Gęś nie był debilem, może i miał łeb na karku, jednakże kremowy kocur bił go na głowę siłą swoich mięśni.
Borsuczyca zwisała teraz z pyska wojownika bezwładnie, trzymana przez niego za kark. Kremowa klatka piersiowa uwalona była krwią, zaś grzbiet zwierzęcia pokryty był licznymi ranami, które zadali mu Oszronione Słońce i Trójoka Wrona, którzy trzymali drapieżnika, gdy Krzak skręcał mu kark.
– Jeszcze tu wrócimy, na razie Mysikrólik musi zobaczyć medyka, te bestie prawie odgryzły mu łapę – mruknął Krzak, pomagając przyjacielowi wstać.
Nikt nie kwestionował decyzji kocura.

[przyznano 10%]

Od Sroczej Łapy

Przyjemny, delikatny wiatr szumiał w koronach drzew, porywając z ich gałęzi kolorowe liście. Srocza Łapa wraz ze swoją mentorką przemierzały lasek rosnący na ich nowych terenach. Ciepłe promienie słońca przyjemnie muskały ich grzbiety. Daliowy Pąk dotknęła ogonem boku swojej uczennicy, dając znak do zatrzymania się.
– To będzie dobre miejsce. – stwierdziła, rozglądając się po okolicy.
– Dobre miejsce na co? – zapytała Srocza Łapa, której Dalia dalej nie wtajemniczyła w swoje plany.
– Na twój dzisiejszy trening! – odpowiedziała jej mentorka, jakby było to coś oczywistego. 
– Czemu akurat tutaj? – mruknęła Sroka, nie dostrzegając w tym miejscu niczego wyjątkowego.
– Już czas najwyższy, abyś nauczyła się wspinać na drzewa. Między tymi dwoma jest idealna odległość, abym mogła cię z jednego dokładnie obserwować i panować nad wszystkim. – Dalia wskazała ruchem ogona na zdrowo wyglądające buki – No i nie zaprzeczysz, że to urokliwe miejsce! – dodała, delikatnie się uśmiechając.
Kotka przytaknęła jej głową, bo rzeczywiście, było tutaj całkiem ładnie i przyjemnie. 
– Dobra, koniec rozmów. – miauknęła Daliowy Pąk, podchodząc do jednego z drzew. – Teraz patrz uważnie, a potem spróbuj to powtórzyć na swoim. – poleciła uczennicy, po czym przeszła do wspinaczki.
Wbiła pazury w korę drzewa i ruszyła w górę, co jakiś czas dla ułatwienia odbijając się tylnymi łapami. Zatrzymała się dopiero na wysokości gałęzi, na którą płynnym ruchem przeszła i z góry spojrzała wyczekująco na Srokę. Czarno-białej, mimo najszczerszych chęci idealnego odtworzenia ruchów mentorki, kilka razy obsunęła się łapa, jednak nie przeszkodziło jej to w dotarciu na jedną z niższych gałęzi, znajdującej się na podobnej wysokości co gałąź Dalii. Stanęła pewnie na wszystkich czterech łapach i rozejrzała się wokół. Wszystko od razu wyglądało inaczej. Srocza Łapa rozglądała się jeszcze chwilę, z lekkim podekscytowaniem drgając ogonem, dopóki nie spojrzała w dół i z wrażenia aż straciła na moment równowagę. Z naprzeciw rozległ się śmiech szylkretki.
– Hej, tylko jak zrobisz tak publicznie, to nie mów, że ja cię uczyłam! –miauknęła donośnie Dalia, robiąc krok naprzód w stronę zielonookiej. 
Na ironię, w tym samym momencie jedna z jej tylnych łap zsunęła się, powodując utratę równowagi wojowniczki, która z zawstydzeniem niezgrabnie wciągnęła się z powrotem na bukową gałąź.
– Nie wiem czy mi uwierzą! – odkrzyknęła z nuta rozbawienia w głosie Sroka, a kąciki jej pyska uniosły się delikatnie ku górze. 
Daliowy Pąk wywróciła oczami, nieco marszcząc brwi, jednak na jej pysku też zawitał lekki uśmiech.
– Dobra, dobra, już się pośmiałaś, to złazimy. – wymruczała pomarańczowooka i jak powiedziała tak też zrobiła.
Srocza Łapa miała z zejściem nieco mniej szczęścia i niezgrabnie wylądowała obok mentorki, mało co na nią nie wpadając. 
– To tyle? – zapytała zaskoczona terminatorka, spoglądając wojowniczce w oczy.
– Myślę, że tak. Nie zabiłaś się przecież, a nic więcej tutaj nie mam do dodania. I tak uważam, że takich rzeczy najlepiej się uczy na żywca. – odpowiedziała Dalia. – Możemy spróbować wybrać się na polowanie, albo jeszcze rozejrzeć po terenie. To na pewno nam nie zaszkodzi.
Starsza z kocic ruszyła przed siebie, prowadząc Sroczą w nieznane. Liście pod ich łapami przyjemnie skrzypiały przy każdym kroku. Łatwo było w takiej sytuacji stracić czujność, zbyt daleko uciekając w myśli. Wtem, kiedy powoli zaczęły zbliżać się do obrzeży lasku, Daliowy Pąk zatrzymała się gwałtownie i zastrzygła uszami.
– Słyszysz to? – spytała ściszonym głosem.
Srocza Łapa nastawiła uszu, z uwagą wsłuchując się w zewsząd dobiegające dźwięki, dopóki nie wyłapała jednego, odbiegającego od normy. Futro na jej grzbiecie aż się najeżyło.
– Dwunożny. – mruknęła zdenerwowana machając nisko ogonem.
Dalia jej przytaknęła. Gdzieś w oddali, przed nimi, dało się słyszeć nucenie mogące należeć tylko do tych strasznych, bezwłosych istot. Głos nie brzmiał na tak bliski, aby trzeba było zacząć panikować, ale też nie na tak odległy, by móc się zrelaksować. Kocice w ciszy wyszły z lasu i idąc z brzuchami blisko podłoża powoli zbliżały się do źródła dźwięku. W końcu, tuż przy tafli jeziora dostrzegły zgarbioną postać dwunoga, który trzymał w łapie dziwny kijek, częściowo zanurzony w wodzie. Srocza Łapa wciągnęła powietrze w nozdrza. Wąsy aż jej zadrżały, kiedy wyczuła znajomą woń ryb.
– A to złodziej…! – zasyczała Daliowy Pąk. – Patrz no tylko, okrada nas z naszej własnej zwierzyny!
Zielonooka pokiwała głową. Dwunożny na ich terytorium zdecydowanie nie był powodem do szczęścia, tym bardziej taki, który wyłapuje ich własne ryby. 
– Hej, spójrz tam! – miauknęła szylkretka, wskazując ogonem na dziwny przedmiot, do którego dwunożny właśnie włożył jedną z upolowanych przez siebie ryb. – Czy myślisz o tym co ja? – zapytała, a w jej oczach błysnęła iskierka podekscytowania. 
– Nie wydaje mi się… – mruknęła cicho w odpowiedzi łaciata, ale jej mentorki już nie było. Zaczęła dyskretnie podkradać się do odwróconego tyłem dwunożnego. – Daliowy Pąku, nie…! – Sroka wydała z siebie cichy pisk.
Daliowy Pąk jednak nie słuchała. Kiedy była wystarczająco blisko, złapała w zęby jedną z wystających z dziwnego przedmiotu ryb, co spowodowało przewrócenie się z głośnym hukiem reszty znajdujących się w środku zwierząt. Dwunożny natychmiast odwrócił się za siebie, a Dalia cała zjeżona rzuciła się w stronę zarośli. Sroka też nie czekała, tylko pobiegła z powrotem w stronę lasu, mając nadzieję, na złapanie mentorki w trakcie ucieczki. Za nimi słychać było tylko rozwścieczone wrzaski bezwłosego.
Po kilku chwilach bez większego trudu udało jej się zrównać z wojowniczką.
– Jesteś szalona! – krzyknęła w trakcie biegu terminatorka.
– Mhm! I do tego jaka rzajebiszta! – odmiauknęła jej radośnie Daliowy Pąk, dalej z dumą trzymając w zębach łuskowate stworzenie.
Promienie słońca przebijające się przez korony drzew, oświetliły szylkretową kotkę, która w tamtym momencie wyglądała jak istota nie z tego świata. Jej piękne, płomiennorude plamy idealnie pasowały do krajobrazu towarzyszącego porze opadających liści, a oczy błyszczały dzikim szaleństwem, przez co wręcz nie dało się od niej oderwać wzroku. Srocza Łapa poczuła, jak jej serce zabiło szybciej.

Opisane: rybak

[przyznano 15%]