BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smok. Pokaż wszystkie posty

03 października 2026

Od Smoka do Puchacza

Zebranie klanu

Leżała na swoim posłaniu, aż nagle usłyszała wołanie Czereśni. Od razu podniosła głowę, zastanawiając się, o co mogło tym razem chodzić. Chyba nie było w żłobku żadnych kociąt, które nadawałyby się na mianowanie. I raczej nie było także uczniów, którzy mieliby otrzymać awans — a już tym bardziej nie należał do nich Pierścień! Każdy inny terminator był natomiast raczej zbyt młody. Więc… zebranie musiało dotyczyć czegoś innego. Pewnie ciekawego, skoro nie była to żadna ceremonia.
Smok rozejrzała się wokół, by móc z kimś porozmawiać na temat tego wydarzenia. Padło na Puchacza, który znalazł się w jej polu widzenia.
— Ej, ty! — krzyknęła do niego.
Kocur zwrócił wzrok w jej stronę, trochę zakłopotany.
— Tak, ty! — dodała, zadzierając brodę. — Jak myślisz, kto tym lazem umalł?
Czekoladowy popatrzył na Smok mocno zdezorientowany.
— Co? Kto miałby umierać? — zapytał.
Wojowniczka przewróciła oczami. Co za dureń! Nawet nie zrozumiał jej żartu.
— Głupiś! — mruknęła żartobliwie. — Pzecież to na pewno nie będzie żadne mianowanie, więc mam nadzieję, że w takim lazie znaleziono jakiegoś tlupa — oznajmiła, zawiedziona tym, że musiała tłumaczyć kocurowi swój żart.
— Chciałabyś, żeby ktoś umarł? — zastanowił się coraz bardziej zdumiony.
Smok zmrużyła oczy.
— Tak. Na pzykład Moldol albo Pielścień! — prychnęła. — A tak naplawdę to czekam na to, aż w końcu wydazy się w tej pzynależności coś waltego mojej uwagi. Jak na lazie powiewa nudą! Chyba nie zapzeczysz? — miauknęła, przechylając głowę.
— Nie da się zaprzeczyć. Dlatego już rzadko przesiaduję w tym obozie. — Obrócił do niej pysk, uśmiechając się.
Szylkretka uniosła jedną brew do góry, a potem uśmiechnęła się zadziornie.
— Co masz na myśli? — spytała zaciekawiona. — Czyżbyś znalazł jakąś lozlywkę poza azylem?
— Wiesz, poluję, spaceruję… Różne rzeczy, żeby zabić czas — zaczął wyjaśniać. — Spacerowanie jest dużo ciekawsze, gdy potrafisz biegać po drzewach. Chodzisz szybciej i lepiej wszystko widzisz.
Wojowniczka coś nie potrafiła mu uwierzyć.
— Mhm… Skolo tak, to może kiedyś pzejdziemy się lazem na jakiś spacel i mi udowodnisz, że to takie ciekawe? — zaproponowała.
Czekoladowy uśmiechnął się nonszalancko.
— W porządku.
— Owocowy Lesie! — rozpoczął w końcu Czereśnia, a wszystkie rozmowy nagle ucichły. — Zebrałem was z pewnego powodu, lecz nie jest to żadne mianowanie niestety — wyjaśnił, rozwiewając pewne wątpliwości. — Wczoraj do mych uszu dotarła wola naszej przewodniczki, Wszechmatki! Jej słowa zostały przekazane mi przez Purchawkę oraz Wiciokrzewa — kontynuował, by zamilknąć na chwilę. — Zmiany są trudne, szczególnie te, które dotyczą kwestii dotychczas niezmiennych od wielu księżyców. Jednak zmiany są częścią życia! Dlatego... chcę, abyśmy razem podjęli decyzję, która wpłynie na życie każdego tutaj.
Szylkretka spostrzegła na pysku Puchacza niechęć.
— Widzę, że nie jesteś zbyt ucieszony słowami Czeleśni… — szepnęła do niego, chichocząc pod nosem. Była ciekawa, która część przemowy lidera wywołała u niego taką reakcję.
— Wiesz, nie rozumiem, po co mieliby cokolwiek zmieniać. Jak dla mnie to, że jakiś ptak usiadł na jakimś drzewie, nie powinno być powodem zwołania zebrania. Cała ta społeczność zachowuje się, jakby nigdy jerzyków nie widziała.
W oczach kotki pojawiła się iskra ekscytacji. Tak! Wreszcie spotkała kogoś w swoim wieku, kto podzielał jej opinie.
— Naleszcie! — miauknęła wpierw. — Ja lównież uważam, że wiala we Wszechmatkę to głupota! — oznajmiła, zadzierając brodę z wyższością. — Nie istnieją żadne dowody na to, że ona w ogóle istnieje! Niektózy Owocniacy to chyba lozum postladali. Wiezą ślepo we wszystko, co im się wmówi!
— Purchawko, Wiciokrzewie, zechcecie podzielić się wolą Wszechmatki z nami? Najlepiej, abyście to właśnie wy uczynili, bym niczego nie pomylił i nie przekręcił.
Po tych słowach Czereśnia łapą wskazał na miejsce tuż pod drzewem.
Czekoladowy parsknął tylko śmiechem, po czym uspokoił się pod naciskiem spojrzenia przywódcy, tylko po to, by chwilę później jeszcze raz obrócić się do kotki i przekręcić oczami, wskazując dyskretnie ogonem na tych ważniaków.
Wówczas Purchawka skinęła głową na słowa Czereśni i wraz z Wiciokrzewem u boku ruszyła pod mównicę.
— Kilka dni temu Wszechmatka postanowiła do nas przemówić! — zaczęła, wypinając dumnie pierś. — Tak właściwie to do Wiciokrzewu. Dostał on od niej wizję — kontynuowała, budując napięcie. — Wszechmatka ukazała mu się osobiście, tłumacząc, że w Owocowym Lesie muszą zajść spore zmiany! Wszechmatka uważa, że istnienie roli zastępcy i fakt, że wyznacza ich lider, przeczy naszym poglądom. Żaden kot nie powinien mieć aż tak dużego wpływu na naszą piękną przynależność, dlatego Wszechmatka zażądała, by rola zastępcy działała inaczej. Powiedziała nam, że chce, by w tej sprawie to koty takie jak wy miały wpływ na przyszłość Owocowego Lasu — oznajmiła, uśmiechając się szeroko.
Na moment zamilkła.
— Gdybyście wciąż nie byli przekonani o autentyczności tej wizji, to muszę wam powiedzieć, że kilka dni później ja również spotkałam Wszechmatkę. Tym razem we śnie. Ona również przekazała mi te same informacje co Wiciokrzewowi, toteż uważam je za najświętszą prawdę — kontynuowała. — Wraz z Wiciokrzewem zaczęliśmy obmyślać plan. Chcieliśmy, by wola Wszechmatki została spełniona, więc głowiliśmy się nad tym, co moglibyśmy uczynić, by tak się stało. Aż w końcu doszliśmy do wniosku, że powinna powstać u nas Rada! Dopracowywaliśmy ten pomysł przez wiele dni, poza obozem, w ciszy i skupieniu, i nie możemy się doczekać, aż zostanie wdrożony w życie! Przekazaliśmy już cały plan Czereśni, a on przekaże go i wam.
Puchacz teraz już przestał się śmiać, zamiast tego wbił oburzony wzrok w Purchawkę.
Smok również nie dowierzała swoim uszom.
— Co za skandal! — skomentowała to na tyle głośno, by jej nowy koleżka na pewno ją usłyszał. Chciała dramatu.
Zwiadowca walnął ogonem o gałąź.
— Co im przeszkadzają zastępcy?! I tak mamy więcej niż klany!
Nim szylkretka zdążyła mu odpowiedzieć, Czereśnia kontynuował:
— Jak słyszeliście, Wszechmatka chce, by każdy był równy, aby głos każdego został wysłuchany! Z tego też powodu chciałbym wprowadzić ową Radę, nim dołączę do naszych zmarłych bliskich — przerwał na chwilę, biorąc głębszy wdech. — Rada będzie składać się z czterech kotów, po jednym przedstawicielu z każdej rangi, czyli wojownik, zwiadowca, stróż i szaman lub inny kot ze szkoleniem medycznym. Niestety będzie się to wiązać z likwidacją rangi zastępców, którzy zostaną wcieleni do rady. Z racji, iż Figa i Guziczek są zwiadowcami, potrzebujemy jeszcze wojownika i stróża. Pierwszy skład rady będzie liczyć piątkę kotów ze względu na profesję dotychczasowych zastępców. Wybór do rady będzie zależeć od was poprzez głosowanie, jednak proszę, abyście zawsze robili to świadomie i nie na żarty. Każdy Owocniak powyżej trzydziestu księżyców może się zgłosić lub zostać zgłoszony przez innych, oczywiście za zgodą kandydata. Wspomnę jeszcze, że członkostwo w radzie nie jest aż do śmierci, tylko na okres dwudziestu księżyców i po tym czasie ponownie będzie odbywać się głosowanie pod okiem kolejnego lidera, który wtedy będzie sprawować pieczę nad Owocowym Lasem. Dodatkowo nastąpią również zmiany w wyborze liderów, ale to dopiero następnym razem, gdyż chcę mieć pewność, że przekażę Owocowy Las we właściwe łapy — oznajmił. — A więc! Teraz dopiero wysłucham waszych zgłoszeń do rady, lecz nie chcę, abyście się przekrzykiwali!
Po przemowie Puchacz szturchnął nową koleżankę.
— Może ty spróbuj tam wejść, co? Jak już zmieniają to niech chociaż rządzi ktoś ogarnięty. Bo ja nie zamierzam słuchać tych nadętych kotów — zaproponował.
Smok pokręciła głową.
— Nie mogę! Musiałabym mieć tzydzieści księżyców — westchnęła, przewracając oczami. — Ale nie maltw się! Pójdę zgłosić mojego tatę. On także jest ogalnięty! Zagłosuj na niego! — mruknęła, po czym zeskoczyła z drzewa.
Prędko udało jej się przebić przez tłum kotów.
— Ja chcę zgłosić Gondola! — oznajmiła donośnie.
Po jej słowach inne koty również zaczęły rzucać swoimi propozycjami, jednak Smok nie zwracała na nie zbyt dużej uwagi. Zastanawiała się już nad tym, jak wielu kotom będzie mogła pochwalić się tym, że jej ojciec zasiada w Radzie!
— Czy ktoś jeszcze chce się zgłosić lub zaproponować kandydatów? — rozległ się w końcu głos Czereśni, który spotkał się jedynie z ciszą Owocniaków. — Skoro tak to rozpoczynamy głosowanie! Jedyne zasady to brak możliwości głosowania na siebie oraz więcej niż raz na kota z danej profesji! Każdy po kolei będzie mówić, na kogo głosuje, a ja wraz z Figą, Guziczkiem i Purchawką będziemy liczyć głosy — oznajmił, po czym wymienił wszystkich zgłoszonych kandydatów raz jeszcze.
Wtedy rozpoczęło się głosowanie. Smok była niezmiernie ucieszona, słysząc wszystkie koty, które wykrzykiwały imię jej taty. Wiedziała, że również na niego zagłosuje, lecz kogo miała wybrać na stróża? Nie obchodził jej żaden z wymienionych tam kotów. Każdego uważała za przegrywa. Ale skoro już musiała…
— Gondol i… Płatek! — ogłosiła, wybierając kocura tylko i wyłącznie dlatego, że w jego imieniu nie występowała głoska “r”.
Kiedy tylko wszyscy inni wyrazili swoje zdanie, lider zszedł z drzewa, by porozmawiać z liczącymi głosy. Po dłuższym czasie ich cichej konwersacji lider powrócił na wcześniejsze miejsce.
— Owocowy Lesie! — rozpoczął, uciszając koty. — Na drodze głosowania przedstawiam cały skład Rady! Wymienionych proszę o wystąpienie. A więc! Przedstawicielami zwiadowców będą dotychczasowi zastępcy, Figa i Guziczek! Przedstawicielem uzdrowicieli i innych szkolących się medycznie jest Purchawka! Wojowników będzie reprezentować Gondor, a stróżów Płatek! Dziękuję wszystkim za udział.

* * *

Odkąd zostali wybrani członkowie Rady, a jednym z nich został Gondor, Smok chodziła cała rozweselona. Zawsze trzymała ogon wysoko, a pierś dumnie wypiętą. Cieszyła się niezmiernie z tego, że jej ojciec został wpływowym kotem w Owocowym Lesie, i liczyła na to, że gdy wreszcie osiągnie trzydzieści księżyców, tata zadba o to, by i ona wzniosła się na wyżyny hierarchii. Czy to nie byłoby piękne? Powinna od razu zostać liderem! Zapisałaby się w historii Owocowego Lasu jako najlepszy i najsilniejszy przywódca wszech czasów! Zgarnęłaby dla nich nowe tereny, nowe koty i armię. Podporządkowałaby każdy klan Owocowemu Lasu! Wszyscy by ją szanowali. Wszyscy uwielbiali. Wszyscy — co do jednego. Nikt nie śmiałby się jej sprzeciwić ani podważyć jej słów. Ach, tylko o tym marzyła…
Teraz jednak musiała skupić się na tym, by zostać najlepszą wojowniczką, zanim zacznie wspinać się wyżej. Oprócz tego musiała także zdobywać sprzymierzeńców, a w jednym z kotów z Owocowego Lasu widziała idealnego kandydata na kogoś takiego. Tym kotem był, rzecz jasna, Puchacz.
Umówiła się z nim nawet na spacer! Nie zamierzała tracić czasu, dlatego, gdy tylko spostrzegła czekoladowego w obozie, postanowiła do niego podejść.
— Puchaczu! — mruknęła wpierw, uśmiechając się do niego zadziornie. — Widzę, że ci się nudzi! — dodała. — Mam nadzieję, że pamiętasz, iż w dniu wybolu lady zgodziłeś się, by zablać mnie na jakiś ciekawy spacel?

<Puchaczu?>

06 września 2026

Od Smoka CD. Śnienia

Zgromadzenie

Spodziewała się, że zostanie wybrana na zgromadzenie. Już idąc na wyspę, zastanawiała się nad tym, z kim tym razem porozmawia. Może uda jej się zagadać do jakiegoś kota, który opowiedziałby jej co nieco o Klanie Gwiazdy?
Gdy rozsiadła się na kamiennej posadzce, podeszła do niej kremowa kotka. Była młoda, choć może trochę młodsza od niej. Pachniała ziołami i chyba Klanem Klifu, jeśli szylkretka dobrze pamiętała. Ale chwila, skoro pachniała roślinami, to może była uczennicą medyka?
— Cześć! Jestem Ćmia Łapa, a ty? — odezwała się nieznajoma.
— Smok — przedstawiła się, po czym uniosła jedną brew do góry. — Jesteś uczennicą medyka, co nie? Dostałaś już jakiś sen od Klanu Gwiazdy? — zapytała wprost.
— Em... Jeszcze nie dostałam, ale kto wie... — odpowiedziała. — Ty jesteś z Owocowego Lasu, prawda? Co u was? Podobno wy nie macie medyków...
Szylkretka skinęła głową.
— Tak! Nie mamy medyków, ale mamy za to dwie inne funkcje, mające za zadanie wykonywać obowiązki medyków — odparła, owijając ogon wokół łap. Nie była zbyt zadowolona z tego, że w Owocowym Lesie istnieli zielarze i uzdrowiciele, bo różniło ich to od klanów, które przecież wierzyły w Gwiezdnych Przodków. — Mniejsza o to. Może opowiesz mi co nieco o Klanie Gwiazdy? W Owocowym Lesie cały czas gadają o jakiejś Wszechmatce i mam tego dosyć!
— To bardzo ciekawe. Chętnie ci o nim opowiem. Klan Gwiazdy to nasi zmarli przodkowie, którzy nad nami czuwają. Czasami mówią nam jakieś przepowiednie, gdy jesteśmy w niebezpieczeństwie, ale nie wiem, kiedy ostatnio to było. Raz na księżyc idziemy do miejsca zwanego Księżycową Sadzawką i wtedy rozmawiamy z przodkami.
Wojowniczce bardzo spodobał się opis Gwiezdnych Przodków. Już kolejny raz utwierdziła się w przekonaniu, że mieli oni więcej sensu niż wiara Owocowego Lasu.
— Księżycowa Sadzawka? Byłaś już tam kiedyś? — zaczęła dopytywać. — A do tej Księżycowej Sadzawki idą wszyscy, czy tylko wyznaczone koty? I czy mogłabyś mnie do niej… pzemycić?
— Do sadzawki idą tylko medycy oraz przywódcy, gdy odbierają dziewięć żywotów. Jeszcze nie miałam okazji tam być, ale nie mogę się już tego doczekać! Podobno jest tam magicznie, tak przynajmniej mówi moja mentorka. Niestety nie mogę cię przemycić, ale mogę cię nauczyć więcej o Klanie Gwiazdy.
Szylkretce nie spodobała się odmowa ze strony uczennicy. Jak śmiała nie zgodzić się na to, by przemycić ją do Księżycowej Sadzawki? Toż to skandal!
— No weź! Spotkamy się kiedyś gdzieś po dlodzę i mnie zaplowadzisz… Nikt się nie dowie — mruknęła, po czym puściła kotce oczko. — Ja stalam się tak baldzo, by Owocniaki zaczęły wiezyć w Klan Gwiazdy… Myślę, że Pzodkowie chcieliby mi za to poglatulować. Chcesz ich od tego powstzymać?
— Hmmm... Przepraszam, ale nie mogę tego zrobić. Cieszę się, że wierzysz w Klan Gwiazdy, na pewno to ich cieszy. Może nawet dostaniesz kiedyś od nich sen? Ale wiara w Klan Gwiazdy jest ściśle związana z Kodeksem Wojownika.
Smok nie dowierzała swoim własnym uszom.
— Co z tego, że jest związana z Kodeksem Wojownika? Ja jestem wojownikiem! — oburzyła się, uderzając końcówką ogona o kamienną posadzkę. — No ploszę… Nad telenami Owocowego Lasu Klan Gwiazdy na pewno nie ma żadnej kontloli, bo każdy wiezy we Wszechmatkę! Po co Gwiezdni Pzodkowie mieliby zaglądać do kotów, któle się ich wypalły? — kontynuowała, tym razem głosem pełnym żalu. — Czy naplawdę chcesz mnie tak odsunąć od Klanu Gwiazdy?
Uczennica jednak utrzymywała poważną minę.
— Nie chodzi mi o to, że jesteś niegodna tej wiary. Chętnie bym cię nauczyła go, na pewno byłabyś świetnym wyznawcą. Ale nie mogę cię zabrać do Księżycowej Sadzawki! To wbrew zasadom.
Szylkretka wciąż była nadąsana.
— Zasady są po to, by je łamać, czyż nie? — prychnęła. — Gdybym to ja nie postanowiła spzeciwić się większości, to nikt w Owocowym Lesie nawet by nie pisnął słówkiem o Klanie Gwiazdy! Należy mi się jakaś nagloda. Myślę, że Gwiezdni Pzodkowie będą w stanie nagiąć trochę ten swój szlachetny kodeks, jeśli dowiedzą się ode mnie o sytuacji w Owocowym Lesie. Poza tym nie musisz mnie zaplowadzać wplost pod Księżycową Sadzawkę. Możesz tylko wskazać mi dlogę, a za to nie spotka cię pzecież żadna kala, jeśli o to się boisz!
— Przykro mi, Smoku, ale co do Księżycowej Sadzawki nie zmienię zdania, ale może chcesz się o czymś innym dowiedzieć? — Klifiaczka próbowała załagodzić sytuację, jednak szylkretka tylko fuknęła pod nosem.
— Jesteś młodsza ode mnie, a zachowujesz się co najmniej tak, jak moja matka! — stwierdziła, patrząc kpiąco na kremową kotkę. — Gdzie się w tobie podziała ladość? Czy naplawdę nigdy nie poczułaś tej ekscytacji, gdy lobiłaś coś wblew zasadom? W takim lazie ci współczuję. Musieli cię baldzo kontlolować w tym Klanie Klifu, że wylosłaś na takiego nudziaza.
— Jako kociak rozrabiałam, fajnie było, ale wybrałam drogę medyka i mam na barkach wielką odpowiedzialność — mruknęła.
Wojowniczka przewróciła oczami.
— Klany powinny jednak co nieco nauczyć się od Owocowego Lasu. U nas nikt z funkcji podobnych do medyka nie lobi takiej wielkiej odpowiedzialności, przez co żadne nowo mianowane kocię nie musi od lazu lezygnować z wszelkich psot, by stać się nudną skolupą bez duszy. Tak jak ty… — westchnęła.

* * *

Odkąd tylko usłyszała o tej Księżycowej Sadzawce, nie mogła przestać o niej myśleć. Czy naprawdę, gdyby się kiedyś do niej dostała, udałoby jej się skontaktować z Klanem Gwiazdy? Wtedy miałaby niepodważalne dowody na to, że Gwiezdni Przodkowie faktycznie istnieją. Mogłaby im zadać tyle pytań, dzięki którym potem zaginałaby koty wierzące we Wszechmatkę… Może nawet udałoby jej się zdobyć od nich dziewięć żywotów? Nie była co prawda liderem, lecz według samej siebie była równie ważna! W końcu to ona stawała na rzęsach, by nawrócić tę dziurę zwaną Owocowym Lasem na właściwą wiarę, podczas gdy nikt inny się do tego nie kwapił. Nawet Śnienie! Ani ta białofutra kotka, która wyglądała, jakby sama spadła z nocnego nieba. Dali się uciszyć przez Owocniaków, którzy po prostu nie chcą przejrzeć na oczy.
Mimo wszystko może Śnienie lub Wróżka znali drogę do Księżycowej Sadzawki i byliby chętni zaprowadzić do niej szylkretkę? W końcu skoro żyli teraz w Owocowym Lesie, to nie obowiązywał ich żaden kodeks, o którym wspominała kremowa kotka na zgromadzeniu. Zawsze warto spróbować, choć Smok już teraz zakładała, że ta dwójka będzie równie sztywna co uczennica medyczki z Klanu Klifu. Wydawali się tacy poważni — na pewno nie będą gotowi, by zrozumieć wizję młodszej kotki, która tylko chciała dostać to, co jej się należy.
Choć nie miała zbyt wysokich oczekiwań, i tak postanowiła spróbować. Od razu skierowała się w stronę lecznicy, wiedząc dobrze, że najpewniej to właśnie tam przesiadywała dwójka kotów. Wróżka wciąż jeszcze nie doszła do siebie, a Śnienie nie odstępował jej na krok. Smok zastanawiała się, co ich łączyło. Czyżby byli w sobie zakochani? W końcu, dlaczego czarnofutry tak dużo czasu spędzał z nowo przybyłą? Gdyby byli zwykłymi znajomymi, czy nawet przyjaciółmi, Śnienie najpewniej bardziej skupiałby się na swoich obowiązkach niż na spotkaniach z Wróżką.
Pokręciła łbem, wchodząc do legowiska medyków. Zignorowała Modrogończyka, który stał nieopodal niej i przyglądał się jej w zdumieniu, i podeszła do Śnienia i Wróżki. Jej wzrok od razu spoczął na starszym kocurze, gdyż to z nim miała już okazję zamienić kilka słów i lepiej go znała.
— Hej, Śnienie! Słyszałam o czymś takim jak Księżycowa Sadzawka — zaczęła, uśmiechając się słodko i niewinnie. — Opowiesz mi o tym miejscu? A może nawet wiesz, gdzie ono leży i… mógłbyś mnie tam zaplowadzić? Albo może chociaż ona wie? — zapytała, podnosząc łapę i wskazując palcem na albinoskę.

<Śnienie?>

21 sierpnia 2026

Od Smoka CD. Pierścienia

Przeszłość

Smok stała przed Pierścieniem na ugiętych nogach, przygotowana do walki. Jej ogon smagał trawę pod łapami, prawdopodobnie strasząc całą zwierzynę z okolicy.
— Na co czekasz? — syknął srebrzysty, również opadając niżej na łapach i wbijając pazury w ziemię.
Wreszcie nadszedł dzień, w którym Daglezja i Sajgon zdecydowali się zabrać swoich uczniów na wspólny trening. Czy myśleli, że naprawdę będzie to przyjemne szkolenie dwójki rodzeństwa? Jeśli tak, to byli w błędzie. Smok odczuwała palącą nienawiść do swojego brata, jak i również chęć upokorzenia go na każdym kroku. Odkąd tylko kocur postanowił obrać tę samą ścieżkę co ona, nie chciała mu dać za wygraną. Musiała pokazać, że to ona jest lepszym materiałem na wojownika. Że to ona bardziej zasługuje na ten tytuł. Że to ona wykona większe postępy i będzie mogła mianować się szybciej od Pierścienia.
Jeszcze przez moment wpatrywała się w kocura zmrużonymi ślepiami, aż w końcu napięła mięśnie i w uderzenie serca odbiła się od ziemi, szybując wprost na Pierścienia. Udało jej się powalić go na ziemię, przygważdżając go do gleby. Kocur leżał na plecach, co dało mu oczywistą opcję ucieczki. Już niedługo później szylkretka poczuła ból w brzuchu, gdy została kopnięta przez brata, który chciał się spod niej uwolnić.
Pierścieniowi udało się podnieść, podczas gdy Smok wracała do siebie po zadanym kopniaku. Srebrzysty od razu spróbował zaatakować siostrę, lecz ta cudem zrobiła chwiejny unik, dzięki czemu kocur pudłował.
— Mógłbyś się bardziej postalać! — warknęła, jednocześnie smagając powietrze ogonem. — Atakujesz jak kociak! Nawet dżdżownica dałaby ladę pzed tobą uciec! — zakpiła, co sprawiło, że w srebrzystym się zagotowało.
Kocur podjął kolejną próbę ataku, lecz Smokowi po raz kolejny udało się zrobić unik. W pewnym momencie postanowiła również przejść do ofensywy i złapała zębami za ogon swojego brata. Ten prędko się odwinął, a gdy szylkretka puściła jego ogon, rzucił się na nią i zaczęli przetaczać się po ziemi, wzbijając w powietrze kurz i pył.
W tej plątaninie uczennicy finalnie udało się ponownie zyskać przewagę i przyszpilić swojego brata do podłoża. Podczas walki odruchowo wysunęła pazury, a teraz łapę z nimi wysuniętymi trzymała na pysku Pierścienia.
— Nigdy nie będziesz plawdziwym wojownikiem! Nawet nie potlafisz walczyć! — fuknęła, nim do dwójki rodzeństwa nie podeszli Sajgon i Daglezja.
— To już tyle z walki na dziś — mruknął czarnofutry.
Na dźwięk jego głosu Smok wsunęła z powrotem pazury i puściła swojego brata wolno, ustawiając się obok swojego mentora. Obserwowała Pierścienia z chytrym uśmieszkiem wymalowanym na mordce, jakby chciała mu jednocześnie pokazać, że jej mentor jest lepszy i silniejszy od Daglezji.
W końcu wojowniczka nie wyglądała na groźną, a wręcz przeciwnie. Wyglądała sympatycznie, trochę bezbronnie. Pyszczek miała okrągły, niepozbawiony tłuszczyku. I niby ona miała dobrze wyszkolić Pierścienia? W dodatku, choć wyglądała miło, była istnym utrapieniem dla całego Owocowego Lasu. Często zdarzało jej się krzyczeć i marudzić, co nie było przyjemne dla ucha. Pierścień pewnie musiał sobie futro wyrywać podczas treningów z nią!
Gdy srebrzysty doszedł do siebie, cała czwórka ruszyła w stronę azylu. Sajgon i Daglezja szli przodem, a ich uczniowie podążali za nimi. Smok wpatrywała się w pysk swojego brata, a gdy ten tylko spojrzał na nią przez uderzenie serca, wystawiła mu język.
Uczeń przewrócił oczami, ignorując zaczepki siostry.
— No co jest! Lozumiem, że możesz mi zazdlościć tego, że jestem silniejsza, ale nie musisz mnie ignolować! Jesteś pzecież moim blaciszkiem, a lodzina powinna się kochać! — prychnęła kpiąco, po czym trąciła Pierścienia w bark.
Widać było, że srebrny ledwo już znosił obecność swojej siostry. Gdyby tylko mógł, najpewniej rzuciłby się na nią tu i teraz! Wtedy dostałby burę od Daglezji i Sajgonu, a Smok mogłaby się śmiać, obserwując, jak Pierścień płaszczy się pod spojrzeniem swojej mentorki. Czy nie byłoby to piękne?

* * *

Pech chciał, by Daglezja i Sajgon zdecydowali się wziąć swoich uczniów na kolejny trening. Nie wiadomo czemu. Nie wiadomo po co. Przecież musieli zauważyć to, jak Smok i Pierścień skakali sobie do gardeł na tym poprzednim, więc czemu chcieli to powtarzać? Może uważali, że takie konkurowanie dobrze im robi? Cóż, może mieli rację. Szylkretka czuła przypływ determinacji, gdy tylko myślała o tym, że przed bratem musi pokazywać się jako ta lepsza. Teraz również zamierzała mu dokopać tak mocno, jak tylko będzie umieć. W końcu to ona urodziła się jako pierwsza. Ona była najstarsza! Nie dość, że wybrała jedyną prawidłową ścieżkę szkolenia, to jeszcze szło jej na niej całkiem dobrze. Nie, wyśmienicie!
Gdy rodzeństwo wraz ze swoimi mentorami przemierzało tereny Owocowego Lasu, nie zatrzymywali się przez podejrzanie długi okres czasu. Jeśli znowu Smok i Pierścień mieli ze sobą walczyć, to dlaczego nie mogli wybrać pierwszego lepszego miejsca? Co to za różnica, czy pobiją się tu, czy tam. Tak czy siak, szylkretka zwycięży.
Wkrótce Sajgon i Daglezja zatrzymali się w miejscu, a na ich pyskach widniały uśmiechy.
— Dzisiaj nauczymy was, jak tworzyć legowiska na gałęziach drzew — oznajmił Sajgon, stając pod pniem jednego z drzew.
— Dokładnie! — przytaknęła Daglezja, śmiejąc się cicho pod nosem.
Smok poczuła oburzenie. Jak to? Po co im umiejętność splatania legowisk? Od tego przecież są stróże! Ewentualnie zwiadowcy. Ale na pewno nie wojownicy! Oni mieli umieć walczyć i bronić Owocowego Lasu, a nie robić za służących.
— Po co! — odezwała się w końcu szylkretka, mrużąc oczy. — Nie możemy nakazać stlóżom tego lobić? Pzecież oni i tak siedzą i się obijają — fuknęła, przewracając oczami.
Sajgon pokręcił jednak głową.
— Owocniaki żyją na drzewach. Umiejętność tworzenia legowisk na gałęziach drzew to dla nas podstawa. Czy naprawdę jesteś członkinią naszej społeczności, jeśli tego nie potrafisz? — odezwał się, wlepiając wzrok w swoją uczennicę.
Co za bzdury! Ona wcale nie żyła na żadnym drzewie. Tylko na nim spała. Nie była jednak jakimś brudnym zwiadowcą, żeby tak bardzo interesować się drzewami! Ten trening był urazą jej osoby.
— Oczywiście, że jestem! Co wtedy, jeśli jakiś kot ulodzi się bez pzednich łap i nie będzie potlafił spleść legowiska? Wtedy też będziesz uważać, że nie jest częścią Owocowego Lasu? Czemu dysklyminujesz koty bez pzednich łap? Hm? — zaczęła się wykłócać, na co Pierścień westchnął głośno.
— Daj spokój, Smok — mruknął jej do ucha, nim Sajgon zdążył coś powiedzieć.
— Nie! Moim zdaniem nie powinni nas uczyć takich głupot! Ja mam umieć się bronić i atakować, a nie lobić legowiska! To jakaś palanoja! — złościła się dalej.
— Dosyć tego! — ogłosił w końcu Sajgon, uderzając łapą o ziemię. — Nauczysz się splatać legowiska czy tego chcesz, czy nie. To mój obowiązek, by cię tego nauczyć, więc muszę go spełnić. Nie będę sprzeciwiać się tradycjom, bo jakiś uczeń sobie tego zażyczył — stwierdził twardo, nie pozostawiając szylkretce miejsca na dyskusję.
Gdy Daglezja zaczęła rozmawiać wraz z czarnofutrym na bliżej nieznany uczniom temat, Smok spojrzała na brata.
— Gdyby nie był taki upalty, to pewnie wyglałabym z nim w tej lozmowie! — mruknęła do niego, kręcąc głową ze zrezygnowaniem. — Pzecież też się ze mną zgodzisz, że ta umiejętność jest nam kompletnie niepzydatna! — zaczęła narzekać, lecz nim Pierścień zdążył jej odpowiedzieć, ponownie rozległ się głos Sajgonu:
— Dobra, skończcie już rozmawiać. Musicie wpierw samodzielnie zebrać materiały na legowisko, a potem je spleść — ogłosił, patrząc po uczniach.
Smokowi, jak zwykle, nie spodobał się ten pomysł.
— Skąd mam wiedzieć, co zbielać! — oburzyła się, jeżąc futro.
— Powinnaś wiedzieć, na czym śpisz! Patyki, mech, pióra. Cokolwiek, co uznacie za przydatne — odparł starszy, po czym podniósł łapę i pogonił nią uczniów do pracy. — Nie marnujcie więcej czasu na dyskusje! Nie mamy całego dnia na ten trening.
Szylkretka przewróciła oczami, po czym spojrzała na srebrzystego kocura.
— Kto ostatni zbieze potzebne mateliały, ten zgniłe jajo!

* * *

— Smoku, wystąp.
Nareszcie nadszedł ten moment. Czereśnia ponownie spoglądał na szylkretkę z ogromnej topoli, dokładnie tak samo, jak zrobił to w dniu, w którym kotka została mianowana na uczennicę. Jednak tym razem posuwała się o krok wyżej. Wreszcie miała zostać pełnoprawną wojowniczką! Po tylu księżycach, tylu treningach z Sajgonem, który wiecznie chodził z kijem w tyłku… Wreszcie będzie wolna od tego wszystkiego!
Smok bez wahania wystąpiła poza tłum kotów, wzrok mając wbity w czekoladowego lidera. W jej ślepiach tańczyły iskierki ekscytacji, a ogon poruszał się powoli z radości.
— Najwyższy czas, abyś dołączyła do grona wojowników. Wykazałaś się ogromną determinacją i siłą. Czy przysięgasz pozostać lojalną naszej społeczności i walczyć za jej dobro?
Gdy to pytanie padło z ust Czereśni, szylkretka odpowiedziała niemal od razu:
— Pzysięgam! — ogłosiła najgłośniej i najszczerzej, jak tylko potrafiła. Czuła się naprawdę zaszczycona, że wreszcie awansuje i już nie będzie się musiała dostosowywać do rutyny innego kota.
— A zatem witamy cię jako nową wojowniczkę Owocowego Lasu! — zakończył lider, posyłając szylkretce pokrzepiający uśmiech.
Nim Smok zdążyła się obrócić, z tyłu dobiegły ją krzyki.
— Smok! Smok! Smok! — skandowali zebrani.
Świeżo mianowana wojowniczka spojrzała wreszcie na tłum kotów, który z dumą powtarzał jej imię. Jej klatkę piersiową wypełniło ciepło, a wąsy zadrżały z tych wszystkich emocji. Gdy tak sunęła wzrokiem po znajomych pyskach, w końcu zatrzymała się na Pierścieniu. Ciekawe, czy jej teraz zazdrościł…

<Blacie?>

[1438 słów + tworzenie legowisk na gałęziach drzew]

[29% + 5%]

Od Smoka CD. Modrogończyka

— Dzień dobry, Smoku! — miauknął Modrogończyk, tym samym sprawiając, że kocica spojrzała w jego stronę. Neutralny wyraz jej pyska zamienił się w nienaturalny grymas. — Zaraz się tobą zajmę, tylko skończę nakładać papkę na poduszki Pierścienia.
Tyle że szylkretka nie potrzebowała, by ktoś się nią zajął. Była zdrowa jak ryba w wodzie! Przyszła tu jedynie dlatego, że miała nadzieję na rozmowę z Purchawką. Ta głupia szamanka! Powiedziała jej o jakimś kocie, który nazywał się Wilczomlecz, ale takiego wcale nie było w Owocowym Lesie! Smok pytała już innych Owocniaków i każdy z nich tylko wzruszał ramionami, przyznając, że nie ma pojęcia o istnieniu żadnego Wilczomlecza. Wychodziło na to, że Purchawka musiała ją po prostu perfidnie okłamać! W żywe oczy! Jak ona w ogóle śmiała przekazać szylkretowej uczennicy fałszywe informacje! Mogła się chociaż przyznać, że nie potrafi lisiej mowy i nie wie, czy ktokolwiek inny ją zna, zamiast opowiadać kotce o nieistniejącym kocie i niepotrzebnie robić jej nadzieję!
W dodatku samopoczuciu Smoka nie pomagał fakt, że w lecznicy przebywał jej nieznośny brat — Pierścień. Nie mogła nawet na niego patrzeć, tym bardziej teraz, gdy była sfrustrowana na Purchawkę i w ogóle cały świat wokół. Widząc jego głupiutki pyszczek, miała ochotę wysunąć pazury i przejechać nimi po tej jego mordce! Wiedziała, że musi się jednak powstrzymać. Nie mogła przecież zaatakować Pierścienia na oczach Modrogończyka i szamanki, bo tylko przyniosłaby sobie wstyd i problemy. A tego nie chciała, bo mogłoby to wydłużyć jej czas trwania treningu. Czereśnia pewnie za karę kazałby jej znacznie dłużej kisić się na posadzie ucznia, co byłoby dla niej istnym koszmarem. W końcu co, gdyby w międzyczasie Mordor lub Pierścień zdążyli się mianować? Nie mogła do tego za żadne skarby dopuścić!
— Hej, już zająłem się twoim bratem — odezwał się nagle czekoladowy uczeń, wyrywając tym samym szylkretkę z zamyślenia. — Mów śmiało, co ci dolega. Wiem już całkiem sporo o chorobach i ziołach, więc jestem pewny, że będę w stanie ci pomóc — dodał jeszcze, uśmiechając się ciepło do swojej starszej koleżanki.
Ta jednak go zignorowała. Skoro już została wyrwana z zamyślenia, odnalazła wzrokiem Purchawkę i szybko do niej podeszła, zostawiając Gończyka bez odpowiedzi. Może i było to niemiłe z jej strony, ale czy można ją za to winić, gdy jest w tak złym humorze? Uczeń szamana powinien użyć swojego szóstego zmysłu i wykryć, że Smok nie ma ochoty na rozmowę z nim.
— Pulchawko! — burknęła szylkretka, gdy w końcu znalazła się przed szamanką.
Ta spojrzała na nią ze zdziwieniem, po czym przeniosła wzrok na Modrogończyka. Nie obserwowała go jednak zbyt długo i po chwili znów wlepiła spojrzenie w Smoka.
— Tak? Coś ci dolega? Jeśli tak, Modrogończyk może się tobą zająć. Zapewniam cię, że wie, co robi — oznajmiła.
W uczennicy krew zagotowała się jeszcze bardziej. Czemu wszyscy w tym Owocowym Lesie byli takimi idiotami! Zapchlone mysie papki! Głupie lisie bobki! Smok czuła się tak, jakby powoli traciła już poczytalność, gdy miała rozmawiać z tymi kotami, które chyba zamieniły się z gołębiami rozumem.
— Nic mi nie dolega! — warknęła przez zęby, jeżąc sierść na karku z poirytowania.
Purchawka zdziwiła się zirytowanym tonem uczennicy.
— Jesteś pewna? Wydajesz się całkiem spięta, słoneczko. Może źle spałaś? Mogę podać ci nasiona maku — zaproponowała szamanka, wyglądając na szczerze przejętą.
Smok rozluźniła się nieco, po czym przewróciła oczami.
— Nie chcę żadnych ziół! — stwierdziła i odwróciwszy się tyłem do Purchawki, strzepnęła ogonem. — Chodź za mną — poleciła, nawet nie siląc się na grzeczny ton. Miała już dość tych wszystkich głupków w Owocowym Lesie!
Szamanka, wciąż nieco zdziwiona, podążyła za uczennicą na środek azylu. Na jej pysku widniało zdumienie, a także może sfrustrowanie tym, jak niemiła była dziś Smok.
— O czym chciałaś mi powiedzieć, słoneczko? — zapytała dymna, wyginając swój pysk w wymuszonym uśmiechu.
Wtem uczennica zmierzyła morderczym wzrokiem starszą szamankę.
— Co chciałam powiedzieć? — powtórzyła, patrząc na Purchawkę tak, jakby chciała ją unicestwić samym spojrzeniem. — To, że mnie okłamałaś, ty oszukistko! — prychnęła, jeżąc sierść na karku. — W Owocowym Lesie nie ma żadnego Wilczomlecza! Wymyśliłaś go, kłamco! — dodała, marszcząc nos.
Dymna zamrugała kilka razy ze zdumienia.
— Jak to nie ma? — wydukała, po czym przekręciła głowę. — Przecież nie słyszałam, by umarł. Jestem pewna, że gdyby coś mu się stało, to wiedziałabym o tym jako jedna z pierwszych! — uparła się, mierząc Smoka podejrzliwym wzrokiem.
— Nie obchodzi mnie to! Przeszukałam cały obóz i spytałam każdego kota o jakiegoś Wilczomlecza, ale nikt nie wiedział, o kogo chodzi! — fuknęła, strzepując ogonem ze złości.
To, co wyprawiała Purchawka, było po prostu żałosne. Wymyślała sobie jakiegoś nieistniejącego kota, a potem próbowała wkręcić biedną uczennicę w to, że jednak istnieje. A teraz, zamiast przyznać się do bycia okrutnikiem, brnęła w to kłamstwo dalej! To było naprawdę nie do pomyślenia. Tak nie powinna się zachowywać kotka, która miała w Owocowym Lesie tak dużo władzy! Smok lepiej by się spisała na jej miejscu. Albo nawet i ten głupi Modrogończyk.
— Mam nadzieję, że twój synalek szybko zajmie twoje miejsce — wymamrotała pod nosem, na co Purchawka wyciągnęła w jej stronę szyję.
— Co mówiłaś? — spytała, lecz szylkretka jedynie przewróciła oczami. — No, nieważne… Ale wracając do Wilczomlecza, to jestem pewna, że żyje! Nie wiem, czy ma się dobrze, biorąc pod uwagę jego stan psychiczny… ale na pewno żyje! — zapewniła uczennicę.
Smok wciąż jednak nie była przekonana. Przecież to niemożliwe, by nikt poza Purchawką nigdy nie słyszał o żadnym Wilczomleczu. Spytała tyle kotów — starszych i młodszych — i żaden nie wiedział, o kogo mogło jej chodzić. Sama też nie wiedziała, jak powinna opisać kota, którego szuka. Nawet jeśli Purchawka kiedyś jej go opisywała, to już tego nie pamiętała. Jedyne, co miała, to tę imię, którego nikt nigdy nie zdawał się słyszeć.
— Skoro jesteś taka pewna, że ten cały Wilczomlecz istnieje, to mnie do niego zaprowadź — zażądała, strosząc futro na karku. Tak będzie najłatwiej zagiąć Purchawkę i wywlec jej kłamstwo na światło dzienne.
— Teraz? — zapytała szamanka, oglądając się w stronę lecznicy.
— No laczej, że telaz.
Nie zamierzała ani chwili dłużej robić z siebie głupka i pytać kotów o kota, który był tylko wytworem bujnej wyobraźni szamanki. Smok nie mogła przecież przynosić sobie wstydu! Ona była wszechwiedząca i nieomylna, a takim pytaniem o nieistniejącego Wilczomlecza pewnie sprawiła, że koty patrzyły teraz na nią jak na obłąkaną. Miała tylko nadzieję, że szybko zapomną o tym incydencie.
W końcu starsza skinęła głową, przerywając spiralę myśli uczennicy.
— Dobrze. Powinien przebywać w legowisku starszych — oznajmiła, od razu zmierzając w tamtą stronę.
Szylkretka zdziwiła się, że szamanka wyglądała na taką pewną istnienia Wilczomlecza. Czyżby jej już do reszty odbiło? Smok przecież weszła do legowiska starszych i wprost spytała, czy przebywał tam ktoś o takim imieniu. Większość zgodnie odpowiedziała, że nie zna nikogo, kto zwałby się Wilczomlecz!
Mimo to szylkretowa przeraziła się trochę, że mogłaby być w błędzie. Purchawka wyglądała na naprawdę przekonaną o swojej racji. Tak bardzo, że kotka z największym ego w Owocowym Lesie zaczęła się obawiać.
— Byłam w legowisku stalszych i pytałam ich o Wilczomlecza! Nikt kogoś takiego nigdy nie widział — zaczęła się tłumaczyć, podążając za dymną kotką. — Więc jeśli ktoś taki naplawdę istnieje, to chyba musisz potlafić czalować! — kontynuowała, wpatrując się w niewzruszony wyraz pyska Purchawki.
Wkrótce kotki wkroczyły do legowiska starszych, a szamanka od razu się zatrzymała, wlepiając spojrzenie w liliowego, zgarbionego kocura. Ten uniósł swoje zielone ślepia na przybyłe, drżąc pod ich spojrzeniem. Dziwak.
— Wilczomleczu! — zawołała dymna kotka, podchodząc do pręgowanego. — Ta oto młódka, Smok, chciałaby z tobą porozmawiać — oznajmiła, po czym odwróciła głowę, by spiorunować szylkretkę wzrokiem.
Ta jednak zmarszczyła brwi.
— Halo, to nie żaden Wilczomlecz! — wrzasnęła, przeciskając się przez leżące na ziemi posłania do tego, które należało do liliowego. — Przecież on się nazywa Wiciokzew! Tak mi powiedziała leszta stalszych! — oburzyła się, jeżąc sierść na karku.
Szamanka spojrzała na nią zdziwiona, lecz nim cokolwiek powiedziała, przerwał im starszy:
— T-tak… — mruknął, zwracając na siebie uwagę dwóch kotek. — Nazywam się W-Wiciokrzew, lecz Pu-Purchawka od dawna myli moje i-imię — oznajmił, wlepiając wzrok w ziemię.
Szamanka i uczennica spojrzały po sobie. Czyli żadna z nich się nie myliła? To wszystko było tylko jednym, wielkim nieporozumieniem?
Smok prychnęła coś pod nosem.
— Świetnie! Tyle zachodu, żeby się dowiedzieć, że pzez cały czas szukałam nie tego kota! — bąknęła niezadowolona. — No ale pzynajmniej telaz już go znalazłam, więc możesz już zostawić nas samych — zwróciła się do szamanki, po czym strzepnęła ogonem.
Purchawka skinęła głową.
— Dobrze, słoneczko. Życzę ci, byś dowiedziała się od Wilcz- Wiciokrzewa tego, czego pragniesz — mruknęła na pożegnanie i wybyła z legowiska starszych.
Smok spojrzała na raczej mizernego, pokiereszowanego i naznaczonego zębem czasu kocura. Wyglądał, jakby przejechał go Potwór Dwunożnych! No i w dodatku szylkretka zdążyła już dostrzec, że nie miał jednej łapy. I niby od niego miała się uczyć lisiej mowy?
— No, eee… Ogólnie to chciałam z tobą polozmawiać, bo zaintelesowała mnie lisia mowa! Podobno ją potlafisz, co nie? — zaczęła trochę niezręcznie. Starszy emanował dziwną energią, a może raczej jej brakiem. Wyglądał trochę jak skorupa bez duszy, a nie jak kot.
— Owszem… p-potrafię — odparł.
Ach. W dodatku strasznie się jąkał! Przynajmniej Smok mogła czuć się raźniej, gdyż także nie mówiła w taki sam sposób jak większość Owocniaków. Tak samo, jak jej siostra. Co za pech!
— Świetnie. W takim lazie mnie jej nauczysz — ogłosiła, przybierając zadowolony wyraz pyska. Nie pozostawiła kocurowi miejsca na sprzeciw. — Pzyjdę do ciebie za niedługo i mnie nauczysz! Telaz muszę już iść, pa! — pożegnała się z nim i czmychnęła szybko poza legowisko starszych.
Może nie była to najdłuższa interakcja i może nie zrobiła na Wiciokrzewie dobrego pierwszego wrażenia, lecz wcale nie była przygotowana na tę rozmowę. Myślała, że Purchawka naprawdę wymyśliła sobie tego kota! Zdziwiło ją to ogromnie, gdy okazało się, że przez cały ten czas po prostu myliła jego imię.

* * *

Teraźniejszość

Te “niedługo” potrwało jednak… całkiem długo. Tak długo, że do Owocowego Lasu zdążyła dołączyć jakaś dziwna kotka, która przedstawiła się jako Wróżka. Miała białe futro i różowe ślepia. Wyglądała przez to bardzo niecodziennie. Niemal jak gwiazdka na niebie! W dodatku Śnienie, od którego Smok czerpała wiedzę na temat Klanu Gwiazdy, zdawał się ją lubić. Nawet bardzo. Tak bardzo, jak lubił ten swój Klan Gwiazdy! Czy oznaczało to, że Wróżka naprawdę mogła być jakimś posłańcem Gwiezdnych Przodków? W przeciwnym razie — dlaczego posiadała tak dziwne oczy? Może widziała nimi zmarłych? Może dzięki nim mogła porozumiewać się z gwiazdami? Jeśli tak, to relacja z nią byłaby bardzo korzystna. W końcu szylkretka chciała być jak najbliżej Klanu Gwiazdy, a także wiedzieć o nim jak najwięcej, by potem zaginać w dyskusjach te matołki, które wciąż wierzyły we Wszechmatkę, na której istnienie nie było żadnych dowodów. Klan Gwiazdy przynajmniej dostarczał znaki, które jasno świadczyły o tym, że istniał! Przywódcy mający dziewięć żyć nie byli żadną iluzją, lecz prawdą w czystej postaci!
Gdy tak nad tym myślała, wreszcie przypomniała sobie także o lisiej mowie. A wtedy od razu połączyła kropki i doszła do wniosku, że… mogłaby również nawracać lisy! Jeśli poznałaby wystarczająco dużo słów w języku lisów, mogłaby opowiadać im o Gwiezdnych Przodkach! Czy to nie byłoby wspaniałe? Czy za ten czyn Śnienie nie zacząłby jej chwalić i dziękować? No i ponadto pewnie zyskałaby również aprobatę lisów, gdyby te zaczęły wierzyć w to, co im przekazuje! A to oczywiste, że zaczęłyby wierzyć. W końcu powiedziałaby im o tych dziewięciu żywotach, o snach, o… wszystkim!
Nie mogąc powstrzymać uśmiechu, który malował się na jej pyszczku, zeszła z drzewa, na którym znajdowało się legowisko uczniów, i pognała odwiedzić Wiciokrzewa. Wreszcie. Po tylu księżycach! Wreszcie uda jej się wymusić naukę lisiej mowy i osiągnie to, czego pragnęła już od dłuższego czasu! Była zdeterminowana jak nigdy dotąd. Tym razem nie mogła zapomnieć o tych naukach, musiała się na nich skupić! Jej trening i tak dobiegał już końca, a przynajmniej tak czuła w kościach, więc teraz powinna mieć więcej czasu na inne sprawy.
Wsadziła łeb do środka pomieszczenia, wypatrując wzrokiem liliowego kocura. W końcu wlepiła w niego spojrzenie. Zdawał się spać. A może tylko miał zamknięte oczy?
— Wiciokzewie! — zawołała, tym samym sprawiając, że zielonooki wręcz zerwał się na równe łapy.
— Smok…? — wyszeptał cicho, wyciągając szyję w jej stronę. — Co ty tu ro-robisz? Chcesz wreszcie… na-nauczyć się…
— Lisiej mowy! Tak! — przerwała mu szylkretka, stawiając uszy na sztorc. — Chcę się nauczyć lisiej mowy! Telaz! — zażądała, po czym, nie czekając na odpowiedź starszego, wybiegła z legowiska i ustawiła się przy wyjściu z azylu. Gdyby została tam dłużej, ten mógłby zacząć się upierać, teraz natomiast nie mógł jej tak wystawić. Prawda?
Czekała tak przez dłuższą chwilę, aż w końcu przed jej oczami wyłonił się Wiciokrzew. No wreszcie! Ile można było na niego czekać? Raczej nie wyglądał tak, jakby specjalnie szykował się do tego spaceru — więc co zajęło mu aż tyle czasu? Futro wciąż miał rozczochrane i dosyć brudne, a minę senną i równie smętną.
— Naleszcie! Wleczesz się jak mucha w miodzie. Myślałam, że będę tu musiała czekać aż do zachodu! — zażartowała i od razu wybyła z obozu, zmierzając w stronę pól, na których rosły wrzosy. Tam podobno patrol znalazł Wróżkę, a także lisa! Na tym drugim Smokowi zależało najbardziej, choć nie pogardziłaby też kolejnym białofutrym kotem o śmiesznych oczach. Chciałaby takiego przyprowadzić do Owocowego Lasu… Czy Śnienie też by go wtedy polubił? I czy przez to zacząłby bardziej szanować Smoka?
Gdy dotarli w okolice granicy z Klanem Burzy, Wiciokrzew stanął jak wryty.
— Lis… musiał tu n-niedawno przechodzić — oznajmił, patrząc na szylkretkę.
— No co ty nie powiesz, geniuszu! To chyba oczywiste, że jakieś się tu błąkają. Pzecież patlol ostatnio widział tu jedną z tych ludych bestii! — stwierdziła, rozglądając się wokół i wciągając drażniącą woń do płuc. A więc tak pachniały lisy? Interesujące. Ale też przydatne! Skoro chciała z nimi kiedyś konwersować, musiała wiedzieć, jak je znaleźć. — Wiesz, w któlą stlonę poszedł? Moglibyśmy go znaleźć i z nim polozmawiać! — wypaliła nagle, stawiając ogon do góry.
Starszy pokręcił stanowczo głową.
— N-nie… Nie możemy. To n-niebezpieczne — mruknął, wlepiając wzrok w łapy.
— No ploszę cię! Co złego może się stać? Pzecież umiesz się komunikować z lisami! Powiesz mu, że pzychodzimy w pokoju i nas nie zaatakuje — burknęła, jakby to było oczywiste. — Chyba że tak naplawdę nie potlafisz lozmawiać z lisami i tylko mnie wlabiasz! — zastanowiła się, mrużąc podejrzliwie oczy.
— Umiem, umiem… — odparł Wiciokrzew, kładąc po sobie uszy. — Ale nie ro-robię tego, kiedy nie jest to ko-konieczne. Nie chcę cię na-narażać, gdybyśmy… tra-trafili na jakiegoś a-agresywnego osobnika — wyjaśnił spokojnie.
— Bzdula! Lisy nie mogą być aż tak stlaszne. Poza tym jestem baldzo szybka i silna! Dam ladę go pokonać! Albo chociaż od niego uciec! Czy lisy potlafią wspinać się na dzewa? Chyba nie. No właśnie! A ja umiem! — próbowała go namówić.
— Ty może i bie-biegasz szybko, ale ja… n-nie — westchnął pręgowany, zawracając w stronę obozu. — Wracajmy już. Mistral bę-będzie się o mnie ma-martwić…
Szylkretka przewróciła oczami.
— Głupia Mistlal! Co ona jest, jakimś twoim władcą? Pzecież nie może ci lozkazać siedzieć w legowisku! Poza tym nie nauczyłeś mnie ani jednego słowa po lisiemu! — oburzyła się, marszcząc brwi. Tak długo walczyła, by wywlec go poza obóz, a on już chciał wracać!
— Ona, utrapienie… — Wiciokrzew powiedział coś w języku niezrozumiałym dla Smoka.
— Co? — spytała, zdumiona bełkotem liliowego. — Co ty powiedziałeś? To było… to było po lisiemu? — zaczęła dopytywać, zaciekawiona.
Starszy westchnął ciężko.
— W li-lisim języku raczej n-nie składa się ca-całych zdań od nowa, lecz łą-łączy kilka słów, by nadać im no-nowego znaczenia czy sensu. To podstawa — oznajmił. — Przez to z-zdania mogą brzmieć tro-trochę nienaturalnie, ale tak już je-jest. Z biegiem cza-czasu większość słów przepadła w za-zapomnienie… Nie wiem, czy ktoś po-poza mną i Ose- — urwał, po czym odchrząknął. — Nie wiem, czy k-ktoś jeszcze potrafi tak do-dobrze mówić w języku lisów, jak j-ja — przyznał.
Smok uniosła jedną brew do góry.
— Ose? Ose… Osesek… Oset… Hm, więcej słów nie znam. O kogo ci chodzi? — zaczęła się zastanawiać. Czyżby mógł istnieć ktoś, kto jeszcze potrafił komunikować się z lisami? Tylko dlaczego Wiciokrzew ukrywał go przed nią?
— Nie, ni-nikt… Ten kot już n-nie żyje — miauknął, uśmiechając się smutno.
— Aha. Szkoda. W takim lazie muszę polegać tylko na tobie — rzuciła jakby trochę zawiedziona. To pewnie nie był odpowiedni moment na takie żarty, szczególnie że liliowy powiedział jej właśnie o jakimś zmarłym bliskim. Przynajmniej zakładała, że ten kot był mu bliski. Czy w przeciwnym razie wyglądałby aż tak smutno? Tak, jakby za kimś tęsknił?
— No wi-widzisz… — odrzekł pręgowany. — Słuchaj… wzię-wzięłaś mnie dziś z za-zaskoczenia. Może ju-jutro mogłabyś przyjść i na-nauczyłbym cię kilku po-podstawowych zwrotów, co? — zaproponował zielonooki, chyba już trochę zmęczony. O rany! Byli tu przecież tylko przez krótką chwilkę.
— Ech, niech ci będzie. Widzę, że wolisz zablać seklet lisiej mowy ze sobą do Klanu Gwiazdy, co? — zażartowała, na co Wiciokrzew pokręcił głową.
— Nie… nie idę d-do Klanu Gwiazdy — wyjaśnił spokojnie. — Wierzę we Wszechmatkę.
Smok otworzyła szerzej oczy, jakby starszy właśnie obraził całą jej rodzinę i wszystkie pokolenia wstecz. Katastrofa! Jak on w ogóle śmiał wierzyć w tę durną Wszechmatkę, a nie w Gwiezdnych Przodków? Od małego musieli mu prać mózg, by wierzył w tę bujdę.
— Nie maltw się! Pzed nami jeszcze kilka spotkań. Na pewno pzekonam cię do właściwej wialy — oznajmiła, a w jej oczach zaiskrzyła determinacja.
Wiciokrzew westchnął zrezygnowany, rozumiejąc, że nie przemówi szylkretce do rozsądku.
Nim Smok kontynuowała swoją tyradę, były uzdrowiciel odwrócił się i zaczął zmierzać w stronę obozu. Jak on w ogóle śmiał tak ją lekceważyć? Na zbyt dużo sobie pozwalał!
Podróż minęła im w ciszy, choć uczennica cały czas miała ochotę zapytać o coś Wiciokrzewa. Właściwie, miała do niego mnóstwo pytań, lecz dla dobra jego zdrowia psychicznego postanowiła zachować milczenie. Jeszcze by się ten staruszek obraził i postanowił jej nie szkolić! Tego by nie zniosła. Zbyt bardzo się namęczyła, by finalnie nie poznać ani jednego słówka w języku lisów.
Gdy wrócili do azylu, Wiciokrzew od razu zaszył się w swoim legowisku. Smok już zmierzała w stronę swojego, aż tu nagle drogę zagrodziła jej białofutra zielarka — Mistral. Nie wyglądała na zadowoloną. Właściwie to była całkiem wkurzona.
— Co tam, lizodupko? — zakpiła Smok, nawiązując do jej relacji z Wiciokrzewem. Wszyscy w obozie wiedzieli, że Mistral kleiła się do niego jak oset do futra!
— Lizodupko? — powtórzyła zielarka ze zdumieniem. Zaraz potem zmarszczyła brwi, frustrując się jeszcze bardziej. — To ty zabierasz Wiciokrzewa poza obóz bez niczyjej wiedzy! Po jakiego kija to zrobiłaś? — warknęła rozgniewana.
— Nie intelesuj się, bo mysiej mordki dostaniesz! — rzekła Smok, po czym wyminęła Mistral i zaczęła zmierzać w stronę swojego legowiska. Nim jednak to zrobiła, poczuła, jak czyjeś zęby zaciskają się na jej ogonie.
— Ała! Puść mnie, waliatko! — krzyknęła, odwracając się i widząc kły Mistral, które przytrzymywały jej piękny, biały ogon. — Jesteś psychiczna! Tak samo, jak ten Wiciokzew!
Zielarka w końcu ją puściła, po czym wypluła na ziemię strzępek jej futra.
— Ja jestem psychiczna? — zapytała starsza. Już miała otwierać pysk, by coś dodać, gdy przerwała jej uczennica:
— Tak, ty! Słyszałam, że podajesz mu jakieś dziwne zioła! Ogalnij się, zamiast się bawić w wielkiego uzdlowiciela! — wytknęła jej. — A telaz bądź mi łaskaw i odczep się ode mnie! — syknęła.
— Nie, póki się nie dowiem, po co zabrałaś Wiciokrzewa poza obóz! — Mistral nie zamierzała odpuścić.
— W takim lazie będziesz dziś spać na moim ogonie, bo w życiu ci nie powiem! — oburzyła się, na co w końcu białofutra prychnęła. Po chwili starsza odwróciła się i zaczęła iść w stronę legowiska starszyzny. Trudno. Niech sobie porozmawia ze swoim poddanym.

* * *

Od kilku dni starała się uczyć zwrotów w lisim języku, lecz jak na razie wciąż niewiele potrafiła. Trochę ją to irytowało. Dlaczego we wszystkim nie mogła być od razu najlepsza? Wiciokrzew zapewniał ją jednak, że wkrótce będzie umieć biegle komunikować się z tymi rudymi stworzeniami, co trochę ją pocieszało. W końcu bardzo tego chciała! Dzięki temu będzie lepsza od całej społeczności Owocowego Lasu! Będzie lepsza od Modrogończyka, Pierścienia, Mordoru, Mistral… Każdego! Już zacierała łapki, myśląc o tym, jak wielka sława i uznanie czekają ją w przyszłości. Jeśli oczywiście najpierw się mianuje, bo jak na razie mogła jedynie obserwować inne ceremonie z zazdrością. Może się trochę rozleniwiła? Widząc swoje rodzeństwo, które nie kwapiło się do treningów, czuła się spokojniej. Dawało jej to więcej czasu, gdyż wiedziała, że nie jest z ich strony zagrożona. Dzięki Gwiezdnym Przodkom!
Szylkretka zauważyła jednak, że ostatnimi czasy jej oko wydaje się zaropiałe. Nie wiedziała czemu i powoli zaczynało ją to denerwować. Ponadto to oko strasznie ją piekło, a gdy przez nie patrzyła, obraz wydawał się rozmazany. Wolała unikać wizyt u uzdrowicieli, gdyż twierdziła, że są dla słabeuszów, lecz nie chciała straszyć nikogo swoim chorym okiem. Gdyby zobaczył ją jakiś wróg, najpewniej by ją za to wyśmiał, a tego nie chciała! Właśnie dlatego przemogła się i weszła do lecznicy. Miała nadzieję, że Modrogończyka nie będzie w środku i będzie mógł zająć się nią Gołąbek, lecz na jej nieszczęście podszedł do niej właśnie czekoladowy kocur.
— Cześć, Smok! Co u ciebie? — zapytał, zaraz analizując ciało uczennicy w poszukiwaniu jakiegoś urazu. W końcu zatrzymał wzrok na jej pysku i skrzywił się trochę. — Oj, widzę, że masz infekcję oka. Nie martw się! Zaraz coś na to zaradzę — oznajmił i zanurkował pyskiem w składziku. Po chwili wrócił, żując w pysku jakąś roślinę. Gdy podszedł do niej i chciał nałożyć papkę na jej oko, ta w pierwszym odruchu odsunęła się, jeżąc futro na karku.
— Ty! Uważaj sobie z tą papką! Nie chcę mieć na pysku niczego, co było w twojej gębie! — zezłościła się, smagając powietrze ogonem.
— Przykro mi, ale musisz. W przeciwnym razie oko pozostanie zaropiałe i załzawione — wyjaśnił jej, na co szylkretka trochę się uspokoiła.
Brzydziła ją wizja okładu ze śliny i jakiegoś zioła, lecz nie chciała, by jej oko dalej wyglądało tak tragicznie. Pozwoliła na to, by Modrogończyk nałożył papkę na jej powiekę i owinął to wszystko pajęczyną.
— To już wszystko! — oznajmił.
— Mhm… — mruknęła żółtooka, jakby nad czymś myślała. — Wiesz, Gończyku… — dodała, przenosząc wzrok na białofutrą kocicę, która obecnie drzemała w lecznicy. — Tak sobie myślałam, czy ta kotka, aby nie jest żywym dowodem na istnienie Klanu Gwiazdy. Wygląda pzecież jak gwiazdka z nieba! No i w dodatku wiesz, że lidezy otzymują od Gwiezdnych Pzodków dziewięć żywotów — kontynuowała. — A ty niby co masz od Wszechmatki? No właśnie, nic! Jak ty możesz w nią w ogóle wiezyć, Gończyku? Czy pająki zasnuły ci mózg swoją pajęczyną? Nie ma żadnych dowodów na to, że ta wasza Wszechmatka istnieje. Lozmawiałeś kiedyś z jezykiem albo jaskółką i wiedziałeś, że to któlyś z twoich dawnych poblatymców? Dla mnie to zwykła bzdula! Tylko dulnie wiezą w jakąś Wszechsratkę! — zakpiła.

<Gończyku?>

[3691 słów + rozpoznawanie tropów lisów]

[74% + 5%]

Wyleczeni: Smok

02 sierpnia 2026

Od Smoka do Śnienia

Zgromadzenie

Lubiła zgromadzenia, bo na nich wreszcie mogła wyrwać się ze środowiska, w którym przebywała na co dzień, i porozmawiać z kimś zupełnie obcym. Niestety Owocowy Las nie graniczył z wieloma przynależnościami, więc ciężko było nawiązać relacje z kotami z innych klanów, jeśli nie zrobiło się tego właśnie na zgromadzeniu. Jedynymi, z którymi tak naprawdę mogli częściej rozmawiać, byli Burzacy, ponieważ dzielili z nimi niewielką granicę pod mostem. Jednocześnie ich tereny znajdowały się stosunkowo blisko siebie, jedynie po dwóch różnych stronach Drogi Grzmotu.
Smok właśnie zakończyła rozmowę z jakąś Nocniaczką, gdy nagle podeszła do niej kolejna kotka. Miała szylkretowe futro i pachniała lasem iglastym. Sajgon opowiadał swojej uczennicy o innych przynależnościach. To podobno Klan Wilka zamieszkiwał właśnie takie tereny.
— Masz bardzo ładne umaszczenie — powiedziała nieznajoma na wstępie, gdy tylko intensywne spojrzenie Owocniaczki spoczęło na niej.
— Wiem — Smok mruknęła krótko, uśmiechając się do kotki. — Poszczęściło mi się, czyż nie?
— Zapewne, gdyż dotąd nie spotkałam jeszcze takiego — przyznała. — Ja nie miałam takiego szczęścia. W ogóle jestem Zwęglona Kukułka z... — przerwała nagle.
— Zwęglona Kukułkaz? Ciekawe imię — stwierdziła szylkretka, uśmiechając się zadziornie. — Słyszałam o kukułkach, ale nie o kukułkaz. To jakiś nowy gatunek występujący tylko w Klanie Wilka? Bo chyba właśnie stamtąd jesteś, tak? — zapytała, przekrzywiając lekko głowę.
— Nie, nie, Zwęglona Kukułka, bez tego “z” na końcu, Po prostu... Nie byłam pewna, czy chcę się dzielić tym, skąd jestem, ale jak widać, nie muszę już o tym mówić. Tak, jestem z Klanu Wilka — potwierdziła z widoczną niechęcią.
Szylkretka wzruszyła ramionami.
— No, tylko Wilczaki tak mocno dają iglakami — stwierdziła. — Poza tym ja nazywam się Smok. Pewnie zastanawiasz się, co to takiego? Cóż, sama chciałabym to wiedzieć — zachichotała, poruszając wibrysami z rozbawieniem.
— Może racja. Wy za to z Owocowego Lasu nosicie na sobie subtelną woń owoców. Muszą jakieś rosnąć na waszym terytorium. I bardzo ładne masz imię, oryginalne, wręcz niepowtarzalne, zapisujące się w pamięć rozmówcy — przyznała Kukułka z lekkim uśmiechem. — Pewnie nosząc takie imiona, jest wam łatwiej, nie musicie zawsze dwóch członów wypowiadać oraz chyba pozostaje niezmienne, racja?
Uczennica skinęła głową.
— Tak, pozostają niezmienne. Całe życie mamy takie samo imię, o ile nie stanie się nic szczególnego — odparła. Cieszył ją taki system imion, choć czasami zastanawiała się, jak brzmiałoby jej własne dwuczłonowe imię. Pewnie jakoś imponująco! Mogłaby być Ognistym Smokiem… albo może Potężnym Smokiem? W każdym razie jej imię z pewnością budziłoby grozę w każdym przeciwniku! — A na jakiej podstawie nadają wam imiona? Czemu jesteś Zwęgloną Kukułką? Uważasz, że pasuje do ciebie to imię?
— Imiona w klanach to dość indywidualna kwestia. Często zostają w jakimś stopniu takie same, na przykład jako kociak nosiłam imię Węgielek, a moja siostra Kryształka. Teraz mam w imieniu człon Zwęglona od tego imienia, za to siostra teraz się zwie Ośnieżony Kryształ. Zależy tak naprawdę od lidera, to on nadaje nowe imię. Nie wiem skąd u mnie człon Kukułka, lecz może to ze względu na moją bardziej wycofaną naturę. Czy mi pasuje? Chyba w jakimś stopniu tak, jakoś się tym zbytnio nie przejmuję.
Smok trochę zaczynała się już nudzić tą rozmową, mimo iż kotka wcale nie wydawała się taka zła.
— Aha, to fajnie — odparła krótko, po czym usiadła i zaczęła wylizywać swoją łapę. Po chwili odstawiła ją z powrotem na ziemię i spojrzała na Zwęgloną Kukułkę. — To o czym chcesz gadać? — zapytała, licząc na to, że wojowniczka sama znajdzie jakiś ciekawy temat.
— W sumie ciekawi mnie czy wszędzie koty tak samo się szkolą, wierzą w jednych Przodków, czy praktykują coś niecodziennego i... może wątpliwego moralnie — odparła. — Widziałam, że wszyscy Owocniacy mają określoną ilość nacięć na uchu oprócz uczniów.
Szylkretka przewróciła oczami.
— Nie wiem, w Owocowym Lesie czczą Wszechmatkę, czymkolwiek to jest. Nigdy mnie to nie ciekawiło — przyznała obojętnie. Wiedziała, że większość Owocniaków wyznawała właśnie Wszechmatkę, lecz ona, chcąc być inna i ciekawsza, wolała nie deklarować się jako wierząca. — Co do tych nacięć, to tak, symbolizują one stanowisko danego kota — wyjaśniła, nie kwapiąc się jednak do rozwijania tego tematu. Nie, żeby w ogóle pamiętała, ile nacięć przypadało danej randze.
— Rozumiem. — Zwęgloną Kukułka skinęła głową. — Dziękuję ci bardzo za rozmowę, lecz muszę iść poszukać siostry.
Smok nawet nie przejęła się jej odejściem, a zamiast tego wróciła do wylizywania swojej łapy, jakby Wilczaczka w ogóle do niej nie podchodziła. Musiała jednak przyznać, że ci Przodkowie, o których wspominała szylkretka, trochę ją zaintrygowali. Może Śnienie, Poziomka i Koniczyna wiedzieliby o nich coś więcej? Smok bardzo chętnie zaczęłaby ich wyznawać, gdyby oznaczało to, że stanie się jeszcze bardziej wyjątkowa na tle swoich pobratymców.

* * *

Kilka dni po zgromadzeniu stwierdziła, że w końcu postara się zagadać do któregoś z kotów, które kilka księżyców temu zadomowiły się w Owocowym Lesie. Chciała mieć to już za sobą, żeby potem nie zapomnieć o tym tak samo, jak o lisiej mowie, o której wciąż wiedziała niewiele, choć przysięgała sobie, że się jej nauczy. Nadal jednak wierzyła, że kiedyś przyjdzie na to czas i w końcu pozna język lisów.
Teraz była jednak pochłonięta treningami, czyż nie? Kto miałby czas na naukę lisiej mowy, gdy musi walczyć o to, by już niedługo zostać mianowanym? Smok poprzysięgła więc sobie, że wróci do nauki tak szybko, jak tylko zostanie pełnoprawną wojowniczką, a czuła, że wydarzy się to już niebawem.
Uznała jednak, że zagadanie do Śnienia, Poziomki czy Koniczyny nie zaszkodzi jej w treningach i nie zajmie tyle czasu, co nauka całego nowego języka. Rozejrzała się więc po obozie, wypatrując któregoś z przybyszów. Jako pierwszy rzucił jej się w oczy Śnienie. Miał długie, czarne futro i zabawną brodę, która wydawała się wręcz nienaturalnie długa.
Szylkretka zaśmiała się pod nosem i szybkim krokiem podeszła do starszego.
— Hej, Śnienie! — mruknęła na przywitanie, zagradzając mu drogę.
Kocur uniósł jedną brew, najwyraźniej spodziewając się jakiejś zaczepki. Nie tym razem. Teraz Smok chciała się doedukować, a nie męczyć biednego staruszka.
— Tak? — odparł w końcu.
Na pysku szylkretki natychmiast pojawił się szeroki uśmiech.
— Opowiesz mi o tych całych Pzodkach? — spytała, robiąc w jego stronę słodkie oczka. — Spotkałam na zglomadzeniu jakąś Wilczaczkę, któla o nich wspomniała. Zaciekawili mnie i pomyślałam, że może coś o nich wiesz — dodała, poruszając wibrysami z niecierpliwością.
Czarnofutry wyraźnie zdziwił się jej prośbą, lecz po chwili skinął głową, i ruchem pyska nakazał jej pójść za sobą w bardziej ustronne miejsce. Tam przysiadł, a szylkretka uczyniła to samo.
— Jak już pewnie wiesz, w Owocowym Lesie wierzy się we Wszechmatkę. Jest to jednak wiara praktykowana wyłącznie przez Owocniaków. W innych przynależnościach wygląda to nieco inaczej. Wiem, bo sam z takiej pochodzę — zaczął wyjaśniać. — Zazwyczaj w klanach wyznaje się Klan Gwiazdy, którego członkowie są znani również jako Gwiezdni Przodkowie. W przeciwieństwie do waszej wiary nasza ma dowody na swoje istnienie. Przodkowie odwiedzają nas w snach, a także codziennie nad nami czuwają. Ponadto liderzy otrzymują dziewięć żyć, co jest niepodważalnym dowodem ich istnienia. Można uważać ich zasady czy osądy za niesłuszne, ale twierdzenie, że nie istnieją, byłoby zwyczajnie głupie i ignoranckie — stwierdził z poważną miną.
Po jego tonie łatwo było poznać, że bardzo cenił sobie wiarę w Klan Gwiazdy. Smok nie mogła lepiej trafić! Już podobali jej się ci cali Gwiezdni Przodkowie. Będzie miała się czym chwalić! Zaraz uświadomi wszystkim, że ta ich Wszechmatka to zwykła bzdura. Jak mogli być tak głupi, żeby nie wierzyć w Klan Gwiazdy, skoro mieli pod nosem tyle dowodów?
— Ten cały Klan Gwiazdy ma dużo więcej sensu niż jakaś głupia Wszechmatka! — oburzyła się, przewracając oczami. — Nie maltw się, postalam się wbić tym głupkom lozum do głowy! — zadeklarowała, wypinając dumnie pierś.
Już oczyma wyobraźni widziała, jak opowiada swoim znajomym o jedynej prawdziwej wierze.

<Śnienie?>

[1232 słowa]

[25%]

01 sierpnia 2026

Od Smoka CD. Borowika

— Idzie! Pats, Bolowiku, idzie! — wyszeptała, potrząsając lekko Borowikiem.
Kocur skrzywił się i mocniej wbił pazury w ziemię, jakby wyczekiwał odpowiedniego momentu. Jego ogon sam zaczął drżeć, wędrując od jednego boku do drugiego.
W międzyczasie kremowy kocur niczego nieświadomy zeskoczył z pnia na ziemię, gdy był już wystarczająco blisko podłoża. Wtedy momentalnie stracił jakąkolwiek przyczepność, przez co wylądował pyskiem prosto w zaspie.
Smok z trudem stłumiła śmiech, który cisnął jej się przez gardło. Widząc to, Borowik pacnął ją ogonem w grzbiet, przypominając jej, że musi pozostać cicho.
Po chwili Iskrzyk podniósł się z ziemi i gniewnie otrzepał śnieg z pyska. Ten jednak, jak na złość, miał dziś wyjątkowo zbitą strukturę i nie chciał się odkleić. Grudki białego puchu wciąż zwisały z futra na jego mordce. Wkrótce zaczął rozglądać się dookoła, wyraźnie zdezorientowany.
— Ugh! No dobra! Kto jest takim żartownisiem, co?! — warknął, coraz bardziej zirytowany.
Rozbawiony tą sytuacją bury zwiadowca przypadkiem wychylił głowę zbyt daleko z ich kryjówki. Gdy Iskrzyk niemal spojrzał prosto w ich stronę, Smok instynktownie poderwała się na dwie łapy i przednimi kończynami naparła na łeb Borowika, próbując zniżyć go do ziemi. Kocur parsknął, ale pozwolił szylkretce uratować się przed spojrzeniem kremowego zwiadowcy.
— Musisz baldziej uważać, Bolowiku! — syknęła mu do ucha, jednocześnie uderzając z frustracji końcówką ogona o podłoże.
— No... dobrze — odparł zwiadowca, po czym odsunął się od Smoka, uwalniając się spod jej łap.
Tak zajęci rozmową, nie zauważyli nawet, że Iskrzyk zmierzał prosto w ich stronę. Zorientowali się dopiero wtedy, gdy okrył ich czyjś masywny cień.
— Myśleliście, że was nie usłyszę? — zaczął, na co Smok i Borowik zamarli w bezruchu.
Szylkretka w pierwszej chwili wytrzeszczyła ślepia, jednak zaraz potem wystrzeliła do góry, prostując się na wszystkich czterech łapach i nieznacznie zadzierając brodę. Czy ta mysia papka myślała, że uczennica zamierza się przed nim kulić ze strachu? Jeśli tak, to głęboko się myliła.
— Skolo nie potlafisz nawet zejść z dzewa, to kto wie, czy wszystkie zmysły masz splawne! — odparła, marszcząc brwi.
— Ja przynajmniej potrafię normalnie mówić! — fuknął w odpowiedzi Iskrzyk.
— Widzę, że nie masz do czego się pzyczepić, więc wytykasz mi coś, czego nie potlafię zmienić, ty niedolajdo! — oburzyła się, jeżąc sierść na karku. Nienawidziła, gdy ktoś wytykał jej problemy z wymawianiem głoski “r”. Trochę się tego wstydziła, choć nigdy nie chciała otwarcie się do tego przyznać. Mimo wszystko wciąż wygłaszała swoje przemowy z podniesioną głową, choć za każdym razem denerwował ją fakt, że sepleni.
Gdy Iskrzyk i Smok mierzyli się zirytowanymi spojrzeniami, Borowik zdążył również się podnieść i przybrać nieco zmartwiony wyraz pyska.
— Powinniście przestać się kłócić — mruknął krótko.
Szylkretka zmierzyła go morderczym wzrokiem.
— No co ty nie powiesz, panie wielki mózgu! — warknęła. Po chwili, jak gdyby nigdy nic, odwróciła się od nich obu i ruszyła przed siebie. Nie zamierzała dłużej kłócić się z kremowym zwiadowcą, który najwyraźniej nie potrafił nawet wymyślić porządnej riposty.
Borowik i jego zachowanie też już zaczynało działać jej na nerwy. Zawsze wydawał się taki obojętny na wszystko i śmiertelnie poważny. Zachowywał się, jakby był od niej mądrzejszy! Znalazł się inteligent. Najpierw wymyślił z nią ten żart, a potem próbował zgrywać niewiniątko! To już było przegięcie. Kompletna przesada. Smok nie zamierzała tego tolerować! No... przynajmniej na razie. Zapewne jutro już jej przejdzie i wszystko wróci do normy.

* * *

Sajgon jak zwykle nie kwapił się do rozpoczęcia treningu na czas. Smok zdążyła już dawno wstać, wyczyścić futerko i nawet się porządnie rozciągnąć, a on wciąż spał jak zabity. Kto to widział, żeby uczeń wstawał wcześniej od swojego mentora? Przecież zwykle było na odwrót. Nieraz widziała już, jak któryś ze starszych kotów wspinał się do legowiska uczniów tylko po to, by pacnąć swojego podopiecznego łapą i zaciągnąć go na trening. Może ona też powinna zrobić to samo? Co prawda czuła, że czarnofutry chciałby ją za to udusić, ale czy miała jakieś inne wyjście? Wolała dostać burę, niż spędzić choćby uderzenie serca dłużej w tej okropnej nudzie.
Podniosła się z miejsca i ruszyła w stronę legowiska wojowników, gdy nagle drogę zastąpił jej znajomy bury kocur — Borowik. Czego znowu od niej chciał? Może jemu Czereśnia powinien przydzielić ucznia, żeby przestał tak bez celu kręcić się po obozie.
— Co chcesz, Bolowiku? Nie widzisz, że jestem zajęta? — mruknęła, przewracając oczami.
— Och. Naprawdę? Czym zajęta? — zapytał, przekrzywiając głowę.
— Idę do Sajgonu! On cały czas śpi, a mi się nudzi! — oburzyła się, marszcząc nos.
Większość uczniów pewnie cieszyłaby się, gdyby ich mentor pozwalał im dłużej spać. Smok jednak do nich nie należała. Miała problem z usiedzeniem na miejscu dłużej niż kilka uderzeń serca. Lider naprawdę źle ich dobrał! O wiele bardziej wolałaby mentora, który wstawałby skoro świt, zamiast takiego śpiocha.
— Chcesz go obudzić? No… nie wiem. A nie będzie zły? — mruknął bury, przenosząc wzrok na łapy.
— Oczywiście, że będzie! Ale już wolę to, niż nudę — odparła, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. — Chyba że masz mi coś ciekawego do powiedzenia, to może pzemyślę obudzenie go. Ale musisz się postalać.
Wzruszyła ramionami.
— Och. Och... Nie wiem, Smoku. O czym mam ci powiedzieć? — wymamrotał zakłopotany.
— Jeju! Jaki z ciebie nudziaz! Kto był twoim mentolem? — zapytała nagle, mrużąc ślepia.
— Kurka... — odpowiedział bury.
Smok westchnęła ciężko.
— Nie wiem, jak on z tobą wytzymywał! — prychnęła i już miała wyminąć pręgowanego, gdy nagle przed nią pojawił się Sajgon.
Czarnofutry przeciągle ziewnął, po czym spojrzał na szylkretkę.
— Co ty tu robisz? Przecież trening jeszcze się nie zaczął. Dopiero co wstałem — mruknął ze zdziwieniem. Po chwili przeniósł wzrok na burego zwiadowcę. — Rozmawiasz z Borowikiem? Właściwie, jeśli chcesz, możemy dziś zabrać go ze sobą na trening. Jest zwiadowcą, więc pewnie zna jakieś ciekawe sposoby na szybsze wspinanie się po drzewach, a właśnie tego chciałem cię dziś nauczyć.
Żółtooka wytrzeszczyła ślepia. Przecież potrafiła się wspinać na drzewa! Gdyby tego nie umiała, spałaby na ziemi, a nie na swoim posłaniu wysoko w koronie drzewa.
— To nonsens! Ja umiem się wspinać na dzewa, nie jestem żadną wywłoką! — oburzyła się, mierząc mentora morderczym spojrzeniem.
— To, że potrafisz dostać się na swoje posłanie, nie oznacza jeszcze, że świetnie się wspinasz. Jeszcze nie widziałem cię w akcji, a muszę ocenić twoje umiejętności, zanim w ogóle pomyślę o poleceniu cię Czereśni — stwierdził stanowczo.
Smok tylko naburmuszyła się i odwróciła wzrok. Dalsza kłótnia nie miała sensu. I tak wiedziała, że z Sajgonem nie wygra.

* * *

Finalnie udało się im wyciągnąć ze sobą Borowika na trening. Smok dreptała zaraz obok niego, a przed nimi kroczył Sajgon. Szylkretka, mimo że przed chwilą pokłóciła się trochę ze swoim burym kolegą, teraz cieszyła się, że miała z kim rozmawiać. Zazwyczaj spędzała szkolenia w ciszy, ponieważ czarnofutry nie był zbyt chętny do rozmów o byle czym.
Nim jednak zdążyli się rozgadać na jakiś temat, wojownik przystanął przed jednym z drzew. Smok natychmiast ucichła i zostawiła swojego kolegę w tyle, podchodząc bliżej mentora. Była gotowa pokazać mu, że potrafi się wspinać tak dobrze, jak sama wiewiórka! A może i lepiej!
— W takim razie pokaż mi, co potrafisz — polecił Sajgon.
Szylkretka podeszła do pnia i napięła mięśnie. Po chwili wybiła się od ziemi i zaczęła zwinnie piąć się po drzewie, nie zwracając uwagi na to, co działo się wokół. Wspinała się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu dopadło ją zmęczenie. Dopiero wtedy zatrzymała się, a gdy spojrzała w dół, zrobiło jej się trochę słabo. Była... naprawdę wysoko! I jak miała teraz zejść z takiej wysokości?
Udało jej się przedostać na jedną z gałęzi, gdzie przysiadła i odetchnęła.
— W-widzisz, Sajgonie? Umiem się wspinać! — krzyknęła do niego, marszcząc brwi.

<Bolowiku? To telaz pomóż mi zejść>

[1223 słowa + wspinaczka na drzewa]

[24% + 5%]

15 lipca 2026

Od Smoka CD. Modrogończyka

— A ty dokąd, Gończyku?
— S-Sajgon! Smok! — zawołał czekoladowy, gdy czarny kocur wraz z niewiele starszą od niego samego szylkretową kotką podeszli w jego kierunku. — Donikąd!
— To dlaczego chowasz się za korzeniem i szorujesz brzuchem po ziemi?
— Nie chowam. — Poderwał się na równe łapy. Przeniósł spojrzenie na brzuch, na którym znajdowały się uczepione jego futra gródki ziemi. Otrzepał ich nadmiar. — Skończyłem wcześniej trening i po prostu się nudziłem, więc uznałem, że mogę poudawać dżdżownicę. Jako przyszły szaman muszę być w pełni zjednoczony z naturą… — Potarł łapą nosek. Przeniósł spojrzenie z mentora Smoka na nią samą, a dokładniej na jej fantastycznie wyglądające wąsy. Samo jej umaszczenie przykuwało spojrzenie, ale to jej wąsy w tym momencie przykuły uwagę Gońca. — Podobnie jak zresztą zwiadowcy. Jak minął wam dzisiejszy trening? — zagaił. — Potrafisz już rozpoznawać gatunki drzew i ich choroby?
Smok na jego słowa zaśmiała się kpiąco i zmarszczyła brwi, patrząc na niego, jak na kota, któremu pająki wyżarły mózg.
— Nie lób sobie ze mnie jaj, Gończyku! Co mnie intelesują jakieś dzewa i ich choloby? Ja chcę zostać wojownikiem! — oburzyła się, przecinając ogonem powietrze.
Czekoladowy otworzył szerzej oczy i przez moment milczał, jakby słowa szylkretki wprawiły go w osłupienie. Jednak co w nich było nadzwyczajnego? Czyżby naprawdę myślał, że szkoliła się na zwiadowczynię?
— No, nie gadaj! — miauknęła w końcu Smok, po czym podniosła łapę i wskazała pazurem na Sajgon. — Widzisz go? Wyoblażasz go sobie na pozycji zwiadowcy? Bo ja nie! — stwierdziła, po czym opuściła łapę i pokręciła głową.
Czarnofutry wojownik westchnął ciężko.
— W takim razie zostawię was samych — oznajmił, odchodząc w stronę swojego legowiska.
Smok wciąż jednak nie mogła pogodzić się z faktem, że Modrogończyk wykazał się tak ogromną ignorancją, zakładając, że interesowały ją jakieś drzewa i ich choroby. Do tej pory nawet nie wiedziała, że drzewa mogą chorować!
— Najmocniej przepraszam! Masz tak długie łapy, że byłem pewien, iż postanowiłaś szkolić się na zwiadowczynię. Ułatwiłyby ci wspinaczkę po drzewach i skakanie po nich. Naprawdę nie chciałaś zostać zwiadowczynią? — zapytał czekoladowy, przekręcając lekko głowę.
Smok jednak nie była zadowolona z jego pytań. Sugerował, że była słaba? Że nie nadawała się na wojowniczkę?
— Nie poglążaj się! Jestem wystalczająco silna, żeby być wojownikiem! — uparła się, a Modrogończyk odwrócił od niej wzrok, poruszając nieznacznie wibrysami.
— Nie mówię, że nie… — westchnął.
Dopiero wtedy Smok nieco się uspokoiła. Grymas zszedł z jej pyska, a ogon przestał nerwowo wirować w powietrzu. Zmrużyła jednak ślepia, jakby wciąż nie do końca wierzyła w dobre intencje kocura.
— Mhm… — wymamrotała. — To dobze. Bo zostanę tym wojownikiem, choćby miał nadejść koniec świata! A gdyby tego było mało, zostanę najlepszym wojownikiem, jakiego widział Owocowy Las! Lepiej telaz tlaktuj mnie godnie, bo już niedługo wszyscy będą o mnie mówić! A wtedy ja opowiem im o wszystkich kotach, któle śmiały mnie zlekceważyć! — zaczęła, zadzierając brodę.
Modrogończyk kiwał głową, nie komentując tego, jak absurdalnie brzmiały jej słowa. Każdy przecież marzył o tym, by być najlepszym. Ile kotów przed Smokiem obiecywało, że wespnie się na wyżyny, a o ilu dziś naprawdę się mówiło? No właśnie.
— To skolo już to ustaliliśmy, możemy polozmawiać nolmalnie — oznajmiła Smok, ruszając w stronę ściany azylu, by usiąść gdzieś na uboczu.
Czekoladowy kocur podążył za nią, najwyraźniej zastanawiając się, o czym właściwie szylkretka chciała z nim rozmawiać.
Gdy rozsiedli się obok siebie, Smok przez chwilę wpatrywała się w niebo. Dopiero po kilku uderzeniach serca przeniosła spojrzenie prosto na Modrogończyka.
— Chciałeś wiedzieć, jak minął mi dzisiejszy tlening, czyż nie? — przerwała na moment, lecz nim czekoladowy zdążył odpowiedzieć, kontynuowała: — Świetnie jak zwykle! Wlaz z Sajgonem chodziliśmy po telenach Owocowego Lasu, aż tu nagle… lis! — zaczęła, prostując się nieznacznie.
Modrogończyk wytrzeszczył oczy.
— Lis?! Spotkaliście lisa?! Takiego żywego, rudego? Nie gadaj! — przeraził się, mrugając szybko.
To, co powiedziała Smok, było kłamstwem. Czystym kłamstwem. Wymyśliła je na poczekaniu, by przypomnieć Modrogończykowi, że to ona prowadzi ciekawsze życie i to ona lepiej bawi się na treningach.
— Tak, żywego, ludego! — przytaknęła. — Plawie nas zeżalł! Obselwowaliśmy go z daleka, lecz on nas wyczuł! Musiał mieć naplawdę dobly węch, wiesz, Gończyku? Gdy tylko dotalł do niego nasz zapach, od lazu na nas spojzał… — miauknęła z pełnym przekonaniem. — Patzyliśmy sobie w oczy pzez co najmniej kilka udezeń selca! Aż w końcu… zucił się na nas! Obnażył kły i zaczął biec! Tak więc ja i Sajgon musieliśmy uciekać, choć niewątpliwie pokonalibyśmy go, gdyby pzyszło nam z nim walczyć! — oznajmiła, jakby tłumaczyła Modrogończykowi coś zupełnie oczywistego.
— Ach, to dobrze, że nic wam się nie stało! — mruknął czekoladowy. — Lisy muszą być naprawdę niebezpieczne! Choć Purchawka wspominała mi kiedyś, że dawniej większość z nas potrafiła z nimi rozmawiać. Teraz ta umiejętność popadła jednak w zapomnienie.
Żółte ślepia Smoka natychmiast zalśniły z ekscytacji. Czy właśnie znalazła sobie sposób na nudę? Nauczy się lisiej mowy, a potem zaprzyjaźni się z tymi rudymi bestiami! A gdy kiedyś Pierścień albo Mordor ją wkurzą, po prostu rozkaże lisom, żeby ich rozszarpały! Czy nie brzmiało to pięknie?
— Naplawdę? Istniała kiedyś lisia mowa? — zaciekawiła się, stawiając uszy. — A Pulchawka umie lozmawiać z lisami? — zaczęła drążyć, uśmiechając się chytrze.
Modrogończyk podniósł łapę i podrapał się pazurem po brodzie.
— Cóż… w sumie to nie wiem. Nie mówiła mi — przyznał, po czym westchnął i spuścił wzrok. — Rozmawianie z lisami musi być ciekawe! W końcu to zupełnie inny gatunek!
“No właśnie, ciekawe! A ja jestem ciekawa! I moje życie też jest ciekawe!” — pomyślała szylkretka, wiedząc już doskonale, na co zamierza poświęcić swój wolny czas. Musiała tylko dowiedzieć się, czy szamanka potrafiła komunikować się z lisami, a jeśli nie ona, to kto inny miał tę umiejętność.
— Pewnie ciężko jest się nauczyć lisiej mowy! — mruknęła, łypiąc na Gończyka. — Ten, kto ją zna, to dopielo musi być legenda! Nie sądzisz? Na pewno kot, któly potlafi się polozumiewać z tymi ludymi stworzeniami, musi być nadzwyczaj bystly, inteligentny i kumaty! No, a pzede wszystkim też fajny, ciekawy i walty uwagi! — mówiła z zapałem, już oczyma wyobraźni widząc siebie rozmawiającą z lisami.
Czekoladowy zdziwił się, jak bardzo Smok wychwalała posiadacza tej niezwykłej umiejętności, lecz ostatecznie tylko skinął głową.
— Tak… rozmawianie z lisami to dopiero musi być coś — przyznał.
Wtem szylkretka poderwała się z miejsca.
— Muszę już iść! Wiesz, jestem tlochę zmęczona po tym uciekaniu pzed lisem! Pogadamy jeszcze kiedy indziej, Gończyku! — pożegnała się i prędkim krokiem ruszyła w stronę legowiska uczniów.
Dobrze wiedziała, jaki będzie jej cel na najbliższe kilka dni.

* * *

Specjalnie wstała wcześnie rano. Wiedziała, że Sajgon i tak nigdy nie rozpoczynał treningu o świcie, gdyż, jak to mawiał, “nie ugina się pod presją czasu”. Właśnie dzięki takiemu podejściu szylkretka miała teraz czas, by zacząć węszyć w sprawie lisiej mowy. Miała nadzieję, że ktokolwiek w Owocowym Lesie potrafił jeszcze rozmawiać z tymi rudymi stworzeniami, a nie, że była to tylko legenda! Naprawdę zależało jej na tym, by w przyszłości móc porozumiewać się z lisami i zdobyć ich przychylność. Dałoby jej to z całą pewnością sporą przewagę nad innymi Owocniakami! Może… gdyby kiedyś zaatakował ich Klan Nocy czy Klan Wilka, mogłaby poprowadzić swoich poddanych do walki? Każdy wojownik z obcego klanu ugiąłby się pod wzrokiem rudych bestii!
Nim jednak wymyśli wszystkie bitewne strategie z udziałem lisów, mogłaby najpierw zrobić pierwszy krok ku nauczeniu się ich mowy. Właśnie dlatego szybko podniosła się ze swojego posłania i ześlizgnęła w dół drzewa, nawet nie próbując ułożyć swojego zmierzwionego futra. Od razu pognała w stronę lecznicy, licząc na to, że spotka tam Purchawkę. Może i wciąż szczypał ją fakt, że kiedyś dymna zabrała ją od Borowika i zaniosła do żłobka, jednak była w stanie przełknąć tę urazę dla większego dobra.
Gdy weszła do środka, zauważyła, że oprócz Purchawki reszta mieszkańców legowiska jeszcze spała.
— Pulchawko! — szepnęła, zwracając na siebie uwagę szamanki. — Pulchawko, chciałabym z tobą polozmawiać! — zażądała, wciąż ściszonym głosem, by przypadkiem nie obudzić współlokatorów Purchawki. Nie dlatego, że zależało jej na ich śnie. Po prostu nie chciała, by ktoś podsłuchiwał podczas jej poszukiwań!
Dymna w końcu wyszła wraz z uczennicą na zewnątrz, wyraźnie niezachwycona faktem, że musiała tak wcześnie opuszczać lecznicę, zamiast jeszcze chwilę posiedzieć albo nawet się zdrzemnąć.
— Coś się stało? — spytała Purchawka, wpatrując się z zaciekawieniem w Smoka. — Pierwszy raz widzę, żeby jakiś uczeń z własnej woli wstał tak wcześnie! Twój mentor musi ci nieźle wbijać do głowy punktualność — zażartowała, nim szylkretka doszła do głosu.
— A właśnie, że nie! — miauknęła od razu, gdy Purchawka skończyła mówić. — Sajgon jest baldzo spóźnialski! Gdyby nie to, że mam ważną misję, to pewnie dalej bym sobie smacznie spała! Chodzi jednak o to, że Modlogończyk mi powiedział, że opowiedziała mu Pani o lisiej mowie! — wyjaśniła, poruszając wibrysami z ekscytacji. Szamanka musiała ją znać! Przecież była jednym z najważniejszych kotów w Owocowym Lesie!
— Lisia mowa? — powtórzyła dymna, na co uśmiech Smoka trochę zbladł. Czyżby jednak o niej nie wiedziała? Czy Modrogończyk ją okłamał? — Tak… Świergot próbowała mnie jej nauczyć, ale sprawiała mi trudności. Umiem powiedzieć tylko “przyjaciel”.
Teraz uczennica wydawała się już całkowicie załamana. Jak to możliwe, że szamanka potrafiła powiedzieć w lisim języku tylko jedno słowo? To nie miało tak wyglądać!
— Tylko “przyjaciel”? — powtórzyła z niedowierzaniem Smok. — Ale musi być ktoś, kto umie lepiej lisią mowę! Musi być, plawda? — zaczęła drążyć, nie chcąc jeszcze rezygnować ze swojego planu. Już zbyt mocno się na niego nakręciła, by teraz okazało się, że jest niemożliwy do zrealizowania.
— Może tak, może nie… — stwierdziła szamanka, wzruszając ramionami.
To rozzłościło szylkretkę. Co miała na myśli, mówiąc takie rzeczy? Smokowi nie wystarczała taka odpowiedź! Oczekiwała jakiejś wskazówki, jakiegoś tropu. Jak miała dojść do tego, kto w tym zapchlonym Owocowym Lesie posługuje się lisią mową, skoro Purchawka nie chciała z nią współpracować?
— No weź! Jesteś szamanką, musisz to wiedzieć! — uparła się, marszcząc brwi.
— Pewności nie mam, ale możesz zapytać Wilczomlecza, czy coś potrafi — mruknęła po chwili. — Był uczniem Świergot. Może jemu udało się nauczyć trochę więcej lisiej mowy — oznajmiła.
Smok była jednocześnie zadowolona i sfrustrowana. Czemu Purchawka nie powiedziała jej o tym Wilczomleczu od razu? I kim w ogóle był Wilczomlecz? Nie kojarzyła tu nikogo o takim imieniu. Czy to możliwe, że był jakimś samotnikiem?
— Dzięki. Tylko kim jest Wilczomlecz? — postanowiła zapytać, by nie tracić czasu na poszukiwania kota, który równie dobrze mógł już nie żyć. W końcu… Świergot musiała żyć bardzo dawno, skoro Purchawka ją znała. Najpewniej jakieś sto, a może nawet dwieście księżyców temu!
— No, jak to kim? Przecież ostatnio było o nim całkiem głośno. Przyznał się, że otruł jednego z naszych wojowników, a potem Czereśnia przerzucił go do starszyzny! Nie słyszałam, żeby umarł albo uciekł, więc pewnie leży teraz w legowisku starszych — wyjaśniła.
Smok niezbyt kojarzyła to wydarzenie, dlatego zdziwił ją fakt, że lider postanowił zatrzymać w przynależności mordercę. Coraz gorzej działo się w tym Owocowym Lesie! Gdyby to ona była przywódczynią, nawet by się nie cackała z takimi.
— Otluł? Ale jak to? W takim lazie co on tu lobi? — zezłościła się.
Purchawka odwróciła od niej wzrok, po czym wymamrotała coś pod nosem.
— Podobno zrobił to przypadkiem…
Smok zmarszczyła nos. Czy to, co powiedziała teraz Purchawka, było jakąś wielką tajemnicą? Dlaczego tak szeptała?
— Co? Powtóz, głośniej! — zażądała, na co dymna ponownie wlepiła w nią spojrzenie.
— Cóż, podobno zrobił to przypadkiem. Ja w to wierzę. Zanim do tego doszło, widać było, że nie jest z nim najlepiej. Gdyby ktoś zareagował wcześniej, może w ogóle by do tego nie doszło… No, ale stało się. Mamy teraz nauczkę na przyszłość — oznajmiła, uśmiechając się smutno do uczennicy.
— Co za bzdula! Ja nigdy bym nie zabiła swojego poblatymcy, nawet gdybym się źle czuła! — fuknęła.
Szamanka otworzyła pysk, najpewniej, by obalić słowa szylkretki, lecz po chwili po prostu go zamknęła. Chyba zrozumiała, że do głowy uczennicy i tak nie wbije rozumu podczas jednej rozmowy. I miała rację.
— Ja będę już wracać do lecznicy — miauknęła nagle, odwracając się od młodszej kotki i ruszając w stronę dziupli.
Szylkretka natomiast od razu spojrzała na legowisko starszyzny, w którym miał przebywać kot o imieniu Wilczomlecz. W dodatku morderca. Ale to dobrze. Jeśli nie zgodzi się od razu opowiedzieć jej o lisiej mowie, to po prostu zacznie go obrażać!
Skocznym, energicznym krokiem ruszyła w stronę swojego celu, aż nagle dobiegł ją głos zza pleców:
— Smoku! A ty dokąd się wybierasz?
Uczennica zatrzymała się gwałtownie, doskonale wiedząc, do kogo należał.
— No… donikąd! Już idę! — odparła, odwracając się i podchodząc do swojego mentora.
Przecież po treningu na pewno nie zapomni o swojej misji... prawda?

* * *

Teraźniejszość

Tak się złożyło, że jednak zapomniała o swojej misji. Gdy wróciła z treningu, od razu zaszyła się w swoim posłaniu i niedługo później zasnęła. Po przebudzeniu rozmowa z Wilczomleczem wypadła jej z głowy i w taki sposób minęło kilka dni, a może nawet księżyców. Przez ten czas ani razu nie przemknęły jej przez myśl lisy, ani fakt, że gdyby tylko nie była taka zapominalska, mogłaby prowadzić z nimi konwersacje.
Obecny dzień zaczął się natomiast zupełnie normalnie. Oczywiście bez Smoka myślącej o Wilczomleczu. Kotka wstała jeszcze przed rozpoczęciem treningu, lecz postanowiła nie siedzieć na swoim posłaniu. Choć w azylu było zimno, i tak zeszła na ziemię i usiadła pod jednym z drzew, by ułożyć swoje futerko. Nie robiła tego często, gdyż zazwyczaj nie przejmowała się tym, jak wyglądała, jednak musiała czymś zabić nudę. Poza tym nie zaszkodzi jej, jeśli raz w życiu będzie wyglądać jakoś porządnie, zamiast jak kulka zmierzwionego puchu na czterech łapach.
Gdy tak pielęgnowała swoją sierść, nagle objął ją czyjś cień. Podnosząc wzrok, ujrzała przed sobą znajomego czekoladowego kocura — Modrogończyka.
O rany. Co on znowu od niej chciał?
— Cześć, Smoku! — przywitał się kulturalnie, siadając obok kotki.
Uczennica zaprzestała na moment czyszczenia futra i przez krótką chwilę obserwowała czekoladowego.
— Hej. Pzypominsz mi może, jaką będę pełnić langę w pzyszłości? — mruknęła złośliwie, uśmiechając się pod nosem.
Kocurek umilkł na kilka uderzeń serca, odwzajemniając jej uśmiech.
— Już pamiętam! Wiem, że szkolisz się na wojowniczkę… — przyznał.
Smok zamruczała zadowolona, po czym raz jeszcze polizała swoją łapę i przejechała nią po uchu. Po chwili wyprostowała się, czując, jak przechodzi ją dreszcz z zimna.
— Ach, Gończyku! Co za oklopna pogoda! — burknęła. Nie miała raczej zbyt dobrej tolerancji na niskie temperatury, toteż koszmarnie żyło jej się podczas Pory Nagich Drzew. — Kto wymyślił, by uczniowie spali na gałęziach! Nie ma tam żadnej osłony przed wiatlem — poskarżyła się, uderzając końcówką ogona o podłoże.
— To musi być straszne! — przyznał czekoladowy. — Ty to masz pecha, Smoku. Nie dość, że w takie mrozy śpisz pod gołym niebem, to jeszcze na treningu gonią cię lisy!
Z ostatnim słowem wypowiedzianym przez ucznia szamanki szylkretka przypomniała sobie o swoim ambitnym planie. Jak mogła o nim zapomnieć?!
Modrogończyk musiał zauważyć, że przez kilka uderzeń serca wpatrywała się w niego bez ruchu, dlatego uniósł łapę i pomachał nią przed oczami szylkretki.
— Wszystko w porządku? — spytał w końcu.
— Tak, tak! — odparła szybko żółtooka. — Wydawało mi się tylko, że słyszę mojego mentola, wiesz? Pewnie już się szykuje i zalaz pzyjdzie mnie zablać na tlening. Więc masz mi coś jeszcze do powiedzenia? Chyba nie mamy zbyt dużo czasu na lozmowę — stwierdziła, choć doskonale wiedziała, że Sajgon najpewniej wciąż smacznie sobie drzemał. Ale nie mogła przecież powiedzieć, że tak ją zatkało, bo przypomniało jej się o czymś, co dawno trafiło w odmęty jej umysłu. Nie miała krótkiej pamięci, a przynajmniej nie mogła jej mieć w oczach swoich pobratymców!

<Modlogończyku?>

[2480 słów]

[50%]

13 lipca 2026

Od Smoka CD. Borowika

— Bolowiku!!! — Smok pisnęła głośno, ale szybko się połapała i ściszyła głos. — Co ty tu lobis?! — syknęła, rozejrzawszy się nerwowo.
— No… Przyszedłem sobie. Co miałem nie przyjść…? Yyy…chciałem sprawdzić, czy żyjesz. No. I żyjesz, jak widać. Dobrze, dobrze.
Borowik spoglądał na nią szeroko otwartymi oczami, jakby wciąż jeszcze zastanawiał się, czy Smok na pewno nie była trupem.
“Co za mysi móżdżek!” — pomyślała szylkretka.
— Okej, to pa — mruknął nagle kocur, odwracając się na pięcie.
Spróbował wysunąć się z krzewów, jednak już po kilku krokach zamarł w bezruchu. Smok mogłaby przysiąc, że nawet z tak daleka była w stanie wyczuć, jak jego serce zaczyna bić szybciej
— Um. Smoku. Ratunku. Utknąłem chyba. Utknęło mnie — mruknął, szamotając się, jednak bez rezultatów. — Albo nie. Albo nie. Ja dam radę sam. Chwilka.
Po tych słowach wgryzł się w jedną z gałęzi, próbując odgiąć ją i sprawić, by wypuściła go ze swojego uścisku.
Nie szło mu to jednak najlepiej. Wyglądał tak, jakby utknął w pazurach jakiegoś potwora — a to znaczyło, że wyglądał naprawdę żałośnie. A przy okazji całkiem zabawnie, przez co Smok zachichotała, obserwując jego marne próby oswobodzenia się z gałęzi.
— Coś mi się nie wydaję, że sobie poladzisz! — krzyknęła szylkretka, podnosząc się z posłania i ruszając w stronę ucznia. Sama nie była od Borowika silniejsza ani nie miała pojęcia, jak mogłaby pomóc mu się uwolnić, lecz mimo wszystko wolała przybrać pewną minę i chociaż udawać, że wie, co robi. — Lecz nie maltw się, buly koleżko. Pzepotężna Smok ci pomoże! — ogłosiła dumnie.
Gdy znalazła się bliżej Borowika, chwyciła w ząbki jedną z gałęzi i z całej siły pociągnęła ją do siebie. Niestety po chwili patyk wysunął się z jej pyska i sprężyście uderzył prosto w ucznia.
— Auć! — mruknął, jeżąc futro na karku. — Dam sobie radę. Mówiłem ci.
Spojrzał na szylkretkę tak, jakby właśnie dopuściła się największej zdrady.
— Hmpf! — prychnęła koteczka, odwracając się od Borowika i wracając do wnętrza żłobka. — W takim lazie powodzenia! I tak mi nie pomogłeś, gdy Pulchawka mnie polywała, więc ci się należy! — miauknęła na pożegnanie, po czym zwinęła się w kłębek na swoim posłaniu, choć wcale nie była senna.
Jeszcze przez jakiś czas słyszała, jak Borowik szamocze się wśród gałęzi, jednak w końcu i te odgłosy ucichły. Widocznie jakoś się oswobodził i wrócił do swoich uczniowskich obowiązków.

* * *

Teraźniejszość

Minęło już trochę księżyców, odkąd Smok rozpoczęła szkolenie, ale nie czuła się jakoś szczególnie… wyszkolona. Wiedziała, że ma już dziewięć księżyców na karku, więc nie miała zbyt wiele czasu, by wziąć się w garść i pokazać swojemu mentorowi, że zasługuje na mianowanie tak młodo, jak to tylko możliwe! To oznaczało, że już za niecały księżyc!
Jednocześnie obserwowała też, jak radzi sobie jej rodzeństwo. Miała wrażenie, że szło im nieznacznie gorzej niż jej samej, co skutecznie podbijało jej ego. Musiała zostać mianowana pierwsza. Musiała! W przeciwnym razie… chyba obraziłaby się i uciekła z tego niesprawiedliwego Owocowego Lasu! Ani Mordor, ani Pierścień nie zasługiwali na to, by piastować swoje posady szybciej od niej. Najbardziej zależało jej na pokonaniu brata w tym wyścigu, ponieważ on również szkolił się na wojownika. To oznaczało, że ich treningi wyglądały mniej więcej tak samo, więc o tym, kto pierwszy awansuje, miały zadecydować wyłącznie własne predyspozycje i umiejętności.
Smok kręciła się teraz po obozie, ponieważ zakończyła już swój dzisiejszy trening z Sajgonem. Potwornie się nudziła, dlatego nieustannie omiatała wzrokiem azyl, próbując znaleźć idealnego kota do zaczepki. W końcu jej spojrzenie padło na drobną, rudą kotkę. Była bez wątpienia starsza od Smoka, choć wcale na taką nie wyglądała. Szylkretka kojarzyła ją całkiem dobrze. Słyszała o niej… a właściwie o plotkach, które od jakiegoś czasu krążyły na jej temat po Owocowym Lesie.
— Kasztanka, mam lację? — mruknęła, podchodząc do stróżki, która na dźwięk jej głosu uniosła uszy. — Jak tam z Pulpulą? Słyszałam, że już cię nie kocha — zachichotała, poruszając wibrysami z rozbawienia.
W ogóle nie znała tej kotki. To znaczy, nigdy wcześniej z nią nie rozmawiała. Nie miała powodu, by ją zaczepiać ani wchodzić w jej życie prywatne. Była jednak Smokiem. Była sobą. A to oznaczało, że uwielbiała wściubiać nos w cudze sprawy.
— Nie k-kocha? — miauknęła cicho Kasztanka. — Nieprawda… Kocha mnie Purpura, tylko… zazdrosny trochę — oznajmiła, patrząc na Smoka swoimi dużymi, żółtymi ślepiami, w których tliła się wyraźna niepewność.
Szylkretka pokręciła nosem, wyraźnie nieusatysfakcjonowana odpowiedzią stróżki.
— Słyszałam też, że lubi dokuczać Płatkowi! Gdyby cię kochał, to by mu nie dokuczał, bo jesteś pzecież jego mentolką — stwierdziła uczennica, zadzierając brodę.
— Nie… — wydukała Kasztanka, nie kończąc jednak swojego zdania. Po chwili ponownie otworzyła pysk, ale wydostało się z niego jedynie kilka cichych, niezrozumiałych słów.
— Co ty tam mamloczesz? Mów głośniej! — fuknęła Smok, machając ogonem z irytacją. Po chwili prychnęła. — Ach, zlesztą. Nie mam czasu na lozmowy z takimi mysimi selcami.
Odwróciła się i odeszła bez słowa pożegnania.
Wciąż potwornie się nudziła. Rozmowa z Kasztanką nie przyniosła jej żadnej satysfakcji, bo stróżka przez cały czas jedynie kuliła się pod jej spojrzeniem. Takie koty w ogóle nie powinny mieszkać w Owocowym Lesie. Przynosiły mu tylko wstyd! Gdyby ktokolwiek z innych klanów zobaczył na Bursztynowej Wyspie takie popychadło, chyba wybuchnąłby śmiechem.
Smok postanowiła sobie, że jeśli tylko Czereśnia spróbuje zabrać tę fajtłapę na Bursztynową Wyspę, szylkretka osobiście zagrozi jej, że jeśli tylko postawi łapę poza obozem, wepchnie ją z powrotem do środka.
Jak na razie do zgromadzenia było jednak jeszcze trochę czasu, a Smok nadal nie miała czym się zająć. Nie pomagał też fakt, że wciąż nie dorobiła się zbyt wielu pachołków, z którymi mogłaby się pośmiać i pożartować. Oczywiście nigdy by się do tego nie przyznała. To oznaczałoby przecież, że nie jest lubiana w Owocowym Lesie. A to była kompletna bzdura! Przecież rozmawiała z Wroną i… Modrogończykiem, a także… Borowikiem! Tak. Oni byli przecież jej znajomymi. Musieli ją lubić.
Właśnie dlatego, gdy obozem przechadzał się bury zwiadowca, Smok postanowiła do niego zagadać, jakby od zawsze się przyjaźnili.
— Bolowiku! — miauknęła, zagradzając mu drogę. — Witaj, kolego. Wiesz, postanowiłam ci wybaczyć to, że gdy polywała mnie Pulchawka, patzyłeś na to i nie zaleagowałeś. Każdemu może się to zdazyć, dlatego jestem skłonna puścić to w zapomnienie — oznajmiła z pełnym przekonaniem, uśmiechając się do burego kocura.

<Bolowiku?>

[1000 słów]

[20%]