BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Księżycowa Łapa x Cętkowana Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Księżycowa Łapa x Cętkowana Łapa. Pokaż wszystkie posty

12 września 2026

Od Cętkowanego Tęgosza CD. Rozbitego Księżyca

— Hmmm, tak Księżycu? — przeżuwał w tym czasie spokojnie swoją żywność.
Księżyc usiadł obok Tęgosza, przyglądając się mu. Bieluch, zamrugał kilkukrotnie w jego stronę.
— Jak się czujesz? — zapytał w końcu cicho Rozbity Księżyc, nie zdarzyło mu się by w końcu ktoś go o to zapytał. Raczej wszyscy patrzyli na niego jak na jakiegoś odludka, choć Tęgosz sam sobie to zrobił.
— Tak sobie, mój ojciec został zabrany przez jakiś głupich samotników — wbił pazury w ziemię, nie wiedząc, co z nimi zrobić ze złości. — Chciałem, tylko żeby był ze mnie dumny, ale nie zdążyłem tego usłyszeć z jego pyska — chwilę zmarszczył pysk w gniewie, mówiąc coś tak ciężkiego.
— Został zabrany? — zapytał Księżyc.
— Zalotna Gwiazda mówiła, że nie żyje — mruknął cicho jego towarzysz, niepewnie liżąc się po piersi.
— Tęgosz... — westchnął cicho białas, dodatkowo zasmucony stanem przyjaciela. Cętkowany Tęgosz westchnął na słowa niby kolegi, czy kim on dla niego był.
— W sensie zabrany do mrocznej puszczy, no czasem się tak mówi, na przykład, że "śmierć kogoś zabrała", nie miałem na myśli, że żyje. Gdyby tak było, to by dawno wrócił — przecież gdyby był porwany, to by szybko z tego wyszedł. Cienista Zjawa nie był byle kim, był jednym z lepszych wojowników w tym klanie.
— Teraz będę musiał żyć, z tym że nigdy nie mogłem być dość idealny dla niego, póki żył — zwiesił głowę na swoje łapy.
— Hmm... Rozumiem — miauknął Księżyc, przysuwając się lekko do towarzysza.
Słuchał jego słów i westchnął cicho.
— Myślisz, że gdyby żył powiedziałby ci to? — czuł się przez chwilę niepewnie, przez to zdanie, które padło, najgorsze było to, że Cętkowany Tęgosz nigdy nie miał ostatecznej pewności czy Cienista Zjawa powiedziałby "Jestem z ciebie dumny", czy może "Jestem tobą zawiedziony",. To wątpliwość, z którą będzie się mierzył do końca swego życia. Brzmiało to, jak koszmar, który by się objawiał każdej nocy, a może i dnia.
— Może powiedziałby mi to, gdyby ci samotnicy go nie zabili — nawet nie miał pewności czy to prawda, ale nie chciał już się załamywać przy Księżycu. Musiał pokazać, że jest silny, a nie jakąś beksą.
— Nigdy nie myślałem nad tym, że będę sierotą, nawet nie przychodziło mi to, do głowy. To dziwne uczucie — spoglądał na Księżyca, który przesuwał się do niego, ale nawet nie próbował go odganiać, co było cudem. Syn Jaskółczego Ziela spojrzał gdzieś w bok.
— Oczywiście — mruknął cicho, a w jego tonie można było wyczuć niewielką nutę sarkazmu.
Wysłuchał go i westchnął, marszcząc przy tym brwi.
— Niestety — mruknął cicho. — Mogę ci oddać Jaskółcze Ziele — zażartował po chwili, nerwowo poruszając jednym z uszu.
— Twoją matkę? A weź mi, idź z nią! Ona jest tak stara, że mogłaby być moją babcią — zaśmiał się przez chwilę, następnie spojrzał na wyjście z obozu. Nie wyobrażał sobie nigdy, żeby tak stara kotka mogła być jego matką, nie chciał tego przyznać, ale coś tak głupiego poprawiło mu humor na resztę wschodu słońca.
— Może chodźmy stąd? Poszedłbym wkurzyć sąsiadów lub pogonić króliki, które następnie złapiemy, to gadanie o śmierci i sieroctwie mi się przejadło — odparł syn Cienistej Zjawy, który już nie potrzebował na ten moment mówić o ojcu.
Biały wojownik, słysząc jego odpowiedź, parsknął śmiechem.
— Na Mroczną Puszczę... — mruknął cicho, uśmiechając się.
— Być może to fakt. — zatrzepotał uszkiem, uderzając dla żartu rudzielca pędzelkiem, co sprawiło, że się skwasił.
— Jak wkurzyć sąsiadów to tylko samotników... — miauknął wesoło.
— Ewentualnie Klan Klifu — dodał Rozbity Księżyc nieco ciszej i zachichotał, rudzielec zrobił to samo, następnie wyszli z obozu.

***
Przynosił posiłek tym starszym, którzy raczej nie mogli już wstać, by sobie go przynieść, lub tym, co nie ruszyli sami z siebie tyłka z lenistwa.
Przynosząc Jaskółczemu Zielu ryjówkę, musiał się spotkać ze spojrzeniem Gąsiorkowego Trzepotu. Starsza była, jak jakiś wrzód na tyłku, który nie przestawał spuszczać z niego oka. Położył zwierzynę pod nosem czarnej jednolitej, następnie jeszcze przyniósł zwierzynę Podstępnej Kłamczuszce. Żaden ze starszych już nie wydawał się głodny, także wyszedł z ich legowiska. Rozbity Księżyc patrzył na żłobek, obiło mu się o uszy, że znalazł czarnego kociaka, jeszcze po tym narodziły się kociaki Kruczego Echa i Kwaśnej Kocanki. Na pewno jeden z lepszych miotów, kociaki mogły nawet dorównywać jego rodzinie w przyszłości. Podszedł do "przyjaciela" lub w tym sensie, kimkolwiek był dla niego Księżyc.
— Cześć Księżycu! Po zadbaniu o starszych chciałem chwilę odpocząć. Jak nazwałeś tego kociaka? — nie odwiedzał żłobka, przecież i tak, by się nie zmieścił przy tak dużej ilości kociąt w żłobku.
Księżyc strzepnął uchem, słysząc rudzielca podchodzącego do niego akurat z boku. Ożywił się lekko i przyozdobił pyszczek dosyć wymuszonym uśmiechem.
— A-Ach. N-N-Nazywa się Nicość. Jest...s-specyficzny — przymknął oczy, chyba białemu coś wpadło do oka, pewnie jakieś pyłki ze sosny. Podczas pory zielonych liści to było częste.
— Właściwie czemu nosisz zwierzynę starszyźnie? Robisz jakąś przysługę uczniom czy jak? — zapytał nagle jego niby kolega, wpatrując się w cętkowanego dosyć pustym wzrokiem.
— Moja babcia mi kazała, od kiedy Trzcinniczkowa Dziupla ot, tak zmarł. Oczywiście tylko na dwa księżyce będę musiał ich co chwilę sprawdzać, czy z nimi wszystko dobrze, a potem wszystko wróci do normy — pół prawdą, pół kłamstwem gadał, bo nie chciało mu się teraz wyjaśniać tego przy przyjacielu, jak Trzcinnice otruł.
— Czekaj, dzieciak się nazywa Nicość? Brzmi jakby, matka go nie kochała albo jakby ją zawiódł, gdybym ja miałbym nazywać kiedyś swoich potomków, to na pewno nie w taki sposób — Nicość brzmiało, jakby dany kot od początku miał być porażką. Choć czy tak naprawdę było?
— Od tak zmarł? Ja słyszałem, że na coś chorował — biały mruknął cicho, drapiąc się za uchem. Następnie rudzielec mógł zauważyć, że biały wojownik się zjeżył od jego słów. — Wcześniej nazywał się Nów — odparł nagle Rozbity Księżyc, znacznie chłodniej niż dotychczas. Sprawiając, że ten radosny Księżyc, którego znał, zniknął na chwilę.
— Nie wiem, co z nim będzie, ale jak na razie...chyba uważa mnie za swojego opiekuna — dodał smutno wojownik, bawiąc się pazurem w ziemi.
— To chyba dobrze, przynajmniej dzieciak ma jakiegoś rodzica i taki klan. Ma szczęście, że do nas trafił, ma teraz rówieśników i dobre nauczanie o Mrocznej Puszczy i życiu w społeczeństwie — widział z wyjścia od żłobka wystający ogon Ognikowej Sloty, jako jedyna mistrzyni, często spędzała czas z kociakami. Było to dla niego dziwne. Była mistrzynią i powinna bardziej się zajmować szkoleniem wojowników niż niańczeniem kociaków. Karmicielki były od tego, także to było takie podejrzane lekko.
— Nów... ładne imię — chwilę milczał, bo dość niezręcznie się zrobiło dla niego, nie wiedział, co powiedzieć — Pewnie chorował i ostatecznie się na nim to odbiło, niestety ktoś inny twierdzi inaczej bez powodu — miał na myśli tutaj, Gąsiorkowy Trzepot.
— Nie nazwałbym się jego rodzicem. On mnie...raczej nienawidzi — parsknął cicho, a z jego oka poleciała drobna łezka, którą od razu wytarł z białego policzka. Cętkowanemu Tęgoszowi to nie umknęło, ale może pogadają o tym kiedy indziej.
— Ktoś zrobił mu krzywdę? — biały powiedział to ze zdziwieniem kociaka.
— Gąsiorkowy Trzepot ma jakąś, teorię spiskową, ale wiesz, to stare gadanie jak na starą babę przystało, nic szczególnie ciekawego — nie chciał, by przyjaciel wiedział o tym, już jego rodzina to wiedziała i jeden kot, który nie powinien, Tropiąca Łaska.
— Nienawidzi cię? To dziwne, przecież tylko go zaniosłeś do obozu — dzieci… zawsze były jakieś specyficzne przypadki, dobrze, że za młodu Tęgosz nie był taki.

<Rozbity Księżycu?>

10 sierpnia 2026

Od Rozbitego Księżyca CD. Cętkowanego Tęgosza

Przedostatnie zgromadzenie

Rozbity Księżyc szedł wraz z Cętkowanym Tęgoszem i Seradelkową Łapą. Nie był do końca pewien, jak właściwie trafił do tej grupy. Tak samo, jak nie był pewien, dlaczego zaprzyjaźnił się z rudzielcem. Gdy dotarli na Bursztynową Wyspę, uczennica dosyć szybko się od nich oddaliła, więc zostali sami. Nie rozmawiali raczej zbyt wiele, dopóki gdzie między kotami nie zauważyli dwóch niebieskich uczennic kłócących się o jakieś bzdury.
— Patrz na nie, nawet zgromadzenie się nie zaczęło, a już tam psocą w oddali — pokazał mu dwie szalejące niebieskie kotki.
Księżyc miał ochotę odejść od kocura, ale ostatecznie zrezygnował. Uznał, że Cętek mógłby się jeszcze za to na niego obrazić. Wolał być wierny swojemu przyjacielowi i nie robić sobie problemów. Widząc dwie uczennice, sam najchętniej by do nich dołączył, ale słysząc słowa Tęgosza, zastrzygł uchem zirytowany.
— Jeszcze się nie biją. Widać, że to świeże mięso. Na szczęście nienależące do Klanu Wilka, więc nie musi to nas obchodzić — odparł nieco bardziej chłodno niż zwykle i skrzywił pyszczek. — Szkoda, że ja nie mogłem czegoś takiego zaznać. Fajnie by było mieć kogoś, kto rzucałby się z tobą błotem jako uczeń — marudził coś tam pod nosem.
Obserwował przez chwilę Tęgosza, unosząc lekko brwi. Chyba zbierał jakieś pozostałości z bitwy młódek z innych klanów.
"Co on kombinuje?" pomyślał, a zaraz chwilę później oberwał czymś mokrym...i brudnym.
— Łap Księżyc! — rudzielec rzucił bielucha błotem, brudząc jego białe futro, wyglądającego na dosyć rozbawionego.
Rozbity co prawda dostał ostrzeżenie, ale trochę zawiesił mu się móżdżek. Nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać.
— Czy ty jesteś głupi? — prychnął najpierw, ale zaraz zaczął się śmiać.
Posłał Cętkowanemu ciepły uśmiech.
Tęgosz uśmiechnął się złośliwie, ale też ze swego rodzaju satysfakcją.
— Słowa jako uczeń nic ci nie mówią? — dodał, zbierając błoto ze swojego futra.
— A musimy się ograniczyć tylko do bycia uczniami? Ja tam czuje się nadal młody, nawet jak zostałem wojownikiem, niedawno po tobie — odmruknął, unosząc lekko brwi.
Księżycek ziewnął cicho, na wypowiedź rudzielca.
— Młody może i tak, ale jaki głupkowaty. Jeszcze parę księżyców temu prędzej był uznał że jaszczurki zaczną latać niż ty, dumny Tęgoszyku rzucisz we mnie kawałem błota — zaśmiał się znowu.
— Nie futrzaku, za to ty strasznie spięty jakoś — odparł.
— Wcale nie jestem spięty... — burknął, wytrzepując białe futerko.
Podszedł do cętkowanego, przejeżdżając kocurowi ogonem podbródek. Korzystając z jego chwili nieuwagi, również zebrał błoto i położył mu je prosto na głowę.
— To błotko dodaje ci uroku przyjacielu — miauknął.
Oczy cętkowanego zabłysły lekko. Rewanż, za rewanż. Błoto wylądowało tym razem w futrze na piersi białego. Zmrużył lekko oczy w odpowiedzi na słowa cętka.
— Tobie też towarzyszu, teraz wyglądasz jak "dziki Wilczak”— miauknął.
— Sam jesteś dziki Wilczak. Dziki mysi móżdżek — miauknął.
— Chyba przed chwilą wybiłem się z rytmu, co? Biały ogonek cię zdezorientował? A może to po prostu moja sprawka? — zatrzepotał rzęsami, a w jego oczach można było ujrzeć zapewne całe odbijające się niebo.
Szybko jednak przewrócił oczami.
— No co tak patrzysz? — burknął ze śmiechem.

Pół księżyca później

Rozbity Księżyc wrócił właśnie z patrolu. Nie miał zbyt wiele siły. Niemal od razu, gdy odłożył swoją zdobycz na stos, poległ nieopodal, zabierając ze sobą ze stosu jakąś mysz. Wkrótce przysiadła się do niego jakaś wojowniczka. Spojrzał na czekoladowe futro, od razu rozpoznając w nim Tropiącą Łaskę.
— Zapytam prosto. Jesteś z Tęgoszem? — zapytała, a jej pysk wykrzywił się odrobinę z niesmakiem.
Księżyc aż wypuścił z pyska zwierzynę.
— Słucham? — mruknął niedowierzający własnym uszom. — Co to w ogóle za pytanie? Jak mógłbym z nim być? — burknął zniesmaczony tą myślą.
— Wiesz, niektórzy mówią, że tak. No i dziwnie się zachowujecie — prychnęła z dozą złośliwości.
— Niektórzy najwyraźniej mają coś z głową. Czemu niby miałbym? — mruknął, chociaż brzmiało to może odrobinę bardziej jak syknięcie. — Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Ale to tłumaczy, czemu ostatnio niektórzy zaczęli się krzywić na mój widok. Kto to w ogóle rozniósł? — skrzywił pyszczek.
Nawet jeśli rudzielec nie wyglądał najgorzej, to byli przyjaciółmi. No i oboje byli młodzi, mieli jeszcze dużo czasu przed tobą.
Tropik nie wyczuwając żadnej plotki, przewróciła tylko oczami i odeszła. Księżyc zmarszczył brwi, rozglądając się. Zaraz położył uszy po sobie. Szybko stwierdził, że powinien zacząć unikać swojego towarzysza. Choćby na tyle, ale te dziwne plotki umilkły. Co jak co, ale wolał nie mieć przez to problemów.

Trzy księżyce później

Biały, gdy tylko dowiedział się o śmierci Cienistej Zjawy, zapragnął porozmawiać z rudzielcem. Właśnie dlatego zdecydował się na spotkanie z nim. Nie rozmawiali od trzech księżyców. Nie spał również już koło niego w legowisku, lecz na drugim jego końcu. Plotki zdążyły odrobinę umilknąć, chociaż nadal część kotów patrzyła na niebieskookiego dosyć nieprzychylnie. Zaczepił go więc przy posiłku.
— Hej… Tęgoszu — mruknął cicho, kładąc uszy lekko po sobie

<Tęgosz?>

19 czerwca 2026

Od Cętkowanej Łapy (Cętkowanego Tęgosza) CD. Rozbitego Księżyca

Kiedy będzie mianowany? Był pewny, że nie zajmie mu długo, zostanie wojownikiem, był ze zbyt szlachetnej rodziny, by nie zdobyć takiego tytułu przynajmniej w wieku dwunastu księżyców.
— Zanim się obejrzysz, to za niedługo nawet — nie zamierzał się obijać, wolał bardziej się wysilić na treningach niż przeciętny uczeń, a potem dostać rangę wojownika i odblokować wiele swobód jako nagrodę, że wcześniej będzie się mianować.
— Cętkowany Tęgosz brzmi dobrze, choć to zależy od samej przywódczyni jak mnie nazwie, na pewno ciekawymi imionami, które mógłbym nosić to Cętkowany Cień albo Południowa Zjawa — odparł rudzielec, sądząc, że to dobrze brzmi.
Księżycek uśmiechnął się lekko.
— Dla mnie nadal będziesz Tęgoszem, przyjacielu — uśmiechnął się bieluch. — Chociaż Południowa Zjawa też brzmi nieźle. Wierzę, że Zalotna Gwiazda wybierze ci odpowiednie imię — dodał.
— Dzięki, gdy tylko usłyszę moje nowe imię, to na pewno będę wiedział, że moja rodzina będzie ze mnie dumna — gdy szybciej zostanie mianowany, na pewno jego rodzina będzie zadowolona, raczej nikt nie lubił w tym klanie kotów, które przeciągały niepotrzebnie swój trening, zwłaszcza do takiego wieku gdzie lider powinien ich wykopać daleko poza tereny Klanu Wilka.
— Wiesz, czemu pomyślałem o członie "Południe"? Moja matka miała tak na imię, właściwie prawie, bo nazywała się Południca, ale nigdy jej nie poznałem, bo zmarła, gdy od razu się urodziłem. Wiem, tyle że była ruda jak ja. Silna i ładna. Szkoda, że jej nie poznałem. Nawet gdy o niej myślę, to mam tylko wyobrażenie tego, co mówił mi ojciec, nigdy tego, co mógłbym zobaczyć, gdyby żyła. Przynajmniej jednak wiem, że jest w Mrocznej Puszczy i kiedyś ją tam spotkam — zawsze wyobrażał sobie, co było, gdyby żyła, ale raczej ot tak nie wstanie z martwych i nie wróci do niego i ojca.
— Za to mroczni przodkowie w zamian dali mi wspaniałego ojca, moje ciocie, Ognikową Słotę i Nadciągający Pomrok. Jeszcze Zalotną Gwiazdę jako babcię, każdego dnia dziękuję moim przodkom, że dali mi takie życie i klan gdzie żyje. Powiedz mi Księżycu, jak ty czujesz się bez ojca?
— Z pewnością będzie! I ja również będę z ciebie dumny, Tęgoszyku — Rozbity Księżyc się odezwał krótko z promiennym uśmiechem na pyszczku. Zastrzygł też lekko uchem i uniósł brwi, gdy usłyszał o jego matce.
— Zmarła, gdy ty przyszedłeś na świat? Musiała mieć ciężki poród... — westchnął cicho starszy, a jego buźka wykrzywiła się w smutnym grymasie. — Czyżbyś był jak twoja matka? Rudy, silny i całkiem przystojny — zaśmiał się, bieluch. — Brzmisz jak jej kopia, Rudzielcu — dodał, liżąc się po łapce. — Hmm, a ty znowu o Mrocznej Puszczy... Też w nią wierzę, ale czy naprawdę musimy to mówić na każdym kroku? — szepnął syn Jaskółczego Ziela, wzdychając trochę jakby cierpiętniczo. Jak Księżyc nie mógł rozumieć, że o Mrocznej Puszczy można zawsze rozmawiać? Był to najlepszy temat, jeśli nie miałeś tematu do rozmowy, czuł, że gadając o nich, składał im hołd. Niewspomnienie o Mrocznej Puszczy na jeden wschód słońca, było jak niezjedzenie swojej ulubionej zwierzyny przez kilka dni.
— Bez ojca? — uniósł brwi, a następnie Księżyc parsknął śmiechem. — Dla ciebie może Cienista Zjawa ma jakieś znaczenie, ale mój ojciec nigdy mnie nie interesował. Właściwie to znam tylko jego imię. Nazywał się Kornik i był jedynie samotnikiem. Nie zawdzięczam mu nic poza tym, że pozwolił na to, abym jako plaga Mrocznej Puszczy pojawił się w łonie własnej matki — odparł, odrobinę zdenerwowany wbijając pazury w ziemię.
— Jestem wdzięczny Mrocznej Puszczy za to, że mam Jaskółcze Ziele i przyjaciela. Może również za to, że Jaskółka miała dodatkową parę łap do pomocy w wychowaniu takiej niedojdy jak ja. Wychowały mnie dwie kotki. Nie brakuje mi ojca i wiesz co? Zdecydowanie wolę nigdy go nie poznać — wypalił, a w jego głosie było słychać coraz to większą irytację.
Nabrał powietrza w płuca, a następnie je wypuścił z łagodnym uśmiechem na pysku.
— Właściwie to czuję się przez nich wszystkich porzucony — mruknął na końcu bieluch, mozolnie rysując na ziemi pod swoimi łapami.
Miło było słyszeć, że nawet jego kolega będzie z niego dumny, choć liczył bardziej że Cienista Zjawa będzie najbardziej z niego zadowolony. Co do jego matki, to czuł, że aż mu się uszy czerwienią, to było dość dziwne, zwłaszcza że nietypowo się czuł, że kocur nazwał go "przystojnym", tylko najgorsze jest to, że to takie mieszane było.
— Weź mi, nie pochlebiaj, lizusie! — Pacnął go przyjacielsko łapom, ale szybko ją zwrócił do siebie, dlaczego ten kocur sprawiał, że tak się zachowywał? Wymienili kilka zdań i zachowywał się, jakby coś w niego strzeliło. Zaciekawiony zaczął słuchać, czy Księżyc czuł to samo, gdy żył bez jednego rodzica. O dziwo myślał, że czuł jakąś radość, ale bardziej słyszał, że białas czuł się wyobcowany. Pomimo opieki dodatkowych dwóch kotek i swojej matki, jakby nie miał z nimi więzi rodzinnej.
— Porzucony przez wszystkich? Futrzaku, przecież obok siedzę i rozmawiam. To chyba znaczy, że nie kroczysz sam po tym całym klanie — rzucił żartobliwie, czekaj, czemu on go wspierał? Przecież na mroczną puszczę miał być obiektem, który miał nawrócić na właściwą drogę, miał go nic nie obchodzić, a jak nic zachowywał się przed nim jak jakaś rozjuszona kotka. Chciał jakoś zmienić temat.
— Jak zostanę wojownikiem to, co ty na to, żeby iść do czarnych gniazd ponabijać się z Klifiaków? Jestem pewny, że po tylu księżycach, nadal mają ból tyłka, że ukradliśmy ich tereny dawno temu, wchodzisz w to? — teraz rozmawiając z Księżycem, dzielił się na dwie osobowości, bo z jednej strony był jakiś bardziej gadatliwy, a ta druga strona chciała udusić tą pierwszą, przecież Tęgosz, który starał się być grzeczny, przez ten cały czas nie chciałby pakować się w głupie pomysły, może to po prostu wina okresu nastoletniego? Którego nie przeszedł, jak był dzieckiem i teraz mu się to objawia? Jakieś zmiany się w nim gotowały i tego bała się druga osobowość w nim, ta najstarsza.
Rozbity Księżyc, słysząc jego reakcje, parsknął śmiechem, zakrywając pysk łapką. Uśmiechnął się, mrużąc lekko oczy.
— No co! Już głupiego komplementu nie można komuś dać? — miauknął Wilczak, niewinnie trzepocząc rzęsami. Uniósł brwi, słysząc odpowiedź cętkowanego, a w jego niebieskich oczach pojawił się ciepły blask. Zarumienił się lekko i chrząknął.
— Ciebie nie miałem na m-myśli — odparł bieluch, zaraz z niewyraźnym uśmiechem na pyszczku. Księżyc wyglądał, tak jakby chciał co powiedzieć, ale przymknął pyszczek.
— Jeszcze się pytasz? Z Klifiaków zawsze — rzucił, był zdziwiony, że spokojny Księżyc zgodził się na jego propozycje, myślał, że białas mu powie, że to nie miłe dokuczać innym kotom, jak to mu mówił na zgromadzeniu, gdy obraził wiarę reszty klanów.
Siedział przez chwilę w ciszy.
— Miękniesz — rzucił krótko ze złowieszczym uśmieszkiem.
— Chyba ty miękniesz! — fuknął, jak on śmiał tak mu mówić? Był Wilczakiem z krwi i kości, nie było tu miejsca na bycie miękkim. Jak będzie prawowitym wojownikiem, to mu już pokaże!
Cętkowany Księżyc obudził się w legowisku wojowników, a najlepsze jest to, że pierwszy raz. Widział dużą różnicę, tutaj wszystkie koty były ściśnięte, a niektóre dzieliły razem legowiska. Legowisko uczniów o wiele razy miało więcej przestrzeni, a teraz gdy uciekł z niego to Seradelowa Łapa i Garbata Łapa dzielili razem tą przestrzeń. Współczuł kotce, bo nienawidziła swego brata, więc zwykle spała bliżej strony rudego. Teraz pewnie musiała przenieść legowiska tam, gdzie nie będzie widzieć czekoladowego. Chociaż zapomniał dodać o Miodowej Łapie, może za nią się skryje? Szczerze, najlepiej by było, gdyby już została wojownikiem, to może wtedy upolowaliby coś razem lub poszli na spacer.
— Cześć, Księżycu! — biały kocur siedział zaś samotnie gdzieś w cieniu, starając się chyba unikać własnej matki, bo to tak wyglądało. Wilczak zrobił wielkie oczy, a Cętek się zaśmiał.
— Znowu się przestraszyłeś rudej pchły? — nieświadomie się droczył ze starszego kocura.
— A spadaj na drzewo — odpowiedział niepoważnie Księżyc, a Cętek się uśmiechnął, co nie umknęło niebieskim oczom rozmówcy.
— Czy mi się wydaje, czy poważny wnuk Zalotnej Gwiazdy się uśmiechnął? — Cętkowany Tęgosz szybko wrócił do swojej poważnej miny.
— Wydawało Ci się, bieluchu! W mojej rodzinie nikt się nie uśmiecha jak głupi do zwierzyny z byle jakiego powodu — syknął na Rozbitego Księżyca, a następnie zmienił tonację swego usposobienia. — Przyszedłem do ciebie, bo obiecałeś mi, że pójdziesz razem ze mną do Czarnych Gniazd, w celu spędzenia miło czasu i skruszenia ego naszych sąsiadów, Klifiaków — czekał, aż Rozbity Księżyc z nim pójdzie, a raczej musiał pójść. Nie przyjmował do siebie żadnego sprzeciwu ze strony jego kolegi, z którym miał iść.

<Księżycu, idziesz?>

16 czerwca 2026

Od Księżycowej Łapy (Rozbitego Księżyca) CD. Cętkowanej Łapy (Cętkowanego Tęgosza)

Kiedyś 

Księżycowa Łapa szedł niemal ramię w ramię z rudym kocurem. Biały zdecydowanie nie przepadał za tunelami, nie mówiąc już o wszechobecnej w nich wilgoci. Wzdrygnął się lekko, znowu słysząc głos Cętkowanej Łapy.
— Właśnie, kiedy będziesz mianowany? Taki wiek, w którym jesteś, ponoć jest najlepszy, bo później mając tak dwadzieścia pięć księżyców lub więcej to można wylecieć. Choćby ten Gruba Łapa, dla mnie to mógłby zostać wykopany już z klanu. Widać u niego szczyt lenistwa i jeszcze ta masa! Wojownicy będą musieli go toczyć, żeby się go pozbyć! — miauknął, na co Księżyc cicho prychnął.
— Prawdopodobnie już wkrótce. Treningi z… — zaczął, chcąc wypowiedzieć imię garbatego ucznia, ale się powstrzymał. — Kocimiętkowym Wirem jednak przynoszą efekty! — odparł w końcu, uśmiechając się lekko, co z pewnością nie było nawet widoczne w zacienionym tunelu.
Korzystając z tej ciemności, zmrużył zirytowany oczy. Nie podobała się mu obecność Seradelkowej Łapy, idącej przed nimi. Nie, żeby miał do niej samej jakiś problem, ale co chwilę smyrała go ogonem po nosie, czego Księżyc powoli nie wytrzymywał.
— Serad… — zaczął, ale nagle mu przerwano.
— Ej gaduły! Widać już wyjście, więc może zwiększycie swoje tempo? — Seradelowa Łapa posłała im spojrzenie, następnie odwróciła się i poszła szybciej, aż w końcu im zniknęła z pola widzenia. Wtedy zauważyli wyjście.
— Księżyc, chodź! Nie możemy być gorsi od Seradelki! — rudzielec rzucił się do biegu, a Biały ruszył zaraz za nim.
Bieluch rozglądał się po pyskach zebranych kotów. Zauważył zebrane piszczki i szybko uznał, że faktycznie mogli iść nieco szybciej. To był jego kolejny raz w tunelach, miał dziwne wrażenie, że wcale nie musiał tam wchodzić, szczególnie że już raz zaliczył tę część treningu. Westchnął tylko cicho i podszedł bliżej Cętkowanej Łapy.
— Jak ci się podobał trening Księżycowa Łapo? Może będziemy częściej trenować, żebyś był lepszy, co ty na to? — obrócił się w stronę syna Jaskółczego Ziela.
— Pfff… Lepszy? Nie martw się, wkrótce będzie moje mianowanie. Pierwszy raz od tych księżyców treningu zacząłem robić faktyczny progres — miauknął.
“Szkoda tylko, że za cenę poniżania Garbatej Łapy…” pomyślał, lekko kładąc uszy po sobie.

Kilka dni po mianowaniu Księżyca

Rozbity Księżyc siedział nieopodal stosu zwierzyny, zajadając się wiewiórką. Chciałby móc ją zjeść razem z mamą, jednak sam postanowił, że nie będzie znów rozmawiać. Fakt faktem tęsknił za ciepłem Jaskółczego Ziela, jednak ta go opuściła. Teraz gdy chciała się nim ponownie zająć, “mały” Księżycek już jej nie potrzebował. Już od mianowania na ucznia nie polegał na czarno-białej, więc czemu miałby to robić, teraz gdy przeszedł już swój trening? Z takimi myślami, szarpnął zwierzątko leżące pod swoimi łapami, odrobinę zirytowany. Było już dosyć późno, lecz to właśnie ta pora pozwalała kotom na dzielenie się językami i czerpanie przyjemności z otaczającego ich chłodu. Biały podskoczy lekko, czując czyjś ogon na swoim grzbiecie.
— Wystraszyłeś się czegoś? — zapytał rudy kocur, a Księżycek zmarszczył brwi w niezadowoleniu.
— Na pewno nie wystraszyłem się stojącej koło mnie rudej pchły — prychnął cicho i przesunął część zwierzyny na bok, w stronę, po której stał Tęgosz. — Jak idzie trening? Słyszałem, że robisz duże postępy — mruknął cicho, oblizując górną wargę z krwi. — Jak sądzisz, kiedy zostaniesz mianowany… Cętkowany Tęgoszu? — zapytał, uśmiechając się lekko, być może zalotnie w stronę ucznia.

<Cętku?>

28 maja 2026

Od Cętkowanej Łapy CD. Księżycowej Łapy (Rozbitego Księżyca)

Czekał na znak Zalotnej Gwiazdy, żeby ruszyć. W międzyczasie siedział obok Seradelowej Łapy i jak zwykle obgadywał inne koty. Było to jego pierwsze zgromadzenie, słyszał, że będą na nim wszystkie klany, ci innowiercy. Musiał ich jakoś znieść dla dobrego prezentowania się.
— Jak dobrze, że Garbata Łapa nie idzie, nie ma czym się specjalnie chwalić w jego przypadku. Taki jest szpetny, że wygląda jakby Wrotyczowa Szrama rodziła go na środku drogi grzmotu — zapomniał przez chwilę, że był jej bratem, ale Seradela najwidoczniej nie przejęła się tym.
— Szkoda, że jeszcze Zalotna Gwiazda wzięła Białą Łapę, wygląda, jakby nie tylko miała pogryźć Wilgową Gorycz, ale i też resztę zgromadzenia. Oby nam nie przyniosła siary swoim roztargnieniem jak u wściekłego lisa — srebrna swobodnie gadała o młodszej uczennicy, która była na długość ogona od niej, ale ona nigdy raczej nie przejmowała się zbytnio innymi.

Zgromadzenie i rozmowa z Księżycową Łapą z perspektywy Cętkowanej Łapy

Będąc już na zgromadzeniu, oddzielił się od Seradelowej Łapy, by przyjrzeć się innym kotom, jedyne co i tak mógł to na nie patrzeć z dystansem. Wiedział, że z Gwiezdnymi móżdżkami nie może gadać, bo jeszcze będą mu świecić tą propagandą o Klanie Gwiazdy, jakby nie wiedzieli, że Mroczna Puszcza to lepsza alternatywa.
— Tęgosz! Więc zabrali cię na zgromadzenie. Cześć — przywitał się jakiś biały uczeń, szybko obrócił głowę, sądził przez chwilę, że to jakiś kot z innego klanu, ale przypomniał sobie, że był z jego klanu jednak ten bieluch. — Mogę Ci tak mówić, prawda? Hmm... Księżycek! Księżycowa Łapa! — przedstawił się nawet, obsypał go radością, jako że był synem Jaskółczego Ziela, szanowanej wojowniczki w obrębie jego rodziny to mógł z nim gadać.
— Nie mam problemu do tego, Księżycowa Łapo. Jakoś dużo tu tych lisich łajn co mają ego wyżej niż zad. Dobrze, że u nas takie coś się nie rozprzestrzeniło — spojrzał na koty wokół spojrzeniem bez emocji, a następnie zlustrował wzrokiem Księżyca. Był Wilczakiem, więc mogli się ponabijać razem z gwiezdnych wyznawców.
Bieluch zmarszczył brwi na to, co powiedział przed chwilą rudy uczeń, czy coś wpadło mu do oka?
— Jak ty się wyrażasz na temat innych. Strasznie niemiło! — miauknął Księżycowa Łapa. — I po co te wulgaryzmy jeszcze? — zapytał, liżąc się po łapce, unikając kontaktu wzrokowego z nim, przez to, co Tęgosz odebrał, jako ignorancję. — Możesz nie lubić innych, ale trochę szacunku... Lisie łajna? — klanowicz skrzywił pyszczek. — Sam się zachowujesz w... ten sposób — on sam się zachowuje w ten sposób? Czyli jak? Bo zachowywał się w tej chwili wzorowo i nie robił problemu, wyrażając własne zdanie na temat innowierców. Koty, które nie wierzyły w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd były słabe i zepsute, to miał prawo po nich jechać, jak chciał.
Czy on więc zasugerował, że głupsze koty od nich samych ma szanować? Chyba Księżycowa Łapa nie będzie jego znajomym w przyszłości.
— I co z tego? Co mnie oni obchodzą? Chyba twój klan powinien bardziej cię interesować niż obce koty z innego klanu — musiał w przyszłości powiedzieć zaufanym dorosłym, że z Księżycem jest coś nie halo. — A ty myślisz, że mamy wszyscy się kochać. Jedyny klan, który możemy szanować na ten moment to Klan Nocy, mamy z nimi sojusz, więc to jest uzasadnione. Reszta jest dla nas neutralna, Księżycu, uwierz mi, że po zgromadzeniu nikt nie będzie pozytywnie o nas myślał. To nie jest rzeczywistość, gdzie wszyscy się kochamy i trzymamy się za łapki jak w żłobku! To twarde pilnowanie swoich spraw i żeby nasze klany nie były słabe. Zwłaszcza naszego. — Zlustrował go jeszcze wzrokiem. — Jako kot który wyznaje naszych walecznych przodków, to powinieneś to wiedzieć, nie sądzisz? — no chyba powinien, był od niego starszy, a gadał jak jakiś kociak, co dopiero urwał się ze żłobka, lub jak jakiś kot co żył długo pod kamieniem.
— Powinni mnie obchodzić wszyscy. Jeśli masz do tego jakiś problem, to tego nie komentuj! — oburzył się w końcu po jego wywodzie Księżycowa Łapa. — Żaden z klanów nie jest słaby! — miauknął, nie wyglądając przekonująco dla Cętkowanej Łapy, po co więc gadał takie farmazony, skoro sam nie był pewny, co mówił? Doszedł do wniosku, że chyba Księżyc na serio to zagubiony kot w czasoprzestrzeni.
— Powinni cię obchodzić? Czy zatem możesz się nazywać lojalnym wobec naszego klanu, skoro cię obchodzą wszyscy? Kiedyś będziesz musiał wybrać między swoim klanem a tymi "wszystkimi". Nie mówiąc już, że nie ma wiecznie pokoju. Kiedyś możemy wpaść w konflikt z nieprzyjaciółmi i wtedy będziesz musiał pomyśleć drugi raz nad tym, co powiedziałeś i przemyśleć czy na pewno będzie warto przejmować się tymi kotami, co nie trzeba. Kot, który chce stawać za każdym, prędzej czy później traci równowagę i upada z niczym, bo najbardziej stabilnie stoi się na czterech łapach, a nie po jednej łapie na każdej z klanów, nie mówiąc już o Owocowym Lesie i samotnikach, którzy ciebie też jakoś obchodzą! — spojrzał na niego z pogardą, czy takie słowa mogły padać od kota, który dłużej trenował od niego, który w teorii powinien być bardziej doświadczony życiowo i pod względem wiary?
— Jestem lojalny, ale jaki sens ma obrażanie innych bez powodu? — zapytał biały Wilczacki uczeń. — Niektórzy na to akurat może zasługują... — mruknął cichutko Księżyc, ciekawe tylko o kim teraz myślał, to mówiąc? — Ale chodzi o to, że nie można wszystkimi gardzić, jeśli nic ci nie zrobili. Możesz nazywać ich, jak chcesz, ale dopiero, gdy będziesz wiedzieć, że zabrali ci zwierzynę czy kogoś zaatakowali. No i oczywiście było to po twoich narodzinach — prychnął biały, Cętek chciał dodać, że gdy była pradawna wojna Klanu Wilka z Klanem Klifu, to on też pewnie się nie urodził wtedy, ale powstrzymał się. — Nie nazywaj mnie nielojalnym. Po prostu powinno się mieć szacunek do innych. I to wszystko — Cętkowana Łapa już się męczył powoli długą rozmową z kimś tak tępym.
— Mam solidne powody, a najlepiej powinieneś sam wiedzieć, czemu tak ich traktuje, a nie inaczej. To matka Ci nie mówiła lub ktoś inny? — czy on mógł zamknąć tę swoją jadaczkę? Rzygać mu się chciało od tego ścieku głupoty. Spojrzał jeszcze na białą zołzę, która biła się z jakimś uczniem z Klanu klifu, chyba ją Księżyc miał na myśli, mówiąc, że niektórzy na to zasługują, jednak po swoim zamyśleniu wrócił do rozmowy. — Mój drogi Księżycu, ty chyba czegoś nie rozumiesz. Szacunek, który musisz okazywać, należy się jedynie wyższym rangom w twoim klanie, jak i jemu samemu za to, że w nim żyjesz, nie jakimś losowym kotom, które zapewne, mają cię gdzieś, bo jesteś z innego klanu. Takie podejście do innych jest zgubne, ktoś mógłby cię wykorzystać do niewłaściwych celów za twoją naiwność bardziej poszerzoną niż ten tłum na tym zgromadzeniu, a chyba byś tego nie chciał, co nie? — spojrzał na niego, muskając go ogonem po policzku. Chcąc go zmanipulować, żeby zmienił swój światopogląd, żeby uratować nie tylko Księżyca, ale i Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd od utraty potencjalnego wyznawcy. — Oczywiście nie mówię tego jako obrazę, żebyś nie brał tego dosłownie. Jesteśmy klanowiczami z jednego klanu i nie chcę, by kiedyś stało się tobie lub innym coś poważnego przez poglądy, które cię tylko krzywdzą, czynią cię słabym. Mówię to jako dobry kolega, który chce, żebyś był kimś silnym i docenionym w klanie, bo na razie niestety o tobie źle mówią w naszym klanie. Wierz mi, nie chcę więcej słyszeć o tym, jak nieprzyjemnie gdzieś szepczą w kącie na twój temat — kłamał, Księżycowa Łapa go nie obchodził, tak naprawdę chciał mieć pewność, że nie będzie dalszym pośmiewiskiem klanowym. Przynajmniej może Księżyc, jeśli się skusi zmienić swój pogląd, to będzie mu wdzięczny, że klan go w końcu będzie lubić. Oczywiście Księżycowa Łapa, zamiast być wdzięczny, za jego troskę to prychnął cicho jak obrażona kotka.
— Mówiła. Borsucza Puszcza również. Chociaż wtedy nie słuchałem — odparł Księżyc, krzywiąc pyszczek. Szkoda, że Księżycowa Łapa jej nie słuchał, może wtedy nie byłby chodzącym żartem. — Nie jestem naiwny... — Księżycowa Łapa nadal desperacko próbował być przekonujący, ale Cętkowana Łapa widział jak poglądy białego kocura są kruche. — Nie chciałbym — odparł po chwili jego rozmówca, odsuwając się od niego. — Chyba nie powinno cię obchodzić to, co o mnie mówią. To raczej moja sprawa. Może wolałbym być silnym wojownikiem, ale mogę najwyżej... znosić tę obrazę — znosić? Dla niego te jego znoszenie tego wyglądało jak ignorancja własnego położenia społecznego, które u Księżyca i tak było kiepskie. Jeśli Księżyc się nie weźmie w garść, to będzie nadal popychadłem, które będzie siebie pytać, czemu nikogo nie ma. Takie podejście było denerwujące, nie chciał zupełnie nic zmienić i się dziwił, że nikt go nie brał na poważnie.
— Możesz ją nosić, to nie trudne, ale co z nią zrobisz? Niestety nad twoją rodziną wisi złe widmo, nie mówiąc o tym, że twoja ciocia, Iskrząca Nadzieja, miała w przeszłości partnera i syna, ale oni uciekli i są znienawidzonymi zdrajcami. Zdradzę ci coś, moja babcia nienawidzi zdrajców lub kotów z nimi związanych — uśmiechnął się w grymasie, widząc, że Księżycowa Łapa odchodzi, to rudzielec się przybliżał. — Jako, jednak że jestem twoim dobrym współklanowiczem, to powiem ci jak się tego wyzbyć. Wystarczy, że musisz ciężko pracować dla klanu i naszych mrocznych przodków, a wtedy Zalotna Gwiazda, a z nią cały klan będzie uważał cię za przyszłego dobrego wojownika tego klanu — nie pozwoliłby sobie, by jakaś słaba jednostka niszczyła klan, już byli tacy w przeszłości. Więc następnych anomalii nie powinno być. On naprawi Księżyca, Ognikowa Słota mówiła, żeby każdym kosztem nawracać takich, a on to zrobi za wszelką cenę. — Co ty na to, żeby w przyszłości spotkać się na jakimś grupowym treningu? Ja ty i Seradelkowa Łapa z naszymi mentorami. Myślę, że Zalotna Gwiazda nam pozwoli na to! Powinniśmy w grupie stawać się silniejsi, zwłaszcza ty u mojego boku, nie zamierzam sobie wyobrażać, że mój kolega ma być samotny z powodu wrednych kotów — oczywiście raczej nikt nie był dla niego wredny, chciał dać fałszywe poczucie Księżycowi, że tylko on go rozumie.
— Co ma moja rodzina do tego, jaki jest... — zaczął bieluch, ale nagle ucichł. — Nie jestem zdrajcą. Nienawidzę ich. A moje powiązania z nimi nic nie znaczą — odparł dalej cicho, niezbyt pewnie. — Ciocia Iskierka również nic nie zawiniła — miauknął. Ciocia Iskierka? Czy on śmiał kotkę, która związała się ze zdrajcą nazywać ciocią? Co za żenada, na szczęście Księżycowa Łapa przestał się cofać i bardziej zaczął rozważać jego słowa. — Czyli... Mam się starać. Bardziej się starać? — zapytał niepewnie biały uczeń, odwracając swój wzrok w stronę rudego. — Ja... Ja bardzo chętnie! — uśmiechając się, ale zaraz spoważniał. Czuł tryumf nad białym i nędznym kocurem, który okazywał tylko słabość.
— W końcu miło słyszeć, że w czymś się zgadzamy! — ciepłe słowa wydobyły się z jego pyska, będąc dla ucha, kojące. Będzie pewny, że indoktrynacja Księżycowej Łapy będzie prosta jak złapanie ptaka ze złamanymi skrzydłami.
— Wiedziałem, że można na ciebie liczyć, oby nienawiść do tych, co skrzywdzili twoją rodzinę została jak najdłużej. Żebyś mógł pokazać innym, że się mylą i może mnie, Księżycu? — było to pytanie retoryczne na końcu, jeśli chodziło o jego osobę, bo raczej Księżyc nie może się przed nim bardziej zniżyć. Równałoby się, z tym że może by miał w przyszłości tak bardzo przerąbane, jak Biała Łapa teraz. Księżycowa Łapa na jego słowa tylko przewrócił oczami, czy znowu miał wszystko gdzieś co do niego mówił?
— Wydaje mi się, że trochę za dużo sobie pozwalasz. Mogę być "lepszy", ale nie do końca obchodzi mnie opinia innych. Raczej... Brakuje mi innych. Błędne koło — Księżycowa Łapa po tym milczał przez chwilę, myśląc nad czymś. — Czy Seradelowa Łapa nie będzie miała nic przeciwko mojemu towarzystwu? Wydajecie się bliscy sobie — zapytał biały uczeń, będąc zapewne ciekawy ich relacji. Pierwsze Cętkowana Łapa usłyszał od niego, że pierwsze go nie obchodzi opinia innych, po czym następnie, że mu ich brakuje, czyżby hipokryzja? Księżyc gubił się w swojej narracji, zgrywając samotnika, ale nie ucieknie od swojego klanu i osądu innych.
— To nie błędne koło, jeśli ci brakuje innych, to stając się kimś silniejszym i bardziej pracowitych uzyskasz więcej kotów jako towarzyszy. Tak to działa w naszym klanie, wolimy towarzystwo tych, którzy pracują ciężkim kosztem na nasz klan, takie jednostki przyciągają nas. Nie ci, co są słabi i którzy nas hańbią, takim przykładem jest Biała Łapa, która nie umie się zachować aktualnie na zgromadzeniu — biały kocur musnął go w pysk jednym z jego pędzelków, ale on uśmiechnął się bardziej.
— Seradelkowa Łapa chętnie przyjmie twoje towarzystwo. Co do naszej bliskości to gadamy ze sobą, bo zwykle mamy razem treningi za sprawą mojej babci, także rozmawiamy w tematach związanych z naszym szkoleniem i tym, co będziemy robić w następnych treningach. To nic personalnego, bardziej coś służbowego — mówił tu szczerze, na razie oprócz wspólnego celu stawania się silnym nie mieli jakoś bliskiej relacji, była ona na razie taka neutralna, ale nie zła. Bardziej z goryczką zazdrości i jego pamiętliwości jak kotka go pokonała w pierwszej walce.
— Biała Łapa nie wygląda mi na słabą! — wykrzyknął Księżyc, próbując bronić jej, ale ona aktualnie blisko nich biła się z uczniem Klanu Klifu, nie pokazując ani trochę klasy. — Ale za to na... niezbyt inteligentną — biały kocur powiedział coś odmiennego, myślał, że będzie walił referat, jak on nie ma prawa nikogo obrażać znowu, aż się zdziwił. — Chyba wychodzi na jedno i to samo — podsumował bieluch, przyglądając się własnym łapom. — Rozumiem. Wyglądacie raczej na przyjaciół, ale co ja tam wiem — cętkowany kocur rozejrzał się po zebranych, zwłaszcza Białej Łapie, która siedziała obok Nadciągającego Pomroku, a następnie kontynuował rozmowę. — Miałem bardziej na myśli, że nas hańbi, bo dosłownie zaatakowała jakiegoś ucznia, przez to pokazała nas jako dzikusów. To, co jednak mówisz o niej, też jest trafne — cieszył się, że zaczął jakoś wpływać na jego rozumowanie, które było zepsute.
— Jak chcesz, mogę cię z nią zapoznać, może jest wredna z charakteru czasem, ale to jej charakter. Tak rozmawiając o naszych wielkich przodkach i o byciu ambitnym wojownikiem to może się tobą zainteresuje — Księżycowa Łapa, słysząc jego propozycje, to pokiwał głową ochoczo rozweselony.
— Chętnie ją poznam! Lubię poznawać nowe koty! — powiedział rozmówca rudego. — I ciebie bliżej także. Najchętniej poznałabym każdego ucznia i wojownika w swoim wieku w Klanie Wilka... Tylko że za mną nie przepadają — nie przepadają, bo był tępy szczerze, ale rudzielec chciał to zmienić.
— Nie martw się, dla mnie jesteś kimś równym, z kim mogę rozmawiać — starał się pompować w swojej ofierze sztuczną nadzieję, by nie wydawać się zbyt oschłym. Na chwilę przestał gadać z białasem, słuchając swojej babci na skale. Nie chciał słuchać farmazonów na początku, tylko bardziej się skupił na końcu, czyli na nowych mianowanych uczniach a na wzmiance o Białej Łapie, że nie pocieszy się długo swoją rangą, poczuł satysfakcję z tego, jaką karę dostała Biała Łapa. — Widzisz, nawet Zalotna Gwiazda nie postrzega tego liliowo białego bachora pozytywnie — jego oczy się rozbłysły złośliwymi iskrami. Księżycowa Łapa po przemówieniu Zalotnej Gwiazdy obrócił do niego głowę.
— Zdziwiłbym się, gdyby postrzegała go pozytywnie — parsknął z uśmiechem na pysku. Cętkowana Łapa musiał przyznać, że akurat mu się to udało z tą gadką, gdyby Księżycowa Łapa byłby taki jak typowy Wilczak, to może by się dało z nim normalnie gadać. Jako że Zalotna Gwiazda była już ostatnim przywódcą, który przemawiał na skale liderów, to po jakimś czasie klany zbierały się do domu. Księżycowa Łapa odszedł od niego, a on obojętnie szedł z Seradelową Łapą z powrotem do obozu.

***

— Chcesz, żeby ten odklejeniec z nami trenował? Czy ten samotnik co cię zaatakował, zabrał ci połowę rozumu?! — Seradelowa Łapa syknęła w jego stronę, gdy się dowiedziała, że chciał zaangażować Księżycową Łapę na jeden trening z nimi.
— Nie brzmi to mądrze, ale jest z nim coś nie tak. Zalotna Gwiazda powinna to zobaczyć podczas treningu, nie mieści mi się w głowie, że jakiś mazgaj będzie nas uniżać do poziomu reszty klanów, że mamy lubić ich wszystkich! Jakby wcale Klan Klifu kiedyś nas nie zaatakował, z tego, co słyszałem jako kocię — tłumem wracali do Klanu Wilka ze zgromadzenia, na szczęście Księżycowa Łapa wydawał się daleko od nich i nie słyszał, jak go obgadują.
— Mam nadzieję, że będzie z nami trenował bardzo krótko lub w ogóle, Zalotna Gwiazda nie zgodzi się na twój pomysł! On nie jest nawet godny obok mnie stawać, nie wiem, jak można puścić uszami naukę o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd. Trzeba być chyba niezłą amebą — słysząc jej marudzenie, odechciewało mu się momentami realizować ten plan, ale jego babcia musi widzieć z bliska jak ta ciota dosłownie, przynosi wstyd klanowi i przodkom. Może jak go skarci, to się wyprostuje jakoś moralnie, on raczej nie był Garbatą Łapą, żeby się nie dało.

***

Stali już w komplecie przy wyjściu z obozu, trochę szkoda, że musieli długo czekać aż "królewicz" z łaski swojej się przebudzi. Im dłużej się nie budził, tym częściej Seradelowa Łapa przewracała oczami, a nawet mentorka białasa była lekko zawstydzona przed przywódczynią, że jej uczeń nie umie się wcześniej wybudzić, to musiała wysłać Cętkowaną Łapę po niego.
— Skoro to już wszyscy, to możemy ruszyć — przywódczyni dała znak, a koty wyszły z obozu, wkraczając w iglasty las.

***

Księżycowa Łapa przez całą drogę wydawał się kłębkiem energii i jeszcze był taki radosny, jakby nie doszło do ich sprzeczki. Czy biały kocur miał zawsze taki zaciesz na pysku? Zatrzymali się przy jakiejś wielkiej dziurze w ziemi, czy będą polować na krety? Ten ziemny korytarz wyglądał na dosyć głęboki i stromy. Jedno zawahanie i mogliby skończyć niekorzystnie...
— Skoro mamy trening grupowy, to pomyślałyśmy nad tym, że powinniście poćwiczyć przemieszczanie się w tunelach. Raczej nie jesteśmy Burzakami, by z nich skorzystać na co dzień, ale gdyby nam kiedyś było dane walczyć z nimi, to wtedy nie powinniście być zaskoczeni, jak was wciągną pod ziemię — Burzaki wciągały pod ziemię koty? Nie sądził, że ich sąsiedzi zdążyli już całkowicie uosobić się z królikami. Zalotna Gwiazda skończyła mówić, następnie zabrała głos Kocimiętkowy Wir.
— Ten tunel jest długi, więc zajmie wam dużo czasu, ale nie martwcie się. Ten akurat nie ma żadnych innych korytarzy, więc wystarczy, że pójdziecie prosto, a wyjdziecie. Macie jakieś obawy? — ruda mistrzyni spojrzała na swego białego ucznia, jego wyraz, gdy jego własna mentorka go zapytała, zmienił się na jeszcze bardziej radosny, jak u kilkuksiężycowego kociaka.
— Nie mam żadnych! — odparł Księżyc, z wielkim entuzjazmem, który mógł usłyszeć cały las. Kocimiętka jeszcze spojrzała na Tęgosza i Seradelę, obaj zgodnie kiwnęli głową, że nie mają żadnych obaw co do tuneli.
— To właśnie to, co powinniście powiedzieć jako uczniowie Klanu Wilka, w tym klanie nie ma miejsce na strach! Także widzimy się przy okolicach wyjścia z tunelu — Zalotna Gwiazda podsumowała, po czym zabrała ze sobą dwie wojowniczki. Gdy trzej uczniowie zostali sami, to Cętkowana wymienił spojrzenie z Seradelową Łapą, kto idzie pierwszy. Sam chciał prowadzić ich małą grupę, ale kotka się wepchnęła pierwsza bez żadnego słowa. Cętek zobaczył to i szybko poszedł za nią, nie zamierzał iść trzeci za obrazą klanową, jaką był Księżycowa Łapa, nie chciał wyjść gorzej. Rudzielec wokół siebie widział tylko ciemność, z tyłu nikt nie szedł, więc miał na szczęście dużo miejsca, czyżby Księżycowa Łapa się zląkł? Poczuł, że coś nadepnęło mu na ogon. Był to chyba biały uczeń. No cóż, musieli siebie znieść podczas tułaczki przez tunel.

***

Nie było żadnego światła, które umożliwiło im widzenie przez długą dziurę w ziemi, Cętek był tylko zdany na Seradelową Łapę, która prowadziła pierwsza. Dobrze, że wchodząc głębiej, tunel jakby stał się szerszy, bo na początku było tak ciasno, że myślał, że się udusi. Że jeszcze było szeroko, to jeszcze było bardziej słychać ich tuptanie łap. Cętkowana Łapa słyszał kroki Seradeli i z tyłu Księżycowej Łapy, spojrzał oczywiście na tył, by się upewnić czy białas jeszcze żył, patrząc na kocura z tyłu, widział tylko zgarbioną sylwetkę, kota, który wstał lewą łapą, gdy go budził.
— Coś ty taki mało energiczny, Księżyc? Mówiłeś, że chcesz towarzystwo, to masz! Powinieneś się cieszyć, że spędzasz ze mną czas i Seradelkową Łapą — jego rozmówca wyglądał, jakby nie słuchał, jedyne czym poruszył to jednym uchem, następnie zmrużył niebieskie oczy.
— To mnie nie budź. Trzeba było wysłać po mnie panią Wirek — burknął. — Zaraz mi przej... — ziewnął bieluch. — Nie mogłem spać w nocy, wybacz — miauknął, przecierając co jakiś czas niebieskie ślepia. Może rzeczywiście kocurek był taki sobie, bo się nie wyspał? Już rudy miał nadzieję, że wybudził w nim ducha Mrocznej Puszczy.
— Niestety Kocimiętkowy Wir kazała mi iść po ciebie i jakoś tak wyszło — poprawił jedno z futer policzkowych, trochę niezbyt się elegancko układało, od kiedy miał widoczną bliznę, którą sprawiła    mu Tropiąca Łaska.
— Też bym nie spał z wiedzą, że moje pierwsze zgromadzenie i wrażenie zostały zepsute przez Białą Łapę. Teraz nasi sąsiedzi pewnie o nas źle myślą, a nie mogą myśleć, że nie mamy kultury. Ja akurat nie wiem, jak ona wpadła na taki genialny pomysł, żeby się bić z jakimś uczniem z innego klanu na zgromadzeniu! Jak tak bardzo chciała, to miała tyle czasu, by robić z kimś zapasy na granicy, gdzie by nikt nie widział, a tak każdy widział! Mam nadzieję, że dostanie nauczkę, bo zachowuje się jak roztargniony kociak! — ta Biała Łapa, następna do wyprostowania, choć już nie wiedział, czy trudniej nawrócić przygłupa, czy dzikuskę. Księżycowa Łapa kiwnął tylko mu głową, niezbyt zadowolony. Słysząc jego następne słowa, zastrzygł uchem, sprawiając, że zgięło się lekko pod ciężarem pędzelka.
— Akurat to było moje... — zaczął biały, przez chwilę się namyślając. — Trzecie zgromadzenie? — mruknął ze zmrużonymi oczami kocur, jakby chciał się upewnić czy rzeczywiście dobrze liczył. — Takie sytuacje się zdarzają. Raz na zgromadzenie dołączyły kociaki z Klanu Burzy. To się zdarza, jeszcze się uczą nawet posiadania mózgów — zaśmiał się ciepło, bieluch. — Będzie można ich oceniać, dopiero gdy wyrosną na okropnych wojowników. Teraz lepiej sobie odpuścić! — biały uczeń uśmiechnął się. Cętkowana Łapa mógłby uznać ten uśmiech za głupkowaty, jak za każdym razem, gdy próbował mu wmawiać, jak bardzo powinien tolerować wszystko, co żywe. Jednak coś zauważył intrygującego w tym wyrazie jego pyska, jednak rudzielec nie umiał pojąć tego, co niby miałoby to być, wiedział, tylko że to uczucie dawało mu spokój. Chociaż może miał tylko takie wrażenie, bo byli teraz w tunelu gdzie dostęp do powietrza był ograniczony, co nie pozwalało rudzielcowi dobrze myśleć.
— W sumie nie mogę tego powiedzieć, że nie masz racji, nie będę jej na razie oczerniał, skoro będzie od tego Zalotna Gwiazda — zadaniem jego babci było wymierzenie Białej Łapie stosownej kary. Jak uczennica ją dostanie, to wtedy będzie mógł się nad nią pastwić. Na wspomnieniu białego o tym, że raz na zgromadzenie wtargnął kociak, to poczuł rozbawienie. — Naprawdę? Wzięli kociaka na zgromadzenie? To nie żłobek od takich rzeczy, jak dobrze, że nam za czasów młodości nie rodziły się takie pomysły — gdyby on by przyszedł na zgromadzenie jako kociak, to by nie został zapewne uczniem, tylko musiałby czekać dużo księżyców, pomagając starszym, czyszcząc ich osiwiałe futro żółcią i czyszcząc zużyte posłania śmierdzące rozkładem. Okropieństwo!
Księżycowa Łapa kiwnął głową.
— Oczywiście. Mam nadzieję, że będzie przez kilka księżyców czyścić legowiska w żłobku, u starszych i w lecznicy. Resztę mógłbym nazwać nawet w miarę przyjemną w porównaniu do tamtych. Musi się nauczyć — podsumował, liżąc się po piersi. Słysząc zdziwienie rudzielca, pokiwał ochoczo głową. — Mhm! I mało tego. Podobno była to wojowniczka. Cała trójka dostała jakieś okropne imiona, ale ponoć to już przeszłość. Chociaż doceniam ich za odwagę — miauknął lekko rozczulony. — Słyszałem, że chcieli stworzyć nowe klany. Pewnie zabawnie się tego słuchało... Chociaż nie chciałbym być w skórze kota, który dał się im na to przekonać! — odparł.
— Przyjemną? Kara nie może być przyjemna. Ja bym jej jeszcze dowalił ograniczenie, że nie może wychodzić z obozu i jakieś wredne imię, może Wściekła Łapa? Albo Rozdrażniona Łapa, co myślisz? — jakieś okropne imię musiało być, najlepiej takie, które sprawiło, że byłaby pośmiewiskiem. Oczywiście wtedy nie mogłaby wejść z nim na zgromadzenie, właśnie! — I jeszcze może zakaz chodzenie na dwa najbliższe zgromadzenia klanów — pomyśleć, że takie pomysły mu przychodzą, jak obgaduje innych za plecami. Taką Białą Łapę lub w tym momencie tych niecnych Burzaków. — Ja też nie! Cztery klany zupełnie nam wystarczą, nie wyobrażam sobie mieć kolejnych irytujących sąsiadów — wizja tego, że miałby powstać następny klan, nie była dla niego zadowalająca. Zapewne ten klan i tak by szybko upadł, patrząc na to, że jakaś zgraja głupich Burzaków miała go tworzyć.
— Właśnie, kiedy będziesz mianowany? Taki wiek, w którym jesteś, ponoć jest najlepszy, bo później mając tak dwadzieścia pięć księżyców lub więcej to można wylecieć. Choćby ten Gruba Łapa, dla mnie to mógłby zostać wykopany już z klanu. Widać u niego szczyt lenistwa i jeszcze ta masa! Wojownicy będą musieli go toczyć, żeby się go pozbyć! — no ten rudy grubas nie był przydatny dla klanu, takiego kota pewnie nawet nie dało się trenować. Zapewne swymi ciężkimi krokami od razu odstraszał zwierzynę, a wspinając się na drzewo, od razu spadał jak ulany żołądź lub samo drzewo pod nim skrzypiało.
Księżyc prychnął cicho.
— Mówiłem tylko na temat własnych doświadczeń, po wielu dniach męczących treningów z walki czasem przyjemnie było wymieniać legowiska — mruknął biały, posyłając kocurowi przyjazny uśmieszek. Cętkowana Łapa nie widział raczej przyjemności w składaniu legowisk, to raczej zajęcie dla mięczaków. — Wściekła Łapa? Brzmi interesująco — zaśmiał się bieluch.
Wysłuchał jego opinii na temat zgromadzeń i zamyślił się przez krótką chwilę.
— To na pewno, większość karanych uczniów nie chodzi na zgromadzenia — odparł Księżycowa Łapa. Jakoś przyjemnie im zlatywał ten czas w tunelach, można powiedzieć, że nie odczuwali, ile go ubyło.
— Ej gaduły! Widać już wyjście, więc może zwiększycie swoje tempo? — Seradelowa Łapa posłała im spojrzenie, następnie odwróciła się i poszła szybciej, aż w końcu im zniknęła z pola widzenia. Wtedy Cętkowana też to zauważył, źródło światła.
— Księżyc, chodź! Nie możemy być gorsi od Seradelki! — rudzielec rzucił się do biegu, a za sobą czuł, że depcze mu po łapach Księżyc.
Wszyscy uczniowie już byli na powierzchni, a ich mentorki trzymały piszczki w pyskach.
— Czekaliśmy na was, już zdążyliśmy coś upolować w międzyczasie, gdy wy przemieszczaliście się tunelami. Skoro jesteście jednak cali, to wasz trening uznaje za zaliczony, wracamy do obozu — odparła Zalotna Gwiazda, na chwilę upuszczając swoją zwierzynę, po czym znowu ją podniosła. Mistrzynie szły ze zdobyczami, a uczniowie szli z polepszoną wiedzą o tunelach. Cętkowanej Łapie się podobał ten trening, był taki jeden ze spokojniejszych, właściwie to tylko w grupie miał wrażenie, że nie miał takiego wycisku jak w samotności z Tropiącą Łaską.
— Jak ci się podobał trening, Księżycowa Łapo? Może będziemy częściej trenować, żebyś był lepszy, co ty na to? — obrócił się w stronę syna Jaskółczego Ziela, na razie zapowiadało się dobrze, jeśli chodzi o jego indoktrynacje, oby dalej nie było gorzej i żeby Księżyc mu się nie buntował.

<Księżycowa Łapo?>
[4309 słów + Nawigacja w tunelach]

[46% + 5%]

24 maja 2026

Od Księżycowej Łapy do Cętkowanej Łapy

Zgromadzenie

Księżycowa Łapa siedział na uboczu, rozglądając się w poszukiwaniu Zalotnej Gwiazdy. Mieli dziś wyruszyć na zgromadzenie, a zdążył już nawet w tym czasie porządnie wymyć swoje futerko. Widząc swoją mamę, podbiegł do niej.
— Jaskółcze Ziele! Jak się czujesz? Nie będzie cię na zgromadzeniu, prawda mamo? — miauknął, a jego matka nie wyglądała na szczególnie zadowoloną jego obecnością.
— Nie — odparła krótko, brzmiąc nieco oschle.
Zapewne nie chciała być taka dla swojego jedynego syna, ale musiał wyrosnąć na silnego wojownika…nie na maminsynka. Księżycowa Łapa stał jeszcze przez chwilę zbity z tropu, ale ostatecznie usunął się w cień, krzywiąc pyszczek. Ostatnio nasilało się w nim pewne uczucie bezradności. Nieważne jak bardzo miłym starał się być, Klan Wilka nadal zdawał się go nienawidzić. Gdy stał się uczniem, do tego grona zaczęła nawet należeć jego matka.
”Czy powinienem był sobie zasłużyć w jakiś sposób na jej miłość? A może ma mnie już dość, bo za bardzo naciskałem?” myślał kocur, ponownie patrząc po zbierających się już klanowiczach. Sam również wrócił na swoje miejsce, doglądając przywódczyni, która wkrótce wyłoniła się ze swojego legowiska. Nieco przerażała go jej aparycja, ale było w niej również coś znajomego. Wyszedł z obozu wraz z grupą, lecz trzymał się raczej na uboczu, nie zwracając zbytnio uwagi na swoich towarzyszy. Gdy dotarli w końcu na Bursztynową Wyspę, od razu zaczął szukać kogoś do rozmowy. Pełen podekscytowania wędrował pomiędzy zgromadzonymi, szukając interesujących osobników. Widząc rudego kocura, uniósł lekko brwi i podszedł, radośnie machając ogonem. Niemal od razu rozpoznał w nim swojego towarzysza z legowiska.
— Tęgosz! Więc zabrali cię na zgromadzenie. Cześć — przywitał się, zastanawiając się, czy była to ich pierwsza rozmowa. — Mogę Ci tak mówić, prawda? Hmm... Księżycek! Księżycowa Łapa! — przypomniał.
Rozpoznawał kocura przede wszystkim dlatego, że jego legowisko nie było wcale tak daleko od należącego do cętkowanego. Zdawało mu się nawet, że kojarzył jego ojca, choć wcale nie wyglądali na jakoś szczególnie spokrewnionych.
— Nie mam problemu do tego, Księżycowa Łapo. Jakoś dużo tu tych lisich łajn co mają ego wyżej niż zad. Dobrze, że u nas takie coś się nie rozprzestrzeniło — spojrzał na koty wokół spojrzeniem bez emocji, a następnie zlustrował wzrokiem samego Księżycka. Białemu od razu przestało się podobać towarzystwo rudzielca. Zmarszczył brwi w niezadowoleniu.
— Jak ty się wyrażasz na temat innych. Strasznie niemiło! — miauknął. — I po co te wulgaryzmy? — zapytał, liżąc się po łapce. — Możesz nie lubić innych, ale trochę szacunku... Lisie łajna? — skrzywił pyszczek. — Sam się zachowujesz w...ten sposób — mruknął nieco ciszej, wyraźnie rozeźlony.
— I co z tego? Co mnie oni obchodzą? Chyba twój klan powinien bardziej cię interesować niż obce koty z innego klanu — mruknął, brzmiąc na dosyć naburmuszonego.
— Powinni mnie obchodzić wszyscy. Jeśli masz do tego jakiś problem, to tego nie komentuj! — oburzył się.
— A ty myślisz, że mamy wszyscy się kochać? Jedyny klan, który możemy szanować na ten moment to Klan Nocy, mamy z nimi sojusz, więc to jest uzasadnione. Reszta jest dla nas neutralna. Księżycku uwierz mi, że po zgromadzeniu nikt nie będzie pozytywnie o nas myślał. To nie jest rzeczywistość, gdzie wszyscy się kochamy i trzymamy się za łapki jak w żłobku! To twarde pilnowanie swoich spraw i żeby klany nie były słabe. Zwłaszcza naszego — spojrzał na niego jakby niechętnie. — Jako kot, który wyznaje naszych walecznych przodków powinieneś to wiedzieć, nie sądzisz? — zapytał, unosząc jedną brew.
— Żaden z klanów nie jest słaby! — miauknął, chociaż w tej chwili nie wyglądał na szczególnie przekonanego.
Od dziecka wpajano mu dziwne wartości, a on miał je w czterech literach. Czemu miałoby go to teraz obchodzić? Może dlatego, że teraz mówił mu to rówieśnik, a nie babcia Borsucza Puszcza, której teraz nawet przy nim nie było? A może z jeszcze innego powodu? Pozostawało mu tylko nad tym rozmyślać.
— Powinni cię obchodzić? Czy zatem możesz się nazywać lojalnym wobec naszego klanu, skoro cię obchodzą wszyscy? Kiedyś będziesz musiał wybrać między swoim klanem a tymi "wszystkimi". Nie mówiąc, że nie ma wiecznie pokoju, kiedyś możemy wpaść w konflikt z nieprzyjaciółmi i wtedy będziesz musiał pomyśleć drugi raz, nad tym, co powiedziałeś i przemyśleć czy na pewno będzie warto przejmować się tymi kotami, co nie trzeba. Kot, który chce stawać za każdym, prędzej czy później traci równowagę i upada z niczym, bo najbardziej stabilnie stoi się na czterech łapach, a nie po jednej łapie na każdej z klanów, nie mówiąc już o owocowym lesie i samotnikach, którzy ciebie też jakoś obchodzą! — spojrzał na niego z pogardą, najwyraźniej zastanawiając się, czy takie słowa mogły w ogóle paść od kota starszego od niego, który powinien być bardziej doświadczony.
— Jestem lojalny, ale jaki sens ma obrażanie innych bez powodu? — zapytał, a przed oczami mignął mu obraz dwójki kłócących się uczniów. Gdzieś bokiem przeszedł mi przed oczami obraz jakiegoś klifiaka i…wilczaczki. Dosyć szybko rozpoznał w niej nikogo innego jak problematyczną Białą Łapę. To zdecydowanie nie był pierwszy raz, gdy kotka sprawiała problemy, jednak nie spodziewała się, że dojdzie do bitwy między nią a innym kotem podczas zgromadzenia. Zmrużył lekko oczy zirytowany.
— Niektórzy na to akurat może zasługują... — mruknął cichutko. — Ale chodzi o to, że nie można wszystkimi gardzić, jeśli nic ci nie zrobili. Możesz nazywać ich, jak chcesz, ale dopiero, gdy będziesz wiedzieć, że zabrali ci zwierzynę, czy kogoś zaatakowali. No i oczywiście było to po twoich narodzinach — prychnął. — Nie nazywaj mnie nielojalnym. Po prostu powinno się mieć szacunek do innych. I to wszystko — dodał.
Cętkowana Łapa wyglądał na nieco zmęczonego tą rozmową, co Księżycek niemal zrozumiał jako walkower. Jak się jednak można było spodziewać, Tęgosz nie zamierzał w żadnym przypadku się poddać.
— Mam solidne powody, a najlepsze powinieneś sam wiedzieć, czemu tak ich traktuję, a nie inaczej. To matka Ci nie mówiła lub ktoś inny? — burknął niezadowolony, spoglądając na Białą Łapę.
Starszy prychnął cicho niezadowolony. Coraz bardziej nie podobała mu się ta rozmowa i coraz bardziej zdawała się mieć ona rzuty na jego światopogląd.
— Mówiła. Borsucza Puszcza również. Chociaż wtedy nie słuchałem — odparł zgodnie z prawdą, krzywiąc pyszczek.
— Mój drogi Księżycku, ty chyba czegoś nie rozumiesz. Szacunek, który musisz okazywać, należy się jedynie wyższym rangom w twoim klanie, jak i mieszkańcom i też Tobie za to, że w nim żyjesz, nie jakimś losowym kotom, które zapewne mają cię gdzieś, bo jesteś z innego klanu. Takie podejście do innych jest zgubne, ktoś mógłby cię wykorzystać do niewłaściwych celów za twoją naiwność, będącą większą niż tłum zebrany na tym zgromadzeniu, a chyba byś tego nie chciał co nie? — spojrzał na niego, muskając go ogonem po policzku.
— Nie chciałbym — odparł po chwili, najwyraźniej lekko ulegając słowom kocura.
Czując ogon na swoim policzku, otworzył odrobinę szerzej oczy i odsunął głowę.
Zaczął się zastanawiać, dlaczego w ogóle nadal tutaj jest i dlaczego kontynuuje tę rozmowę z półgłówkiem. Wysłuchał go jednak, zastanawiając się nad jego słowami.
— Nie jestem naiwny... — miauknął, choć nie brzmiał na szczególnie przekonanego.
Wmawiał sobie dalej, że nie jest, choć wierzył w to, że potwory zjedzą mu ogon, jak będzie spał, oczywiście, że nie był naiwny. Wcale. Ani odrobinkę.
— Oczywiście nie mówię tego jako obrazę, żebyś nie brał tego dosłownie. Jesteśmy towarzyszami z jednego klanu i nie chcę, by kiedyś stało się tobie coś poważnego przez poglądy, które cię tylko krzywdzą, czynią cię słabszym. Mówię to jako dobry kolega, który chce, żebyś był kimś silnym i docenionym w klanie, bo na razie niestety mówią o tobie w naszym klanie źle. Wierz mi, nie chcę więcej słyszeć o tym, jak nieprzyjemnie gdzieś szepczą w kącie na twój temat — miauknął, lecz niebieskooki nie był w stanie stwierdzić, czy kocur po prostu się z niego naśmiewał, czy może faktycznie był szczery.
— Chyba nie powinno cię obchodzić to, co o mnie mówią. To raczej moja sprawa. Może wolałbym być silnym wojownikiem, ale mogę najwyżej...znosić tę obrazę — dodał dosyć cicho, zastanawiając się nad własnym pochodzeniem.
Może nie braliby go tak pod uwagę, gdyby nie był synem Jaskółczego Ziela? I o co wszystkim chodzi z tym że był słaby? Co to w ogóle za banialuki? Może nie był najlepszym ogniwem Klanu Wilka, ale co to ich obchodziło?
— Możesz ją znosić, to nie trudne, ale co z nią zrobisz? Niestety nad twoją rodziną wisi złe widmo, nie mówiąc o tym, że partner i syn twojej cioci, Iskrzącej Nadziei to uciekinierzy, znienawidzeni przez cały nasz klan zdrajcy. Zdradzę ci coś. Moja babcia nienawidzi zdrajców lub kotów z nimi związanych — uśmiechnął się w grymasie. Widząc, jak Księżycowa Łapa odchodził, przybliżał się bardziej. Białas chciał się odsunąć, jednak ostatecznie również się poddał, widząc, że kocur nie chciał dać mu spokoju. Wysłuchał więc jego słów, usiłując uciszyć kołatanie nieco wystraszonego serca.
— Co ma moja rodzina do tego, jaki jeste... — zaczął, ale nagle ucichł.
Nie. Nie był lepszy od nich. Być może był nawet gorszy. Położył uszy lekko po sobie.
— Nie jestem zdrajcą. Nienawidzę ich. A moje powiązania z nimi nic nie znaczą — odparł cicho, niezbyt pewnie. — Ciocia Iskierka również nic nie zawiniła — miauknął.
— Jako jednak, że jestem twoim dobrym współklanowiczem, to powiem ci jak się tego wyzbyć. Wystarczy, że musisz ciężko pracować dla klanu i naszych mrocznych przodków, a wtedy Zalotna Gwiazda a z nią cały klan będzie uważał cię za przyszłego dobrego wojownika tego klanu — stwierdził.
— Czyli... Mam się starać. Bardziej się starać? — zapytał niepewnie, odwracając swój wzrok.
— Co ty na to, żeby w przyszłości spotkać się na jakimś grupowym treningu? Ja, ty i Seradelkowa Łapa z naszymi mentorami. Myślę, że Zalotna Gwiazda nam na to pozwoli! Powinniśmy w grupie stawać się silniejsi, zwłaszcza ty u mojego boku. Nie zamierzam sobie wyobrażać, że mój kolega miałby być samotny z powodu wrednych kotów — rzucił, brzmiąc, jakby szukał słabego punktu białego.
Słysząc sugestię kocura, długowłosy lekko uniósł ogonek, a oczy wydawały się błysnąć radośnie. Nie podobały mu się słowa, które wcześniej wypowiadał, jednak mógł mieć towarzystwo. I to właśnie to liczyło się dla niego teraz najbardziej.
— Ja... Ja bardzo chętnie! — odparł, uśmiechając się, ale zaraz jakby spoważniał.
Najwyraźniej chciał zostać dobrym materiałem na tego "kolegę". Dlatego też przez moment schował pod ziemią całą swoją nieokiełznaną radość.
— W końcu miło słyszeć, że w czymś się zgadzamy! — ciepłe słowa wydobyły się z jego pyska, będąc kojące dla ucha. Był pewny, że indoktrynacja Księżycowej Łapy będzie prosta jak złapanie ptaka ze złamanymi skrzydłami. Biały nie zamierzał jednak dać się aż tak łatwo. W końcu zawsze był dobry w przytakiwanie i zapominaniu o czymś, co ktoś mówił dwa bicia serca temu.
— Wiedziałem, że można na ciebie liczyć. Oby nienawiść do tych, którzy skrzywdzili twoją rodzinę, została jak najdłużej, żebyś mógł pokazać innym, że się mylą i może mnie, Księżycku? — mruknął, lecz brzmiało to bardziej na pytanie retoryczne niż takie, na które było warto faktycznie odpowiadać.
Księżycek sapnął cicho niezadowolony, przewracając wielkimi oczami. Machnął głową, niby całkowicie przypadkiem trafiając rudzielca w pyszczek jednym z pędzelków, ten jednak tylko się uśmiechnął. Tajna broń jak zwykle (nie) działała.
— Wydaje mi się, że trochę za dużo sobie pozwalasz. Mogę być "lepszy", ale nie do końca obchodzi mnie opinia innych. Raczej... Brakuje mi innych. Błędne koło — miauknął.
Pomyślał chwilę nad słowami kocura, ostatecznie zastanawiając się nad tym, czy powinien puścić to wszystko mimo uszu. Najwyraźniej tak, jednak czy to zrobi? Może nie.
— To nie błędne koło, jeśli ci brakuje innych, to stając się kimś silniejszym i bardziej pracowitych uzyskasz więcej kotów jako towarzyszy. Tak to działa w naszym klanie, wolimy towarzystwo tych, którzy pracują ciężkim kosztem na nasz klan, takie jednostki przyciągają nas. Nie ci, co są słabi i którzy nas hańbią, takim przykładem jest Biała Łapa, która nie umie się zachować aktualnie na zgromadzeniu. — odparł.
Wysłuchał każde ze słów kocura, rozmyślając nad nimi. Czy mógł już uznać go za swojego kumpla? To raczej to chodziło mu w tej chwili po głowie. Nie, żeby narzekał i tak już zdążył zapomnieć morału połowy ich wcześniejszej konwersacji, do czego wolał się nie przyznawać.
— Biała Łapa nie wygląda mi na słabą! — napomknął, liżąc się po piersi. — Ale za to na...niezbyt inteligentną — szepnął. — Chyba wychodzi na jedno i to samo — podsumował, przyglądając się własnym łapom.
Nagle poczuł się nieco zdenerwowany. To, co mówił, nie przypominało czegoś, co powiedziałby Księżycowa Łapa.
— Miałem bardziej na myśli, że nas hańbi, bo dosłownie zaatakowała jakiegoś ucznia, a przez to pokazała nas jako dzikusów. To, co jednak mówisz o niej, też jest trafne. — odparł, wygląda na całkiem ucieszonego takim rozumowaniem starszego od siebie ucznia.
— Czy Seradelkowa Łapa nie będzie miała nic przeciwko mojemu towarzystwu? Wydajecie się bliscy sobie — zapytał.
Czasem w końcu przyjaciele potrafią być o siebie zazdrośni.
— Seradelkowa Łapa chętnie przyjmie twoje towarzystwo. Co do naszej bliskości to gadamy ze sobą, bo zwykle mamy razem treningi za sprawą mojej babci, także rozmawiamy w tematach związanych z naszym szkoleniem i tym, co będziemy robić w następnych treningach. To nić personalnego, bardziej coś służbowego. — Mówił tu szczerze, na razie oprócz wspólnego celu stawania się silnym nie mieli jakoś bliskiej relacji, była ona na razie taka neutralna, ale nie zła. Bardziej z goryczką zazdrości i jego pamiętliwości jak kotka go pokonała w pierwszej walce.
— Rozumiem. Wyglądacie raczej na przyjaciół, ale co ja tam wiem — uśmiechnął się, starając się kryć podekscytowanie.
Mimo wszystko lubił poznawać nowe towarzystwo.
— Jak chcesz, mogę cię z nią zapoznać, może jest wredna z charakteru czasem ale to jej charakter. Tak rozmawiając o naszych wielkich przodkach i o byciu ambitnym wojownikiem to może się tobą zainteresuje. Kiwnął głową lekko, odrobinę odbierając jego słowa jako komplement, do czego wolał się nie przyznawać, jednak lekko zaczerwienione poliki mówiły same za siebie. Jak zwykle był zbyt łatwy do odczytania. Słysząc propozycję kocura, pokiwał głową ochoczo rozweselony.
— Chętnie ją poznam! Lubię poznawać nowe koty! — miauknął. — I ciebie bliżej także. Najchętniej poznałabym każdego ucznia i wojownika w swoim wieku w Klanie Wilka... Tylko że za mną nie przepadają — mruknął.
— Nie martw się, dla mnie jesteś kimś równym, z kim mogę rozmawiać — miauknął, nadal próbując przekonać towarzysza do swoich poglądów.
Niebieskooki cieszył się na słowa kocura, zupełnie nie wyczuwając w nich żadnego podstępu.
— Jeśli chodzi o sytuację w Klanie Wilka, mamy się całkiem dobrze. Nie brakuje nam ani zwierzyny, ani ziół — zaczęła Zalotna Gwiazda, wypinając dumnie pierś. — Nie straciliśmy żadnego wojownika, a wręcz przeciwnie, jednego zyskaliśmy. Nazywa się Zwęglona Kukułka i jest dziś z nami na zgromadzeniu. W szeregi uczniów wstąpiło też kilka kotów: Miodowa Łapa, Cętkowana Łapa, Seradelowa Łapa i Biała Łapa… choć ta ostatnia raczej nie zagrzeje zbyt długo swojego nowego miejsca — prychnęła, rzucając biało-liliowej uczennicy gniewne spojrzenie. Księżycek uniósł lekko brwi zaintrygowany.
— Widzisz, nawet Zalotna Gwiazda nie postrzega tego liliowo białego bachora pozytywnie — skomentował zielonooki.
Długowłosy podniósł uszy, wysłuchując słów Zalotnej Gwiazdy. Brzmiała na niezbyt szczęśliwą. Na taką też nigdy nie wyglądała. Wydawała się prawie tak przerażająca, jak babcia Borsucza Puszcza, jednak dawało mu to swego rodzaju komfort, nawet mógłby powiedzieć, że brakowało mu tego towarzystwa. Z rozmyślań wyrwały go słowa rudego.
— Zdziwiłbym się, gdyby postrzegała go pozytywnie — parsknął z uśmiechem na pysku.
Reszta zgromadzenia była raczej cicha. Koty zdawały się powoli zmęczone zgromadzeniem, a gdy każdy z liderów ogłosił już swoje przemówienie, zaczęła panować wszechstronna nuda. Nic tylko zabierać całą bandę z powrotem do obozu. Przeszli jeszcze przez fragment Klanu Klifu i prędko wrócili do domu, aby wykorzystać pozostałe im jeszcze kilka godzin błogiego snu. Księżycowa Łapa długo jeszcze nie mógł zmrużyć swoich wielkich oczu. Rozmyślał nad rozmową, którą przebył z młodszym uczniem, zastanawiając się przede wszystkim, czy powinien w ogóle pozwolić na to, aby jego słowa miały na niego jakikolwiek wpływ. Z tą jednak myślą udało mu się zasnąć, chwilę przed tym, jak na niebie zawitał świt.

***

Księżycową Łapę obudziły lekkie szturchnięcia w bok. Odwrócił się, spoglądając na swojego kata zirytowany. Zmrużył oczy, rozpoznając w swoim towarzyszu Cętkowaną Łapę. Mruknął cicho niezadowolony, przewracając oczami i odwrócił się z powrotem na drugi bok. Prychnął jeszcze cicho pod nosem i zwinął się w kłębek, oczywiście chowając puchaty ogonek pod sobą.
— Wstawaj Księżyc. Pora na ciebie. Kocimiętkowy Wir cię szuka — miauknął kocur, ponownie szturchając kolegę z legowiska.
— Spadaj na drzewo zbierać kasztany — burknął, zakrywając pyszczek jednym z pędzelków.
— Chodź, zanim Zalotna Gwiazda porządnie się zdenerwuje — prychnął cętkowany, ciągnąc kocura za drugi pędzelek.
Budzenie białego w końcu się udało, z marnym jednak skutkiem. Cętkowanemu znowu oberwało się pędzelkiem.
— Mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś irytujący jak pchła na ogonie? — zapytał, mrużąc niebieskie oczka.
— Jestem prawie pewny, że jesteś pierwszy — uśmiechnął się kąśliwie.
Wyszli razem z legowiska uczniów, szukając swoich mentorów, a także Seradelkowej Łapy oraz jej mentorki Zalotnej Gwiazdy.
— Gdy mówiłeś o przyszłości, nie myślałem raczej o… Tak bliskiej przyszłości — prychnął biały kocur, stając obok rudej Kocimiętki.
Rzucił okiem na resztę towarzystwa, zatrzymując swój wzrok na Zalotnej Gwieździe i Cętkowanej Łapie.
“Czy oni w ogóle są spokrewnieni?” pomyślał, ale zaraz pomachał głową, nieomal przez przypadek trafiając swoją mentorkę pędzelkiem prosto w pyszczek.

<Cętkowana Łapo?>

[2741 słów]

[55%]