Zasnęła w obozie, w posłaniu, wśród rozgrzanych ciał innych uczniów i chłodu z zewnątrz. Jeszcze zanim zamknęła oczy, widziała, jak śnieżynki z dworu wciskają się do miejsca, w którym drzemała ona, jak i jej rówieśnicy. Gdy jednak się obudziła, od razu poczuła przyjemne ciepło na futrze. Otwierając oczy, dostrzegła błękitne, bezchmurne niebo, na którym radośnie tańczyło jarzące się słońce. W dodatku obok niej nie było Pomrocznej Łapy, Kamiennej Łapy ani nikogo innego, kogo znała w Klanie Wilka. Była tylko Dyniowa Skórka, Mak i Królicza Ułuda. Nie otaczały ją ściany legowiska, a pełno budynków. Znów zbudziła się w mieście, otoczona kotami, które tak kochała. A także w obecności ojca, za którym tak tęskniła. I to właśnie ta tęsknota tak bardzo wpływała na jej samopoczucie, życie, nawet na sny. Choć na co dzień nie zadręczała się tym aż tak bardzo, to czasem, gdy zostawała sama, bez żadnego obowiązku do wykonania, uciekała myślami właśnie do chwil spędzonych w siedlisku.
Gdy tak się działo, miała ochotę wydrapać sobie oczy, by znów nie musieć widzieć tego wszystkiego. W dodatku najbardziej bolał ją fakt, że z każdym snem pysk Króliczej Ułudy stawał się coraz bardziej rozmazany, niewyraźny – jakby powoli go zapominała.
Bała się. Bała się, że kiedyś twarz i głos kremowego przepadną w odmętach jej umysłu i już nigdy nie będzie w stanie się do nich dokopać. Nawet nie wiedziała, czemu tak jej zależało na relacji z ojcem. Przecież – tak jak mówiła jej mama – on nawet nie spędzał przy nich wiele czasu. Może Kocimiętka zwyczajnie potrzebowała jakiegoś męskiego wzorca? Cały czas była otoczona kotkami, a nigdy nie miała przy sobie kogoś, kogo mogłaby nazwać prawdziwym “tatą”. Nawet jej mentorka była kocicą! Nie mogła za to nikogo winić, a poza tym cieszyła się, że to właśnie Lodowy Omen była jej nauczycielką – ale jednak czuła, że czegoś jej brakuje.
Teraz Królik znów była tutaj. Mogła zapełnić tę pustkę, którą czuła w sercu. Powstała z miejsca i powoli podeszła do kremowego samotnika, siadając tuż obok. Oparła pysk na jego barku, starając się dokładnie zapamiętać dotyk jego futra i zapach, który od niego bił. Być może w swojej głowie wyidealizowała jego obraz, ale nie była jeszcze na tyle bystra, by zrozumieć, co to słowo znaczy; dlatego ślepo wierzyła, że Królicza Ułuda jest kimś bliskim, kto by ją zrozumiał.
Po chwili spędzonej w ciszy postanowiła się odezwać, czując, że nie może zmarnować okazji do pogadania z ojcem – choćby we śnie.
— Tato… Dlaczego nie chciałeś się nami zajmować? Mama cię za to nie lubi, wiesz? Tak bardzo bym chciała, abyście wciąż byli razem! — westchnęła ciężko, po czym uniosła wzrok na ojca. Siedział nieruchomo, wpatrzony w punkt przed sobą. Jego pysk wydawał się… obcy. Kocimiętkowa Łapa zamrugała pospiesznie, próbując się pozbyć tego wrażenia. Jednak gdy ono nie znikało, po prostu przeniosła spojrzenie na łapy, nie myśląc o tym za dużo. — Oczywiście, o nic cię nie winię! Na pewno miałeś swoje powody, prawda, tato? — zapytała jeszcze, jak głupia, licząc na odpowiedź.
Kremowy był jednak tylko iluzją. Tak naprawdę… nie był przy niej. I gdy Kocimiętka to pojęła, ten rozpłynął się w powietrzu. Wtem od tyłu naszła ją Dyniowa Skórka. Uczennica wzdrygnęła się i szybko odwróciła głowę w jej stronę, kładąc po sobie uszy. Nagle oczy matki przyciemniały, a razem z nimi całe niebo. Nim się obejrzała, była już noc, a pręgowana kocica w pośpiechu popychała córki w stronę wyjścia z uliczki.
— Musicie być cicho jak myszki! — nakazała im szeptem, z determinacją i skupieniem wymalowanym na kufie. Wtedy Kocimiętka poczuła się tak samo, jak tamtej nocy, gdy uciekały z miasta. Właściwie… wszystko wyglądało niemal identycznie. Najpierw była zbyt zdziwiona, by cokolwiek zrobić, by się postawić, lecz gdy w końcu ocknęła się z tego dziwnego transu, natychmiast się zatrzymała. A przynajmniej chciała się zatrzymać – nieważne, co robiła, bo i tak poruszała się naprzód. Nawet gdy stała w miejscu, świat wokół niej się zmieniał, coraz bardziej przypominając las na terenach Klanu Wilka.
— Mamo! Dlaczego musimy uciekać!? — zawołała w końcu, tak głośno, jakby Dyniowa Skórka miała jej nie usłyszeć, choć szła tuż przed nią. Ruda, tak jak zakładała uczennica, nawet nie zareagowała. Nie dlatego, że ją ignorowała, lecz dlatego, że w rzeczywistości Kocimiętka nigdy nie zadała jej takiego pytania. Wtedy ufała bezgranicznie matce, że wie, co robi.
W końcu dotarły do progu obozu, a gdy tylko to zrobiły, sen zaczął blednąć, zanikać. Kocimiętka czuła, jak jej serce zaczyna bić szybciej, a zmysły nagle się wyostrzają. Gdzieś w tym chaosie słyszała ciche nawoływania swojego imienia.
— Kocimiętkowa Łapo.
Ruda poruszyła się na swoim posłaniu, próbując zignorować głos, który do niej mówił. Gdy zapadła cisza, rozluźniła się i wzięła głęboki wdech, gotowa znowu zasnąć. Już miała odpłynąć, gdy usłyszała ponownie:
— Kocimiętkowa Łapo, czeka cię trening.
Z westchnieniem rozciągnęła łapy, rozpychając się w posłaniu. Zamlaskała kilka razy, oblizała pyszczek, ale nie zrobiła nic, żeby się podnieść.
— Jeszcze chwilkę… — wymamrotała niewyraźnie, przykładając łapę do pyska. Lodowy Omen, jak zwykle, nie wydawała się zła. Właściwie – ona nigdy się nie gniewała. Była spokojna, opanowana, trochę zdystansowana. Nie podnosiła głosu, nie naciskała, ale zawsze potrafiła sprawić, że Kocimiętka zaczynała myśleć. Rozwijała jej potencjał, uczyła cierpliwości… a mimo to ruda wciąż nie pałała wielką chęcią do treningów. Nie znaczyło to jednak, że ich nie lubiła – dobrze spędzała na nich czas i naprawdę sporo się nauczyła. Po prostu nie była typem kota, który zrywa się o świcie z entuzjazmem. Może była po prostu bardzo, bardzo leniwa.
W końcu mistrzyni zdołała wyciągnąć ją z posłania i obie ruszyły przez terytorium Klanu Wilka, by poćwiczyć polowanie. W nosie uczennicy wciąż kręcił się delikatny zapach Króliczej Ułudy, który przywlokła ze snu. Przez to była trochę rozkojarzona i nie potrafiła dłużej skupić się na jednej rzeczy. Dopóki po prostu szła, nie przeszkadzało jej to zbytnio, ale gdy biało-czarna kotka poleciła jej zejść do pozycji łowieckiej i upolować drozda, zaczęły się schody. Ruda ciągle coś myliła, a Lodowy Omen raz po raz musiała ją poprawiać.
— Nie potrzeba szczególnej spostrzegawczości ani wybitnego intelektu, żeby zauważyć, że trening idzie ci opornie, Kocimiętkowa Łapo – i to nie z powodu braku umiejętności. Możesz dalej kręcić głową i udawać, że wszystko jest dobrze, lub powiedzieć mi, co gra ci w głowie. Żeby żadna z nas nie marnowała czasu na drugą. Nawet najmądrzejszy kot niczego się nie nauczy, jeśli nie ma w sobie myśli i chęci. Zostawiam wybór tobie.
Gdy tak się działo, miała ochotę wydrapać sobie oczy, by znów nie musieć widzieć tego wszystkiego. W dodatku najbardziej bolał ją fakt, że z każdym snem pysk Króliczej Ułudy stawał się coraz bardziej rozmazany, niewyraźny – jakby powoli go zapominała.
Bała się. Bała się, że kiedyś twarz i głos kremowego przepadną w odmętach jej umysłu i już nigdy nie będzie w stanie się do nich dokopać. Nawet nie wiedziała, czemu tak jej zależało na relacji z ojcem. Przecież – tak jak mówiła jej mama – on nawet nie spędzał przy nich wiele czasu. Może Kocimiętka zwyczajnie potrzebowała jakiegoś męskiego wzorca? Cały czas była otoczona kotkami, a nigdy nie miała przy sobie kogoś, kogo mogłaby nazwać prawdziwym “tatą”. Nawet jej mentorka była kocicą! Nie mogła za to nikogo winić, a poza tym cieszyła się, że to właśnie Lodowy Omen była jej nauczycielką – ale jednak czuła, że czegoś jej brakuje.
Teraz Królik znów była tutaj. Mogła zapełnić tę pustkę, którą czuła w sercu. Powstała z miejsca i powoli podeszła do kremowego samotnika, siadając tuż obok. Oparła pysk na jego barku, starając się dokładnie zapamiętać dotyk jego futra i zapach, który od niego bił. Być może w swojej głowie wyidealizowała jego obraz, ale nie była jeszcze na tyle bystra, by zrozumieć, co to słowo znaczy; dlatego ślepo wierzyła, że Królicza Ułuda jest kimś bliskim, kto by ją zrozumiał.
Po chwili spędzonej w ciszy postanowiła się odezwać, czując, że nie może zmarnować okazji do pogadania z ojcem – choćby we śnie.
— Tato… Dlaczego nie chciałeś się nami zajmować? Mama cię za to nie lubi, wiesz? Tak bardzo bym chciała, abyście wciąż byli razem! — westchnęła ciężko, po czym uniosła wzrok na ojca. Siedział nieruchomo, wpatrzony w punkt przed sobą. Jego pysk wydawał się… obcy. Kocimiętkowa Łapa zamrugała pospiesznie, próbując się pozbyć tego wrażenia. Jednak gdy ono nie znikało, po prostu przeniosła spojrzenie na łapy, nie myśląc o tym za dużo. — Oczywiście, o nic cię nie winię! Na pewno miałeś swoje powody, prawda, tato? — zapytała jeszcze, jak głupia, licząc na odpowiedź.
Kremowy był jednak tylko iluzją. Tak naprawdę… nie był przy niej. I gdy Kocimiętka to pojęła, ten rozpłynął się w powietrzu. Wtem od tyłu naszła ją Dyniowa Skórka. Uczennica wzdrygnęła się i szybko odwróciła głowę w jej stronę, kładąc po sobie uszy. Nagle oczy matki przyciemniały, a razem z nimi całe niebo. Nim się obejrzała, była już noc, a pręgowana kocica w pośpiechu popychała córki w stronę wyjścia z uliczki.
— Musicie być cicho jak myszki! — nakazała im szeptem, z determinacją i skupieniem wymalowanym na kufie. Wtedy Kocimiętka poczuła się tak samo, jak tamtej nocy, gdy uciekały z miasta. Właściwie… wszystko wyglądało niemal identycznie. Najpierw była zbyt zdziwiona, by cokolwiek zrobić, by się postawić, lecz gdy w końcu ocknęła się z tego dziwnego transu, natychmiast się zatrzymała. A przynajmniej chciała się zatrzymać – nieważne, co robiła, bo i tak poruszała się naprzód. Nawet gdy stała w miejscu, świat wokół niej się zmieniał, coraz bardziej przypominając las na terenach Klanu Wilka.
— Mamo! Dlaczego musimy uciekać!? — zawołała w końcu, tak głośno, jakby Dyniowa Skórka miała jej nie usłyszeć, choć szła tuż przed nią. Ruda, tak jak zakładała uczennica, nawet nie zareagowała. Nie dlatego, że ją ignorowała, lecz dlatego, że w rzeczywistości Kocimiętka nigdy nie zadała jej takiego pytania. Wtedy ufała bezgranicznie matce, że wie, co robi.
W końcu dotarły do progu obozu, a gdy tylko to zrobiły, sen zaczął blednąć, zanikać. Kocimiętka czuła, jak jej serce zaczyna bić szybciej, a zmysły nagle się wyostrzają. Gdzieś w tym chaosie słyszała ciche nawoływania swojego imienia.
~~~
— Kocimiętkowa Łapo.
Ruda poruszyła się na swoim posłaniu, próbując zignorować głos, który do niej mówił. Gdy zapadła cisza, rozluźniła się i wzięła głęboki wdech, gotowa znowu zasnąć. Już miała odpłynąć, gdy usłyszała ponownie:
— Kocimiętkowa Łapo, czeka cię trening.
Z westchnieniem rozciągnęła łapy, rozpychając się w posłaniu. Zamlaskała kilka razy, oblizała pyszczek, ale nie zrobiła nic, żeby się podnieść.
— Jeszcze chwilkę… — wymamrotała niewyraźnie, przykładając łapę do pyska. Lodowy Omen, jak zwykle, nie wydawała się zła. Właściwie – ona nigdy się nie gniewała. Była spokojna, opanowana, trochę zdystansowana. Nie podnosiła głosu, nie naciskała, ale zawsze potrafiła sprawić, że Kocimiętka zaczynała myśleć. Rozwijała jej potencjał, uczyła cierpliwości… a mimo to ruda wciąż nie pałała wielką chęcią do treningów. Nie znaczyło to jednak, że ich nie lubiła – dobrze spędzała na nich czas i naprawdę sporo się nauczyła. Po prostu nie była typem kota, który zrywa się o świcie z entuzjazmem. Może była po prostu bardzo, bardzo leniwa.
W końcu mistrzyni zdołała wyciągnąć ją z posłania i obie ruszyły przez terytorium Klanu Wilka, by poćwiczyć polowanie. W nosie uczennicy wciąż kręcił się delikatny zapach Króliczej Ułudy, który przywlokła ze snu. Przez to była trochę rozkojarzona i nie potrafiła dłużej skupić się na jednej rzeczy. Dopóki po prostu szła, nie przeszkadzało jej to zbytnio, ale gdy biało-czarna kotka poleciła jej zejść do pozycji łowieckiej i upolować drozda, zaczęły się schody. Ruda ciągle coś myliła, a Lodowy Omen raz po raz musiała ją poprawiać.
— Nie potrzeba szczególnej spostrzegawczości ani wybitnego intelektu, żeby zauważyć, że trening idzie ci opornie, Kocimiętkowa Łapo – i to nie z powodu braku umiejętności. Możesz dalej kręcić głową i udawać, że wszystko jest dobrze, lub powiedzieć mi, co gra ci w głowie. Żeby żadna z nas nie marnowała czasu na drugą. Nawet najmądrzejszy kot niczego się nie nauczy, jeśli nie ma w sobie myśli i chęci. Zostawiam wybór tobie.
Kocimiętka spojrzała na nią, a w jej oczach na moment pojawiła się nadzieja. Nadzieja, że może wreszcie się wygada, że może Lód pomoże jej przestać tęsknić za ojcem.
Jednak zaraz się speszyła.
— Po prostu jestem senna — mruknęła, spuszczając wzrok.
Postanowiła spróbować poszukać odpowiedzi na nietypowe zachowania Lodowego Omenu. Czemu mistrzyni była taka wyprana z emocji? Dlaczego zawsze tak spokojna, nigdy się nie gniewała?
Kto z żyjących kotów mógłby wiedzieć o niej więcej niż sama Mroczna Wizja? Obie były przecież mistrzyniami, więc coś na pewno musiało je łączyć… prawda?
Nie. Tak naprawdę Kocimiętka nie miała pojęcia, czy szuka odpowiedzi we właściwym miejscu, ale nie znała zbyt wielu innych źródeł, więc czarnofutra musiała jej jak na razie wystarczyć.
Kiedy pewnego dnia siedziała samotnie w obozie, postanowiła do niej podejść.
— Cześć, Mroczna Wizjo! Co u ciebie? — zagaiła, siadając obok starszej kocicy. — Może opowiesz mi coś o życiu jako mistrzyni? W ogóle… dogadujesz się z moją mentorką, Lodowym Omenem? — zaczęła wypytywać, nie przejmując się tym, że jej bezpośredniość mogła zostać uznana za nieodpowiednią.
Jednak zaraz się speszyła.
— Po prostu jestem senna — mruknęła, spuszczając wzrok.
***
Postanowiła spróbować poszukać odpowiedzi na nietypowe zachowania Lodowego Omenu. Czemu mistrzyni była taka wyprana z emocji? Dlaczego zawsze tak spokojna, nigdy się nie gniewała?
Kto z żyjących kotów mógłby wiedzieć o niej więcej niż sama Mroczna Wizja? Obie były przecież mistrzyniami, więc coś na pewno musiało je łączyć… prawda?
Nie. Tak naprawdę Kocimiętka nie miała pojęcia, czy szuka odpowiedzi we właściwym miejscu, ale nie znała zbyt wielu innych źródeł, więc czarnofutra musiała jej jak na razie wystarczyć.
Kiedy pewnego dnia siedziała samotnie w obozie, postanowiła do niej podejść.
— Cześć, Mroczna Wizjo! Co u ciebie? — zagaiła, siadając obok starszej kocicy. — Może opowiesz mi coś o życiu jako mistrzyni? W ogóle… dogadujesz się z moją mentorką, Lodowym Omenem? — zaczęła wypytywać, nie przejmując się tym, że jej bezpośredniość mogła zostać uznana za nieodpowiednią.
<Mroczna Wizjo?>
[1165 słów]
[przyznano 23%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz