BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smok x Wrona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smok x Wrona. Pokaż wszystkie posty

15 czerwca 2026

Od Smoka CD. Wrony

Zbliżała się już noc, a niebo zaczęło przybierać barwy różu i turkusu, wypierając z siebie słońce. Gondor, Wrona i Smok wracali ze spaceru, a w międzyczasie młódka opowiadała im o swoim ostatnim śnie.
— I w nim była taka wieeeelka jaszczulka, któla chciała mnie zjeść, ale ja się jej nie dałam i znokautowałam ją jednym silnym ciosem! — wyjaśniła. Potem podeszła do swojej matki, a ta dotknęła ją nosem w główkę.
— Och, już się bałam, że nie wrócicie z tego spaceru! — mruknęła czule Rohan.
— Mamo, mamo! Wiesz, jak było fajnie? Nauczyłam się nieco walczyć, zobaczyłam legowisko na dzewie, i szukałam kamyczków w wodzie! — zaczęła opowiadać, a w jej oczach zaiskrzyła duma.
Jednocześnie srebrzysta rozszerzyła źrenicę ze strachu, lecz Wrona uspokoiła ją wzrokiem.
— Pani córka jest naprawdę odważna! — mruknęła, na co Smok wypięła pierś i zadarła brodę.
Po chwili szylkretka spojrzała wprost na swoją matkę i wyszczerzyła ząbki.
— Mamo, mogę jeszcze pogadać z Wloną? Plooooszę — spytała, przechylając główkę.
— Ech, no dobrze, ale jak drugi raz przyjdę, to masz iść do żłobka! — miauknęła Rohan, po czym machnęła ogonem i wróciła do kociarni.
Gdy zniknęła w wejściu do żłobka, odezwała się dymna:
— Smoku, czy już wiesz, na kogo chcesz się szkolić?
Młódka przysiadła na ziemi, po czym podrapała się palcem po brodzie.
— Eee, czekaj, daj mi się zastanowić… — odpowiedziała, mrużąc na moment ślepka. Po chwili jednak jej pyszczek rozjaśnił się w szerokim uśmiechu, a w oczach pojawiła się determinacja. — Hej, z całą pewnością zostanę wojownikiem! I to najsilniejszym, jakiego Owocowy Las kiedykolwiek widział! — stwierdziła z taką pewnością siebie, że równie dobrze jej słowa już mogłyby być prawdą.
— Och, naprawdę? W takim razie życzę ci powodzenia w osiągnięciu swojego celu! — odparła dymna, posyłając młodszej pokrzepiający uśmiech. — Może nawet kiedyś uda nam się pójść na wspólny trening! Co o tym myślisz, Smoku? — zapytała.
Jak to, co myśli? Oczywiście, że chętnie odbędzie z kimś szkolenie!
— Tak, tak! Pójdziemy na wspólny tlening i zobaczysz, że pokonam cię skinieniem palca! — zaśmiała się Smok, a jej wąsy zadrżały z rozbawienia. — Ale zanim to, pokonam jeszcze swojego blaciszka, bo mu to obiecałam! — dodała, przytakując głową z pełną powagą.
Wrona zachichotała na słowa malucha.
— To może odbędziemy trening w trójkę, jeśli mój i wasi przyszli mentorzy się na to zgodzą? Chciałabym zobaczyć, jak walczysz z bratem! — oznajmiła, zaciekawiona słowami Smoka.
Mała karpatka nie wahała się nawet przez chwilę. Od razu podskoczyła z radości i odparła:
— Tak, tak, tak! Pielścień spali się ze wstydu jak ze mną pzegla na twoich oczach!
Uczennica otworzyła pysk, by znów coś powiedzieć, jednak wtedy ze żłobka wychyliła pysk Rohan. Chyba już zaczynała się niecierpliwić.
Smok zauważyła jej oczekujące spojrzenie i natychmiast pognała w stronę kociarni, rzucając Wronie krótkie “do zobaczenia” na pożegnanie. Już nie mogła się doczekać, aż w końcu te wszystkie obietnice się spełnią!

* * *

Wreszcie! Wreszcie doczekała momentu, w którym została uczniem! Zostało jej przydzielone własne legowisko pośród gałęzi kasztanowca, a także otrzymała mentora. Kocur nazywał się Sajgon. Smok nigdy wcześniej z nim nie rozmawiała, toteż nie miała pojęcia, co o nim sądzić. Miała tylko nadzieję, że ich współpraca okaże się owocna, gdyż nie zamierzała kisić się na randze ucznia aż do osiągnięcia wieku 25 księżyców! Co to, to nie! Zamierzała postarać się na tyle bardzo, by czarnofutry wojownik uznał, że jest gotowa do awansu już wtedy, gdy osiągnie wiek 10 księżyców! Chciała jako pierwsza z rodzeństwa opuścić legowisko uczniowskie, by potem móc się tym chwalić przy każdym kroku. Chyba by sobie nie wybaczyła, gdyby Mordor lub Pierścień awansowali jako pierwsi po tym, jak przez cały czas zapewniała ich o swojej świetności.
Dzięki swoim ambicjom była niezwykle zaangażowana i obowiązkowa. Właśnie dlatego, gdy Sajgon przyszedł, by zabrać ją na trening, nawet się nie ociągała. Od razu zeszła z pnia, gotowa na to, by wyruszyć wraz z czarnofutrym poza azyl. Denerwował ją tylko fakt, że jako ostatnia rozpoczęła trening, podczas gdy inni uczniowie już dawno zostali zgarnięci przez swoich nauczycieli. Postanowiła mu to wytknąć.
— Hej, a czemu wychodzimy jako ostatni? — zagadnęła, gdy wraz z Sajgonem opuszczała obóz.
Ten zmierzył ją swoim poważnym wzrokiem, po czym odchrząknął i odparł:
— Dobrze, że pytasz. Lepiej, bym już od samego początku wyjaśnił ci kilka zasad, którymi się kieruję — stwierdził, patrząc wprost przed siebie.
Smok nastawiła uszu, zaintrygowana tym, co chciał jej przekazać mentor. Miała nadzieję, że będzie to coś mądrego, żeby mogła to potem zapamiętać i opowiadać rodzeństwu, jakby to ona sama to wymyśliła!
— Po pierwsze, nigdy nie uginam się pod presją czasu. Wykonuję swoje obowiązki wtedy, kiedy ja chcę, a nie wtedy, kiedy ode mnie tego oczekują — oznajmił twardo, na co karpatka przytaknęła głową ze zrozumieniem. To, co mówił, miało sens. Po co przejmować się czasem, który był tylko jakimś wymysłem! W końcu nie można było go zobaczyć, więc czy tak naprawdę w ogóle istniał?
— A po dlugie? — spytała Smok, na co Sajgon w końcu łypnął na nią wzrokiem.
— Dlugie? — powtórzył po niej, nieco zdziwiony. Przyglądał jej się jeszcze tak przez chwilę, jakby analizował coś w myślach. Dopiero po chwili odchrząknął i znów przybrał kamienny wyraz pyska, powracając do obserwowania rysujących się przed jego nosem terenów. — Tak, po drugie… Musisz wiedzieć, że nie toleruję kłamstwa pod żadną postacią. Nie cierpię też oszustów, więc radzę ci nie próbować mnie oszukiwać, albo marnie się to dla ciebie skończy. Uwierz mi, że wyczuję kłamstwo z dziesięciu długości drzewa! — mruknął.
Te słowa nie spodobały się młodej karpatce. Ona nie widziała w kłamstwie nic złego! W końcu nic się nikomu nie stanie, jeśli wymyśli sobie historyjkę o walce z borsukiem i każdemu o niej zacznie mówić! Dlaczego ktoś miałby nienawidzić kłamstewek, nawet tych niewinnych?
— Aha… — burknęła w odpowiedzi na drugie przykazanie Sajgonu.
— Co “aha”? Czy coś ci się nie podoba? — fuknął czarnofutry. Jednocześnie żaden pojedynczy mięsień jego pyska nie drgnął, więc trudno było wyczytać, czy ma wobec Smoka jakiś wyrzut, czy pyta naprawdę.
— Nie, skądże — odparła krótko, po czym westchnęła ciężko, jednak niczego nie dopowiedziała. Jej reakcję można było uznać za wymowną…
— Przecież widzę, że coś ci nie pasuje. Czyżbyś lubiła kłamać? — drążył Sajgon, na co karpatka pokręciła głową.
— A ja pzecież mówię, że wszystko jest w poządku! — oburzyła się, strosząc futro na karku.

* * *

Sajgon nie zrobił na Smoku dobrego pierwszego wrażenia, ale młódka miała nadzieję, że z czasem czarnofutry ogarnie się i wyciągnie tego kija z zadka. Wtedy na pewno ich treningi zaczną przebiegać znacznie przyjemniej. Nie będą się musieli wadzić o jakieś drobnostki. Bo jak inaczej nazwać niewielkie kłamstwa? Przecież były na tyle błahe, że wypruwanie sobie z ich powodu żył było po prostu marnotrawstwem energii i czasu. Ale skoro Sajgon tak bardzo chciał stać przy swojej narracji, w takim razie proszę bardzo. Byle się tylko nie zdziwił, jak kiedyś zostanie zgorzkniałym staruszkiem bez przyjaciół.
Szylkretka tak była sfrustrowana drugą zasadą Sajgonu, że musiała się pójść wyżalić Wronie. Prędko odnalazła dymną i jej legowisko na kasztanowcu. Znajdowało się nieco wyżej, ponieważ kotka szkoliła się na zwiadowcę i musiała potrafić umiejętnie poruszać się na wysokościach.
— Wlono! Wlono, zejdź na dół! — krzyknęła Smok, stojąc pod drzewem.
Kotka o oklapniętych uszach prędko zsunęła się po pniu na ziemię, stając przed szylkretową uczennicą.
— Tak? Chciałaś o czymś porozmawiać? — spytała od razu, po czym uśmiechnęła się do młodszej. — Poza tym gratuluję awansu! Faktycznie zostałaś wojownikiem i wierzę, że teraz uda ci się zostać najlepszym kotem na tej randze!
Smok w głębi duszy ucieszyła się na pokrzepiające słowa koleżanki, jednak w rzeczywistości przewróciła tylko oczami.
— Mniejsza o to… — westchnęła, zmieniając temat. — Dostałam mentola, nazywa się Sajgon. Ma stlaszny kij w tyłku! Powiedział mi, że nie toleluje kłamstw w żadnej postaci, a ja uważam, że to gluba pzesada! — oburzyła się, smagając ogonem powietrze.

<Wlono? A ty co o tym sądzisz?>

[1250 słów]

[25%]

04 czerwca 2026

Od Wrony CD. Smoka

Dymna kotka popatrzyła na kotkę karpati, która przed chwilą była uczepiona jej łapy.
Następnie przez zadane jej pytanie popatrzyła na swoje uszy. Kiedy jeszcze siedziała w żłobku, lubiła bawić się jej uszami, więc nie zdziwiła się, gdy Smok się nimi zainteresowała. Też je lubiła, te uszy były jej częścią.
– Już się z nimi urodziłam – odpowiedziała.
– Ale fajnie! Mnie mamusia mówi, że te białe klopeczki są bardzo rzadkie! – pisnęła ze szczęścia.
– To bardzo fajnie, ale one cię nie obronią przed lisami – płynnie zmieniła temat.
– Ale może by ich nie było, a ja tak strlaaaasznie chcę wyjść! – fuknęła, przewracając się na plecy.
– Słuchaj, jeżeli będziesz odstawiała takie numery, możesz sobie zrobić krzywdę.
– I kto to mówi… – wtrącił się Gondor.
– Panie Gondorze, ja wiem, że wcześniej robiłam dziwne rzeczy, ale już zmądrzałam!
– A, a co ona lobiła? – spytała Smok swojego ojca.
– No cóż… – zaczął. – Ona i jej brat biegali po całym żłobku, robili tajniacką akcję ze zwierzyną ze stosu, wspinali się na krzewy i inne takie.
– Ooo… – szylkretka zrobiła wielkie oczy.
– Lepiej mnie nie naśladuj! – dodała kłapoucha.
– Ale ja też chcę się powspinać! – oznajmił zezłoszczony kociak.
– Chodź, Smoku, pójdziemy na spacerek – rzekł Gondor i przysunął ogonem do siebie córkę.
Wtedy dymnej wpadł do głowy pewien pomysł.
– Panie Gondorze, może jak pan z córką pójdzie na spacer, to może poszlibyście ze mną do Owocowego Lasku, Czereśnia dał mi dzień wolnego za szybkie postępy i chętnie bym… potrenowała pana córkę.
– Trenować w tym wieku? – rzekł zszokowany i nieco oburzony biały kocur.
– Wie pan, takie talenty trzeba szkolić jak najwcześniej…
Gondor już miał protestować, ale gdy zobaczył powagę we wzroku uczennicy, od razu się uspokoił.
– Trening! Trening! Ploszę, tato… – zaskomlała Smok.
– No dobrze, ale nie uciekasz i trzymasz się blisko mnie i Wrony, bo jeżeli gdzieś znikniesz, to wyjście będzie naszym ostatnim, zrozumiano?
– Zrozumiano! – podskoczył kociak i ruszył w kierunku wyjścia.
Słońce mocno grzało, aż za mocno, Wrona była cała gorąca pod jej długim i grubym futrem. Popatrzyła na bok, poziom wody w rzece znacznie się obniżył. Jeżeli tak dalej pójdzie, to wkrótce mogą wystąpić problemy z nawodnieniem, ale na razie się tym zbytnio nie przejmowała, i tak nie miała na to zbytnio wpływu. Nagle poczuła słodki zapach, który poinformował ją, że zbliża się do celu. Po tym sygnale uczennicy ukazał się zagajnik pełen jabłoni, grusz i śliw. W blasku słońca wyglądało to naprawdę prześlicznie.
– Ale tu śliiicznie! – pisnęła Smok, chcąc już popędzić do przodu, ale szybko się opamiętała.
– Czas na twój trening. Panie Gondorze, pan może gdzieś sobie usiąść, jeśli pan chce.
Biały skinął głową i odwrócił się w stronę śliwy, jeszcze zdążył się popatrzeć na dymną z powątpiewaniem w oczach.
– Dobrze, Smoku, twoim zadaniem będzie powalenie mnie. Jeśli ci się to uda, to gratuluję.
Szylkretka skinęła głową i przyjęła pozycję bojową. Ruszyła i skoczyła na plecy uczennicy, która delikatnie próbowała zepchnąć kociaka. Ta przeszła na wysokość karku i pociągnęła lekko dymną za futro.
– Agh! Pokonany! – zawarczała.
Wrona bujnęła się w prawo i upadła.
– Heh! Ale łatwo! – miauknęła kotka.
– Wiesz, w walce nie zawsze kogoś możesz zagryźć, to jest niezgodne z wolą Wszechmatki.
– To jak inaczej mam pokonać przeciwnika? – marudziła karpati.
– Uderzając go z boku – odpowiedziała.
Szylkretka od razu pobiegła z boku i uderzyła nauczycielkę od boku. Kłapoucha nie stanowiła żadnego oporu i się przewróciła.
– Phi! Taki z ciebie uczeń, że nawet udezenia z małego palca nie umiesz wytsymać! – zaśmiała się z wyższością. Wronie podniosło się ciśnienie, o nie, żaden kociak nie będzie się tutaj mądrzyć!
– W takim razie, skoro taka silna jesteś, spróbuj walnąć w oczy.
– Takie łatwe? No, ale jeśli tak chcesz… – zamruczała i z wyciągniętymi łapkami skoczyła do przodu. Uczennica się lekko odchyliła, przez co koteczka zrobiła fikołka, a następnie dymna złapała ją za kark.
– Hej, puszczaj! – Smok się wyrywała, lecz bez skutku. – To nie fail! Tatooo!
– Przecież ty taka silna jesteś, to dla ciebie pikuś!
– Och, proszę! Puść mnie! – nadal wrzeszczała.
– Jak sobie życzysz – już miała ją puścić, gdy nagle się opamiętała i delikatnie położyła kociaka na ziemi.
– Czemu to zlobiłaś! Jesteś okropna! – fuknęła karpati.
Kłapoucha westchnęła i miauknęła:
– Ja po prostu chronię cię od późnego mianowania, bo jak ktoś się dowie, że tak duży kot zachowuje się, jak mały kociak i przechwala się, na przykład ja, i powie to przywódcy, może to skutkować o przesunięciu ceremonii, a wiesz, Czereśnia to mój mentor muszę mu takie rzeczy mówić, ale gdy się w porę opamięta, sprawa idzie w niepamięć.
Najwyraźniej szylkretka się przestraszyła, gdyż miauknęła:
– Pzepaszam cię, Wlono, poniosło mnie.
– Nic nie szkodzi – liznęła kociaka między uszami. – Może chcesz zobaczyć moje świeże legowisko? Ale tylko wtedy, jeżeli twój tata się na to zgodzi i będziesz się trzymała blisko mnie, bo jest ono na jabłoni, ale nie wysokiej.
– Dobze, idę zawołać tatę – kotka podbiegła w podskokach z krzykami do białego kocura, po jej minie można było stwierdzić, że wszystko poszło po jej myśli.
– Możemy iiiść! – mruknęła szylkretka.
Gdy podeszli do drzewa, Wrona wzięła Smoka i wskoczyła na najniższą gałąź, za nimi szedł nieco zmartwiony Gondor.
– Wow! Ale tu ładnie! – rzekła zachwycona kotka, zaczynając się bawić zawieszonym piórem.
– Wybudowałam je razem z Czereśnią i Iskrzykiem – oznajmiła uczennica, siadając i owijając ogonem kociaka.
– Wlono? Jak zostanę uczniem, to też będę takie budować?
– Zapewne tak – mruknęła łagodnie do karpati.
– Nie mogę się już doczekać! Będzie super! Nauczę się polować na nornicę, walczyć i wiele innych superlaśnych rzeczy!

***

Był już wieczór, niebo przybrało kolor różowo turkusowy. Gondor, Wrona i Smok wracali ze spaceru. Szylkretka opowiadała im sen.
– I w nim była taka wieeeelka jaszczurka, któla chciała mnie zjeść, ale ja się jej nie dałam i znokautowałam ją jednym silnym ciosem!
– Och, już się bałam, że nie wrócicie z tego spaceru! – to była Rohan, która dotknęła się nosami z rodzinką.
– Mamo, mamo! Wiesz, jak było fajnie? Nauczyłam się nieco walczyć, zobaczyłam legowisko na drzewie, i szukałam kamyczków w wodzie!
Starsza karpati rozszerzyła źrenicę ze strachu, lecz Wrona ją uspokoiła wzrokiem.
– Pani córka jest naprawdę odważna! – mruknęła, a Smok dumnie wypięła pierś.
– Mamo, mogę jeszcze pogadać z Wloną? Plooooszę.
– Ech, no dobrze, ale jak drugi raz przyjdę, to masz iść do żłobka! – miauknęła Rohan, machnęła ogonem i podreptała z powrotem do swojego legowiska.
– Smoku, czy już wiesz, na kogo chcesz się szkolić? – spytała dymna, leżąc na kupce liści.
– Eee, czekaj, daj mi się zastanowić… – odpowiedziała szylkretka.

<Smoku?>
[1036 słów]

[21%]

31 maja 2026

Od Smoka do Wrony

Rohan zdążyła już dowiedzieć się o ostatniej ucieczce Smok, więc teraz obserwowała kotkę znacznie uważniej. Zdawało się też, że czasami specjalnie powstrzymywała się przed zaśnięciem, by nie stracić małej urwiski z oczu choćby na jedno uderzenie serca. Nigdy nie wiadomo było, co takiego Smok mogłaby odwalić w tak krótkim czasie, ale zapewne wiele...
Teraz kotki wpatrywały się w siebie podejrzliwie, jakby bawiły się w to, która pierwsza mrugnie. W końcu Rohan wzięła głęboki wdech i mruknęła:
— A co powiesz na spacer po obozie... pod nadzorem taty? — zaproponowała młódce, uśmiechając się lekko. — W ten sposób będziemy mieć pewność, że nic ci się nie stanie, a ty będziesz mogła trochę pozwiedzać tutejsze zakamarki!
Czarno-ruda nie chciała jednak tego słuchać. Gdy tylko mama wspomniała o tacie, prychnęła i odwróciła łepek od Rohan, udając oburzoną.
— Nie będę chodzić z tatą po obozie! To wstyd! — oznajmiła, gniewnie uderzając końcówką ogona o ziemię. — Albo pozwolisz mi pospacelować samemu, albo ucieknę pod twoją nieuwagę! — dodała, ponownie spoglądając na matkę.
— Nie, nie. To ja tu stawiam warunki! Albo pójdziesz z tatą, albo nie pójdziesz wcale — mruknęła Rohan, powoli kręcąc głową.
Wtedy Smok zrozumiała, że nawet jeśli wyjdzie ze żłobka z Gondorem, i tak będzie w stanie od niego zwiać. W jednej chwili zmieniła więc zdanie.
— No... dobze! Mogę wyjść z tatą — prychnęła, jakby od niechcenia, po czym podniosła się z miejsca i rozejrzała po żłobku.
Trochę czasu minie, nim białofutry zjawi się w kociarni, więc musiała czymś się zająć.
Uznała, że dobrym pomysłem będzie w końcu zapoznanie się z nowymi towarzyszami ze żłobka. Niestety większość z nich właśnie ucinała sobie drzemkę — poza jednym. Był to czekoladowy kocurek o żółtych ślepiach, który siedział pośród swojego śpiącego rodzeństwa.
Smok podeszła do niego, nawet niespecjalnie starając się nie obudzić pozostałej trójki.
— Cześć! Jak ci na imię? — zapytała od razu, jednak nie czekając na odpowiedź kocurka, kontynuowała: — Ja się nazywam Smok! Fajnie, plawda? Nie wiem, co to słowo oznacza, ale na pewno coś lównie potężnego, jak ja! — zaczęła się przechwalać. — Wiesz, że już udało mi się uciec ze żłobka? Widziałam, co takiego znajduje się poza jego ścianami! Och, jak było niebezpiecznie! Gdy tylko wysunęłam nos z kocialni, pzeleciał pzede mną taki oglomny ptak! Z długimi szponami i ostlym dziobem! — kontynuowała, dumnie wypinając pierś. — Plawie mnie złapał, ale i tak poszłam dalej! I wtedy spotkałam oglomnego lisa! I wspięłam się na jego plecy! — mówiła dalej, a w jej oczach błyszczała ekscytacja. — Niestety... później TWOJA mama mnie od niego zablała! — fuknęła gniewnie w stronę czekoladowego, marszcząc nosek.
— Huh? — odparł kocurek, wyraźnie nie nadążając za opowieścią Smok. — Ja... Ja mam na imię Gończyk — mruknął w końcu, po czym przechylił głowę. — A ty... naprawdę widziałaś lisa? W takim razie opowiedz mi, jak wygląda! — zażądał.
Szylkretka otworzyła szeroko oczy.
— Jak wygląda? No, cóż...
Nim jednak zaczęła go opisywać, w żłobku rozległ się znajomy głos. To tata zawitał w progach kociarni!
— Ja muszę już spadać! Ja wychodzę ze żłobka, a ty się dalej w nim malnuj! — zachichotała, wystawiła Gończykowi język, po czym pobiegła do Gondora.
Uderzyła w jego przednią łapę i zaczęła pchać ją do przodu.
— Tato! Tato! Ja chcę na zewnątz! Mama się zgodziła! — mówiła, jednocześnie próbując wypchnąć Gondora poza kociarnię.
— Dobrze, już idziemy... — mruknął białofutry, ruszając z miejsca.
Biedaczek nie miał nawet czasu przywitać się z partnerką i resztą swoich pociech, bo Smok nie dawała mu ani chwili spokoju.
Gdy znalazła się w obozie, od razu rozejrzała się wokół, wypatrując nowej ofiary, która mogłaby zabrać ją poza azyl. Tak bardzo skupiła się na poszukiwaniach, że odeszła nieco dalej od swojego taty. Ten natychmiast przytrzymał ją łapą i przysunął bliżej siebie, obawiając się, że kotka zaraz znowu ucieknie.
— Daj mi spokój! — fuknęła szylkretka, zirytowana zachowaniem ojca.
Już miała kontynuować obrażanie starszego, gdy nagle tuż obok przemknęła czarnofutra kotka o zabawnych uszach. Smok natychmiast wysunęła pazurki i podbiegła do niej, uczepiając się jej tylnej łapy.
— Ty! Plędko! Poza obóz! — powiedziała, zanim uczennica zdążyła się zatrzymać, zaskoczona.
— Oj nie, nie tym razem! — rozległ się głos białofutrego kocura, który szybko dogonił czarnofutrą kotkę, do której przyczepiona była jego latorośl. — Nie zmusisz kolejnego ucznia do tego, by pokazał ci tereny Owocowego Lasu!
Szylkretka pokazała mu język, jednak widząc jego rozgniewane spojrzenie, szybko puściła łapę starszej kotki i wróciła do ojca.
Nim jednak uczennica zdążyła odejść, Smok rzuciła w jej stronę:
— Ej, a czemu ty masz takie dziwne uszy? — zapytała, mrużąc podejrzliwie ślepia.

<Śmiesznoucho?>