BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gasnąca Prawda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gasnąca Prawda. Pokaż wszystkie posty

25 sierpnia 2026

Od Gasnącej Łapy (Gasnącej Prawdy) CD. Poczciwego Szakłaka

Jakiś czas temu


— Gasnąca Łapo! — Radosne wołanie rozległo się echem, kiedy to wojownik zbliżał się do bursztynowookiego ucznia. — Co powiesz na wspólne polowanie?
— A ty przypadkiem nie masz własnego ucznia do wyszkolenia? — spytał kremus, unosząc jedną brew. — Nie chcę, byś spędzając czas ze mną, zaniedbał swoje obowiązki.
— Jak raz lub dwa odpuszczę mu trening to nic się nie stanie.
— Poczciwy Szakłaku.
— Dobra no… Ale obiecaj, że bliżej zmierzchu będziesz wolny — wymruczał i nie czekając na odpowiedź starszego, musnął ogonem jego bok i po chwili oddalił się w poszukiwaniu Bursztynowej Łapy.
Gasnąca Łapa przez moment wpatrywał się w czarnofutrego kocura, lecz finalnie zaśmiał się tylko pod nosem. Naprawdę doceniał jego obecność, mimo że na razie nie mógł mu dać tego, czego kocur pragnął. Kremowy wciąż miał mieszane odczucia co do miłosnego wyznania Poczciwego Szakłaka. Z jednej strony tak bardzo mu na nim zależało, lecz z drugiej… nie był pewien, czy kiedykolwiek będzie w stanie odpuścić sobie Dyniową Skórkę. Chyba nie, póki nie pokazałby jej, że zmienił się na lepsze i teraz mógłby być lepszym partnerem. To się jednak raczej nie wydarzy. Rudofutra zapewne nienawidziła go z całego serca, tym bardziej po tej sytuacji ze zgromadzenia. Kocimiętka na pewno powiedziała swojej matce o tym, że Królik rzekomo ją zdradzał.
Czy teraz żałował tego, że nie próbował się wybronić? Może. Lecz miał też świadomość, że tamtego wydarzenia już nie cofnie, a zamiast tego może spróbować je naprostować. Musiałby tylko spotkać swoją córkę na granicy i spokojnie z nią porozmawiać… Choć na to też szanse były marne. Królik raczej trzymał się z dala od innych klanów, by przypadkiem nie narobić sobie problemów. Poza tym teraz nosił miano ucznia, więc nawet nie mógł samotnie opuszczać azylu. Nawet mu to nie przeszkadzało. Sam chętnie unikałby nawet zgromadzeń, byle tylko nie ryzykować tego, że natknie się na kogoś, kto dawniej był mu bliski.
W końcu postanowił wrócić do swojego legowiska, by zaczekać tam aż do momentu, w którym Poczciwy Szakłak wróci z treningu z Bursztynową Łapą. I tak nie miał do roboty nic lepszego ani pożyteczniejszego. Śniący Obserwator opowiedział mu dzisiaj już o wszystkim, co planował, więc teraz Królik miał czas dla siebie. Bardzo dużo czasu dla siebie. A to oznaczało również mnóstwo czasu na przemyślenia. Choć nienawidził tego, jak często pochłaniały go myśli i jak często przygniatał go ciężar dawnych wydarzeń, wiedział, że czasem rozpamiętywanie ich było konieczne. Nie chciał przecież teraz popełniać tych samych błędów. Starał się być lepszym kotem, niż był w Klanie Klifu czy jako samotnik. W końcu uciekł tutaj dokładnie po to, by zacząć wszystko na nowo. Choć i tak jego plan zawiódł już w momencie, w którym Lśniąca Gwiazda dowiedział się o tym, że kremowy znalazł się w Klanie Burzy. Królik zdecydowanie wolałby, żeby jego obecność w tej przynależności pozostała tajemnicą, ale teraz nie mógł już na to wpłynąć. Mógł po prostu cieszyć się tym, że udało mu się tu zostać i nie został zmuszony do powrotu do tego przedsionka Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. Chyba nie wytrzymałby w Klanie Klifu ani dnia dłużej! Już wolałby podzielić los Pikującej Jaskółki, niż musieć obserwować ten zdradziecki pysk klifiackiego lidera.

* * *

Teraźniejszość

Od momentu, w którym do obozu Klanu Burzy został przyniesiony Patyczak, Gasnąca Prawda zaglądał do lecznicy tak często, jak tylko mógł. Zawsze rano, w ciągu dnia i pod wieczór, by upewnić się, że stan liliowego kocurka jest stabilny. Oprócz tego często zaciągał ze sobą Poczciwego Szakłaka, niemal jakby miał na tym punkcie obsesję. Dla kotów z zewnątrz, które nie znały kremowego, mogło się wydawać wręcz zabawne, że tak szybko przywiązał się do pierwszego lepszego znalezionego kociaka. Prawda była jednak nieco inna. Nie przywiązał się do niego przecież kompletnie bez powodu. Miał ku temu powód — i wcale nie było nim to, że Patyczak został odnaleziony i uratowany podczas spaceru Królika z Szakłakiem. Chodziło o coś zupełnie innego.
Gdy wojownik przebywał w otoczeniu młodego kocurka, przypominał sobie o Kocimiętce, Mak, Szronce i Kormoranie — a także o tym, jak okropnym był dla nich ojcem. Dwóm rudym kotkom w ogóle nie poświęcał uwagi. Zachowywał się w ich stosunku jak skończony idiota. Wolał szwendać się po mieście, unikając ojcowskich obowiązków. Wtedy nie był jeszcze gotowy na to, by zostać ojcem, i nie potrafił zapewnić swoim biologicznym córkom tego, czego potrzebowały. Nie powinien był w ogóle przekonywać Dyni do ucieczki. Czuł, że rudofutrej i jej córkom żyłoby się znacznie lepiej, gdyby od razu urodziły się w Klanie Wilka. W końcu Kocimiętka i Mak, jako córki zdrajczyni, pewnie nie miały zbyt łatwo — choć były to tylko jego domysły. Być może Dyniowej Skórce udało się uniknąć poważnych konsekwencji za ucieczkę z klanu i nie musiała tak jak Królik odbywać żadnej kary.
Jeśli zaś chodzi o Szron i Kormorana, kremowy musiał przyznać, że dla nich starał się być nieco lepszym ojcem, lecz czuł, że to wciąż nie było to. Być może nie potrafił pokochać ich tak szczerze, jak tego od niego wymagali. Trochę dziwnie było mu udawać szczęśliwą rodzinkę ze Źródlaną Łuną, w której dawniej był zauroczony, wiedząc, że kotka najpewniej zdradziła klan i zmusiła się do interakcji z kremowym tylko po to, by poprosić go o przysługę. Prawda była taka, że wykorzystała dawne uczucia Królika, by uratować własny tyłek. Mimo wszystko bursztynowooki nie miał jej tego za złe, a przynajmniej już nie teraz. Źródlana Łuna była dla niego przeszłością. Dowiedział się, że została zastępczynią w Klanie Klifu i cieszył się z jej szczęścia. Nie życzył jej źle, mimo iż niejednokrotnie odczuwał przez nią ból w sercu.
Biorąc pod uwagę jego wcześniejsze niepowodzenia w wychowywaniu kociąt, teraz czuł, że ma okazję, by się poprawić. Patyczak spadł mu jak gwiazdka z nieba! Dokładnie tak, jakby los chciał mu przekazać, że wręcza mu kolejną szansę. Tym razem Królik nie zamierzał jej zaprzepaścić. Planował zrobić wszystko, co w jego mocy, by zapewnić liliowemu wsparcie i ochronę. Nie mógł pozwolić na to, by Patyczak również go znienawidził albo zaczął go unikać. Kremowy musiał obdarować tego kociaka idealnym połączeniem opiekuńczości i swobody. Nie chciał, by Patyczak myślał, że Królik się o niego nie troszczy, tak jak było to w przypadku Kocimiętki i Mak, lecz jednocześnie nie chciał go przytłaczać, tak jak stało się to w przypadku Szronki i Kormorana.
Obecnie zapadł już wieczór, a wojownik odpoczywał na swoim posłaniu po powrocie z patrolu. Udało mu się na nim upolować mysz i ryjówkę. Odłożył je od razu na stos, wiedząc, że przynajmniej będzie miał z czego wybierać, gdy pójdzie jak zwykle odwiedzić Patyczaka. Teraz leżał z pyskiem opartym na łapach i wyczekiwał odpowiedniego momentu, by zebrać się i pójść do lecznicy. Nie starał się nad niczym rozmyślać, a jedynie rozluźnić. W końcu dla tego kocurka chciał pozostawać spokojny, zamiast stresować się przeszłością. Patyczak przeżył wiele w tak młodym wieku, więc należała mu się odpowiednia opieka. Kociak stracił brata w tak brutalny sposób, a ponadto sam został nieźle poraniony. To cud, że w ogóle przeżył! Przynajmniej tak powiedziała Wdzięczna Firletka podczas jednej z wizyt Gasnącej Prawdy w lecznicy.
Po jakimś czasie wojownik w końcu wstał z posłania, otrzepał się z mchu i piórek, które przyczepiły się do jego futra, i ruszył prosto do stosu ze zwierzyną. Wybrał z niego tłustą mysz, zastanawiając się nad tym, czy była to ta, którą sam upolował, czy może jakaś inna. Szybko jednak skupił się na Patyczaku, gdy tylko wsadził głowę do lecznicy. Wdzięczna Firletka od razu zwróciła wzrok w jego stronę i przywitała go skinieniem głowy. Pewnie była już przyzwyczajona do obecności kremowego, który stał się częstym gościem w tym pomieszczeniu. Królik odwzajemnił jej gest i podszedł do posłania, na którym leżał liliowy. Biedaczek. Cały był owinięty pajęczynami i prawie nie mógł się poruszać. Ziołowa papka oblepiała większość jego futra, zabezpieczając rany po ataku kuny przed infekcją.
Bursztynowooki położył przed łapami mysz i przysiadł. Po chwili zaczął rozrywać piszczkę na kawałki, by młody nie musiał się z tym męczyć. W końcu ledwo potrafił manewrować łapami! To byłyby tortury, gdyby Królik kazał mu samemu zjeść całą mysz. Gdy już podzielił zwierzynę na kawałki wielkości kęsa, delikatnie trącił nosem śpiącego Patyczaka.
Ten zbudził się niemal od razu, a gdy tylko zatrzymał wzrok na kremowym kocurze, jego oczy zalśniły.
— Gasnąca Prawda! — krzyknął młodzik, uśmiechając się słabo. Po chwili spojrzał na rozczłonkowaną mysz pod łapami starszego. — To dla mnie? — zapytał, przekręcając głowę.
Wojownik zaśmiał się cicho pod nosem i chwycił jeden z kawałków, kładąc go bliżej liliowego. Ten od razu wziął go do pyszczka i zaczął jeść. Kilka uderzeń serca później z myszy nic już nie zostało, a Patyczak leżał na swoim posłaniu, najedzony i zadowolony.
— Więc… o czym chciałbyś dziś posłuchać? — mruknął Gasnąca Prawda, obserwując powoli unoszący się i opadający bok kociaka.
Patyczak ziewnął przeciągle i zaczął ugniatać ściany posłania swoimi łapkami.
— Wymyśl coś! — odparł w końcu, układając się w wygodnej pozycji i wlepiając spojrzenie w starszego. — Walczyłeś kiedyś z lisem? — spytał po chwili, poruszając wibrysami. — Chciałbym posłuchać o walce z lisem!
Liliowy był naprawdę zadziwiający. Królik zastanawiał się, skąd młodzik brał tyle energii do życia. Mimo że zmarł mu brat, zgubił się od rodziców, a w dodatku musiał żyć w ciągłym bólu z powodu głębokich ran, i tak zachowywał się, jak zwyczajny, ciekawski kociak.
— Tak, Patyczaku. Walczyłem kiedyś z lisem — oznajmił, wypinając dumnie pierś. Po chwili uniósł łapę i wskazał nią na jedną ze swoich blizn. — Widzisz tę szramę? Właśnie ją zdobyłem podczas walki z tą rudą bestią! — dodał, uśmiechając się zadziornie. — Natknąłem się na nią wiele księżyców temu, gdy jeszcze nie mieszkałem w Klanie Burzy. Bo wiesz, dawniej byłem najprawdziwszym podróżnikiem! Szwendałem się tu i ówdzie, zwiedzając wszystkie zakamarki świata — zaczął rozmarzonym głosem. Może i trochę zmyślał, lecz uważał to za konieczne. W końcu Patyczaka z całą pewnością bardziej zainteresują barwne opisy niż smutna prawda.
— Naprawdę? — wtrącił się liliowy. — A z borsukiem kiedyś walczyłeś?
Kremowy pokręcił głową.
— Z borsukiem? Nie, nigdy. Ale walczyłem z czymś równie groźnym! — odparł, po czym wskazał na kolejną bliznę. — Tę szramę mam po walce z gangiem! Gdy byłem podróżnikiem, zabłąkałem się w Betonowym Świecie, a to wcale nie jest miejsce dla słodkich kotków! Tam natknąłem się na grupę samotników, liczącą dziesięciu, a może nawet więcej członków! — opowiadał dalej. — Nie spodobało im się to, jaki jestem fajny! Zaczęli mnie ścigać, chcąc mnie dopaść! Lecz na szczęście rozprawiłem się z nimi wszystkimi! Jednego złapałem za ogon i rzuciłem nim tak wysoko, że musiał zamieszkać na jednej z gwiazd! Drugiego natomiast złapałem za ucho i dorzuciłem nim aż do obozu Klanu Wilka, gdzie podobno wpadł na jednego z wojowników! — mówił, z trudem powstrzymując się od śmiechu.
Patyczak zachichotał głośno, a po chwili znowu rozwarł pyszczek, by ziewnąć. Z trudem utrzymywał już oczy otwarte. Królik polizał go kilka razy po główce, a następnie wpatrywał się w niego, aż w końcu kociak usnął. Dopiero wtedy podniósł się z miejsca i ruszył w stronę wyjścia z lecznicy. Nim jednak zdążył postawić łapę poza nią, stanął przed nim znajomy, czarnofutry kocur.

<Poczciwy Szakłaku?>

06 sierpnia 2026

Od Gasnącej Łapy (Gasnącej Prawdy) do Skrzydlatej Płomykówki

Zgromadzenie

Najbardziej na świecie bał się tego, że spotka kogoś, kto go rozpozna. Co wcale nie było niemożliwe. Na Bursztynowej Wyspie roiło się od Klifiaków i nie było wątpliwości, że gdzieś wśród nich znajdowali się dawni znajomi Królika. Być może był tu Trójoki Zając, Wzburzony Kormoran albo Oszroniony Kieł. Co do jednego kremowy był jednak pewny — Źródlana Łuna pełniła teraz rolę zastępczyni i siedziała nieopodal pozostałych zastępców. Kocur czuł ogromną chęć, by jej pogratulować, lecz wiedział, że nie powinien. Nie miał nawet jak do niej podejść. Zresztą, ona pewnie i tak nie chciałaby z nim rozmawiać po tym, jak tak bezczelnie uciekł z Klanu Klifu.
Siedział więc smutno gdzieś na uboczu, przygnębionym wzrokiem przeskakując po kotach zgromadzonych na wyspie. Miał ochotę zwinąć się w kłębek, zajmować jak najmniej miejsca i zmniejszyć szanse na to, że ktoś go rozpozna. Jednak wtem podeszła do niego młodsza kotka. Miała kremowe, pręgowane futerko, krótki ogonek i żółte oczy, do złudzenia przypominające te należące do Kukułczego Wdzięku. Czy to...? Nie, niemożliwe.
— Dzień dobry, proszę pana. Jak pan ma na imię?
— Uch, och! Dobry wieczór, młoda damo... Mam na imię Gasnąca Łapa — odpowiedział nieco speszony, gdy koteczka się do niego odezwała.
Wpatrywał się w jej pyszczek w milczeniu, nie potrafiąc pozbyć się wrażenia, że kogoś mu przypominała.
— Jak panie Gasnąca Łapo układa się w Klanie Burzy?
Kremowy miał ochotę zapytać młodszą, czy była spokrewniona z Trójokim Zającem albo chociaż z Kukułczym Wdziękiem, lecz nie potrafił się do tego przemóc. Jeśli naprawdę była jego bratanicą, to czy chciał opowiadać jej o tym, jak bardzo zawiódł jej ojca? Przecież równie dobrze mógł wciąż być w Klanie Klifu. Mógł odwiedzać ją i jej rodzeństwo w żłobku, bawić się z nimi kulkami mchu i patrzeć, jak dorastają. Zamiast tego siedział tu teraz jako uczeń Klanu Burzy i udawał, że ta kotka wcale nikogo mu nie przypomina.
— Jak układa mi się w Klanie Burzy? Cóż... chyba całkiem dobrze. Oprócz tego, że wciąż jestem uczniem! — zaśmiał się nerwowo, próbując się rozluźnić.
Po chwili uniósł uszy i spojrzał na nią z zainteresowaniem.
— A jak u ciebie, młoda damo? Wszyscy w rodzinie zdrowi? Lśniąca Gwiazda dobrze was traktuje? — zapytał łagodnym tonem.
Zastanawiał się, czy przywódca nadal ścigał rodzinę Pikującej Jaskółki, czy może w końcu odpuścił po tym, jak pozwolił Królikowi zostać wśród Burzaków. Kremowy był mu za to wdzięczny, choć mimo wszystko wciąż za nim nie przepadał i nadal uważał, że rudy mógł stanowić zagrożenie dla jego bliskich.
Kotka uśmiechnęła się lekko.
— Tak, Lśniąca Gwiazda pozwolił mi zostać uczennicą medyka, bardzo się z tego powodu cieszę. Pan akurat sformułował pytanie tak, jakby pan chciał sprawdzić, czy Lśniąca Gwiazda nas źle traktuje... Czy pan jest moim wujkiem? Niech pan się nie krępuje, nie mam panu za złe, że pan nas opuścił.
Wpatrywał się w nią z wyraźnym zakłopotaniem i zdziwieniem. Przez chwilę nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, a po kilku uderzeniach serca zamrugał parę razy, przybierając jeszcze bardziej zmieszany wyraz pyska.
— Oczywiście, że chcę sprawdzić, jak sprawuje się lider klanu, z którym mamy sojusz. Tym bardziej teraz, gdy... sytuacja mojego klanu nie jest najlepsza. Musimy wiedzieć, czy możemy liczyć na kogoś kompetentnego — odparł w końcu, prostując się i próbując przybrać pewniejszą postawę. Nie chciał przecież pokazać, że jej słowa go zaskoczyły.
Zmarszczył lekko nos, słysząc dalszą część jej wypowiedzi.
— Nie wiem, o kim mówisz, młoda damo. Pierwszy raz w życiu widzę cię na oczy, więc trudno mi stwierdzić, czy rzeczywiście jesteśmy spokrewnieni — wyjaśnił spokojnie. — To, że mamy podobne futro i oboje posiadamy krótkie ogony, jeszcze o niczym nie świadczy. Czy gdybym zobaczył dwa czarne koty stojące obok siebie, od razu uznałbym, że są rodzeństwem albo kuzynostwem? Oczywiście, że nie.
— Hm, może pana z kimś pomyliłam, przepraszam bardzo. Pan jest bardzo podobny do Trójokiego Pyska — stwierdziła, po czym usiadła. — No cóż, zawsze chciałam poznać jego brata...
Kremowy wzruszył ramionami na słowa młodszej kotki, choć w środku poczuł, jak żołądek zaciska mu się ze stresu.
— Przykro mi, młoda damo. Nie znam nikogo o imieniu Trójoki Pysk — westchnął. — Radzę ci się jednak nie poddawać. Wierzę, że jeszcze kiedyś uda ci się odnaleźć kota, którego szukasz.
Na chwilę umilkł, zastanawiając się, co mógłby powiedzieć, by jej pomóc.
— Może Trójoki Pysk wspominał ci kiedyś o nim? Albo mówił, gdzie mógł pójść? Jeśli masz jakiekolwiek wskazówki, na pewno łatwiej będzie ci go odnaleźć — mruknął łagodnie, starając się brzmieć na szczerze przejętego i zaangażowanego.
Żółtooka westchnęła.
— No cóż, chętnie bym się pobawiła z wujkiem... ale cóż. Nie będę już panu przeszkadzać. Do widzenia! — uśmiechnęła się.
Kremowy westchnął ciężko.
— Dobrze, młoda damo. Lepiej porozmawiaj z kimś w swoim wieku, zamiast marnować czas na jakiegoś staruszka — mruknął żartobliwie, choć poczucie winy zaczęło go gryźć, gdy obserwował, jak kotka odchodzi.
Miał szansę. Miał szansę przyznać się do tego, że był jej wujkiem. Miał szansę być może naprawić to wszystko, co zniszczył kilka księżyców temu. Lecz czy naprawdę chciał to zrobić?
Był taki żałosny. To nie byłby pierwszy raz, gdy przepraszał Trójokiego Zająca i innych swoich bliskich. Na pewno tym razem nie zaakceptowaliby jego przeprosin. Uznaliby je za nieszczere, skoro już tyle razy udowodnił im, że nie potrafi się zmienić.

* * *

Odkąd wrócił ze swojego pierwszego zgromadzenia po trafieniu do Klanu Burzy, często o nim rozmyślał. Czy tamta kremowa kotka naprawdę mogła być jego… bratanicą? Czy naprawdę Trójoki Zając w końcu wyznał miłość Kukułczemu Wdziękowi, zostali parą, a nawet doczekali się kociąt? To było bardzo możliwe; w końcu kremus musiał kiedyś założyć rodzinę. Nie mógł do końca swoich dni pozostać bezdzietny i bez miłości. To znaczy, mógł, oczywiście, lecz Królik mu tego nie życzył. Wierzył, że posiadanie własnych dzieci było czymś pięknym i przynosiło kotom wiele radości, dlatego miał nadzieję, że tamta kremowa koteczka naprawdę była córką Zająca.
Zastanawiał się też, czy była jedynaczką, a jeśli już miała rodzeństwo, to ile. I jak wyglądali? Czy również byli tak uderzająco podobni do Trójokiego Zająca? A może któreś z nich bardziej przypominało Kukułczy Wdzięk? Och, tak bardzo chciałby ich wszystkich zobaczyć! Chociaż raz w życiu mógłby się postarać, być dobrym kotem i stać się dla nich prawdziwym wujkiem. Odwiedzałby je w żłobku, bawił się z nimi i opowiadał im przeróżne historie ze swojego życia. Zrobiłby wszystko, by dać im wsparcie i otuchę, których wcześniej nie potrafił podarować Mak, Kocimiętce, Kormoranowi i Szronce. Chciał jakoś odpokutować swoje winy. Naprawdę chciał. Lecz teraz nawet nie miał ku temu okazji.
Lśniąca Gwiazda nie pozwoliłby mu wrócić do Klanu Klifu, a on sam nie miał pod opieką żadnego kocięcia. Może gdyby w końcu został mianowany, dostałby chociaż ucznia? W ten sposób mógłby wnieść jakiś wkład w odbudowę Klanu Burzy, szkoląc przyszłego wojownika. Na razie jednak sam wciąż był uczniem i miał wrażenie, że jedyne, co robi, to utrudnia wszystkim życie. A przede wszystkim przynosi sobie wstyd. Był już przecież całkiem starym kotem, a nadal nosił uczniowskie imię. Nawet podczas rozmowy z kremową kotką czuł zażenowanie, przedstawiając się jako Gasnąca Łapa. Był przekonany, że żółtooka zaraz zapyta, dlaczego jest taki stary, a wciąż się uczy, lecz na całe szczęście nawet o tym nie wspomniała. A może jednak zwróciła na to uwagę, tylko nie chciała mówić tego na głos? Ciężko było stwierdzić, bo przecież Królik nie potrafił czytać w cudzych myślach.
Śniący Obserwator chyba miał już dosyć treningów z kremusem, przez co odbywały się one coraz rzadziej. Królik zastanawiał się więc, dlaczego srebrzysty po prostu nie powie Zawodzącej Gwieździe, że Gasnąca Łapa jest gotowy zostać pełnoprawnym wojownikiem Klanu Burzy. W końcu znał już niemal całe tereny na pamięć, potrafił polować na swoich imienników i całkiem nieźle dogadywał się z pobratymcami. Czuł się Burzakiem i chciał nim zostać również oficjalnie.
Dlatego, gdy minął przewodnika w jednym z podziemnych korytarzy, mruknął za nim:
— Śniący Obserwatorze, czy mogę na słówko? — zapytał, nieznacznie kładąc po sobie uszy, jakby chciał pokazać, że nie ma żadnych złych zamiarów.
Młodszy zatrzymał się, sennie mrużąc ślepia, po czym skinął głową i podążył za Królikiem na zewnątrz. Gdy znaleźli się nieco dalej od azylu, uczeń odezwał się ponownie:
— Wiem, że nie powinienem o to pytać, ale zastanawiam się… kiedy w końcu zostanę wojownikiem? Uważam, że spędziłem jako uczeń już wystarczająco dużo czasu i z tak wspaniałym mentorem, jak ty, nauczyłem się wszystkiego, co potrzebne. Oczywiście wiem, że ostateczna decyzja należy do ciebie i nie chcę wywierać na tobie żadnej presji ani cię popędzać. Och, co to, to nie… — urwał, odwracając wzrok od Śniącego Obserwatora i modląc się w duchu, by nie zabrzmiał zbyt nachalnie. Przecież wcale nie o to mu chodziło.
Srebrzysty wyglądał, jakby przez chwilę się zastanawiał. W końcu jednak wzruszył ramionami.
— Ach, niech ci będzie — stwierdził, po czym gwałtownie zawrócił i ruszył z powrotem do obozu.
Gasnąca Łapa szybko pognał za nim. Zastanawiał się, czy przewodnik zgodził się na mianowanie tylko po to, by kremowy przestał zawracać mu głowę, czy naprawdę uważał, że na to zasłużył.
Zresztą… czy to w ogóle miało znaczenie? Najpewniej i tak nie będą utrzymywać ze sobą bliższego kontaktu, gdy Królik zostanie wojownikiem. Najważniejsze było to, że wreszcie nim zostanie i nie będzie już musiał przedstawiać się uczniowskim imieniem. No i będzie mógł samodzielnie opuszczać obóz, choć jeszcze nie wiedział, czy odważy się z tego korzystać. Wciąż bał się tego, co mogliby powiedzieć jego bliscy, gdyby któregoś dnia spotkali go na granicy.

* * *

Gasnąca Łapa stał w Grocie Pamięci, a przed nim leżał skrawek kory, na którym połyskiwał rdzawy barwnik. Kremowy czuł, jak serce wali mu w piersi tak mocno, że był niemal pewien, iż każdy kot, który go otaczał, mógł to usłyszeć — a może nawet wyczuć w postaci drgań.
— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady panujące w Klanie Burzy. Polecam wam go jako kolejnego wojownika — odezwał się dymny, mierząc pręgowanego skupionym wzrokiem. — Gasnąca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić ten klan nawet za cenę życia?
Kremowy uśmiechnął się, czując, jak całe jego ciało wypełnia radość.
— Przysięgam — odparł bez chwili wahania.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Gasnąca Łapo, od tej pory będziesz znany jako Gasnąca Prawda. Klan Gwiazdy ceni twoją determinację i zaangażowanie oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy — zakończył Zawodząca Gwiazda, po czym skinął głową w stronę Królika.
Ten zaś poczuł, jakby na krótką chwilę serce przestało mu bić. Zanurzył poduszkę łapy w pomarańczowej mazi i odwrócił się w stronę ściany, na której widniały już dziesiątki odcisków w różnych rozmiarach i barwach. Na pysku kremowego wciąż gościł ciepły, pełen wdzięczności uśmiech, gdy odbijał własną łapę pośród wielu innych.
Wreszcie mógł poczuć się częścią Klanu Burzy.
Cieszył się, że zdecydowali się go przyjąć. Tego dnia był niezwykle wdzięczny liderowi, który kilka księżyców wcześniej negocjował z Lśniącą Gwiazdą, by bursztynowooki nie musiał wracać do Klanu Klifu. Królik czuł, że pozostanie mu za to dłużny do końca życia. Gdyby nie jego litość, być może skończyłby martwy z łap rudego przywódcy. Wtedy na pewno nie poznałby swojej — być może — bratanicy. Nie rozwinęłaby się też jego relacja z Poczciwym Szakłakiem, a utraty właśnie tego obawiał się chyba najbardziej.
Jak widać, jego ucieczka miała swoje konsekwencje i przyniosła mu trochę nerwów, lecz nie mógł powiedzieć, że była pozbawiona pozytywów. Nawet jeśli wciąż nosił na barkach ciężar dawnych błędów, dziś po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł, że naprawdę znalazł swoje miejsce.

* * *

Po zakończeniu swojego czuwania był zmęczony i jedyne, o czym marzył, to by w końcu zwinąć się w kłębek na swoim nowym posłaniu i zasnąć. Miał tylko nadzieję, że Poczciwy Szakłak zadbał o to, by mogli spać obok siebie! Byli w końcu najlepszymi przyjaciółmi, a już niedługo może i kimś więcej… Wypadałoby więc, by nawet sen dzielili ze sobą.
Półprzytomny wlókł się w stronę legowiska wojowników, gdy omal nie wpadł na Skrzydlatą Płomykówkę — samą zastępczynię. Przeraził się, że kotka mogłaby go za to zganić, więc natychmiast położył uszy po sobie i skłonił lekko głowę na znak przeprosin.
— Nie chciałem na ciebie wpaść, Skrzydlata Płomykówko. Jestem trochę zmęczony, wiesz… po tym całym czuwaniu — wyjaśnił, uśmiechając się słabo do rudej kotki. Wiedział, że czasami przebywała z czarnofutrym wojownikiem i często z nim rozmawiała. Nie miał jednak pojęcia, o czym. — Czy Szakłacz... To znaczy, czy Poczciwy Szakłak został przydzielony do jakiegoś patrolu, czy powinienem szukać go w obozie? Pewnie będzie chciał ze mną porozmawiać — zapytał z nadzieją, licząc na to, że z tej krótkiej wymiany zdań wywiąże się nieco dłuższa rozmowa. Być może o Poczciwym Szakłaku.

<Skrzydlata Płomykówko?>

13 lipca 2026

Od Gasnącej Łapy CD. Poczciwego Szakłaka

— Gasnąca Łapo, masz może chwilę? — zapytał Poczciwy Szakłak.
Kremowy nie spodziewał się nagłego zagajenia ze strony czarnofutrego, lecz nie mógł powiedzieć, że takie sytuacje zdarzały się rzadko. Wojownik najwyraźniej polubił towarzystwo dawnego Klifiaka, gdyż często do niego zagadywał. Nie było też niczym dziwnym zobaczyć ich wspólnie jedzących posiłek czy dzielących się językami — przynajmniej dopóki cała sytuacja ze zdrajcami nie wstrząsnęła Klanem Burzy. Teraz każdy kot zdolny do pracy musiał ją wykonywać, a czasu na pieszczoty czy odpoczynek było znacznie mniej. Królik wierzył jednak, że gdy tylko uda im się wykończyć nowy obóz i przeszukać stary, wszystko wróci do normy. No, może prócz tego, że będą dostawać mniej słońca, przesiadując głównie w tunelach. Czy mu się to podobało? Niezbyt. Wolał żyć na otwartej przestrzeni niż pod ziemią, lecz kim był, by na to narzekać? Nawet w Klanie Klifu nie mieszkał przecież pod gołym niebem, skoro ich azyl znajdował się w jaskini.
Jego rozmyślania przerwało nerwowe drgnięcie ucha Poczciwego Szakłaka. Kocur wyglądał na zniecierpliwionego. Jakby wahał się przed czymś i błagał los, by to już minęło. Tylko czym było to... coś?
— Czy mam chwilę? — powtórzył Gasnąca Łapa, próbując kupić sobie trochę czasu na powrót do rzeczywistości. — Cóż, dla ciebie zawsze, Szakłaku — odparł w końcu, rozluźniając mięśnie. Musiał bardziej skupiać się na teraźniejszości, zamiast bez przerwy bujać w obłokach. Nie było to jednak łatwe, zważywszy na to, że w jego głowie niemal bez przerwy kłębiły się rozmaite myśli. Powoli zaczynało go to wykańczać, zwłaszcza że nie zawsze były one pozytywne czy choćby neutralne. Często zmagał się z poczuciem winy i nieustanną krytyką wobec samego siebie. Teraz tym bardziej, po tym, jak przyczynił się do egzekucji Tańcującego Pierza i Nieustraszonego Chomika.
— Chciałbym ci coś powiedzieć — mruknął w końcu czarnofutry, unikając wzroku kremusa, który akurat wpatrywał się w jego pysk.
Tym razem Gasnąca Łapa poruszył swoim krótkim ogonkiem, jakby próbował odgonić od siebie wszystkie rozterki, po czym uśmiechnął się ciepło do przyjaciela.
— Mi możesz powiedzieć wszystko, dobrze o tym wiesz — miauknął, widząc, jak nieśmiały wydaje się Poczciwy Szakłak. — W końcu od tego są przyjaciele, prawda? By się nawzajem słuchać. Wiesz... to ty pomogłeś mi to zrozumieć.
Dopiero po chwili zauważył, że jego słowa, zamiast dodać wojownikowi otuchy, tylko jeszcze bardziej go peszyły.
Królik odwrócił od niego wzrok i szepnął:
— Nie chcesz słuchać mojego wywodu? No cóż... nie winię cię za to — zaśmiał się cicho, po czym potrząsnął głową. — Chcesz mi to powiedzieć tutaj, czy wolisz przejść się na zewnątrz? Co prawda pewnie strasznie wieje i zapewne odmarzną nam łapy, ale jeśli to sprawa wymagająca prywatności, to chyba jakoś wspólnie to przetrwamy.
Poczciwy Szakłak skinął głową i ruszył w stronę wyjścia z podziemnego azylu Klanu Burzy, by po chwili wydostać się na świat pochłonięty śnieżną zawieją. W powietrzu wirowały niezliczone płatki śniegu, a ziemię pokrywała coraz grubsza warstwa białego puchu, mieniącego się bladymi barwami. Gasnąca Łapa miał ochotę jakoś to skomentować, lecz ostatecznie ugryzł się w język, nie chcąc już męczyć biednego Szakłaka swoim gadulstwem. Mieli teraz okazję po prostu pobyć w ciszy. W końcu nawet ona, przy odpowiednim kocie, potrafiła być komfortowa i kojąca.
Wkrótce czarnofutry zatrzymał się w miejscu. Jego długie futro powiewało na wietrze, a sam mrużył nieznacznie zielone ślepia, chroniąc je przed ostrym wichrem. Królik uważał takie drobne gesty za urocze. Sam nie wiedział dlaczego, ale świadomość, że inne koty mają własne nawyki i przyzwyczajenia, zawsze napawała go zachwytem i zaciekawieniem.
Poczciwy Szakłak otworzył pysk, najpewniej, by coś kremowemu przekazać, jednak wtem ten dostrzegł, że z futra na jego policzku zwisał drobny kawałek gałązki. Wcześniej znosił gałęzie do wzmocnienia azylu, więc nie było w tym nic dziwnego. Bursztynowooki przysunął się bliżej wojownika, po czym delikatnie chwycił zębami utknięty patyczek i ściągnął go z jego mordki. Wypluł go na śnieg i uśmiechnął się ciepło.
— No, to śmiało. Możesz mówić. Słucham cię uważnie.
Zielonooki spuścił wzrok. Przez krótką chwilę wyglądał tak, jakby walczył sam ze sobą. Potem wziął głęboki oddech, a kiedy ponownie uniósł spojrzenie, w jego ślepiach zaiskrzyła pewność siebie.
— Wiem, że znamy się raczej stosunkowo krótko i początkowo spotykaliśmy się na granicy dość sporadycznie, jednak... Po ostatnich wydarzenia w klanie coś do mnie dotarło — zaczął cicho, po czym zawiesił głos i spojrzał prosto w pomarańczowe oczy Gasnącej Łapy. — Jesteś dla mnie kimś więcej niż tylko przyjacielem, jesteś kotem, którego samo towarzystwo sprawia, że czuję spokój. Kiedy tylko widzę twoje jasne futro, przypominające złocisty piasek na plaży, czuję, jak uśmiech sam pojawia się na moim pysku, a twoje pomarańczowe oczy są niczym zachodzące słońce na tafli morza, w których wręcz tonę. Nigdy nie miałem okazji zaznać miłości ze strony kogoś spoza rodziny, jednak wiem, że to, co czuję wobec ciebie, jest właśnie tym uczuciem. Jednocześnie tak obcym i znajomym. Dlatego... Dlatego czy zechcesz spędzić resztę czasu w klanie u mego boku jako partner? — zakończył, a na jego pysku rozkwitł delikatny, pełen nadziei uśmiech.
Wyglądał na szczęśliwego. Spełnionego. Jakby właśnie zrobił pierwszy krok ku temu, czego od dawna pragnął. W zielonych ślepiach iskrzyła ekscytacja, ale i zniecierpliwienie. Zdawało się, że czeka już tylko na jedno słowo Gasnącej Łapy, by móc zbliżyć się do niego i dotknąć jego pyska własnym.
Kremowy nie czuł jednak tego samego.
Wyznanie Poczciwego Szakłaka było piękne. Jeszcze przez chwilę dudniło mu w uszach, lecz zamiast ciepła pozostawiło jedynie ciężar w klatce piersiowej i paraliżujący strach.
W końcu bursztynowooki zaśmiał się nerwowo, lecz po chwili jego śmiech urwał się gwałtownie, gdy dotarło do niego, że to nie był żart, a Poczciwy Szakłak mówił szczerze. Od serca. Naprawdę chciał, by Gasnąca Łapa został jego partnerem.
Tylko dlaczego? Co takiego w nim widział? Dawny Klifiak nie był nikim innym jak zwykłym mysim móżdżkiem. W życiu popełnił tyle błędów, że nie sądził, by ktokolwiek był jeszcze w stanie go pokochać.
Poza tym... czy gdyby zgodził się zostać partnerem Poczciwego Szakłaka, nie oznaczałoby to, że naprawdę przestał kochać Dyniową Skórkę? Że słowa Kocimiętki w końcu stałyby się prawdą? Zdradziłby piękną kotkę o ognistym futrze. Oddałby swoje serce komuś innemu, jakby wszystko, co czuł do Dyni, nigdy nie miało znaczenia.
Nie wiedział nawet, czy w ogóle podobają mu się kocury. Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Nigdy nie musiał. Od zawsze kochał Dyniową Skórkę, a przynajmniej tak mu się wydawało. Ale... czy naprawdę wciąż czuł wobec niej to samo, co wtedy, gdy był młodym wojownikiem? A może od dawna kurczowo trzymał się jedynie wspomnienia o niej? Może bał się przyznać przed samym sobą, że Dynia już nie wróci? Że naprawdę go porzuciła?
Czy tym kimś, kto miałby ją zastąpić... miałby zostać Poczciwy Szakłak?
— Ja... — odezwał się w końcu Gasnąca Łapa, odruchowo cofając się o krok. — Ja...
To było wszystko, na co było go stać.
Spojrzał na pysk Szakłaka i dostrzegł, że ciepło powoli znikało z jego spojrzenia. Jego delikatny uśmiech zgasł, ustępując miejsca niepewności.
— Jeśli nie chcesz, to... ja... nie będę naciskał — wymamrotał czarnofutry, spuszczając wzrok na łapy.
— To... to nie tak, że... — Kremowy próbował się odezwać, lecz słowa ugrzęzły mu w gardle. Im bardziej chciał coś powiedzieć, tym mocniejszy był supeł na jego gardle. Stał tylko bezwładnie, wpatrzony w kota, którego właśnie zranił.
Dlaczego znowu do tego dopuścił? Dlaczego za każdym razem, gdy ktoś potrzebował od niego odpowiedzi, zamierał? Przecież już raz to zrobił. Na zgromadzeniu, gdy Kocimiętka oskarżyła go o zdradę. Wtedy również nie próbował się bronić. Nie powiedział ani słowa. Pozwolił, by uwierzyła we wszystko, co sobie o nim nawymyślała. Milczał wtedy, dobrze wiedząc, jak bardzo ją tym skrzywdził, a teraz robił dokładnie to samo Poczciwemu Szakłakowi.

* * *

Starał się udawać, że odkąd Poczciwy Szakłak wyznał mu miłość, nic się nie zmieniło, lecz naprawdę ciężko było mu oszukiwać samego siebie. Gołym okiem dało się dostrzec, że ich relacja nie wyglądała już tak samo. Nie rozmawiali tak często. Nie dzielili się językami. Nie jedli wspólnie posiłków. Zamiast tego Gasnąca Łapa pogrążył się w swoich obowiązkach, próbując ciężką pracą zagłuszyć myśli o miłości.
Przeszedł już tyle zmian imion, a przynależności zmieniał niemal jak opatrunki. A jednak wciąż pozostawał tym samym, głupim Króliczą Ułudą, za którym nieszczęście ciągnęło się niczym fatum. Tylko dlaczego potrafił dostrzec, że postępuje źle, a mimo to nie umiał nic z tym zrobić? Czy naprawdę tak trudno było po prostu usiąść, wlepić wzrok w jeden punkt i pozwolić, by wszystkie zmartwienia wreszcie go dopadły? Przecież wiedział, że dalsze uciekanie od własnych uczuć niczego nie rozwiąże.
Miał nawet w planach tak zrobić, lecz wtedy przemknął obok niego Poczciwy Szakłak. W obecności Królika jego ruchy stały się szybkie, nerwowe, jakby za wszelką cenę chciał spędzać przy nim jak najmniej czasu.
— Szakłaku, zaczekaj! — wyrwało się z pyska ucznia, zanim zdążył się nad tym zastanowić.
Wcale tego nie planował. Wcale nie chciał go zatrzymywać. A jednak było już za późno. Imię wojownika poniosło się echem po podziemnych tunelach i zatrzymało czarnofutrego w miejscu.
Gasnąca Łapa ruszył ku niemu niepewnym krokiem. W głowie miał pustkę. Zupełnie nie wiedział, co chciał powiedzieć. Gdy w końcu stanęli pyskiem w pysk, z jego gardła wydostało się pierwsze słowo, jakie przyszło mu na myśl:
— Przepraszam...
Poczciwy Szakłak zamrugał kilka razy, lecz nie odpowiedział ani słowem.
— Przepraszam, Szakłaku... — powtórzył bursztynowooki. Zmrużył ślepia, a w ich kącikach zaczęły zbierać się łzy. Prędko otarł je jednak łapą. Nie chciał wyjść na słabeusza. — Nie chciałem cię odrzucić, naprawdę. Jesteś mi najdroższy... Gdybym miał cię stracić przez własną głupotę, chyba nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Ja po prostu... nie wiem, co się ze mną dzieje... — urwał, spuszczając wzrok. — Nie wiem, co wobec ciebie czuję. Nie wiem, czy zależy mi na tobie jak na przyjacielu, czy jak na partnerze… Chciałbym, byś dał mi więcej czasu na to, by to przemyśleć. By zrozumieć, czego tak naprawdę chce moje serce…

<Poczciwy Szakłaku?>

24 czerwca 2026

Od Króliczej Prawdy (Gasnącej Łapy) CD. Oszronionego Kła

— Dzień dobry, Oszroniony Kle, nie idziesz na patrol? — mruknął do swojej córki, która pogrążona była w myślach. Na tyle, że wcześniej jeszcze nie wiedziała, iż zbliża się do niej kremowy. Trzymał on w pysku całkiem sporą mysz — dziwnie sporą, jak na fakt, że była Pora Nagich Drzew.
— Nie — rzuciła twardo, nie siląc się na wyjaśnienia.
— Czy w takim razie zjesz ze mną? — zapytał, wskazując łapą na gryzonia. Kotka skinęła głową, lecz jej pysk pozostawał wygięty w grymasie. — Wyglądasz na zdenerwowaną — rzucił w końcu, nie chcąc ignorować irytacji wymalowanej na mordce pointki.
— Bo jesztem... — wyburczała, schylając się po pierwszy kęs.
— Młodość powinnaś spędzić na czymś innym niż przejmowaniem się każdą sprawą w klanie — poradził z dobroci serca.
— Nie wydaję mi szię... Gdyby wszyszcy chociaż trochę ruszali głowami od maleńkoszci, nie muszielibyszmy wiecznie zmagać szie z takimi problemami — rzuciła, wpatrując się w powoli pustoszejący, poranny obóz.
— Nie powiedziałem, że masz działać bez pomyślunku. Na to jesteś za mądra — stwierdził, biorąc kilka kęsów zwierzyny.
— Tak, jesztem. Ja nigdy nie dałabym jakiejsz przybłędy na sztanowiszko zasztępcy. Tak szamo nie zrobiłaby tego babka. Nawet ja jesztem w Klanie Klifu dłużej niż Truszkawkowe Pole, a jesztem niemal trzykrotnie młodsza. To niepoważne. To podejrzane. To wszystko, nie tylko szprawa zasztępcy. Nie podoba mi szię to, wszysztko mi szię nie podoba. Jeszcze nasz wszystkich zanieszie na dno — wywarczała pod nosem.
Królicza Prawda nie mógł ukryć, że zgadza się ze słowami córki. Nie podobał mu się ten cały Lśniąca Gwiazda i nie podobało mu się to, jak głęboko w poważaniu miał decyzję swojej poprzedniczki — Pikującej Jaskółki. To Mysi Postrach powinien był dostąpić zaszczytu zostania liderem, a zamiast tego został strącony na samo dno hierarchii. Został wojownikiem. Dobrze, że chociaż nie więźniem! Ciekawe, co on sam o tym wszystkim myślał. Dlaczego nie walczył o swoją posadę? Dlaczego nie było słychać w obozie jego sprzeciwów? Czyżby cieszył się, że nie musiał teraz nosić na barkach obowiązków lidera? A może rudofutry kocur zagroził mu, że jeśli spróbuje podskakiwać, to zostanie zabity? Wygnany? Nazwany zdrajcą, zagrożeniem?
— Rozumiem, że cię to frustruje, ale Lśniąca Gwiazda zapewne będzie jeszcze rządził przez długie księżyce. Póki cię lubi, a zakładam, że tak jest, skoro jesteś jego siostrzenicą, to nie próbuj tego zmienić. Nawet jeśli Klan Klifu zacznie się walić, to przynajmniej będziesz pierwsza do uratowania — stwierdził, smutnym wzrokiem patrząc na pointkę. On, mimo że w klanie uchodził za partnera Źródlanej Łuny, nie miał takich przywilejów. Lśniąca Gwiazda patrzył na niego raczej jak na syna Pikującej Jaskółki, przez co kremowy nie czuł się tu do końca bezpiecznie. Już nie. — Nie wydaje mi się, by Klifiacy szykowali przeciwko niemu jakiś bunt. Tak już jest. Niektórzy wolą być ślepymi owcami i podążać za tłumem, zamiast połączyć siły i wspólnie walczyć przeciwko wrogowi — dodał, przenosząc wzrok na nadgryzioną piszczkę. Stracił już apetyt. — Nie mówię, że ja jestem lepszy. Także nie staram się, by coś zmienić. Nie chcę skończyć z poderżniętym gardłem, choć wiem, że póki nikt nie umrze, każdy będzie sobie wmawiał, że jeszcze nie jest tak źle. Że zagrożenie nie istnieje, że nie może im się przytrafić coś złego — zakończył, po czym umilkł, nie chcąc już więcej niczego dodawać. Mimo wszystko istniała szansa, że ktoś może podsłuchać ich rozmowę.
— No wlasznie… — fuknęła pointka. — W końcu ktosz umrze! Co, jeszli będzie to twój brat? Albo ten Bukowa Korona? — odparła, specjalnie wymieniając koty, które Królicza Prawda lubił i na których mu zależało.
To sprawiło, że kremowego zatkało. No właśnie, co jeśli?
— W takim razie im też powiem, by mieli się na baczności. Przecież Lśniąca Gwiazda nie będzie mógł im zrobić krzywdy na oczach całego klanu, prawda? — zastanowił się, choć jego słowa brzmiały dosyć niepewnie.
— Nie byłabym tego taka pewna. Niektórym to i mógłby wcisznąć liszie bobki poszypane płatkami kwiatów, a i tak by za nie podziękowali! — stwierdziła oburzona, uderzając ogonem o podłoże.
Może i było w tym trochę racji. Lśniąca Gwiazda z całą pewnością miał koty, które popierały jego przywództwo.
— Dobra, koniec już tego. Nie będę pozwalał na to, by jakiś futrzak zepsuł nam wspólny, rodzinny posiłek — mruknął, choć wiedział już dobrze, że nie miał nawet ochoty kończyć tej myszy. Więc z posiłku nici.
Oszroniony Kieł przewróciła oczami, zirytowana.

* * *

Po straceniu życia przez Króliczą Gwiazdę

Nastroje w Klanie Burzy były… różne. Królicza Gwiazda prawie nie wychodził ze swojego legowiska, a zamiast tego wszystkim zajmował się Zawodzące Echo. Dymny kocur zresztą przez ostatnie dni też nie wyglądał najlepiej. Coś widocznie go uwierało, stresowało. Czyżby szykowało się coś niedobrego? Może jakaś wojna z Klanem Klifu…? Kremowy wolałby, by sprawa jego zmiany przynależności nie poskutkowała konfliktem tych dwóch klanów. Tym bardziej że przecież miały ze sobą sojusz, którego dowodem była dwójka dorosłych już kociąt — Poczciwy Szakłak i Pchełkowy Skok.
Z tym pierwszym kocurem pręgowany nawiązał tu bliższą relację. To właściwie jeden z niewielu Burzaków, z którym miał okazję porozmawiać jeszcze przed zmianą klanu. Wcześniej, gdy spotykali się na granicy, Poczciwy Szakłak wydawał mu się zupełnie inny. Gdy jednak rozmawiali częściej, okazało się, że czarnofutry był wrażliwym, smutnym kocurem, któremu los cały czas rzucał kłody pod łapy. Gasnąca Łapa starał się mu pomagać, jak mógł, lecz nie wiedział, na ile mu to wychodziło. Jak na razie czarnofutry zdawał się go lubić i szanować jego obecność, toteż wysnuł z tego wniosek, że całkiem dobrze szło mu to pocieszanie.
Szkoda tylko, że tak późno nauczył się być dobrym kotem. Może gdyby już wcześniej potrafił pomagać i wspierać, to Dyniowa Skórka by od niego nie odeszła? Może wcale nie musiałby uciekać do Klanu Burzy i wciąż żyłby z nią w mieście? Nie musiałby stać się utrapieniem dla Oszronionego Kła i Wzburzonego Kormorana, a także nie musiałby sprawiać bólu Źródlanej Łunie, która przecież kochała innego kocura.
Przy okazji mógłby uczestniczyć w życiu Kocimiętki i Mak, które teraz zapewne nienawidziły go i myślały, że zdradził Dynię. To nie była prawda. Wciąż ją kochał, lecz wiedział, że ich drogi rozeszły się na dobre. Nie zamierzał szwendać się po granicach ani chodzić na żadne zgromadzenia. Wiedział, że już nigdy nie ujrzy jej pięknych zielonych oczu ani nie usłyszy jej głosu, który był dla niego niczym miód.
Nie chciał więcej o tym myśleć. Postanowił podnieść się ze swojego posłania w legowisku uczniów i przejść się po azylu, by zaczerpnąć trochę świeżego powietrza i odciągnąć się od nieprzyjemnych wspomnień. Gdy wyszedł, zaczął zastanawiać się nad tym, kiedy w końcu go mianują. Słyszał, że nowi wojownicy odciskali swoje łapy na jakiejś ścianie, lecz czy jemu też przyjdzie zrobić coś takiego?
W końcu nie był rodowitym Burzakiem, a jedynie jakąś przybłędą, która o mało nie zniszczyła sojuszu trwającego już od wielu księżyców, a może nawet sezonów. Chyba nie zasługiwał na to, by na stałe zapisać się w historii Klanu Burzy, choć wolał tę decyzję pozostawić Króliczej Gwieździe.
W końcu zatrzymał się na środku obozu, a jego wzrok mimowolnie powędrował do rozmawiających ze sobą Zawodzącego Echa i Wdzięcznej Firletki. O czym oni mogli tak dyskutować? Ich zachowanie jeszcze bardziej zaniepokoiło kremowego.
Dyskretnie zrobił krok w ich stronę, by może co nieco podsłuchać, lecz wtem przestali rozmawiać. Dymny kocur pożegnał się z medyczką i odszedł od niej, po czym minął się z pręgowanym. Przechodząc obok, spojrzał na niego wzrokiem trudnym do odgadnięcia i poszedł dalej, niczego nie mówiąc.

Koniec sesji

22 maja 2026

Od Gasnącej Łapy CD. Poczciwego Szakłaka

— Nie zasługuję na ciebie… — wymruczał czarnofutry. — Czy na pewno jesteś prawdziwy? — zażartował. — Odkąd pamiętał, byłem niemal całkowicie sam. Jak za kociaka ma się problemy z nawiązywaniem znajomości, to ciągnie się to za tobą już do końca. Pierwszym, który był mi bardzo bliski, był mój mentor, Poczciwy Dziwaczek. Jednak sezony temu zmarł, nie mogąc nawet zobaczyć swych dzieci, które niedługo później się narodziły. Byłem wtedy już wojownikiem, więc mogłem się spodziewać, że kiedyś dostanę własnego ucznia i tak też się stało, tylko że zmarł, nim ukończył szkolenie. Potem był Słoneczny Fragment, który zainteresował się mną nieco, ale i on podzielił ich los. Czuję się, jakbym to ja był główną przyczyną ich śmierci…
Nim Gasnąca Łapa odpowiedział na wyznanie Poczciwego Szakłaka, miauknął cicho:
— Nawet tak nie mów… W końcu z jakiegoś powodu mam drugi człon “Prawda”!
Po tych słowach zamilkł, próbując ułożyć w głowie sensowną odpowiedź. Właściwie nigdy nie był zbyt dobry w pocieszaniu innych kotów, więc sam nie wiedział, czemu od razu rzucił się na głęboką wodę, próbując pomóc Burzakowi. Czy naprawdę aż tak zależało mu na tym, by w tej przynależności widziano w nim wsparcie, a może po prostu zależało mu na samym Szakłaku?
Czuł ciepło ciała wojownika, a także ciężar głowy opartej na własnym barku. Nieczęsto zdarzało mu się być z kimś tak blisko — w sensie fizycznym, rzecz jasna. Ze Źródlaną Łuną raczej nie siadał wieczorami i nie pozwalał, by jej podbródek spoczywał na nim. Właściwie nigdy nie byli szczególnie przekonującą parą. Zresztą oboje chyba poddali się już z udawaniem, że są razem, gdy większość Klifiaków zaczęła twierdzić, że Królicza Prawda wcale nie wygląda jak Oszroniony Kieł ani Wzburzony Kormoran.
— To takie piękne, że przyjąłeś człon imienia po zmarłym mentorze… — mruknął w końcu kremowy, czując, że jego czas na przemyślenia właśnie się kończy. — Właściwie… ja zrobiłem dokładnie to samo! — Jego pysk nagle się rozjaśnił. — Moją mentorką była moja babcia, Gasnący Promyk. Niestety zmarła na moich oczach, gdy byłem znacznie młodszy… — kontynuował, lecz zaraz potem poczuł falę gorąca i wstydu.
Miał ochotę zakryć pysk łapami, ale jedynie wziął głęboki oddech i odparł:
— Ach, przepraszam, że tak sprowadzam temat na siebie. Nie powinienem tego robić, w końcu teraz to ty jesteś tu najważniejszy — poprawił się i kilkoma liźnięciami wygładził futro na klatce piersiowej.
Przez moment siedział cicho, skupiony na tym, jak skóra w miejscu, o które opierał się Poczciwy Szakłak, dziwnie go łaskotała. Po chwili zadarł brodę, spoglądając w niebo.
— Muszę przyznać, że masz w sobie silnego ducha. Tyle straciłeś, ale popatrz… wciąż się nie poddałeś. Nadal walczysz. I może wydaje ci się, że stoisz w miejscu albo upadasz, ale to zwykłe złudzenie! — zaczął szczerze, uśmiechając się lekko do samego siebie. — Nie każdy, kto przeszedł tak wiele, miałby dość siły, by codziennie wstawać z posłania, a do tego jeszcze być kimś tak charyzmatycznym! — kontynuował, tym razem odwracając wzrok, by kątem oka spojrzeć na Poczciwego Szakłaka. — Według mnie nie jesteś niczemu winien. To nie przez ciebie zginęły najbliższe ci koty. Wiesz co? Według mnie to świat jest ci winien przeprosiny! Tobie i wszystkim innym cudownym kotom, którym rzuca pod łapy same kłody! — oburzył się żartobliwie, uderzając krótkim ogonem o ziemię.
Szakłak milczał, ale Królik pozwalał mu na to milczenie. Siedzieli razem jeszcze przez jakiś czas, dopóki do uszu kremowego nie dotarł dźwięk zbliżających się kroków.
Odwrócił łeb, by ujrzeć przed sobą Śniącego Obserwatora. Od razu się wzdrygnął, na co Poczciwy Szakłak podniósł głowę ze zdziwieniem.
— Śniący Obserwatorze! Czyżby świat się walił? Jest dosyć wcześnie, nie powinieneś jeszcze spać? — zażartował nerwowo, delikatnie odsuwając się od czarnofutrego wojownika, który obserwował ich rozmowę.
Srebrzysty wyglądał, jakby miał ochotę przewrócić oczami, ale najwyraźniej szkoda mu było na to energii.
— Nie będziemy dziś wychodzić bardzo daleko, ale mam ci sporo do powiedzenia o Klanie Burzy. Muszę zadbać o to, byś poznał każdy szczegół naszych tradycji — odparł, po czym przeciągle ziewnął.
Gasnąca Łapa rzucił zielonookiemu przepraszające spojrzenie, po czym podniósł się z miejsca, otrzepał futro i podszedł do swojego mentora.
— A ja zadbam o to, by każdy z tych szczegółów zapamiętać! — mruknął, podążając za srebrzystym, który już dreptał w stronę wyjścia z azylu. Naprawdę zastanawiał się, czemu Śniący Obserwator tak bardzo pospieszył się z dzisiejszym treningiem. Może nie zrobiłby tego, gdyby Królik nie siedział tak blisko Poczciwego Szakłaka? Może jego mentor snuł już jakieś domysły, a w głowie rodziły mu się najróżniejsze plotki? Ile czasu minie, nim ktoś stwierdzi, że czarnofutry wojownik to zdrajca, który od dawna znał się bliżej z Klifiakiem?
— Widzę, że dobrze się bawisz w Klanie Burzy — mruknął przewodnik, gdy znaleźli się z dala od obozu.
— Jest coś dziwnego w tym, że próbuję znaleźć tu znajomych? — burknął, pusząc nieznacznie futro. Był tu ledwie kilka dni, a już czasami nie miał ochoty zakładać maski przytulnego kota.
— Znajomych?
Gasnąca Łapa westchnął ciężko na słowa mentora, któremu nagle zachciało się prowadzić konwersację. Wcześniej był taki cichy i nieobecny, a teraz będzie mu wypominał fakt, że jak normalny kot rozmawiał z drugim kotem!
— Tak, znajomych. Bardzo mi na nich zależy, bo nie uśmiecha mi się spędzać tu czasu w samotności. Przyszedłem tu szukać schronienia i szansy na lepsze jutro, a nie po to, by być jakimś dziwakiem, który do nikogo się nie odzywa — oznajmił.
Po jego słowach Śniący Obserwator najwyraźniej zmęczył się już dialogiem i umilkł, w ciszy prowadząc Gasnącą Łapę w jakieś miejsce na terenach Klanu Burzy.

* * *

Wspólnie zaczęli zbliżać się niebezpiecznie blisko granicy z Klanem Klifu, na co kremowemu aż włos zjeżył się na karku. Czyżby przewodnik chciał go tutaj zostawić, kazać wrócić do dawnego klanu i przestać mieszać się w życie Burzaków? Ale dlaczego miałby być tak zły o to, że Królik znalazł sobie towarzysza? Przecież teoretycznie nie zrobił nic złego!
Srebrzysty zatrzymał się jednak pośrodku okręgu utworzonego z wysokich skał. Nie wyglądał na rozgniewanego; właściwie wyglądał jak zwykle — sennie i nieobecnie.
— To miejsce nazywane jest Kamiennymi Strażnikami — wyjaśnił, wodząc spojrzeniem po skałach. — Legendy głoszą, że pod ziemią znajduje się coś bardzo cennego. A jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś, Klan Burzy słynie z legend… — kontynuował, na co Królik uniósł uszy z zainteresowaniem.
— Co masz na myśli? — zapytał, a jego wibrysy zadrżały z ciekawości.
— Cóż… mogę opowiedzieć ci o Szlakach Nieba…

* * *

Z każdym kolejnym dniem Królik był coraz bardziej zachwycony Klanem Burzy. Nie spodziewał się, że koty miały tu przypisane gwieździste wzory zależnie od tego, kiedy się urodziły! Ciekawe, spod jakiego znaku był Poczciwy Szakłak… Może powinien go o to spytać? To zawsze jakiś sposób, by urozmaicić rozmowę i dowiedzieć się o sobie nawzajem czegoś więcej. Kremowy sam też chciałby wiedzieć, spod jakiego jest znaku, ale nie pamiętał nawet, w jakiej porze się urodził…
Szkoda, że nie przyszedł na świat w Klanie Burzy. Może wtedy jego życie potoczyłoby się inaczej — lepiej? Może nie zakochałby się w kotce, która wybrała innego? Może nie musiałby z obawą o własne życie uciekać z rodzinnej przynależności? Jak dobre mogłoby być jego życie, gdyby wychował się w innym środowisku? Pytań było wiele, a odpowiedzi wcale. Można się też było zastanawiać, jakie przeszkody spotkałyby go tutaj i czy mimo wszystko znów czegoś by nie zaprzepaścił, nawet jako Burzak od urodzenia.
Z rozmyślań wyrwał go znajomy pysk przemykający tuż obok.
— Poczciwy Szakłaku! — zawołał niemal odruchowo, zatrzymując się w miejscu.
Gdy czarnofutry również stanął, uczeń ruszył ku niemu prędkim krokiem.
— Tak sobie pomyślałem, że moglibyśmy wybrać się na spacer, co? Doszedłem do wniosku, że teraz moja kolej, by opowiedzieć ci trochę o sobie — oznajmił, uśmiechając się do zielonookiego.
“Co mi szkodzi?” — pomyślał. Niech wojownik wie, że nie jest sam w tym wszystkim. Niech ma świadomość, że każdy czasem się potyka i nikt nie jest idealny, dlatego nie warto katować się za każdy błąd. Może i Królik sam nie stosował się do tej zasady, ale zależało mu na tym, by chociaż inni potrafili wziąć ją sobie do serca.
— Dobrze… — odparł Poczciwy Szakłak.
Wspólnie opuścili więc progi azylu.
Gdy szli w ciszy, kremowy zaczął się zastanawiać, czy ich relacja nie rozwijała się zbyt szybko. W końcu nie znali się aż tak długo, a przed dołączeniem pręgowanego do Klanu Burzy ich spotkania nie były ani częste, ani regularne. Mimo to już dzielili się swoimi problemami i troskami. Czy tak właśnie powinna wyglądać znajomość? Przyjaźń?
Królik nigdy właściwie nie nawiązał z nikim w swoim wieku typowej, bliskiej więzi, dlatego nie wiedział, co było odpowiednie, a co nie. Pamiętał tylko, że Dyniowa Skórka od samego początku ich relacji była bardzo wylewna i nie miała oporów, by wypłakiwać się kremowemu Klifiakowi w ramię, opowiadając o stracie swojego brata. Jednak pomarańczowooki dawno już doszedł do wniosku, że nigdy nie byli sobie przeznaczeni.
Czy więc z Poczciwym Szakłakiem będzie tak samo? Zaczną dzielić się swoimi rozterkami, zbudują intensywną przyjaźń, a potem… wszystko się rozpadnie?
Na samą myśl o takim obrocie spraw przeszedł go dreszcz. Nie chciał już nigdy więcej tracić żadnego kota. Wystarczało mu to, że porzucił własne dzieci, brata i znajomych. Ledwo znosił świadomość, że zostawił ich bez słowa, i chyba nie wytrzymałby, gdyby przyszło mu zakończyć relację jeszcze z kimś.
W końcu uczeń przeciągle westchnął.
— Muszę przyznać, że w Klanie Klifu też raczej nie miałem wielu bliskich sobie kotów. Właściwie… to chyba nawet nie wiem, jak powinna wyglądać przyjaźń — stwierdził, wpatrując się w trawę kołyszącą się na wietrze. — Czy to normalne? Opowiadać sobie o wszystkim, co się przeżyło? Może to zbyt personalne… zbyt intymne? Może takie rzeczy są zarezerwowane dla bliższych relacji? — westchnął, wciąż nie patrząc na czarnofutrego wojownika. — Wiele księżyców temu spotkałem na granicy z Klanem Wilka pewną kotkę o rudej sierści i pięknych, zielonych oczach. Chyba to właśnie ona zaburzyła mi granicę między przyjaźnią a partnerstwem — zaśmiał się nerwowo, lekko kładąc po sobie uszy.

<Poczciwy Szakłaku?>

Od Króliczej Prawdy (Gasnącej Łapy) CD. Poczciwego Szakłaka

— Nie spodziewałem się ciebie tutaj, Królicza Prawdo — mruknął czarnofutry, lecz po chwili się speszył. — Znaczy… Nie ważne… — dodał, spuszczając wzrok na łapy.
Kremowy zachichotał cicho pod nosem, obserwując zakłopotanie na pysku Burzaka. To takie urocze…
Chwila… nie, nie! Ależ skądże, o czym on w ogóle myślał?
Ach, oni to się dopiero dobrali. Oboje byli tacy niezręczni, ale może to po prostu uroki początków nowych znajomości. Z czasem z całą pewnością rozmowa będzie im przychodzić coraz łatwiej i nie będą się już obrzucać półsłówkami. O ile ich relacja przetrwa, a los pozwoli im spotkać się jeszcze wiele razy w przyszłości. Na to właśnie liczył Królik, bo posiadanie znajomego z Klanu Burzy wydawało mu się całkiem fajne.
— Cóż, ja tak właściwie też… się ciebie tu nie spodziewałem — odparł bursztynowooki, po czym wzdrygnął się z powodu chłodnego wichru, który rozwiał jego szatę. — Choć muszę przyznać, że miałem z tyłu głowy pewnego kota o zielonych oczach, gdy zmierzałem w tę stronę… — kontynuował, nie skupiając się za bardzo na znaczeniu swoich słów. W końcu o to w tym chodziło, nie? Jeśli nie będzie zastanawiał się nad każdą sylabą, rozmowa stanie się znacznie przyjemniejsza.
— Myślałeś o mnie? — zapytał nagle Poczciwy Szakłak, jeszcze bardziej speszony, a może raczej onieśmielony.
— No… wiesz, nie nazwałbym tak tego, jak teraz o tym myślę… — miauknął Królicza Prawda, czując, jak jego serce zaczyna bić szybciej. Co za głupoty uciekały z jego pyska, na litość Klanu Gwiazdy! — Znaczy, rozumiesz… Miałem po prostu na uwadze, że przy granicy mogę spotkać znajomy pysk.
Przez moment między dwójką kocurów zapanowała cisza. Po chwili jednak pręgowany odchrząknął, nie potrafiąc już jej znieść.
— Może zamiast takich bezsensownych pogaduszek porozmawiamy o czymś ciekawszym? Spotykam cię już któryś raz, a wciąż prawie nic o tobie nie wiem! W sensie to w sumie logiczne, bo nie jesteśmy zbyt blisko, ale jeśli tak mamy na siebie wpadać… to wypadałoby wiedzieć o sobie coś więcej niż tylko swoje imiona — zaproponował Królik. Nie wiedział nawet, o czym sam mógłby opowiedzieć Szakłakowi. Przecież nie wyzna mu nagle, że kiedyś był młody, głupi i uciekł do miasta.
— Tak, racja… — zgodził się czarnofutry.
Gdy miał już otworzyć pysk po raz kolejny, powietrze przeszył głos innego kota:
— Królicza Prawdo, skup się na patrolu! — zawołał Bukowa Korona, który dreptał w stronę granicy. — Zwierzyna sama się nie upoluje, a ty sobie urządzasz jakieś pogawędki z Burzakami! — kontynuował, zbliżając się do kocurów.
Kremowy położył po sobie uszy i wyszeptał:
— Przepraszam… Muszę już iść, ale zakładam, że prędzej czy później nasze ścieżki znowu się przetną!

* * *

Teraźniejszość

W Klanie Burzy otrzymał nowe imię. Tym razem zwał się Gasnącą Łapą i już po raz trzeci nosił rangę ucznia. Chyba pobił jakiś rekord! Czy istniał inny kot, który tak wiele razy tracił rolę wojownika? Ciężko było mu się przyzwyczaić do tych wszystkich zmian, ale robił wszystko, by zaaklimatyzować się jak najszybciej. Zadawał swojemu nowemu mentorowi — Śniącemu Obserwatorowi — wiele pytań na temat burzackiej społeczności. Dowiedział się już, że istnieją u nich kronikarze, a także przewodnicy, do których należał srebrny.
Zwiedzał wraz z nim tereny, ale granic unikał jak ognia. Śniący Obserwator nie zawsze był zadowolony z faktu, że tak stary kot, jak Królik, zachowywał się czasem jak uparty kociak, ale co mógł poradzić? Gdyby kremowego zobaczył jakiś Klifiak, przy granicy mogłaby rozpętać się kłótnia albo, nie daj Klanie Gwiazdy, nawet walka! O ile ktoś w Klanie Klifu w ogóle przejął się zniknięciem jednego z wojowników. Królik raczej nie cieszył się dobrą opinią wśród dawnych pobratymców — w końcu uciekł kiedyś z klanu na kilka księżyców, a do tego był synem Pikującej Jaskółki.
Tym razem udali się w pobliże białej konstrukcji, przy której Królicza Prawda — a raczej Gasnąca Łapa — natknął się wcześniej na patrol Burzaków.
— Jak się nazywa to miejsce? — zapytał niemal od razu, odwracając wzrok w stronę srebrzystego kocura, który wyglądał na dosyć zmęczonego. Gasnąca Łapa zauważył jednak, że to była dla niego codzienność. Nawet jego imię zdawało się o tym świadczyć.
— Upadły Potwór… — mruknął krótko, raczej niezbyt chętny do dłuższej rozmowy.
— Ach! Wiedziałem, że ma to jakiś związek z tymi biegającymi stworzeniami Dwunożnych — odparł Gasnąca Łapa, tym razem wlepiając spojrzenie przed siebie. Skoro Śniący Obserwator nie był chętny do pogaduszek o pogodzie, nie zamierzał go do nich zmuszać. Nie chciał się narzucać, bo wtedy wyszedłby na niewychowanego i niegrzecznego, a raczej nie chciał już na samym początku budzić w Burzakach negatywnych odczuć. Wolał, by wszyscy uważali go za porządnego i godnego przyszłego członka klanu.
Gdy byli już blisko Upadłego Potwora, do nozdrzy ucznia dotarł zapach królika. W Klanie Klifu starał się raczej unikać polowania na uszaki ze względu na swoje imię i przywiązanie do niego, ale teraz… najważniejsze było pokazanie się z najlepszej strony — jako ktoś przydatny. Obiecał przecież, że od świtu do zmierzchu będzie polował i wykonywał obowiązki, jeśli tylko Zawodzące Echo i Królicza Gwiazda pozwolą mu tu zostać.
— Spróbuję go upolować, dobrze? — zwrócił się do mentora, który na to wzruszył ramionami.
— Ja ci nie bronię — odrzekł niewzruszony, wciąż nawet nie próbując zabrzmieć choć odrobinę energiczniej.
Choć ta powolność Śniącego Obserwatora mogłaby innych denerwować, Królik uważał, że właśnie ona czyniła srebrzystego rozpoznawalnym i intrygującym. Miał specyficzny sposób mówienia, chodzenia i wyrażania emocji. To podobało się kremowemu. Zapadało w pamięć; on sam też chciałby być w jakimś stopniu ciekawy. Na tyle, by koty, z którymi rozmawiał, od razu go zapamiętywały.
Postanowił jednak nie skupiać się na przewodniku, lecz na swojej ofierze. Wziął kilka głębokich oddechów i ruszył tropem królika. W końcu, pośród wysokiej trawy, dostrzegł parę wystających uszu, obracających się czujnie za każdym szmerem. Kremowy uśmiechnął się, po czym przypadł brzuchem do ziemi, nie spuszczając uszaka z oczu. Bezszelestnie zaczął zbliżać się w jego stronę. Był niezwykle ostrożny i precyzyjny, bo wiedział, że słuch tych stworzeń to nie przelewki.
Gdy znalazł się wystarczająco blisko, napiął mięśnie i wyskoczył w powietrze. Nim długonogi futrzak zdążył zareagować, kremowy już zaciskał zęby na jego karku. Wbił je głębiej, aż po podniebieniu rozlał mu się metaliczny posmak krwi. Zwierzę zaczęło się szamotać, lecz uczniowi szybko udało się je dobić. Nie był zachwycony tym, że musiał zabić swojego dawnego imiennika, ale nie miał wyboru. Burzacy na pewno ucieszą się z kolejnego królika na stosie.

* * *

Wraz ze Śniącym Obserwatorem powrócił do azylu, niosąc w pysku martwą piszczkę. Jej zapach był tak kuszący, że aż ciekła mu ślinka. Wiedział jednak, że nie będzie mógł jej zjeść, bo nie miałoby to sensu. Chciał, by jego zdobycz trafiła do kogoś, kto naprawdę jej potrzebował — do karmicielek, starszych czy kociąt, o ile w Klanie Burzy były już takie, które przyjmowały stały pokarm. Może kiedyś zajrzy do żłobka? Taka królowa pewnie ucieszyłaby się ze świeżo upolowanego kąska. Poza tym mógłby spróbować pobawić się z kociętami kulką mchu czy czymś podobnym, żeby choć trochę odciążyć ich matkę.
Gdy szedł w stronę stosu, przypadkiem musnął bokiem Poczciwego Szakłaka. Ich futra na moment splotły się ze sobą — kremowe i czarne, niczym lśniące gwiazdy i nocne niebo. Uczeń uśmiechnął się, patrząc na znajomego z ciepłem w oczach.
Szybko odłożył królika, po czym podszedł do czarnofutrego wojownika, który szwendał się bez celu po obozie.
— Co u ciebie? — zapytał, jednak zielonooki wyglądał na wyraźnie przybitego. Królik nie miał pojęcia o tym, co ostatnio wydarzyło się w Klanie Burzy, toteż nie wiedział, co było przyczyną takiego stanu Poczciwego Szakłaka. — Coś ostatnio nie jesteś sobą… — zauważył, przechylając delikatnie głowę.
Spostrzegł, że wojownik zacisnął szczękę, jakby z trudem powstrzymywał się przed wybuchem. Tylko czym? Gniewem, a może łzami?
— Wiesz… trochę bolą mnie łapy po dzisiejszym treningu, jeśli można to tak nazwać. Wasze tereny są całkiem spore! — miauknął nagle Gasnąca Łapa, mrużąc pomarańczowe ślepia. — Pójdę się przespać, żeby ci nie przeszkadzać — dodał, po czym, nie czekając na odpowiedź czarnofutrego, czmychnął w stronę legowiska uczniów.
Nim jednak zanurzył się w jego półmroku, objął wzrokiem kamienną wieżę, w której znajdowało się legowisko lidera. Wyglądała tak pięknie i majestatycznie. Nie wiedział, że inne klany mają takie cacka w swoich azylach! Wciąż był przyzwyczajony do skalnych półek i twardego, zimnego podłoża. Cieszył się, że teraz nie musiał opuszczać obozu, by zaczerpnąć trochę słońca.

* * *

Gdy wczesnym rankiem opuścił legowisko uczniów, od razu rzuciła mu się w oczy zgarbiona sylwetka czarnofutrego kota. Przez moment stał jak wryty, obserwując sierść Poczciwego Szakłaka skąpaną w porannym słońcu. Wyglądała tak niezwykle… mieniła się tymi samymi kolorami, które właśnie zdobiły niebo. Żółcią, różem i błękitem.
Po chwili bursztynowooki zamrugał kilkakrotnie i żwawym krokiem ruszył w stronę wojownika. Wcześniej dawał mu fory, pozwalał kisić w sobie emocje i zmartwienia, ale teraz postanowił, że nie odpuści, póki nie dowie się, co faktycznie go trapi.
— Ja wiem, że nie znamy się za dobrze… — zaczął ostrożnie, siadając obok wojownika. — Ale nie mogę patrzeć, jak marniejesz w oczach! Nie jesteś już tym samym Poczciwym Szakłakiem, który kilka księżyców temu rzucał dwuznacznymi stwierdzeniami — zachichotał cicho, ale po chwili znów spoważniał i przybrał zatroskany wyraz pyska. — Chcę wiedzieć, co tak bardzo cię męczy. Też jestem kotem i wiem, jak ciężko jest zmagać się z problemami samemu. Niezliczoną ilość razy chciałem, by ktoś okazał mi wsparcie, dlatego teraz sam chcę podarować je tobie. Nawet jeśli nie opowiesz mi od razu wszystkiego ze szczegółami — wyjaśnił, czując, jak w brzuchu pojawia mu się dziwne uczucie. Może ze stresu? Niewykluczone... — Jestem pewny, że będzie ci lżej, jeśli wypowiesz na głos to, co leży ci na sercu.

<Poczciwy Szakłaku?>

20 maja 2026

Od Króliczej Ułudy (Gasnącej Łapy) CD. Tiramisu (Bukowej Korony)

Dawno temu

— Skoro już poznaliście te zioła, to może spróbujecie swoich sił w małym teście? — zaproponował Kiełbasa, po czym zakasłał chrapliwie. — Będę wam po kolei pokazywać rośliny, a wy spróbujecie zgadnąć, jak się nazywają. Proste, prawda?
Srebrny skinął głową, na co Kiełbasa uśmiechnął się i chwycił pierwszą roślinę. Był to żółty kwiat. Nim Królicza Ułuda zdążył mu się przyjrzeć, Tiramisu już zawołał:
— Mniszek!
Po chwili srebrny wyprostował się i polizał futro na piersi, jakby chciał zamaskować zbyt gwałtowną reakcję. Królik poruszył ogonem nerwowo, spoglądając z niepokojem na młodszego kocura.
— Dobrze… a ten? — zapytał Kiełbasa, przetaczając w ich stronę czerwone jagody.
— Go-
— Golteria — przerwał mu Tiramisu, nawet nie dając dokończyć. Kikut ogona starszego kocura uderzył z rezygnacją o ziemię, wydając głuchy odgłos.
— No, Tiramisu… widzę, że pilnie się uczysz pod okiem Kiełbasy — powiedział Królicza Ułuda z wymuszonym uśmiechem. — To może nie będę wam przeszkadzał? Wrócę do nas i porozmawiam z Trójokim Zającem. Pewnie biedak siedzi tam sam.
Młodszy zmrużył oczy.
— Jasne, możesz iść. To jednak dziwne, że tak szybko się stąd zwijasz. Jesteś pewny, że nie chciałbyś dobrnąć do końca tego testu?
Kremowy uśmiechnął się nieco sztucznie, a jego powieka zadrżała. Ten Tiramisu był złośliwy. Nie dawał mu się nawet wykazać podczas testu, a teraz zachowywał się, jakby nic się nie wydarzyło. No nic. Był jeszcze młody, na pewno kiedyś z tego wyrośnie.
— Nie, nie… Wiesz, jak to powiadają; starego kota nowych sztuczek nie nauczysz. Nie powinienem się angażować w to całe ziołolecznictwo — mruknął, wstając i odwracając się od Kiełbasy i srebrzystego kocura.
— Skoro tak mówisz… — odparł Tiramisu, niby zawiedziony, ale w jego głosie pobrzmiewała nuta satysfakcji.
Królik spiął mięśnie, jednak zanim którykolwiek z dwóch kocurów to zauważył, zdążył im zniknąć z pola widzenia. Coś tam co prawda zapamiętał z tego, co mówił Kiełbasa, ale jego umysł nie był już tak szybki i ostry jak niegdyś. Nie był w stanie tak sprawnie odpowiadać, jak Tiramisu. Może gdyby test miał nieco inną formę, udałoby mu się coś wskórać, ale tak… nie było co się oszukiwać.

* * *

Po objęciu władzy przez Mirtowe Lśnienie

Poważnie zastanawiał się nad tym, czy lepiej żyłoby mu się już w mieście, czy tutaj. Z dala od Klanu Klifu co prawda czuł się samotnie, ale wolał to niż ciągłe chodzenie na paluszkach. Rudofutry lider na pewno miał sporo za uszami i w jakiś sposób przyczynił się do śmierci Pikującej Jaskółki, ale Królik nie miał wystarczających dowodów, by faktycznie tak myśleć. Czuł się mimo wszystko zagrożony obecnością Lśniącej Gwiazdy, który, jak mu się zdawało, nie patrzył na niego przychylnie. Przynajmniej ze wzajemnością, bo kremowy też często obrzucał go pogardliwymi i zirytowanymi spojrzeniami. Zresztą tak samo, jak Truskawkowe Pole.
Ta kotka w ogóle nie powinna zasiadać na tak wysokiej randze w Klanie Klifu! To było po prostu zniewagą wszystkich kotów, które wychowały się tutaj i o wiele bardziej zasługiwały na to stanowisko. Prawda była taka, że pointka wspięła się tak wysoko tylko dlatego, że podlizywała się rudemu kocurowi i przytakiwała na każde jego słowo. Mirt dobrze wiedział, że Truskawka zgodzi się z każdym jego, nawet najgłupszym, stwierdzeniem i zacznie je szerzyć wśród innych. On to się dopiero potrafił ustawić. Odebrał Mysiemu Postrachowi przywództwo i nikt nawet nie śmiał mu podskoczyć. To był skandal!
Królik czuł się, jakby to on jedyny miał trochę oleju w głowie w całym Klanie Klifu. Nie licząc Oszronionego Kła, której chyba też nie podobało się to, jak obecnie działa ich przynależność. Cieszył się, że przynajmniej ona była na tyle mądra, by dostrzec błędy swojego wujka. Kremowy ciekaw był jeszcze, jakie były odczucia Wzburzonego Kormorana czy Źródlanej Łuny wobec ostatnich akcji. Pewnie się cieszyli, że członek ich rodziny osiągnął tak wiele, co trochę raniło pręgowanego. Jego własna matka umarła, a jej decyzje zostały perfidnie zbezczeszczone przez jakiegoś egoistycznego mysiego móżdżka.
Królicza Prawda westchnął ciężko ze swojego posłania, które teraz wydawało się takie niewygodne i obce, obserwując życie w obozie. Wszystkie koty… wydawały się takie niewzruszone, niewtajemniczone. Nie wiedziały, co dzieje się za ich plecami. Nie zwracały uwagi na to, że teraz na szczycie zasiadał samozwańczy przywódca. Dlaczego to akurat Mirtowe Lśnienie mógł stanąć na mównicy i ogłosić wszystkim, że od dziś przewodzi Klanem Klifu? Gdyby zrobił to ktokolwiek inny, pewnie wybuchłoby zamieszanie, a klan pogrążyłby się w napiętej atmosferze.
To musiało być jakoś przemyślane. Rudofutry musiał zmanipulować tyle Klifiaków, ile mu się udało, by wierzyli w niego i jego dobre zamiary! Inaczej jego plan nie przeszedłby tak gładko.
Kremowy nawet nie zauważył, że był cały spięty. Jego zęby aż szczękały o siebie, gdy tak mocno je zaciskał. W tym klanie naprawdę nie dało się żyć! Przez cały czas czuł się tak, jakby Lśniąca Gwiazda obserwował każdy jego ruch. Jakby jedno niewłaściwe drgnięcie ciała mogło sprawić, że podzieli los Pikującej Jaskółki. Nagrabił sobie tymi kwaśnymi minami za każdym razem, gdy rudy się odzywał, och, nagrabił… ale mimo wszystko uważał, że było warto. Nie zamierzał podkulać ogona i udawać, że sytuacja w Klanie Klifu mu odpowiada.
W końcu wstał z posłania i żwawym krokiem ruszył do wyjścia. Nie chciał już dłużej siedzieć w tym zatęchłym azylu i wolał się przejść. Tym bardziej że nadeszła już Pora Nowych Liści i wszystkie rośliny tak pięknie zakwitały. Może ich różnorodne barwy jakoś ukoją zszargane nerwy Królika. W końcu nic tak nie uspokaja, jak spacer wśród natury, czyż nie?
Gdy tak maszerował, na myśl nasuwały mu się liczne pytania.
“Czy ktoś by za mną tęsknił, gdybym odszedł z Klanu Klifu? Jak zareagowałaby Oszroniony Kieł, Źródlana Łuna, Wzburzony Kormoran czy Trójoki Zając? Czy próbowaliby mnie szukać, czy pogodziliby się z moją ucieczką?” — zastanawiał się, czując, że żołądek zaciska mu się z nerwów. Nie chciał ponownie zostawiać wszystkich tych, których kochał, ale jednocześnie… może tak byłoby dla nich najlepiej?
Pamiętał, jak bardzo żałował odejścia do miasta, ale czy tym razem byłoby tak samo? Może już po raz kolejny powinien spróbować szczęścia gdzie indziej, zamiast tak gnić i marnować się w Klanie Klifu? Jego przybrane kocięta, które kochał jak swoje, na pewno prędzej czy później przyzwyczają się do tego, że zniknął, że ich… zdradził i okazał się tchórzem. Zresztą i tak miał wrażenie, że za nim nie przepadają. Tyle poświęcił, by się do nich jakoś zbliżyć, ale jego starania przynosiły raczej marne skutki.
Pewnie uważały tak samo, jak Bukowa Korona — że jest nachalny, że za bardzo się stara i próbuje wtrącać się w ich życie. Może lepiej im będzie, gdy ich natrętny ojciec już zniknie i będą mogły wreszcie odetchnąć? Poza tym mieli przecież Trójokiego Zająca, który zdecydowanie był bardziej wyluzowanym i spokojniejszym członkiem rodziny. Jego obecność na pewno cenili i szanowali bardziej. Na pewno.
Kremowy zatrzymał się w końcu, czując, że powoli traci dech. Nie wiedział, czy to przez fakt, że odzywała się w nim astma, czy dlatego, że zaraz łzy napłyną mu do oczu. Na Klan Gwiazdy, ależ on był beksą! Taki z niego wielki wojownik, a zaraz popłacze się jak małe kocię o to, że jego własne dzieci go nie lubią.
Wcisnął pazury w ziemię, zirytowany własnymi myślami. Czemu nie mógł ich po prostu wyciszyć? Był już starym, doświadczonym kocurem, który powinien rozumieć siebie, znać swoje miejsce na świecie, a był jego kompletnym przeciwieństwem. Czasem wciąż czuł się jak swoja nastoletnia wersja — zagubiony w świecie, próbujący desperacko wpasować się w jakiekolwiek otoczenie.
Dlaczego zawsze czuł, że odstaje? Dlaczego ani razu w swoim życiu nie poczuł, że naprawdę gdzieś przynależy? Może los chciał, by dalej szukał swojego miejsca? Skoro i w mieście, i w Klanie Klifu nie czuł, że tam pasuje, to może powinien próbować gdzieś indziej? Otaczało go tyle innych przynależności: Klan Wilka, Klan Nocy, Klan Burzy… W którymś z tych miejsc z całą pewnością w końcu odnalazłby spokój.
Dlatego podjął decyzję. Może i była impulsywna i nieprzemyślana, ale była też jego ostatnią nadzieją. Chyba nie wybaczyłby sobie, gdyby resztę swojego życia spędził nieszczęśliwy i nielubiany przez każdego, kto go otaczał. Musiał coś z tym zrobić, bo inaczej — w Klanie Gwiazdy lub Mrocznej Puszczy — siedziałby i całymi dniami użalał się nad sobą i tym, jak bardzo zmarnował swój jedyny żywot, jaki otrzymał.
Nie wrócił do azylu. Nie poszedł się pożegnać z bliskimi ani nie zdradził im, gdzie idzie i jaki ma plan. Czuł się z tym źle, bardzo źle, ale wiedział, że gdyby spróbował wyjaśnić im, jak się czuje, pewnie próbowaliby go zatrzymać w Klanie Klifu i wywołać w nim wyrzuty sumienia. Wolał, by powód jego odejścia pozostał dla nich tajemnicą. Wolał, by głowili się nad tym, co dokładnie sprawiło, że postanowił dać nogę z klanu, choć pewnie nie będzie trudno domyślić się, co tak naprawdę go do tego skłoniło.
Nim jednak poszedł na którąkolwiek z granic, zanurzył się w morskiej wodzie, próbując zmyć z siebie zapach… siebie. Gdy uznał, że jest w miarę bezwonny, wyszedł na brzeg i po piachu ruszył w stronę terenów Klanu Burzy. Wybór tego klanu wydawał mu się najsensowniejszy. Do Klanu Wilka nawet by się nie odważył wstąpić… Dyniowa Skórka, Kocimiętka i Mak pewnie od razu by go rozszarpały! Natomiast Klanu Nocy i Mandarynkowej Gwiazdy trochę się obawiał. Srebrzysta nie wyglądała na kotkę, którą dałoby się łatwo przekonać do przyjęcia jakiejś przybłędy w szeregi Nocniaków. Poza tym Królik nigdy nie grzeszył talentem do pływania. Klan Burzy wydawał się optymalny, a poza tym kremowy znał stamtąd pewnego czarnofutrego kocura.
Na burzackie tereny wkroczył niemal tak pewnie, jak na swoje własne. Zamierzał odnaleźć ich obóz i wybłagać swojego imiennika o miejsce wśród Burzaków. Choć teraz tak sobie myślał, że może imię też powinien sobie zmienić… Nikt chyba nie chciałby mieć w klanie dwóch Królików. Tym bardziej że jeden z nich był liderem!
Kremowy wiedział, że ciężko będzie mu się rozstać z imieniem, które nadała mu jego własna matka i które było z nim przez całe życie. To prawie tak, jakby pozbywał się cząstki siebie, ale jeśli zmiana imienia przyniesie mu jakąś korzyść w nowym klanie, to nie będzie się nad nią długo użalał. Mimo wszystko był sobą, niezależnie od tego, czy nosił imię Królik, czy… jakiekolwiek inne.

* * *

Szwendał się po burzackich terenach i wydawało mu się, że zataczał kółka. Nie wiedział już, w którą stronę powinien iść, by wrócić na terytorium Klanu Klifu, więc jednoznacznie można było przyznać, że najzwyczajniej w świecie się zgubił. Może los jednak nie chciał, by znowu zmieniał przynależność…
Nawet trochę zmęczył się tymi poszukiwaniami obozu, dlatego postanowił odpocząć. Przysiadł w cieniu dziwnej, białej konstrukcji i odetchnął, czując, jak mięśnie w łapach mu płoną. Starość nie radość, jak to mówią, a on akurat na karku miał już sporo księżyców. Miał tylko nadzieję, że Królicza Gwiazda nie uzna go za balast dla klanu i nie wygoni poza granice… Nie wiedziałby, gdzie ma się podziać. Do Klanu Wilka i Klanu Nocy i tak nie chciałby dołączyć, a już tym bardziej nie widziało mu się wracać do Klanu Klifu. Może udałoby mu się jakoś odnaleźć drogę do Owocowego Lasu? Jego mieszkańcy wydawali się dosyć mili i przyjaźni, więc może przyjęliby zmęczonego wędrownika.
Po jakimś czasie zaczęło nieznacznie kropić. Wojownik postanowił schować się pod skrzydłem białego Potwora, a tam położył się na trawie i oparł głowę o łapy. Nie mógł długo opierać się zmęczeniu, w końcu jego powieki zrobiły się bardzo ciężkie, a on sam powoli odlatywał do krainy snów.
Nim jednak całkowicie usnął, jego ucho drgnęło. W oddali usłyszał kroki i zirytowane bąknięcia. Choć wciąż był zmęczony, wiedział, że te koty mogły być jego jedyną nadzieją. Otworzył sennie ślepia i chwiejnie się podniósł, chcąc za wszelką cenę odnaleźć przechodzący niedaleko patrol. Wysunął głowę zza czubka konstrukcji, a jego oczom ukazała się trójka kotów. Jeden z nich był niemal cały biały i jedynie uszy oraz zad miał niebieskie, drugi był rudo-srebrzysty i miał wywinięte w tył uszy. Trzeci natomiast… był cały czarny, o oliwkowych ślepiach. Bardzo znajomy.
— Hej, przepraszam! — mruknął Królicza Prawda, niezgrabnym krokiem ruszając w stronę Burzaków.
Wszyscy po kolei zjeżyli futra i spojrzeli ze zdziwieniem w stronę kremowego przybłędy. Ich pazury błysnęły groźnie — każdy z nich był gotowy do przepędzenia wojownika, gdyby okazał się zagrożeniem.
— Nie chcę sprawiać problemów, przysięgam… Pragnę jedynie porozmawiać z waszym liderem o pewnej sprawie — wyjaśnił, czując, że serce zaczyna mu bić coraz szybciej z nerwów.
Czarnofutry wysunął się naprzód patrolu, mierząc Królika podejrzliwym wzrokiem, jakby chciał go bezgłośnie spytać: “Co ty kombinujesz?”.
— Dlaczego chcesz porozmawiać z naszym liderem? — zapytał Poczciwy Szakłak.
Kremowy wziął kilka drżących oddechów, po czym odparł:
— U waszych sojuszników, to znaczy w Klanie Klifu, źle się ostatnio dzieje. Chciałbym mu o tym opowiedzieć i przy okazji poprosić o… przyjęcie mnie do klanu. — Jego głos był nieśmiały, tak że ani srebrzysta kotka, ani łaciaty kocur go nie usłyszeli. Bał się, że Szakłak i reszta patrolu wyśmieją go za to, że chciałby włączyć się w ich szeregi.
Czarnofutry jednak przełknął ślinę i zwrócił się do swoich pobratymców:
— Pójdziecie po Zawodzące Echo? Myślę, że będzie chciał się dowiedzieć, co ten Klifiak ma mu do przekazania…
Srebrzysta kotka zmrużyła oczy, jakby się nad czymś zastanawiała, lecz finalnie skinęła głową i wraz z biało-niebieskim wojownikiem ruszyła w stronę, jak się Królik domyślił, azylu.
Gdy wreszcie dwójka Burzaków znalazła się na tyle daleko, by nie było szans, aby usłyszeli rozmowę Królika i Szakłaka, pręgowany odezwał się:
— Dziwna sprawa, co nie? — Na jego pysku pojawił się nerwowy uśmiech. — Myślałem, że już do końca życia zostanę w Klanie Klifu, ale to, co się tam ostatnio dzieje, to jakaś tragedia! Mam nadzieję, że ten Zawodzące Echo mnie zrozumie i pozwoli mi u was zostać. Mogę ci już nawet teraz przysiąc, że zrobię wszystko, by się wam przydać! Będę polował dniami i nocami, uzupełniając stos! — próbował jakoś nawiązać rozmowę z wojownikiem. Cieszył się, że trafił w tym patrolu na kogoś, kogo znał.
Gdy Królik skończył mówić, zrozumiał, że Poczciwy Szakłak wpatrywał się w niego nieobecnym wzrokiem, zamiast go słuchać.
— No… cóż, nie musimy rozmawiać, jeśli nie chcesz. Możemy w ciszy poczekać, aż twoi pobratymcy wrócą, żaden problem — mruknął Królik, choć sam raczej wolałby porozmawiać z czarnofutrym, by zająć czymś głowę. — Swoją drogą… jak mają na imię? — zapytał jeszcze, lecz zielonooki milczał.
W końcu odchrząknął, na co wojownik zamrugał kilkakrotnie.
— Huh?
— Jak mają na imię?
— Kto?
— No… ci.
Poczciwy Szakłak jeszcze przez moment się wahał, jednak w końcu odpowiedział:
— Szara Skóra i Skrzydlata Płomykówka.
To by było na tyle z ich rozmowy, bo Królicza Prawda nie zamierzał zmuszać towarzysza do czegoś, do czego w tym momencie nie miał głowy. Ciekawe, co się stało, że wydawał się teraz taki nieobecny. Choć to nie tak, że już podczas ich wcześniejszych spotkań był jakoś nadzwyczaj pewny siebie i rozmowny.

* * *

Po jakimś czasie Skrzydlata Płomykówka i Szara Skóra pojawili się na horyzoncie na czele z Zawodzącym Echem. Królik niemal nie zadygotał z obawy przed tym, że dymny kocur mógłby go nie przyjąć. Oby okazał mu litość, a nie uznał go za szaleńca, który postradał zmysły… W końcu, dlaczego miałby wierzyć dziwnemu Klifiakowi, który twierdzi, że lider jego klanu to zakłamany manipulator?
Gdy zastępca zjawił się wystarczająco blisko, kremowy w geście szacunku nieznacznie pochylił przed nim głowę. Jego wibrysy zadrżały z nerwów, lecz mimo wszystko podniósł wzrok, próbując zaprezentować się pewniej przed Echem.
— A więc co takiego masz mi do przekazania, czego chciałbym wysłuchać? — zapytał czarnofutry, dominując Królika swoją tajemniczą aurą.
— Nie wiem, czy nie lepiej byłoby, gdybyśmy porozmawiali na osobności… To chyba nie jest sprawa, którą chciałbyś dzielić się ze swoimi pobratymcami — stwierdził kremowy, spoglądając na Burzaków stojących nieopodal.
— W takim razie pdejdźcie stąd na odległość kilku lisich ogonów, ale bądźcie w gotowości. Nie wiemy, jakie zamiary ma ten kot — rozkazał dymny.
Gdy Skrzydlata Płomykówka, Szara Skóra i Poczciwy Szakłak wykonali polecenie zastępcy, Królik zaczął mówić:
— Cóż… nie wiem, czy to dobre wieści, ale chodzi o to, że mam pewne podejrzenia co do nowego przywódcy w Klanie Klifu — mruknął, nie przerywając kontaktu wzrokowego z zastępcą. Bał się, że gdyby odwrócił spojrzenie, ten uznałby, że kłamie. — Może nawet nie tyle podejrzenia, co obawy. Jestem synem Pikującej Jaskółki, która miała objąć stanowisko lidera po śmierci Judaszowcowej Gwiazdy, lecz nie dostąpiła tego zaszczytu, bo… ktoś ją zamordował. Po tym nieszczęsnym wydarzeniu Mirtowe Lśnienie wepchnął się na mównicę i sam zdecydował, że zostanie przywódcą, jednocześnie pozbawiając Mysiego Postrachu roli zastępcy — tłumaczył. — Poza tym na swoją prawą łapę mianował jakąś kotkę, która dopiero kilka księżyców temu dołączyła do Klanu Klifu! Widać, jak głęboko Lśniąca Gwiazda ma w poważaniu decyzje mojej matki. Wiem, że on mnie nie cierpi, że nienawidzi mojej matki i całego jej rodu. Wydaje mi się, że śmierć Pikującej Jaskółki to coś głębszego niż zwykły przypadek. Nie mam na to wystarczających dowodów, ale wiem, że gdybym tylko odważył się wściubiać w to nosa, zostałbym wygnany. Albo i gorzej. Może i podzieliłbym los mojej świętej pamięci matki…
Zawodzące Echo przez chwilę milczał, jakby nie do końca wiedział, co uczynić z przedstawionymi mu informacjami. Może Królik powiedział za dużo? Może przedstawił to niewiarygodnie?
— I jaka w tym moja rola? — wydusił w końcu Echo.
— Ja… nie czuję się bezpiecznie w Klanie Klifu. Chciałbym zamieszkać w Klanie Burzy, by wreszcie móc spać spokojnie — miauknął niemal błagalnie. Zastępca nie wyglądał na przekonanego.
— Skąd mam wiedzieć, że tego wszystkiego nie wymyśliłeś? Każdy może chodzić po klanach i wciskać jakieś bajeczki, by wzbudzić współczucie — fuknął, spoglądając na przybysza chłodnym wzrokiem.
— Ja nie chcę waszego współczucia. Pragnę tylko bezpieczeństwa. W zamian przysięgam, że będę przykładał się do polowań dwa razy bardziej niż przeciętny kot. Będę wykonywał wszystkie powierzone mi obowiązki od wschodu słońca aż do jego zachodu. Proszę, Zawodzące Echo, ja naprawdę zrobię wszystko, by nie czuć tego palącego spojrzenia Lśniącej Gwiazdy na mojej skórze…
Mina niebieskookiego wciąż nie złagodniała.
— Najpierw będziesz musiał zostać uczniem, by przyswoić wszystkie nasze zwyczaje, a jest ich dużo. Jesteś pewien, że chcesz podjąć próbę wpasowania się w grono Burzaków? — zapytał, unosząc jedną brew.
— Zrobię wszystko — powtórzył. — Może… moim mentorem mógłby zostać Poczciwy Szakłak? Rozmawiałem z nim, gdy patrol po ciebie poszedł. Wydaje się całkiem… fajny — zaproponował, uśmiechając się delikatnie do zastępcy.
— Powiedz mi jeszcze, jak cię zwą.
Kremowego zatkało. Nie pomyślał o nowym imieniu, choć miał na to tyle czasu! Gdy jednak spostrzegł, że dymnemu kończy się cierpliwość, wyrzucił z siebie:
— Gasnąca Prawda! — Nie chciał się przedstawiać jako Królik z wiadomych przyczyn. “Gasnąca” przyszła mu na myśl od członu jego babki, jak i mentorki, która nieszczęśliwie umarła na jego oczach. Była mu tak bliska, tak bardzo ją szanował. Czuł, że powinien jakoś ją uhonorować.

02 maja 2026

Od Króliczej Prawdy CD. Jagnięcej Łapy (Jagnięcego Ukłonu)

Przeszłość

— Królicza Prawdo, poczekaj — miauknęła Jagnięca Łapa, a następnie zbliżyła się do wojownika.
Kocur zwrócił na nią uwagę i zaczekał, aż ruda do niego podejdzie.
— Jak się czujesz? — spytała ze spokojem w głosie. — Jadłeś już? — dodała.
Kremowy westchnął ciężko, zmęczony. Nie faktem, że starsza kotka go zaczepiła, lecz tym, że teraz jego własna córka uważa go za zdrajcę. Odkąd wrócili ze zgromadzenia, właściwie nie zmrużył oka, co odbijało się na jego samopoczuciu.
— Nie… Jeszcze nic nie jadłem — odparł, po czym ziewnął przeciągle. — Cóż, nie mogę powiedzieć, że jest najlepiej, ale najgorzej też nie. Słuchaj, ja… przepraszam za wczoraj — mruknął niezręcznie, lekko pochylając głowę przed Jagienką w geście przeprosin.
Kotka spojrzała na niego z politowaniem i miauknęła:
— To nie twoja wina. Znaleźliśmy się w złym czasie, w złym miejscu.
Królicza Prawda spuścił wzrok na łapy. Może i Jagienka miała rację, ale przecież to on pozwolił córce odejść z myślą, że jej przypuszczenia były słuszne. Sam o tym wtedy zdecydował — nie mógł za to winić nikogo innego, oprócz samego siebie.
— Wierzę, że jeszcze kiedyś dogadasz się z córką. Póki oboje żyjecie, nic jeszcze nie jest stracone — mówiła dalej rudofutra.
Miło było mieć kogoś, kto cię pokrzepi — ale mimo wszystko słowa starszej nie odbijały się za bardzo na kremowym. Wlatywały do jego głowy jednym uchem, a wylatywały drugim. Jakoś nie potrafił w nie uwierzyć. Może to wina braku snu, a może naprawdę nie był podatny na takie zapewnienia?
— Też chciałbym w to wierzyć — odparł trochę posępnie.
Jagienka zamilkła na moment, po czym machnęła ogonem i zrobiła krok w stronę stosu ze zwierzyną.
— Mówiłeś, że nic nie jadłeś, prawda? W takim razie może zjemy teraz wspólny posiłek? — zaproponowała rudofutra. — Jeśli masz ochotę, bo nie będę cię przecież do niczego zmuszać — dodała tym samym, łagodnym tonem.
Królik nie rozumiał, jak niektórzy mogli patrzeć na kotkę nieprzychylnie tylko ze względu na to, że była samotniczką. Teraz widać było po niej, że nie ma już związku z przeszłością i nie popiera akcji Terpsychory. Ona, tak samo, jak on, niegdyś znalazła się w złym miejscu, w złym czasie.
— Mam ochotę. Czuję, że już powoli zaczyna mi burczeć w brzuchu — odparł, podchodząc do starszej kotki.
Wspólnie poszli do stosu ze zwierzyną, by wybrać sobie z niego jakiś smaczny kąsek. Kremowy wyciągnął z niego niedużą mysz, na co rudofutra cicho parsknęła śmiechem.
— Myślisz, że dasz radę się nią najeść? — spytała rozbawiona, ale nie złośliwie.
— Wystarczy mi — stwierdził krótko. — Jeszcze nic dziś nie upolowałem i nie podoba mi się, że teraz zabieram, nie dając nic w zamian. No, ale szkoda odmówić posiłku z drugim kotem — dodał, spoglądając na Jagnięcą Łapę.
Kotka zgodziła się z nim, ale widać było po niej, że najchętniej znowu zaczęłaby prawić jakieś mądrości, by uświadomić Królikowi, że nie każda przysługa musi zostać odwzajemniona od razu.
W końcu kremowy i ruda wzięli ze sobą piszczki i przysiedli gdzieś na uboczu, by zacząć się nimi posilać w spokoju. Bursztynowooki przez cały ten czas chciał jakoś rozpocząć konwersację z Jagienką, lecz nic nie nasuwało mu się na język, więc jedli w ciszy. Dopiero gdy starsza przełknęła ostatni kęs zwierzyny, mruknęła:
— Miło było, ale muszę już wracać do obowiązków.
Wojownik skinął spokojnie głową.
— Jeśli kiedyś będziesz potrzebował z kimś porozmawiać, to wiesz, do kogo możesz się udać — dodała jeszcze, darząc kremowego ciepłym uśmiechem.
Po tych słowach podniosła się i odeszła od pręgowanego, udając się do legowiska medyków.

Koniec sesji

06 kwietnia 2026

Od Króliczej Prawdy CD. Poczciwego Szakłaka

— Głuchy jesteś czy niemy? — zapytał Królik, choć tym razem przynajmniej otrzymał odpowiedź. Burzak pokręcił przecząco głową. — To weź coś powiedz, a nie liczysz — dodał pręgowany, a jego wąsy zadrżały z irytacji.
— Ja… Nie gapiłem się — wymamrotał czarnofutry, niemal bezgłośnie. — Ale prawda, masz piękne i lśniące futro… — mruknął, chyba nie zastanawiając się nad sensem tych słów. Dopiero po chwili coś w jego głowie zaskoczyło. — Zapomnij. — rzucił i nieco spłoszony podniósł się z dotychczasowego miejsca.
Królik zaśmiał się, zdumiony słowami obcego. Nie spodziewał się, że pierwszy lepszy Burzak zacznie mu prawić takie komplementy!
— Nie musisz się już tak podlizywać, i tak cię stąd nie przegonię — miauknął rozbawiony, powoli kręcąc głową. Czarnofutry nie wyglądał na zachwyconego, ale to nic. — Tak w ogóle, nazywam się Królicza Prawda — przedstawił się, skoro już “ustalili”, że nie są sobie wrodzy.
Nieznajomy odwrócił wzrok od kremowego, przez moment się wahając.
— Poczciwy Szakłak — mruknął w końcu, chyba jedynie z grzeczności. Następnie zamilkł i zrobił krok w tył.
Królik otworzył pysk, by coś powiedzieć, lecz ostatecznie także pozostał cicho.
— To… pójdę już sobie. Uczeń na mnie czeka — oznajmił i, odwróciwszy się od Burzaka, pognał w stronę Pasterzowej Łapy.
Kocur miał spróbować zapolować na coś sam, jednak przez cały ten czas siedział na tyłku, przyglądając się rozmowie dwóch kotów.
— Gratuluję zmarnowania czasu — rzucił Królik, podchodząc do kremowego ucznia. Jego humor od razu się pogorszył, a mina zrzedła. Co mu tam po jakimś komplemencie, skoro miał takiego krnąbrnego młodzieńca do wyszkolenia.
— Nie zmarnowałem czasu! — uparł się Pasterz. — Gdybym poszedł zapolować i się zgubił, dopiero wtedy bym go zmarnował, szukając ciebie! — zaczął się bronić, ale na Króliku te wymówki nie robiły wrażenia.
— Przecież masz nos, czyż nie? Zostawiłbyś za sobą trop i wrócił jego śladem — burknął, nawet nie patrząc na ucznia. Zamiast tego podszedł do tuneli, by kontynuować zaplanowany trening.

* * *

Przed zniknięciem Fiołki

Jego matka wreszcie została liderką! Nie odebrała jeszcze co prawda żyć i nie miała drugiego członu “Gwiazda”, ale to tylko kwestia czasu. Musi tylko wyleczyć się po odbytej walce z mewami, a wtedy zostanie Pikującą Gwiazdą! A może jednak Jaskółczą Gwiazdą? To drugie bardziej do niej pasowało.
W każdym razie… Królik czuł lekki zawód przez to, że to nie jego kremowa wybrała na swojego zastępcę. Albo przynajmniej jego brata! Zamiast tego powierzyła tak ważną rolę komuś takiemu, jak… Mysi Postrach. Jednak kocur był jej uczniem, więc jej wybór miał też trochę sensu. Właściwie to nawet więcej, niż gdyby wybrała któregoś ze swoich synów. Tym bardziej po tym, że w młodości uciekli z Klanu Klifu, znikając z niego na kilka dobrych księżyców. Teraz niby się zreflektowali, ale kto im zaufa, że już nigdy nie popełnią takiej głupoty?
Poza tym na Królika niektórzy wciąż patrzą z podejrzliwością przez fakt, że Wzburzony Kormoran i Oszroniony Kieł niekoniecznie są do niego podobni. Jednak czy to była jego wina? Jak już, to Źródlana Łuna go oszukała, wmawiając mu, że jest ojcem! — przynajmniej tak by powiedział, gdyby chcieli go oskarżać. Prawda jest jednak taka, że sam się zgodził na udawanie jej partnera i rodzica tych kociąt…
Zresztą, co ci Klifiacy się tak uwzięli? Foczej Fali urodziły się dwa kociaki — Fiołka i Złamanek. Żadne z nich nie przypomina ani swojej matki, ani ojca, a jednak każdy wierzy, że to ich dzieci. No, a tak swoją drogą, to powinien chyba pogratulować pierwszorazowemu tacie. Nawet jeśli ten nie do końca chce mieć z nim cokolwiek do czynienia.
Już miał się zbierać do żłobka, gdy nagle zauważył chodzącą po obozie Pikującą Jaskółkę. Tak właściwie, to dawno z nią nie rozmawiał… Postanowił do niej podejść, by nadrobić ten stracony czas.
— Hej, mamo — mruknął, stając obok kremowej kotki. — Cieszysz się, że w końcu możesz rządzić Klanem Klifu? — zapytał, uśmiechając się przyjaźnie.
— Daj spokój. Mysi Postrach został już mianowany na zastępcę i nie zamierzam tego zmieniać — odparła, nawet na niego nie patrząc.
— No coś ty! Nie przyszedłem tu błagać o awans — fuknął, przewracając oczami. — Już nawet z własną matką nie można porozmawiać? — dodał żartobliwym tonem, chcąc jakoś rozluźnić atmosferę. Dziś Pikująca Jaskółka wydawała się nie w humorze — może w ogóle nie powinien do niej zagadywać…
— Można, można, tylko jak jest mniej zajęta — odpowiedziała, wciąż nie zwracając głowy w jego kierunku.
— A czym tak jesteś zajęta? Planujesz rewanż na Klanie Wilka, czy o co chodzi? — drążył dalej, nie chcąc matce odpuścić. — Przydałoby się w końcu wyrównać rachunki. Niby pozbawiłem jednego Wilczaka oka, ale spójrz na Źródlaną Łunę! Tak ją poturbowali, a potem jeszcze zabrali nam kawałek terenów… — zaczął się użalać.
Jaskółka w końcu spojrzała na niego, mierząc go morderczym spojrzeniem.
— Nie przypominaj mi o tym — burknęła, wzdychając ciężko. — Jeszcze kiedyś się im odpłacimy. Może niekoniecznie za mojego czy twojego życia, ale kiedyś nadejdzie ten dzień — stwierdziła pewnie, po czym bez słowa odeszła od Króliczej Prawdy.
Kremowy spuścił wzrok na łapy. Nie była to może jego najdłuższa rozmowa z matką, ale zawsze coś, prawda? Może w przyszłości spróbuje trochę więcej z nią rozmawiać, by odnowić ten kontakt. Właściwie, odkąd uciekł, Jaskółka wydaje się nim trochę zawiedziona. Może i sobie to wymyślił, a może taka po prostu była rzeczywistość… Takich wielkich błędów nie wybacza się ot tak, a już na pewno nie zapomina.

* * *

Korzystając z tego, że mewy zostały już przegonione z terenów Klanu Klifu, postanowił wybrać się na spacer. Do niedawna samotne schadzki były zabronione, bo zawsze istniało ryzyko, że zaatakuje cię wielki, rozgniewany ptak. Teraz jednak Klifiacy pozbyli się problemu i wszystko wróciło do normy. Na jak długo? Tego nie wiedział nikt — jednak Królik uważał, że już wkrótce znowu się coś posypie. Nie wiedział jeszcze co, ale miał złe przeczucie.
Nie zamierzał jednak zbyt długo się tym przejmować. Trzeba korzystać, póki życie sprzyja. Udał się więc na granicę z Klanem Burzy. Zamierzał przejść się wzdłuż granic Klanu Klifu i dotrzeć nad brzeg, by powdychać trochę morskiego powietrza i poobserwować taflę wody. Może nawet poczekałby aż do zachodu, by popatrzeć na słońce chowające się za horyzontem i to piękne, pomarańczowo-różowe niebo? Na pewno pomogłoby mu to się odprężyć — choć nie żeby miał czym się szczególnie stresować. Nie musiał się już nawet martwić tym, co znowu wymyśli Pasterzowa Łapa, bo kocur wreszcie został Czujnym Pasterzem.
W końcu Królik zatrzymał się, gdy dotarł na granicę z Burzakami. Tu postanowił chwilę odpocząć, bo wędrówka zaczęła już dawać mu się we znaki. Jak to mówią... starość nie radość.

<Poczciwy Szakłaku? Jesteś tam?>

13 marca 2026

Od Króliczej Prawdy CD. Oszronionej Łapy

Zając posłał nowoprzybyłej parze przepraszający uśmiech.
— Ustalaliśmy dokładne zasady naszych podwójnych treningów.
— Tak, tak, to dość niecodzienny wybór — zgodził się Królik. — Ja i Oszroniona Łapa chcieliśmy pogratulować za to temu oto uczniowi. — Spojrzał na syna z taką samą dumą, jaką wcześniej obdarzył córkę. Strzępek skinął w podzięce.
— Dali ci takie imię, że nie umiem go powiedzieć — przyznała nagle Oszroniona Łapa. — Czemu, tak w ogóle...? — Tutaj spojrzała na ojca, a potem na wuja. — Czemu kotom zmieniają imiona? Moje jest takie szame... Inne, ale takie szame…
Królicza Prawda na moment jakby odciął się od rzeczywistości. W zmianie imion miał większe doświadczenie, niż mogłoby się Szronce wydawać. Niestety nie dało się wymazać tamtej fazy z istnienia, więc imię Niesforna Łapa wisiało nad kremowym kocurem jak złowrogi cień, przypominając mu o wszystkich błędach, jakie popełnił.
— Wiesz… niektórym kotom czasem zmieniają imiona przez to, że zrobiły coś złego — odparł po chwili i zamrugał kilkakrotnie, jakby odzyskiwał świadomość.
— Ale Sztrzępek nie zrobił nic złego, nie? — wypomniała mu kotka.
— Och… masz rację — mruknął wojownik, poruszając nerwowo kikutem. — W takim razie nie wiem… Może Judaszowcowa Gwiazda stwierdził, że imię Zszarzała Łapa bardziej do niego pasuje. Być może jako wojownik twój brat będzie nazywał się Zszarzałym Strzępkiem — wyjaśnił, próbując zachować spokój.
Nie będzie się przecież przyznawał do tego, że kilkanaście księżyców temu dopuścił się czegoś tak okropnego, jak ucieczka z rodzimego klanu, który był dla niego wszystkim. Nie chciał dawać Oszronionej Łapie żadnych niewłaściwych pomysłów.
Pointka zmrużyła oczy, jakby trochę podejrzliwie.
“Kiedyś im opowiem. Tak. Kiedyś na pewno…” – pomyślał Królik. Nie chciał teraz opowiadać o swoich przeżyciach, ale wiedział, że kiedyś z całą pewnością przyjdzie na to czas. Nie może tego ukrywać do końca życia, choć bardzo by chciał, żeby było to możliwe. Wolał jednak sam się przyznać, niż żeby te kocięta usłyszały o jego ucieczce od kogoś obcego.

* * *

Pasterzowa Łapa w końcu został wojownikiem, zyskując tym samym imię Czujny Pasterz. Judaszowcowa Gwiazda był już u schyłku swojego życia, co oznaczało, że niedługo to Pikująca Jaskółka – matka Królika – obejmie władzę w klanie.
Czy kremowa miała już wybranego zastępcę? Czy byłaby w stanie wybrać własnego syna na swoją prawą łapę? Jeśli tak, to czy zostałby nią Królicza Prawda, czy Trójoki Zając? Ciężko było stwierdzić, komu Jaskółka ufała bardziej. A może tak naprawdę nie wybierze żadnego z synów, by nikt nie podejrzewał, że któregoś z nich faworyzuje? Tego nie wiedział nawet sam Klan Gwiazdy, co przyprawiało Królika o dreszczyk ekscytacji. Czekoladowy przywódca mógł się przekręcić w każdym momencie, a wtedy życie wszystkich Klifiaków całkowicie się zmieni. Kremowy bardzo ufał swojej matce, więc zakładał, że dobrze poradzi sobie na tak wysokim stanowisku. Bez wątpienia przyniesie Klanowi Klifu chwałę i dumę, honorowo reprezentując go na zgromadzeniach.
Niedawno w klanie zmarła też jedna z wojowniczek – Pietruszkowa Błyskawica. Bursztynowooki nie znał jej zbyt dobrze. Jedyne, co o niej wiedział, to to, że była jak matka dla Przepiórczej Wichury, Kukułczego Wdzięku i Gołębiego Puchu. Jedna z tych kotek skradła serce Trójokiego Zająca, więc chcąc nie chcąc Królik musiał ją chociaż kojarzyć. Nie przepadał jednak za nią, a ona nie przepadała za nim. Mimo to kremus starał się ją tolerować, by zielonookiemu nie było przykro. Wiedział, jak wiele dla niego znaczyła Kukułka i jak długo już był w niej zakochany.
To dziwne, że ich związek jeszcze nie jest oficjalny. Najwyraźniej żadne z nich nie ma na tyle odwagi, by wyznać drugiemu miłość. A może po prostu szylkretka nie podziela uczuć pręgowanego wojownika?
Królik zdał sobie sprawę z tego, że już od jakiegoś czasu jego rozmowy z bratem ograniczały się raczej do kilku krótkich zdań. Może jednak powinni wyjść razem na spacer jak za dawnych czasów? Mogliby porozmawiać szczerze i powymieniać się nowinkami. Tęsknił za tamtymi dniami. A szczególnie za tymi sprzed ucieczki, gdy wszystko wydawało się jeszcze takie spokojne i ustatkowane. Przynajmniej w większości, bo Królik i tak od początku nie miał zbyt zwyczajnego życia…
Jego ciocia zmarła, gdy był jeszcze malutkim kociakiem. Nie pamiętał już o niej zbyt wiele, lecz gdzieś z tyłu głowy wciąż tkwiło wspomnienie chwili, gdy Pikująca Jaskółka przyszła im ogłosić, że Siewczy Letarg już do nich nie wróci. Pamiętał też, że przez pewien czas bardzo zależało mu na odkryciu prawdziwej przyczyny zniknięcia szylkretki. Jednak dni mijały, a on coraz bardziej tracił motywację, by kontynuować to śledztwo. Ostatecznie skończyło się więc na niczym.
Teraz kremowy obserwował, jak Oszroniona Łapa, Zszarzała Łapa, Trójoki Zając i Bukowa Korona wracają ze wspólnego patrolu. Te wszystkie koty… były mu tak znajome. Czuł się trochę dziwnie z faktem, że nie należał do ich treningowej “grupki”. Ale przecież był ojcem tych kociąt, a wcześniej miał za ucznia Pasterza, więc tak czy inaczej, nie mógł zostać mentorem któregoś z nich. Miał tylko nadzieję, że dobrze radzili sobie na treningach i nie sprawiali zbyt wielu problemów.
Właściwie postanowił nawet podejść do czwórki kotów i się z nimi przywitać.
— Hej, hej! — mruknął, zagradzając im drogę. — Jak było na treningu? — zwrócił się do swoich latorośli. — Czuję, że wasza ceremonia jest już tuż za rogiem! — stwierdził, uśmiechając się pokrzepiająco do Szronki i Strzępka.
Mieli już niemal dwanaście księżyców, a także zapewne niemałą wiedzę na temat walki i polowań! Oby tylko Judaszowiec nie zapomniał o tym, że wciąż ma obowiązki do wykonania – tak jak chyba zapomniał, że Strzępek mógłby zostać Postrzępioną Łapą, a nie Zszarzałą Łapą… Co będzie, jeśli kocur nie zostanie Zszarzałym Strzępkiem? Co, jeśli zostanie nazwany… Zszarzałym Nosem. Na Klan Gwiazdy! Czekoladowy naprawdę powinien już przejść do starszyzny.
— W takim razie dobrze czujesz — odezwał się Bukowa Korona, spoglądając na Króliczą Prawdę spod przymrużonych powiek. — Szkolę twojego dzieciaka bardzo starannie. Nie ma wątpliwości, że pod moim okiem stanie się najlepszym wojownikiem Klanu Klifu. Zaraz po mnie, oczywiście — kontynuował.
Kremus zaczął się zastanawiać, czy Buk bardziej wychwalał siebie, czy Zszarzałą Łapę. Z początku zdawali się nie przepadać za sobą, lecz teraz? Chyba zaczęli się dogadywać – co zresztą bursztynowookiego bardzo cieszyło.
— No pewnie… — odparł pręgowany, śmiejąc się pod nosem. — Bardzo doceniam starania każdego z was. Może uczcimy je jakimś skromnym polowaniem? Chciałbym zobaczyć, co już potrafią ci młodzi uczniowie — zaproponował, znów zwracając wzrok w stronę swoich dzieci.

<Córko?>