– Kto cię nauczył rozróżniać zioła? – spytała Różana Woń, podchodząc do więźniarki.
– Mama. Gdybym nie przepadła jak kamień w wodę, najpewniej potrafiłbym rozróżniać ich większą ilość... – miauknęła, spoglądając na Błękitną Lagunę, który strzegł kocic z góry. Kocur ani na moment nie spuszczał z niej spojrzenia, pilnując, aby nie zrobiła nic głupiego. Gdy ich spojrzenia się spotkały, książę przeskoczył na gałąź powyżej. – To bez sensu. Jestem już zdrowa, no, prawie, poruszanie się ciągle sprawia mi trudność, ale mogłabym już odejść, gdyby nie ta umowa... – prychnęła. – Nie ma tutaj nic, co mogłoby się przydać w lecznicy. Dobrze o tym wiesz, a mimo to kazałaś mi udać się z wami na wyprawę...
– Mnie udało się znaleźć przydatne rzeczy. Po prostu ty nie szukasz uważnie. Spójrz, ten kawałek drewna idealnie nadawałby się do łączenia w nim składników na lecznicze papki. – Odkryła mech, pod którym skryty był drewniany przedmiot. Nemezja wywróciła oczami, uznając go za najzwyklejszy śmieć. Dla kotów, które nie prowadziły koczowniczego trybu życia był przydatnym narzędziem, jednak w podróży był jednak zwykłym balastem. Wystarczyło w końcu rozcierać i łączyć medykamenty na kamieniu. – Weź się do roboty.
Wzdychając, przytaknęła. Podniosła się z mokrej ziemi i zaczęła szukać wszystkiego, co mogłoby zadowolić kocicę. Połamany kijek, który można było wbić komuś w oko; płaski kawałek kory, w którym można było trzymać zioła do suszenia; śmierdzące rośliny o długich liściach, z których można było zrobić okład, korzonki...
Udało jej się znaleźć kilka ziół, z którymi ktoś z wiedzą taką, jaką posiadała Różana Woń, był w stanie coś zrobić, jednak ich ilość była mniejsza od reszty zabranych przedmiotów, jak korzonki i patyki do usztywniania łap. Co jakiś czas zatrzymała się podczas poszukiwań, by ocenić, w jakiejś odległości od niej znajdują się pozostałe koty. Zmierzchająca Fala wraz z Mewim Puchem kręcili się przy ścieżce, prowadzącej do obozu, czy też właściwie wyspy Nemezji, natomiast Błękitna Laguna co jakiś czas przemykał nad głową rudej kocicy, zmieniając co chwilę swoje położenie. Gdyby sytuacja tego wymagała, najpewniej w ciągu uderzenia serca znalazłby się na ziemi i odciął drogę ucieczki więźniarki.
– Dureń – parsknęła pod nosem, gdy udało jej się dostrzec czarno-białe futro. Była wściekła na kocura, że z łatwością mógł przemykać wśród koron drzew. Przez kontuzję łapy ruda kocica prawdopodobnie nigdy nie wróci do wcześniejszej sprawności, a to właśnie na wysokości dopiero czuła, że żyje.
Przyjmując nieoficjalne wyzwanie księcia, oparła się przednimi łapami o pień drzewa, starając się na nie wdrapać. Była w stanie wspiąć się dwie lisie długości nim opadła z sił i wylądowała na plecach na ziemi.
– Miałaś szukać ziół, a nie udawać wiewiórkę! – zawołał książę. – Do roboty!
Przekręciła się na brzuch i w tym samym momencie do jej nozdrzy dotarł znajomy zapach. Przytknęła nos do sterty liści, która zamortyzowała jej upadek. Zaczęła węszyć jak najprawdziwszy gończy pies, odgarniając liść za liściem. Na widok rzeczy, które znajdowały się we wnęce skrytymi pod liśćmi otworzyła szerzej oczy. Czy to był jakiś żart?
– Różana Woni... Mogłabyś do mnie podejść? – miauknęła. Minęła chwila, nim u jej boku znalazła się czarna kocica. – Raczej nie przetrzymujecie ziół poza lecznicą, prawda? – Przeniosła spojrzenie na medyczkę, by ponownie skupić spojrzenie na dziurze wypełnionej po brzegi medykamentami. Ktoś starannie przemyślał kryjówkę, jak i zabezpieczenie ziół przed zimnem. – Chyba możemy to uznać jako spłatę mojego długu... I to z pięciokrotną nadwyżką... – Wyszczerzyła się do medyczki, która bez chwili wahania zaczęła przeglądać skarby. Kocica zaczęła do siebie mamrotać nazwy ziół, co jakiś czas dodając, że właśnie tego zioła im brakowało w lecznicy, bądź, że ilość danej roślinności na ich terenach jakoś dziwnie zmalała.
~~~
Ruda kocica była prowadzona na granicę przez garstkę kotów, którzy zostali wyznaczeni do jej odprowadzenia i upewnienia się, że Nemezja faktycznie odejdzie. Wśród nich dostrzegła Algową Strugę. Od ich ostatniej rozmowy, po której została uderzona przez Zmierzchająca Falę w pysk, nie rozmawiały już nigdy więcej, jednak jej pytanie musiało w jakiś sposób aktywować jakiś bodziec w umyśle kocicy, a przynajmniej tak zakładała. Spojrzenie brązowych oczu zastępczyni w tamtym momencie chyba będzie nawiedzać samotniczkę do końca jej żywota.
Mimo, że przekroczyli tereny graniczne klanu, grupa wciąż podążała za Nemezją, jednak była już mniejsza; kilka kotów zostało na granicy. Przeszli jeszcze kilka lisich długości wspólnie, by w końcu Błękitna Laguna oznajmił kocicy, że ma wracać tam, skąd przybyła i już nigdy więcej nie pokazywać się im na oczy.
– Da się zrobić, wasza książęca mość – miauknęła, po czym pochyliła się przed czarno-białym księciem. Przeniosła spojrzenie na pozostałe koty, które towarzyszyły jej w odejściu. Trudno było nazwać tę sytuację pożegnaniem (w końcu żegnać można było się z kotami, z którymi faktycznie udało się wytworzyć jakąś więź i to w dodatku przyjazną). Jedynie szczerze od serca pożegnała się z Różana Wonią, decydując się pochwalić jej po raz ostatni wiedzą medyczną. Gdyby tylko czarna kocica nie była tak związana z Klanem Nocy, być może udałoby się ją zachęcić do odejścia razem z nią. Może w innej rzeczywistości.
Wyprostowała się i przeniosła spojrzenie na nieznane tereny, które rozpościerały się przed nią. Ostatni raz zerknęła w stronę grupy, po czym skierowała się w przeciwną stronę. Łapa przez cały czas promieniała bólem, kiedy to stawiała ją na podłożu. Musiała się dostosować do nowej rzeczywistości i myśli, że po powrocie prawdopodobnie na dobre zajmie się ziołami oraz pomocą przy opiece kociąt oraz chorych.
~~~
Na Oleandra wpadła całkowicie przypadkiem, podczas drogi powrotnej na tereny, na których przed jej zaginięciem koczował kult. Co prawda ich pierwsze spotkanie nie należało do tych przyjaznych (Nemezja została ugryziona w grzbiet, a Oleander dostał pazurami po pysku), jednak końcowo zostali towarzyszami podróży, gdy udało im się dojść do porozumienia – oboje zdali sobie sprawę, że samotnie nie przetrwają księżyca w dziczy, będąc narażeni na ataki dzikich zwierząt bądź spotkanie z innymi kotami, jak te z klanów. Ku zadowoleniu Nemezji, Oleander znał drogę do Betonowego Świata i w dodatku sam do niego zmierzał. Na dźwięk tych informacji, oczy kocicy zaświeciły się jak pięć złoty, a w jej głowie pojawiła się myśl, czy nie zdecydować się wtajemniczyć kocura w wiarę w Wieczny Ogień. Zła wiadomość, która chwilę później podzielił się z nią kocur była taka, że tak czy siak będą zmuszeni przejść przez tereny Klanu Nocy. No, chyba, że chcieli nadłożyć dodatkową drogę. Dla Nemezji właściwie nie był to jakiś większy problem, jednak miała nadzieję, że żaden patrol nie wpadnie na jej trop, kiedy będą przechodzić niedaleko ich terenów i nie uzna, że tak naprawdę współpracowała od początku z wrogimi samotnikami. Nie chciała wpaść na na żadnego z książąt, który patrolowałby granice.
~~~
Krew sącząca się z ucha kocicy spływa po jej pysku. Niebieski kocur uniemożliwiał jej podniesienie się z ziemi, przytrzymując łapą jej głowę. Ilekroć próbowała wysilić się na jej obrót, aby nie spoglądać w puste oczy Oleandru, jej głowa ponownie była przekręcana, zmuszając ją do wpatrywania się w zamordowanego, białego kocura.
– Jesteś pewna, że jest jedną z nich? – spytała ruda kocica, siedząc na jednym z kamieni i łypiąc złowrogo na Nemezje. U jej boku poniżej kamienia siedział brązowy kocur.
– Niecały księżyc temu widziałam ją w towarzystwie patrolu przy granicy. To ona odpowiada za kradzież naszych ziół. Jestem tego pewna! – miauknęła biało-czarna kocica, której połowa pyska była pokryta śladami po oparzeniu. – Poza tym, pachnie jak oni. Powąchaj ją. – miauknęła. Ruda kocica zeskoczyła z kamienia i powąchała Nemezję, która wydała pod jej adresem złowrogie syknięcie. – Słabo, lecz ta charakterystyczna dla nich woń jest nadal wyczuwalna.
– Jak masz na imię? – spytała prawdopodobnie ta, która nimi przewodziła. Nemezja zwlekała z odpowiedzią, jednak kiedy jej łapa ponownie została przygnieciona, zdecydowała się przedstawić, nie chcąc podzielić losu Oleandra. – Ładnie. Pasuje ci. A teraz odpowiedz na moje dwa pytania, Nemezjo. Po pierwsze, dlaczego postanowiłaś nas okraść, a po drugie, co łączy cię z Klanem Nocy?
~~~
Biegła na oślep, co jakiś czas obijając się o drzewo, które znajdowało się na jej drodze. Ilekroć traciła równowagę, momentalnie podnosiła się na równe łapy, aby znaleźć się jak najdalej od kotów, które wzięły ją w niewolę, aby wydobyć od niej informacje na temat klanu, który nie tak dawno udzielił jej schronienia. Mimo, że opadała z sił, parła naprzód przed siebie, do momentu, aż nie potknęła się o korzeń i sturlała z pagórka, lądując pyskiem w płytkiej wodzie.
Wieczny Ogień nie miał jej w swojej opiece. Z chwilą, gdy zniknęła w nurcie rzeki, woda zdołała zmyć z niej błogosławieństwo, pozostawiając jej życie w łapach innych kotów. Mimo promieniującego bólu, przebiegającego przez jej całe ciało, zdecydowała się podnieść. Nie biegła – z trudem szła pomiędzy kolejnymi drzewami. Drzewami, które z każdym kolejnym krokiem wydawały się bardziej znajome.
Po tym, gdy gwałtownie została uderzona w bok, wylądowała na placach. Na widok znajomego pyska jednego z wojowników Klanu Nocy, górującego nad nią, zamarła. Do jej oczu napłynęły łzy, gdy ten zbliżył swoje zęby do jej gardła. Zaczęła się szamotać i histerycznym tonem błagała o możliwość widzenia się z Mandarynkową Gwiazdą, bądź z zastępczynią, mając nadzieję, że jej prośby nie zostaną zignorowane i w zamian za informację o samotnikach, ktoś zdecyduje się ją odeskortować do Betonowego Świata, aby przynajmniej przed śmiercią mogła ostatni raz zobaczyć się z mamą i Iskrą.
Nim jednak trafiła przed oblicze liderki, została do niej wezwana medyczka, aby doprowadzić rudą kocicę do ładu. Różana Woń przecierała mchem pysk Nemezji, próbując zrozumieć jej bełkot, przerywany pociąganiem nosa. Bezskutecznie. Ignorując pacjentkę, jej błagania o przyprowadzeniu kogoś mającego jakąś władze, kocica przystąpiła do opatrywania jej ran. Kiedy łapa medyczki dotknęła nabrzmiałego brzucha, ruda syknęła, podwijając tylne łapy, jak i ogon.
– B-boli... – wymamrotała, przenosząc spojrzenie na Różę, która z niedowierzaniem wpatrywała się w ledwo dychającą kocice, tak jakby fakt, że w tym stanie jeszcze żyje był najprawdziwszym cudem
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz