Blade słońce świeciło nad bezdrzewną równiną bez żadnego wyrazu, bez żadnego ciepła. Mróz szczypał w nozdrza zwiadu, potworne powietrze mierzwiło futra, a wilgoć osadzająca się na koniuszkach palców sprawiała, że całe kończyny im sztywniały i przestawały być jakkolwiek użyteczne.
Zawodzące Echo prowadził patrol. Szara Skóra i Śnieżycowa Chmura wlekli się za nim jak para truposzy, choć wcale im się nie dziwił i tym bardziej nie zamierzał narzekać. Wędrowali ku północnemu wschodowi; ich oczom ukazywały się już powoli rąbki terytoriów Owocowego Lasu. Nie-klan, z którym Burzaków łączyła długa i bardzo osobista historia. Czy którykolwiek inny z klanów mógł pochwalić się tak trwałymi relacjami? Może to obopólna szczerość, może coś innego - w każdym razie, wydawało się wyjątkowe.
Echo miał teraz dużo na głowie. Ojciec, który wciąż nie mógł pogodzić się ze stratą partnerki i syna. On też tęsknił za Kruczkiem i Margaretką. Ich głosy czasem pojawiali się w jego głowie i nie chcieli zniknąć, gdy spał głęboko; tak głęboko, że nie budziły go nawet złośliwe pomruki Świerszczowego Skoku. Ani Dryfujący Fluoryt, która znowu chciała z nim porozmawiać.
Czasem po prostu trzeba było zaakceptować stratę i iść dalej. Życie się toczyło, słońce nie wybuchło, kwiaty wciąż rosły na porę nowych liści, owoce na zielone liście, liście spadały z drzew w sezon opadania liści, a w śnieżną porę zmieniały się w ostre, obumarłe słupy drewna. Które oczekiwały, by na kolejny sezon znów rozwinąć liście, i kwiaty, i tak dalej...
Chciałby powiedzieć Króliczej Gwieździe, że i on powinien oczekiwać - ale co jego słowa by mu dały? Próbował wiele razy, ale ojciec nigdy nie pozwalał sobie uwierzyć w choćby jedno słowo.
— Mój Klanie Gwiazdy...
Nagłe zdumienie Śnieżycowej Chmury wyrwało go z zamyślenia. Zerknął na nią z wahaniem, a potem podążył za nią wzrokiem - całe jego futro natychmiast się zjeżyło.
Na twardej, zimnej Drodze Grzmotu leżały ciała. Z daleka wyglądały jak dwa kamienie, może jakieś pozostałości po Potworach - ale teraz, w całym blasku dnia dziennego, wyglądały przerażająco i nienaturalnie.
Rozkwitająca Szanta i Kozi Przesmyk.
— Na Klan Gwiazdy, co się im stało?... — wyszeptał.
Podszedł do Drogi Grzmotu, mimo że wojowniczka szarpnęła go za ogon. Spojrzał na nią jedynie, a ona - najwyraźniej pod wpływem tego spojrzenia - puściła go i fuknęła pod nosem. "Glupek".
Nie czuł się głupi, gdy wkraczał na zimną, zmarzniętą do cna połać Drogi Grzmotu. Nie przejeżdżały tędy Potwory, przynajmniej nie w tej chwili. A skoro ciała wciąż leżały boleśnie nietknięte, Potwory musiały je wymijać. W przeciwnym razie teraz widziałby tylko krwawą, bezkształtną maź.
Żałował, że to sobie wyobraził.
— Nie stójcie że jak te dwa pnie sosny, tylko pomóżcie mi! — zakrzyknął natychmiast do towarzystwa z tyłu, które pomogło mu wywlec ciała na bezpieczne wrzosowiska. Wtedy jakaś woń wpadła w jego nozdrza; słaba, zwietrzona przez wilgoć, ale nie dało jej się pomylić z niczym innym. Metaliczny zapach krwi rozpoznał od razu.
— Musimy ich zanieść do obozu... — zaczął Szara Skóra, ale Echo jakby go nie słyszał. Pysk trzymał nisko przy ziemi, podążając za wyłapanym przed chwilą zapachem.
Znalazł ślady krwi. One także były już rozmyte, niewyraźne i wtopione w zmarzniętą trawę. Mieli szczęście, że dziś nie padał śnieg. Zakryłby wszelkie pozostałości i nie pozostawił żadnych poszlak.
— Ktoś musiał ich tutaj przytargać — powiedział do swoich towarzyszy. — Śnieżycowa Chmuro, musisz pójść do obozu po wsparcie. Niech przeniosą ciała. Szara Skóro, pójdź ze mną. Krew wytyczy nam ścieżkę.
— Tak jest, Echo — Śnieżyca ledwo dokończyła sentencję, a już nie było po niej śladu. Nie bez powodu to ją wybrał do tego zadania. Albie wieki zajęłoby dotarcie do choćby połowy dystansu potrzebnego, by dojść do obozu.
— Nazywam się Alba — rzucił za to wspomniany wojownik i machnął ogonem, ale posłusznie podążył za Echem.
* * *
W ten sposób, idąc za śladami krwi, dotarli do Upadłego Potwora. Z początku Zawodzące Echo zastanawiał się, czemu sprawca miałby wracać spod Drogi Grzmotu przez Upadłego Potwora. Chciał zmylić trop? Nie spieszyło mu się do obozu?
Przypomniał sobie nieprzyjemny obraz ciała Szanty. Było mokre. Nie było wątpliwości, że to Burzak musiał za tym stać. Żaden samotnik nie kłopotałby się zmywaniem śladów zapachowych. Ciężej było wytłumaczyć sytuację Kózka - bo biedak miał tak rozpłataną głowę, że Echo naprawdę wątpił w to, by kot był zdolny do czegoś takiego. I po części miał też nadzieję, że nikt nie był do tego zdolny.
Upadły Potwór wyjaśnił mu wszystko.
Zgnieciona trawa, wybarwione skrzepy krwi, złamane gałązki, krwawe plamy skryte gdzieś w bladych trawach. Tutaj doszło do walki. Szanta musiała długo się bronić, co niezbyt zadowalało Echo. To oznaczało, że musiała dłużej cierpieć. Obrażenia na jej ciele sugerowały, że większość krwi, którą tu widzieli musiała należeć do niej. Och...
Może mieli ciężką przeszłość, a kotka w młodości uwielbiała go dręczyć, ale to nie znaczy, że zasługiwała na taki koniec. A Kózek... Kózek przynajmniej nie męczył się długo.
Razem z Albą wrócili do obozu. W głowie jak senna mara majaczyły mu widoki, których chyba już nigdy nie zapomni; a zawartość jego żołądka coraz bardziej się o siebie upominała.
* * *
Gdy wrócili do obozu, ciała już się tam znajdowały. Śnieżyca musiała znaleźć kogoś do pomocy. Spytał się któregoś z wojowników, gdzie je położono, i został zaprowadzony do legowiska medyków, którzy już dawno zaczęli je badać. Oni znali się na tym najlepiej - być może uda im się stwierdzić coś, co on przeoczył?
Okazuje się, że chyba wolałby nie wiedzieć, bo gdy spytał o wnioski z przeglądu, odpowiedziały mu głuche, cierpkie słowa Skowroniego Odłamku:
— Była w ciąży.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz