BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

28 czerwca 2024

Od Błotnistej Plamy

Sęk leżał w tym, że ona naprawdę nie wiedziała czy coś się z nią dzieje czy nie. Nigdy nie była ekspertem od dbania o swój stan psychofizyczny, a czy w ogóle musiała na to zwracać uwagę? Każde przetarcie, wbita drzazga, to było przecież nic. Bolało przez pewien czas, a potem znikało. Więc czego innego oczekiwała od malutkiej rany po tym, jak zagubiony w lesie szczur ugryzł ją w łapę? Nie wyglądało to na nic strasznego. Z resztą, gdyby chciała na to zwrócić uwagę, nikt by nie słuchał. Każdy by uznał, że przesadza lub próbuje szukać atencji. Ale po co by ona jej była? Żeby poczuć się lepiej?
Miała tyle pytań, na które nie znała odpowiedzi, bo nie była w stanie ich zrozumieć.
Życie w społeczeństwie nigdy nie przychodziło jej z łatwością i nic nie zapowiadało się, jakby miało tak kiedykolwiek się stać, więc po co miała się starać? Stanie z boku zawsze było prostsze. Nie musiała o niczym decydować, po prostu szła za tym co mówili jej inni. I zazwyczaj to działało. Dopiero teraz gdy wypadało coś ze sobą zrobić, to nie rzucanie się w oczy tylko pogorszyło sytuację.
Wszystko byłoby prostsze, gdyby Kawka była dalej z nią. Ale zostawiła ją. Po prostu… Znikła z jej życia. Nie zależało już jej na niej? Jej córka była dla niej jedyną ostoją i jedynym wsparciem. A teraz gdzie była? Umarła czy jeszcze nie? Co jeżeli znajdzie się w pobliżu Nastroszonego Futra, który przed tyloma księżycami również uciekł? Nie chciała zadawać sobie tych pytań, ale one tu były i wrzynały się w nią jak kolce. Gdyby ich z siebie nie wydała, czułaby się tylko gorzej. Może.
***
Kiedyś miewała dużo rzeczy, które chciała powiedzieć, ale nie była w stanie. Teraz coś naciskało ją bardziej. Może ten nieprzyjemny ból w miejscu ugryzienia, może te pytania. Jedzenie przestało mieć znaczenie, ponieważ wszystko i tak trafiało w krzaki obok rzeki, gdzie zawsze siedziała i trzęsła się z wykończenia. Jej głowa była włożona niczym pod kamień. Wszystko z niej wychodziło. Niepokój był dla niej odczuwalny nawet w najspokojniejszych momentach dnia. Zazwyczaj było to dla niej normalne, jednak teraz to było przepełnione czymś nienaturalnym. Odpychała to jednak dalej, wylewając łzy przy błyszczącej powłoce wody. Odbijające się w niej gwiazdy zawsze były dla niej tajemnicą. Nigdy nie doszła do porozumienia w ich kwestii.
A jeżeli to rzeczywiście byli przodkowie, to przyjmą ją?
Gdzieś tam, może znajdują się jej zmarli “bliscy”? Chociaż Morelka. Tęskniła za nią, nawet jeżeli nie była najmilszym dzieckiem. Jakaś część jej serca była zarezerwowana tylko dla niej i teraz chciała jej bliskości.
Chociaż szczerze, to jakakolwiek bliskość byłaby dla niej ważna.
***
Świat zaczynał się mieszać w jedno. Nic już nie wydawało się być całkowicie wyraźne czy zrozumiałe. Jednak myślała (o ile można było to nazwać myśleniem), że jeszcze jest dobrze. Choroba już była oczywista, jednakże czy była już w stanie nad tym zapanować? Nawet jej ciało odmawiało posłuszeństwa, momentami wpadając w spazmy drgawek, powodując jej wściekłość.
To było dla niej coś nowego. Nawet jeżeli już nie myślała jasno, to ona sama zaczynała czuć sama z siebie. Tą wolność. Nerwowość. Każdy bodziec wokół powodował, że musiała reagować w taki czy nie inny sposób. Oszalała. Tak. Ale czy to miało już jakikolwiek sens? Byle umrzeć i odkryć prawdziwość gwiazd.
***
Gwiazdy do niej mówiły. Przynajmniej taką miała nadzieję, słuchając głosów wokół siebie. Czując krew mieszającą się ze śliną, tworzące piękną w swój sposób abstrakcję, kiedy jej wychudzone i wyczerpane ciało ledwo co trzymało się w jednej pozycji i wykonywało nagłe ruchy.
Wierzyła w to, że gwiazdy mówiły jej, że chcą, żeby do nich przyszła. Chciała gwiazd. Świeciły piękniej niż oczy kota przed jej twarzą, ponieważ te oczy już jakiś czas temu straciły blask. Może oddał swoje piękno na cześć gwiazd? Gwiazdy, gwiazdy… Jej ciało już chciało do nich odejść.
Nie była jakoś zaskoczona, kiedy jeszcze inne obce ślepia oddały swój blask. Ona też by tego chciała, chociaż coś ją dalej pchało do przodu. Krzyki gwiazd nasilały się i powoli przebijały do jej głowy wraz z ranami na jej ciele, kiedy coś próbowało ją powstrzymywać.
Teraz czuła się zauważona, ale to nie było miłe uczucie. Nawet jeżeli błyszczała w stłumionym świetle księżyca, stając się kolejną gwiazdą, wiedziała, że obce oczy drążą w jej głowie kolejne dziury, przez które wypływały coraz to nowsze pytania, sącząc się jak krew z jej kieł. Świat tańczył, nawet jeżeli z jej wzrokiem nie było nic źle. To ona wprawiała go w ruch, czując jak jej mięśnie po raz kolejny odmawiają posłuszeństwa, wpadając w kolejny trans. Nie słyszała nigdy, żeby gwiazdy tańczyły, ale jej to nie przeszkadzało. Dalej błyszczała. Krople krwi, wysunięte pazury oraz to nowsze oczy. Czy jej same również były tak ładne w tym momencie?
Krzyki były jakieś bardziej piskliwe. Coraz to bliższe, gdy zaczęła kroczyć w ich stronę. Nie rozumiała czemu odciągano ją od tego, co ją wołało. To było po prostu głupie.
Niebo zaczęło znikać jej sprzed oczu. Jeszcze jasne sklepienie się zagubiło za bielą i czernią. Nie rozumiała, dlaczego zabierano jej coś tak pięknego. To był jej ostatni taniec ze światełkami?
Może teraz uda jej się w końcu uciec?

Od Chmurki (Przepiórki)

- Na pewno dobrze się czujesz?
- Tak Murmur, naprawdę możesz mnie już puścić.
- Ech... No dobrze, ale jeżeli zaczniesz się źle czuć, przyjdź do mnie i Witki, okej? Nie chce oberwać za to, że cię już puszczam.
- Dobrze... A... Murmur, czy możesz proszę przyjść na moją ceremonię dziś wieczorem? Bardzo mi na tym zależy. Prosze!
Murmur coś mruknęła pod nosem, ale powiedziała:
- Mh... Może przyjdę...
- Dzięki, będe czekać - powiedziała kotka, po czym od razu udała się do Pumy oraz Czernidłaka.
„Ciekawe gdzie teraz są... Może oni mi powiedzą o co chodziło... W legowisku w ogóle nic się nie dowiedziałam” - pomyślała liliowa, po czym zabrała się za poszukiwania brata oraz jego „przyjaciela”.
- Najpierw sprawdzę w legowisku uczniów! - powiedziała, po czym popędziła w stronę owej części obozu, jednak zatrzymała ją Daglezjowa Igła.
- Chmurko poczekaj!
- Ta-ak Daglezjowa Igło?
- Widzę, że już ci lepiej, więc dziś po południu odbędzie się ceremonia. Nie zapomnij!
- Dobrze! I jeszcze raz gratuluję wygranej oraz bardzo dziękuje za możliwość zmiany drogi szkolenia.
- Nie ma za co i dzięki. No, a teraz leć - powiedziała ruda kocica, po czym poszła do legowska lidera.
„Pewnie będzie teraz myśleć, kto zostanie moim nowym mentorem...” - pomyślała, po czym zaczęła kontynuowanie poszukiwań brata oraz przyjaciela.
Chmurka chwilę pochodziła i zobaczyła dwa kocury, szepczące coś nerwowo między sobą.
- Pu-umo, Czernidłak-ku... Czy to wy?
Kiedy wypowiedziała te słowa, Puma zastygł bez ruchu, jakby właśnie zobaczył ducha, a Czernidłak zaczął nerwowo machać ogonem.
- O czym tak szepczecie? I możecie mi powiedzieć, co się stało, jak leżałam u Witki? Nikt nic nie chciał mi nic powiedzieć...
Czarno biały kocurek szturchnął czekoladowego ucznia, a ten wreszcie przestał się dziwnie patrzeć na koteczkę.
- Wszystko dobrze. A u Ciebie Chmurko? Dobrze już się czujesz?
- Tak.
- Świetnie.
- Pumo... A czy jak powiem wam coś teraz, to za chwilę będziemy mogli porozmawiać sami, proszę?
- Mh... noo... taak.
- Świetnie! Dzięki! A co do tego, chciałabym wam oficjalnie oznajmić, że... Dziś będę miała mianowanie!
- Wow! To super! Gratulacje Chmurko! Powiedział Czarno biały uczeń.
- Brawo! Mh... Czernidłaku, możesz tu chwilę poczekać?
- Tak...
- Okej - powiedział czekoladowo biały uczeń, po czym udał się za siostrą.
- Co się stało. Nie mogłaś mi tego powiedzieć przy Czernidłaku?
- Przepraszam...
- Nie, nie. Nic się nie stało. Mów, o co chodzi?
- Cz-y, mógłby-yś znowu być dla mnie ta-aki jak k-kiedyś?
- Co masz na myśli?
- No... chciałabym, żebyś z-znowu był tak-ki opiekuńcz-czy...
- Oczywiście, że tak! Wiem, że teraz jest ci ciężej... Murmur i Witka powiedziały mi, mamie, tacie oraz Daglezjowej Igle, że jesteś w bardzo złym stanie psychicznym...
- Dziękuje! Jesteś najlepszym bratem na świecie!
- Nie ma za co. A powiedz, czy mogę powiedzieć Czernidłakowi?
- Raczej tak, tylko proszę, żeby nic nikomu nie mówił, dobrze?
- Dobra! - powiedział najwyraźniej uradowany czekoladowy, i polizał siostrzyczkę między uszami, po czym udali się razem z powrotem do Czernidłaka.
Po tym jak Czernidłak dowiedział się o stanie psychicznym siostry przyjaciela, obiecał, że postara się jej pomóc wyjść z tego i że w razie co, może do niego zawsze przyjść, co bardzo uradowało kotkę. 
Uczniowie gadali do Wysokiego Słońca, ale potem kotka przypomniała sobie, że musi się przygotować, na swoją ceremonię.
- Muszę lecieć! Tylko przyjdźcie na czas na moją ceremonię, dobrze?
- Dobra! Odpowiedziały równo kocury, po czym Chmurka potuptała w stronę swojej bazy, aby tam się szykować.

*Popołudniu*

Chmurka wylizując sobie łapkę oraz poprawiając piórko za uchem, kiedy już miała wychodzić, usłyszała wołanie Daglezjowej Igły.
„Tak! Nareszcie! Ciekawe kogo wybrała na mojego mentora... Może to ona nim zostanie? Byłoby super! Albo... hm... Przypływ? Brzoskwinka?”
Przywódczyni usiadła, oczekując, aby wszystkie owocniaki się zebrały. Po chwili oczekiwań, zaczęła:
- Dzisiaj, będę przeprowadzać ceremonię zmiany drogi szkolenia jednej z naszych uczennic. Chmurko! Podejdź pod Drzewo Spotkań!
Kotka wstała i nieśmiało podeszła w stronę wielkiego dębu.
- Chmurko, czy chcesz zmienić swoją drogę szkoleniową z drogi medyka na drogę wojownika?
- T-tak.
- A więc. Ja, Daglezjowa Igła, jako przywódczyni Owocowego Lasu, ogłaszam, że od teraz będziesz dążyć ścieżką wojownika. Twoje nowe imię to Przepiórka, a twoją mentorką została Przypływ!
Uczennica podeszła nieśmiało do Przypływ, i zetknęła się z nią nosami.
- Przepiórka! Przepiórka! Przepiórka! Zaczął wołać pierwszy Puma, a zaraz po nim oczywiście Kosodrzewinka, Przebiśnieg, no i Czernidłak, a następnie już wszystkie owocniaki wykrzykiwały jej nowe imię.

[696 słów, trening wojownika] 
[przyznano 14%]

27 czerwca 2024

Od Algowej Łapy CD. Zimorodkowej Łapy

Wspólne treningi z Zimorodkową Łapą zawsze były przyjemnością! Najlepiej rozumiała mnie z rodzeństwa. Płotkowa Łapa była spokojna, ale lekko wycofana, więc nie lubiłam jej męczyć za długo swoją obecnością. Mandarynkowa Łapa była... spoko, ale troszkę niemiła dla otoczenia, czego nie lubiłam być świadkiem. Zimorodek miała poczucie humoru, więc lubiłam ją rozbawiać swoimi wygłupami! Różniła się trochę ode mnie charakterem, ale mam wrażenie, że właśnie dlatego tak się uzupełniałyśmy. 
— Okej, to teraz kto pierwszy się wespnie na tamtą gałąź! — rzuciłam, i nie czekając na reakcję, sama zaczęłam skakać po drzewie, o mały włos się przy tym nie wywracając. Ostatecznie przegrałam, jednak prawdziwą wygraną było to, że żadne z nas nie spadło. Mentorzy nie byli zbyt zadowoleni tą samowolką.
***
Siostra zmieniła ścieżkę nauki! Niespodziewanie czy nie, hm, trudno powiedzieć. Widziałam, jak tęskno spoglądała na ciekawe zioła podczas treningów polowania, a w obozie często (niezbyt subtelnie) zaglądała do norki medyków. Byłam szczęśliwa, że znalazła swoje powołanie, ale też trochę smutno mi było, bo widywałyśmy się mniej. Z zaginięciem Płotki, i pogorszeniem stosunków z Mandarynką, zostałam trochę... sama. Wiadomo, miałam dużo przyjaznych kotów, Piórkolotek, Skrzelik, Bulwa, Zmierzch, Bursztynek, Nimfa, Nenufar... ale to nie to samo, co rodzina. No i wstyd się trochę przyznać, ale wciąż tęskniłam niektórymi długimi i mroźnymi wieczorami za mamą. Ona by nie pozwoliła, żeby nasza rodzina się tak rozpadła... Pewnie powiedziałaby coś mądrego, przygarnęła nas łapą i zaczęła delikatnie wylizywać futerko. Zanim się zorientowałam, zaczęłam cichutko chlipać. Był środek nocy, a ja nie chciałam nikogo zbudzić odgłosem, więc potajemnie wymknęłam się na zewnątrz. Cały obóz spał. Mogłabym teraz uciec, może poszukać rodziny na własną łapę, pójść daleko, dalej, niż te wszystkie patrole poszukiwawcze. Ah, no nie, nie zostawiłabym tak reszty. Zresztą głupiutka Algo, ty byś sobie nie poradziła sama! Ledwo myszy łapiesz. Pociągnęłam nosem, na chwilę hamując zły. Głębokie wdechy, głebokie wdechy Algowa Łapo.
— Siostro... wszystko w porządku? — usłyszałam za sobą ostrożny głos Zimorodkowej Łapy, która musiała najwyraźniej jednak usłyszeć, jak wychodziłam.
— Ta.. tak. Przepraszam, jeśli cię obudziłam — Odwróciłam się do niej. — Nadal nie wiem, co powinnam zrobić.
— Co masz na myśli?
— No... mamę, ciocię, Płotkę, babcię, Mandarynkę... wszystkich. Brązowe koty... Wolałam, jak byliśmy kociakami i wszyscy byli szczęśliwi. 
<Zimo?>
[359 słów + wspinanie na drzewa]
[przyznano 7% + 5%]

Od Pumy CD. Czernidłaka

Czernidłak wybiegł z obozu, cały roztrzęsiony. Puma z otwartymi szeroko oczami, nie mógł w to uwierzyć. I to była jego wina. Jego przyjaciel widocznie był przejęty jego zachowaniem, a czekoladowy nie chciał nikomu dokładać zmartwień. Zważając na fakt, że niebieskooki miał na barkach trening na zwiadowcę. „Nie chcę, by był zmartwiony… ale z drugiej strony, czy ja w ten sposób nie dokładam mu trosk?” – zapytał siebie w duchu, pędząc w stronę wyjścia z obozu. Mimo że było to lekkomyślne, nie wierzył w to, że bez żadnego czynu, tak po prostu odpuści i ukryje się w zakamarkach obozu. Na Wszechmatkę, to był przecież jego najdroższy przyjaciel! Nie wliczał w to biedną Przypływ, z którą rzadko rozmawiał. Liliowa kotka miała na głowie śmierć swojej ukochanej siostry. Bicolor nie mógł sobie wyobrazić, co gdyby stracił Chmurkę. Rozumiał, że potrzebuje czasu (tak jak Śnieżka, która nie wyszła jeszcze z muszelki), aby pogodzić się z jej stratą. „Czernidłaku!” wołał, przebiegając wśród wysokich drzew. Ignorując liczne upadki, które nie mogły ustąpić mu w tej ciężkiej sytuacji, myślał, gdzie mógł pobiec uciekinier. Wielka szkoda, że nie znał na pamięć terenu i nie był (dzięki jego niezdarności) taki szybki. Zatrzymał się, spojrzał w lewo i w prawo. Z tego, co wiedział (i zapamiętał z rozmów, które podsłuchał) przed nim znajdował się Owocowy Lasek. Spojrzał w jedną stronę i ujrzał… drzewa. Spojrzał w drugą i też drzewa. Zmarszczył brwi. Wszędzie patyki wrośnięte w ziemię! Łapiąc oddech, zastanawiał się dokąd pobiec. Lewa, czy prawa? Bał się, że podejmie złą decyzję i wpadnie na borsuka, czy lisa i skończy się jego żywot. Jak i jego przyjaciela! Nikt nie miałby szans zrównać się z hordą lisów, czy borsuków. Przez jego ciałko przeszedł dreszcz. Pod impulsem pobiegł w prawą stronę. Miał nadzieję, że na żadnego nieproszonego gościa nie trafi. Ze strachem mijał drzewa, jeszcze raz drzewa, krzaki i inne rośliny na terytorium. Błagał Wszechmatkę, aby nie stało się nic, co mogło zmącić jego spokój, mimo iż ta stabilność i tak była zszargana przez ucieczkę młodszego ucznia. Prosił ją, by przede wszystkim nic nie stało się Czernidłakowi.
Zmęczony zatrzymał się i spojrzał w górę. Niebo go nieco uspokoiło. Usiadł, dysząc przez nie przyzwyczajenie do takiego wysiłku fizycznego. Jego trening z Padliną obejmował słuchanie jego opowieści, plotąc gniazda, czy inne błahostki. Nie było to może najgorsze, ponieważ zaczął to troszeczkę lubić. Potrząsnął głową, nie czas na odpoczynek. Obniżył wzrok i napotkał drewniane, zniszczone legowisko. Z przymrużeniem oka wypatrywał w jej wnętrzu kota, którego szukał. Niestety zamiast tego wypatrzył strasznie wyglądającą rzecz. Zaniuchał powietrze, niestety nie wyłapał grzybowego zapachu, który mógł unosić się w atmosferze wokół niego. Sztywno wstał i spojrzał na najbliższe drzewo. Spojrzało na niego zwierzę z długą, puchatą kitą. W rudawo-szarych łapkach trzymała mężnie coś w kształcie kamyka. Kocurek z trudem powstrzymał chęć zbliżenia się do zwierzęcia, kiedy ono samo zeszło z taką szybkością z drzewa, zatrzymało się jednak kilka kocięcych kroków przed nim. Bezpieczna odległość? Zerkając na to, że jest w pobliżu kota, który co nieco wiedział, jak podejść zwierzynę. Przebiśnieg mu to pokazywał, jak był mały, jego siostra również na to patrzyła, ale potem wymyślała wymówki i znikała. Wiewióreczka w łapkach nie trzymała kamienia. Miała orzecha, którego wsadziła sobie do buzi. Puma zamrugał kilka razy, a potem wrzasnął, gdy wiewiórka przepchnęła jej jedzenie w stronę policzka. Wyglądała strasznie, gdy kopała w ziemi.
— Uciekaj, sio, sio — mówił do niej, machając łapką w jej kierunku, ale ona nic sobie z tego nie robiła. Najzwyczajniej w świecie albo go ignorowała lub była zmęczona szukaniem pożywienia. — No sioo! Nie chcę ci nic zrobić.
Zwierzątko wyjęło kolejny przysmak i spojrzało na Pumę, który najeżony patrzył na nią ze strachem. Rudawo-szara wepchnęła sobie również to, spoglądając do dziury, gdzie mogło znajdować się więcej orzechów, czy czegoś innego, co by chętnie zjadła. Łypnęła wzrokiem na odpychającego powietrze czekoladowego, a następnie zniknęła w swojej dziupli, w pierwszej kolejności podbiegając do wielkiego patyka i wspinając się prędko. Otworzył jedno oko w czasie, gdy jej kita schowała się w jej domku. Odetchnął z ulgą, że go zostawiła. Mogła przecież chcieć go zaatakować. Nie wiedział, co siedziało w głowie tego zwierzątka.
— Przestraszyłeś się wiewiórki? — zapytał rozbawiony głos. Bicolor nie miał pojęcia o zbliżającym się zagrożeniu. Spojrzał szybko na kota w niedalekiej odległości. — Spokojnie, to tylko ja. Zadziwiające, że przed chwilą walczyłeś z powietrzem, chcąc przegonić naszą kolację.
— Była uzbrojona! — krzyknął na swoją obronę, zbliżając się do niego.
— Tak, tak…
— No serio, miała kamień! — stłumił prawdę, że to był tylko jej jedzonko, czyli orzech żaden kamyk. Czernidłak prychnął, kręcąc głową. — Nie ufasz mi?
Przyjaciel podniósł brew i przestał chichotać. „Palnąłem głupotę…?” – wbił pazury w ziemię. Po chwili zrozumiał, o co chodziło i przez myśl przepłynęły mu (może niedokładnie) słowa niebieskookiego:
— A ty mi ufasz? — zapytał, wyczekując odpowiedzi.
— Tak — odpowiedział bez wahania. — Ale jeśli chodzi o to, że przestraszyłem się wiewiórki, nikomu nie powiesz? Obiecujesz? — zmienił szybko temat, nie chcąc drążyć tematu.
— Obiecuję — odpowiedział z iskierkami śmiechu w oczach, jednak znów spoważniał. — A ty mi obiecaj, że powiesz mi, co cię nęka.
Puma zastygł. Wszystko obróciło się przeciw niemu. Jakby nic nie powiedział, byłoby lepiej, prawda? Z drugiej strony, nie chciał tego ciągnąć w nieskończoność i dać mu pod nos przyczynę omijania go szerokim łukiem. Każdemu w końcu cierpliwość odpuści dalszego pomagania w sprawy, które wymagają tego. Po wpatrywaniu się w jego niebieskie oczy w końcu przytaknął zdecydowany. Miał nadzieję, że po wyjaśnieniu sprawy zostanie przy nim.
— Powiem ci — zaczął z wahaniem, obserwując jego reakcję. — Ale nie teraz, obiecuję, że zrobię to w najbliższym czasie. Zgadzasz się?
— Niech ci będzie — spojrzał na niego obrażony, ale mimowolnie się uśmiechnął. — To była tylko wiewiórka, Pumo! — zaśmiał się, z pewnością nie mógł wytrzymać zjawiska, w którym czekoladowy przerażony patrzył, jak owe zwierzę wsadza sobie do buzi pożywienie.
Westchnął, również chichocząc. Faktycznie było to śmieszne… Patrząc na przyjaciela, uśmiechnął się szeroko, ciesząc się, że śmieje się z jego dziwnych akcji.
— Tak w ogóle, gdzie jesteśmy? — teatralnie się rozejrzał, a grzybowy przestał się śmiać. Wzruszył ramiona, gdy ku jemu zaskoczeniu zapytany otworzył szeroko oczy.
— Szopa Strachu. W niej są straszliwe narzędzia zbrodni — mruknął spokojnie. Po ciele Pumy przeszedł dreszcz strachu. Nie był przekonany, czy towarzystwo tego miejsca jest odpowiednie na rozmowy. — Wiesz do tortur.
— Idziemy? — zasugerował. Chciał się udać gdziekolwiek, byleby nie pozostać w tym miejscu, które przyprawiało go o zawroty głowy. Zmarszczył nos, gdy z pyska jego przyjaciela wyszedł cichy chichot.

<Czernidłaku, gdzie mnie zabierzesz?>
[1051 słów]
[przyznano 21%]

Od Dzwonka do Przepiórczego Puchu

Wpatrywał się w swoją mamę z wyraźnym niezadowoleniem, gdy ta czyściła jego futro. Trwało to zdecydowanie za długo, a on już chciał dołączyć do swojego rodzeństwa, które bawiło się nieopodal. Spoglądał zaciekawionym wzrokiem na te wszystkie starsze koty, które przebywały aktualnie w legowisku. Nagle do głowy wpadło mu tyle pytań. W jednej chwili chciał poznać ich historie, opowieści o życiu, gdy byli wojownikami i służyli klanowi.
Musiało być to piękne przeżycie. On jeszcze musiał dość długo czekać, nim w ogóle będzie mógł wychodzić z legowiska, a co dopiero poza obszar klanu.
Niecierpliwił się i starał się wyrwać z uścisku szylkretki, ale Przepiórczy Puch myła uparcie jego futerko, nie dając mu za wygraną.
— Mamo, kiedy koniec? — jęknął cicho, mając nadzieję, że kotka zaraz go wypuści ze swoich objęć.
— Daj mi jeszcze chwilę, kochanie — odparła spokojnie, posyłając mu delikatny uśmiech. Dzwonek nie potrafił się mu oprzeć i odpowiedział jej tym samym gestem. Jego matka była naprawdę majestatyczna i wciąż nie mógł się nadziwić jej gęstym futrem.
— Dobrze, poczekam — powiedział, ciężko wzdychając. Widocznie tak musiało być i postanowił, że dotrwa do końca jego pielęgnacji.

***

Moment, w którym pognał, by dołączyć do bawiącego się rodzeństwa, był dla niego teraz najszczęśliwszą chwilą. Skowronek i Kniejka ganiali za sobą, a Dzwonek dołączył do ich zabawy w berka. Już po paru minutach, turlał się po ziemi, starając się zrzucić z siebie atakującego go brata. Ich śmiech rozbrzmiewał po całym otoczeniu, przyciągając uwagę niektórych starszych. Rudy, wciąż śmiejąc się i próbując uciec przed energicznymi podskokami Skowronka, poczuł nagle za sobą czyjś cień. Znieruchomiał na chwilę i spojrzał w górę.
Nad nimi stała ich mama. Z ciepłym uśmiechem na pyszczku. Jej oczy błyszczały radością, widząc, jak jej dzieci wspólnie spędzają ze sobą czas.
— Mamo, patrz, jak szybko biegam! — rzucił, a następnie szybkim biegiem ruszył po legowisku, prezentując wszystkim swoje umiejętności.

<Mamo?>

Od Dzwonka do Szepczącej Pustki

Z radością wypisaną na pyszczku, dzielnie przedzierał się przez legowisko w stronę Szepczącej Pustki. Mijał wiele starszych kotów. Dziwiło go, jak można być jednocześnie tak starym kotem i posiadać tak ogromną wiedzę i w dodatku jeszcze chodzić. Sądził, że starsi leżą całymi dniami w legowisku i jedyne co robią, to śpią i jedzą.
Kątem oka zauważył, jak jego rodzeństwo bawiło się wspólnie ze sobą pod opieką Przepiórczego Puchu. Mama uśmiechała się, jednocześnie łagodnie prosząc ich o to, by nie roznieśli całego legowiska swoją zabawą.
On za to miał do swojego ojca tak wiele pytań! Chciał poznać na nie wszystkie odpowiedzi i to niemal od razu.
Gdy tylko znalazł się tuż przy nim, delikatnie podskoczył do góry, chcąc w ten sposób pokazać mu, że pragnie przyciągnąć jego uwagę.
Uwielbiał opowiadane przez niego historie. O tym, jak wygląda obóz, o klanie, o innych kotach, szczególnie na te, na które trzeba uważać, o otaczającym ich wielkim lesie i stworzeniach w nim żyjących. Zawsze dokładnie się w nie wsłuchiwał, pochłaniając z zachwytem każdą informacje. Świat poza legowiskiem brzmiał tak magicznie i niezwykle, że chciał już być większy i na własne oczy go ujrzeć.
Dzwonek nie mógł się już doczekać, nim wyruszy na prawdziwy patrol. Tak bardzo chciał poznać nowe zapachy, czekające na niego pośród drzew i ujrzeć na własne oczy te wszystkie interesujące, a zarazem owiane dla młodego rozumu tajemnicą, zwierzęta.
— Opowiesz mi więcej o roślinach? — zapytał, patrząc na swojego tatę błagalnym wzrokiem.
Srebrny posłał mu łagodny uśmiech i kiwnął lekko głową na znak zgody.
— Co byś chciał dokładnie wiedzieć? Jakiś szczególny gatunek rośliny?
— Wszystko! Chcę wiedzieć o wszystkich kwiatkach! — Podskakiwał z radości wokół jego puszystego ogona. Ekscytacja rudego kociaka z każdą sekundą stawała się być coraz większa. — Nie pójdę, nim mi nie powiesz! — dodał, chcąc brzmieć na poważnie, jednak wyszło mu to zupełnie odwrotnie.

<Tato?>

Od Kazarkowej Śpiewki

To miał być wielki dzień! – tak Kazarce mówiła od rana Nenufarowy Kielich, nie mogąc się doczekać popołudnia. Dlaczego? Cóż, miało dojść do pierwszej w takim rodzaju ceremonii w Klanie Nocy, do ślubu! Kazarkowa Śpiewka, chociaż nie była przez parę zaproszona, po zadręczaniu koleżanki setkami słów „proszę”, przekonała ją do zabrania kotki ze sobą. Kazarka nie mogła przestać się ekscytować, z resztą, podobnie jak sama bura.
Przygotowywania trwały od samego rana, choć czekoladowa nie brała w nich udziału. Było to zadanie dla starszych, jakich mieli sporo, a którzy chętnie zabrali się do pracy. Nie obyło się jednak bez podsłuchanych przez Kazarkę narzekań na wybraną porę roku – czy Czapla i Wodnik nie mogli poczekać jeszcze księżyca, aż zrobi się cieplej? Wtedy byłby większy wybór dekoracji, mówili, lecz i tak zdołali znaleźć mnóstwo kolorowych ozdób. Widziała, jak starszyzna wynosi parę świecidełek z obozu. Nie mogła się już doczekać, aż zobaczy, jak pięknie przyozdobiona zostanie Świetlikowa Wyspa.
Nenufara wyglądała na nieco poddenerwowaną, o co jak najszybciej zapytała ją Kazarka, w końcu, dlaczego kotka miałaby się denerwować przed tak pięknym wydarzeniem? Odpowiedź jednak była prosta, tak, że nawet szylkretka puknęła się w głowę, jak mogła na to nie wpaść. Zapomniały o prezencie! Na szczęście do ceremonii było jeszcze dużo czasu. Kotki wyszły z obozu, mając nadzieję, że wpadną na jakieś godne podarowania cacko.
— Myślisz, że znajdziemy coś ładnego w porę? — zapytała nieco zaniepokojona Nenufarowy Kielich, bacznie się rozglądając po okolicy. Kazarka była tego pewna! Zresztą, miała ukrytego asa w rękawie...
— Oczywiście, a jak! — otarła się o jej bok, chcąc podnieść kotkę na duchu. — Znam takie jedno miejsce, które idealnie nada się do naszych poszukiwań!
— Jakie?
— Zobaczysz — miauknęła, mrugając do burej psotnie.

Wojowniczki zawędrowały do lasku, jaki rósł niedaleko Kolorowej Łąki. Czekoladowa tylko pruła przed siebie, odtwarzając sobie w głowie mapę, kiedy jej towarzyszka z zaufaniem goniła za nią. Kiedyś prowadził ją w to miejsce brat i chociaż nie lubiła go wspominać, zostawił po sobie kilka przydatnych rzeczy. W końcu, po paru wpadnięciach na nie to drzewo, jakiego szukała, stanęła przy wysokiej olszy. Bingo!
— Gdzie ta miejscówka? — zapytała Nenufara, patrząc po bokach, nieco zagubiona. Kazarkowa Śpiewka, zanim jej odpowiedziała, wskoczyła na pień drzewa, zaczynając wspinać się (z niemałym trudem) na jego górę.
— Oooo... tam! — krzyknęła do niej, kiedy złapała się łapami grubego konaru, a następnie, sapiąc, wciągnęła na niego swoje masywne ciało. Wskazała jej palcem wielką, złożoną z patyków kulę, leżącą jeszcze nieco wyżej.
— Kazarko, jesteś pewna, że to bezpieczne? — zaniepokoiła się Nenufara, lecz szylkretka tylko pobłażliwe strzepnęła ogonem, zabierając się za kolejną gałąź.
— Luzik, wdrapywałam się tu już jako dzieciak! — mruknęła, choć to był jej pierwszy raz. Wcześniej tylko Krakwie Skrzydło pokazywał jej to miejsce, mówiąc, że w okolicy znajduje się kilka czaplich gniazd, a tam, gdzie wybierała się Kazarka – największe. Teraz kiedy było ono nieużywane, nie musiała się martwić o aktywność ptaków, jakie mogłyby zdzielić ją po mordce za wtargnięcie do ich legowiska. Kotka była pewna, że znajdzie między gałązkami kilka ładnych piór.
Trzymając się mocno pazurami kory, powoli zbliżała się do splotu, nieraz spoglądając na stojącą pod drzewem Nenufarowy Kielich. Wojowniczka sunęła jednak po gałęzi z równowagą, aż w końcu wskoczyła do gniazda jednym, porządnym susem.
— Masz coś? — krzyknęła do niej z dołu czarna, przez długi czas nie widząc kocicy, która zanurkowała w głąb gniazda. Wystawała ponad nie jedynie puszysta, ciemna, wtapiająca się w tło końcówka ogona. Po paru dłuższych chwilach i ona zniknęła, lecz prędko za nią wyłoniła się głowa Kazarkowej Śpiewki z szerokim uśmiechem na pyszczku. Trzymała w zębach kilka ładnych, czaplich piór.
— Jusz lecę! — wymamlała niewyraźnie, pędząc na dół do wojowniczki.
Postawiła delikatnie przed burą kotką swoje zdobycze, wypinając dumnie swoją pierś, kiedy kotka oglądała je z zachwytem.
— Na Klan Gwiazdy, są świetne! Nadają się znakomicie! Zwłaszcza te — wskazała najdłuższe i najlepiej zachowane, siwa pióra. — Skąd o tym wiedziałaś?
— Cóż...
Zadrżały jej lekko łapy. Nie chciała rozmawiać o swojej rodzinie. Jej brat umarł już sezony temu, a ona nadal sobie z tym całkowicie nie poradziła. Nenufara zauważyła, że szylkretka zamilkła i czym prędzej zmieniła temat, przeczuwając, że było to coś wrażliwego.
— Aj, nieważne. Weźmiemy sobie te — złapała w pysk uprzednio wybrane zdobycze. — Oo, wiem! Możemy do tego poszukać jeszcze piór wodnika! Kiedy Czapli Taniec i Wodnikowe Wzgórze to zobaczą, będą w siódmym niebie!
Kazarka zaraz się rozchmurzyła i przytaknęła gorliwie głową.
— Tak, to świetny pomysł! — już chciała popędzić przed siebie, zanim na moment zatrzymała ją jeszcze Nenufara, lekko dezorientując szylkretkę, kiedy została pociągnięta za długą sierść na miejsce.
— Wiesz, że jakbyś chciała o czymś porozmawiać, to zawsze możesz do mnie przyjść, prawda? — zapytała, wyglądając na lekko zmartwioną. Kazarka jednak w ogóle tego nie podzielała.
— Porozmawiać? Przecież rozmawiamy na okrągło — mruknęła, mijając się z tym, co chciała jej przekazać Nenufarowy Kielich. — Chodź, chodź, musimy znaleźć tamte następne pióra! Czas nam ucieka! — miauknęła i rzuciła się w wir poszukiwań.

***

Porą nagich drzew prędko zachodziło słońce. Chociaż nie nastał jeszcze wieczór, na niebie już pojawiały się przebijające przez chmury purpurowe, czerwone i pomarańczowe smugi. Wojowniczka, chociaż sama nie była zaproszona, zdołała jeszcze przemycić ze sobą Karasiową Ławicę – jej kuzynka wyglądała na tak znudzoną, że nie mogła pozwolić jej bezczynnie gnić w obozowisku! Wprawdzie calico na początku nie była do tego przekonana, ale dla Kazarki odpowiedź „nie” nie była odpowiedzią. Czy tego chciała, czy nie, została jej kolejną kompanką! Wraz z innymi gośćmi wojowniczki szły, a bursztynooka niosła ich wspólny prezent – sklejoną żywicą kępkę piór. Ani Kazarka, ani Nenufara nie były najlepszymi znawcami ptaków i nie były do końca pewne, czy znalezione przez nie bure, prążkowane pierze było tym wodnika, lecz się tym nie przejmowały. Ich prezent, tak czy inaczej, był olśniewający!
Kiedy przeszły na Wyspę Świetlikową, Kazarkowa Śpiewka aż wypuściła na ziemię podarunek, jaki szybko zebrała z niej Nenufarowy Kielich, będąca jednak w nie mniejszym zachwycie. Wysepka była przyozdobiona mnóstwem błyszczących w świetle słońca kamyków, łusek, niedawno zaczynających kwitnienie krokusów, a nawet paru ususzonych ziół, jakie medyczki najwyraźniej pozwoliły, by je użyć do dekoracji.
— Jakie... jakie to śliczne! — bąknęła w końcu Kazarka, przyglądając się ozdobom.
— Wygląda magicznie! — zgodziła się jej kompanka. — Szkoda tylko, że to Pora Nagich Drzew. Chyba teraz nie będzie żadnych świetlików...
— Szkoda — mruknęła Kazarka, spacerując, próbując znaleźć sobie miejsce do obserwowania ceremoniału. Prędko jednak zamiast na wybranym miejscu, wylądowała z nosem w trawie, potykając się o kocię, które uwiło się między jej łapami. Oof! Nenufara, chichocząc, pozwoliła, by ta oparła się o jej bok, aby wstać. Oczom Kazarki ukazało się tylko uciekający w kąt, kremowy kociak. Pokręciła głową, śmiejąc się pod nosem, jak wstawała.
— Co za...
— Dobra, cichosza! — została uciszona przez rozbawioną Nenę, która zwróciła głowę ku dwójce kocurów, stojącej na samym środku wyspy. Nawet nie zauważyła, kiedy się tu pojawili! Nieco za nimi stały Srocza Gwiazda, jej córka Tuptająca Gęś, a także medyczka, Strzyżykowy Promyk. Liderka stała między nimi z wysoko uniesioną brodą. Upewniając się wzrokiem, że wszyscy goście już przybyli na miejsce, a na wyspie zapadła cisza, rozpoczęła ceremonię:
— Czy wy, Czapli Tańcu i Wodnikowe Wzgórze, w obliczu wszystkich zebranych tu kotów oraz samego Klanu Gwiazdy, przysięgacie sobie dozgonną wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów, nawet po śmierci? — zapytała. Kocury spojrzały po sobie z uśmiechem, zanim prawie jednogłośnie odparły:
— Tak.
— Tak!
— Tak więc mocą naszych walecznych przodków, ogłaszam was na zawsze związanych! Niech Klan Gwiazdy oświetla waszą drogę, a wasze dusze, niczym para łabędzi, nigdy nie ulegną rozłące.
Czapli Taniec spojrzał czule na swojego partnera, zanim nie wtulił się w jego sierść z impetem, jaki niemal go przewrócił. Wodnik zaśmiał się, przytulając do siebie bliżej niebieskiego, jaki wciskał nos głęboko w sierść na piersi wojownika. W końcu jednak wyciągnął ją, polizał kocura po policzku i uśmiechnął się do tłumu, który zaczął szaleć.
To było przeurocze! — pomyślała Kazarkowa Śpiewka, dołączając się do entuzjastycznych gwizdów. Czyli imprezę czas zacząć! – co nie? Chciała o to zapytać swoją koleżankę, lecz ta popędziła z ich upominkiem do świeżo upieczonych małżonków. O nie! Szylkretowa popędziła za koleżanką, ustawiając się w linii za resztą kotów, jakie chciały obdarować swoich bliskich z tej pięknej okazji. Wychylając się z kolejki, widziała różne muszelki, kamyki i piórka... Ojć, nie były zbyt oryginalne! Nie wyglądało jednak na to, że Nenufarze to przeszkadzało. Przed nimi była już tylko Bratkowe Futro, która, pomimo że zwykle była zimna i nieprzyjemna, teraz zdawało się, jakby ceremonia stopiła jej serce z lodu. Wręczyła parce ususzony pancerzyk ważki z paroma miłymi słówkami, zanim zrobiła miejsce dla pary kotek.
Nenufarowy Kielich wcisnęła w łapy Czaplego Tańca pierzaste zawiniątko, kiedy przyszła ich kolej.
— Życzę... Życzymy wam jak najwięcej szczęścia na waszej drodze. Niech Klan Gwiazdy oświetla waszą wspólną ścieżkę — wymruczała szczęśliwie.
— Dziękujemy serdecznie... Chwila, a co ty tu robisz, Kazarkowa Śpiewko? — zapytał nieco zdezorientowany Wodnikowe Wzgórze, mierząc wzrokiem kotkę. — Czaplo, czy kogoś jeszcze zapraszałeś?
Kazarka uśmiechnęła się niezręcznie. Ups! To chyba nie był najlepszy pomysł!
— Nie, nie, to ja ją zabrałam! — wtrąciła się natychmiast Nenufara. — Tak dla towarzystwa! Chyba nie macie nic przeciwko?
— Oczywiście, że nie — odparł Czapli Taniec, odwzajemniając uśmiech czekoladowej. — Każdy jest tu mile widziany. Prawda? — Kocur szturchnął psotliwie swojego współmałżonka.
— Pewnie. Jeszcze raz, dziękujemy za prezent i życzenia — odpowiedział cętkowany, a kotki zmyły się, aby zrobić miejsce dla następnych, zduszając chichot.

— Jak myślicie, kto z was złapie żabę? — zapytał gości siedzących na środku wyspy Czapli Taniec. — Kochanie, no gdzie ta żaba? Goście czekają! — zawołał swego partnera.
Wodnikowe Wzgórze wyłonił się z trzciny, kręcąc głową z rezygnacji.
— Bratkowe Futro jej szuka!
— Myślałem, że była już przygotowana?
— Cóż... Ja również.
— Czyli co? Dla nikogo miłości nie będzie? — tłum zaniósł się cichym śmiechem, prócz Kazarki, która nie nadążała za wydarzeniami.
— Pstt. Psst! — szeptała do Nenufary, która dopiero po chwili ją usłyszała i zwróciła pyszczek w jej stronę. — O co chodzi z łapaniem żaby? W końcu podadzą obiad?
— Oj, ty kupo futra — mruknęła, pstrykając ją w nos. — Rzut żabą to taka tradycja! Jeden z małżonków rzuca zdobyczą, a reszta kotów próbuje ją złapać — tłumaczyła jej podniesionym szeptem. — Ten, kto ją złapie, wkrótce znajdzie miłość!
Kazarka zamrugała.
— Ja! Ja ją złapię! — odpowiedziała prawie krzykiem kocurowi, wstając ze swojego miejsca. Musiała zrobić wszystko, byle ją chwycić! Przecież miała już tyle księżyców, a żadnego oblubieńca. Ile mogła czekać na swoją kolej?
— Nie, bo ja! — wcięła się figlarnie Nenufarowy Kielich.
— Będę to ja! — pisnęła z dołu Zmierzch, powodując u niektórych śmiech. Kocię oczekiwało miłości? Wesela w żłobku? Przezabawne!
Łapę podniosła jeszcze Pylista Burza i choć nie mogła wyrazić tego słowami, wszyscy zrozumieli, że i ona planowała dołączyć do bitwy. To będzie zażarta walka, pomyślała sobie Kazarka!
— W takim razie niech Bratek się pospieszy! Lud domaga się żaby! — mruknął jeszcze rozbawiony Czapla. — W trakcie oczekiwania, myślę, że mogę was zaprosić na wspólny posiłek — dodał, wskazując na zgromadzone ze stosu piszczki, jakie powoli wyciągał zza rogu Śnieżne Wspomnienie. Szylkretce wręcz opadła szczęka.
— Dzięki Klanowi Gwiazdy! Myślałam, że już padnę z głodu! — mruknęła Kazarkowa Śpiewka, wysuwając się na sam przód zgrai głodnych kotów. Prawie momentalnie rzuciła się na tłustą płoć, dzieląc ją wraz z Mglistym Spojrzeniem i jej synem, Nawałnicową Łapą. Ciekawy dobór towarzystwa... na który jednak wojowniczka nie zwracała uwagi. Jedyne, co ją obchodziło, to zapełnienie swojego pustego brzucha, za co zabrała się jako pierwsza z pierwszych. Ach! Niebo w gębie! — myślała. Mogłaby tak świętować codziennie!

Kiedy skończyli jeść, rozeszła się wesoła nowina – mieli żabę! Wojowniczka wygrzebała ją z mułu, jako jedną z pierwszych sztuk, jakie wychodziły na powierzchnię po chłodnej porze roku. Bratkowe Futro podała ją Wodnikowemu Wzgórzu, by ten czynił honory. Bury ścisnął w zębach płaza, zamachnął się... i wyrzucił w powietrze! Kazarka cofała się, nie spuszczając wzroku z wystrzelonego „pocisku” nawet na uderzenie serca. Musiała ją złapać! Musiała! Im bardziej płaz zbliżał się do ziemi, tym bardziej była przygotowana do skoku, wraz z innymi kotami, jakie miały chrapkę na znalezienie niebawem miłości. Brązowo-zielona żabka była już tak blisko, ledwie odległość zająca... Bum! Przeleciała nad głową Kazarkowej Śpiewki, uderzając prosto w czoło innej kotki. Kotewkowy Powiew upadła na ziemię, nieco zdezorientowana i szybko pożałowała niezerwania się na nogi wystarczająco szybko – rozgorączkowany tłum rzucił się w stronę lecącej dalej żaby, tratując na drodze czarno-białą. Kazarka wybiła się przed szereg, biegnąc tak, jak nigdy w życiu, była tak blisko, tak blisko... Jest! JEST!
W zębach zwisała jej żabka i nigdy się nie spodziewała, jaka radość potrafiła płynąć ze złapania zdobyczy. Nie wierzyła własnym oczom. To był znak, najprawdziwszy omen od samych Gwiezdnych! Wkrótce znajdzie tak upragnioną miłość swojego życia!
Tak sądziła, zanim na jej dumny pyszczek... nie rzuciło się kocię! Zanim wojowniczka zdążyła zareagować, niewielkie, czarne stworzenie już łączyło się w jedno z cieniami, uciekając w głąb wysepki, wraz z wydartym z jej pyska płazem. Kazarkowa Śpiewka chciała rzucić się w pogoń za złodziejaszkiem, lecz nawet nie wiedziała, gdzie powinna biec. Usiadła zrozpaczona na ziemi. Zabrali jej miłość! To był koniec! Do końca życia będzie samotna...

Patrząc w ciemność, jaka już zapadła po zachodzie słońca, Kazarka owinęła ogon wokół własnych łap, zdając się niewzruszona na otaczający ją gwar uroczystości i świętujących kotów, jakie tańcowały, śpiewały, czy zajmowały się różnymi grami, by umilić sobie czas i uczcić ślub. Ona jednak nie potrafiła się bawić i przestać przeżywać swojej straty. Co to wszystko mogło oznaczać? Czy znajdzie partnera, który ją porzuci? A może znajdzie, a ten zniknie, zupełnie jak jej mama, bądź umrze, jak jej brat? Oj, same czarne scenariusze, same okropne historie... Czekał ją mroczny los pełen płaczu, rozpaczy i złamanych serc... Siedziała tak w samotności, z głową pełną niewesołych myśli, siąkając raz po raz nosem.
— Hej, Kazarko! — Wojowniczka usłyszała głos swej kuzynki zza grzbietu, a kiedy odwróciła się, obok niej stała jeszcze Nenufarowy Kielich.
— Tutaj jesteś! Wszędzie cię szukałyśmy! Myślałyśmy już, że gdzieś uciekłaś! — dobiła do jej boku, a Karasiowa Ławica do drugiego. Obie kotki położyły końcówki ogona na jej plecach, by ją pocieszyć, ale Kazarka tylko zgarbiła się bardziej. — Dalej, wróć do zabawy. Nie możemy się dobrze bawić bez ciebie!
— Nie... nie rozumiecie — załkała Kazarkowa Śpiewka. — To wszystko zwiastuje nieszczęśliwą miłość! Nigdy nie znajdę swojej bratniej duszy... — Schowała swoją twarz w łapach. Wojowniczki spojrzały po sobie znacząco.
— To tylko taki przesąd, Kazarko! Nikt nie wie, czy to prawda!
— A do tego Zmierzch to jedynie kociak! Na pewno zdołasz kogoś znaleźć, zanim ona jeszcze skończy swój trening!
Tak zapewniały ją przyjaciółki, lecz ona nie była tego taka pewna. Otarła jednak łzy i wtuliła się w ich futra. Czarne kotki przytuliły ją mocno, dodając nieco otuchy. W ich objęciach poczuła się nieco pewniej i bezpieczniej. W końcu szylkretka odsunęła się od wojowniczek, biorąc głęboki oddech, nim otworzyła jeszcze nieco zaszklone oczy.
— To... która z was idzie ze mną zatańczyć? — zapytała, rozpogadzając się.
— Ja!
— Ja!
— W takim razie... która pierwsza mnie złapie! Hi hi! — miauknęła, przemykając pomiędzy dwoma kotkami, które rzuciły się za nią w pogoń. I tak do wysokiego księżyca. A potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie...

26 czerwca 2024

Od Szepczącej Pustki

Z legowiska medyka wyszedł właśnie Kukułcze Skrzydło, z niezadowoleniem, choć nieugiętą miną. Od jakiegoś czas coś krzywił się przez ząb, więc może coś z tym zrobił? Szept wątpił, by były samotnik się tym pochwalił, w końcu nie wspominał nawet, że cokolwiek go boli. Jedyne co go zdradzało, to krzywienie pyska przy większych gryzach podczas jedzenia. 
- Hej Margareta - przywitał się lilowy, wchodząc do legowiska medyka, rozglądając się bez skrępowania po składziku - Masz może jeszcze ten mak i kocimiętkę?
- Margaretka. Nie Margareta. - poprawiła liliowego kocura, widząc, że ten czuł się w składziku jak u siebie. - Mam, jednak sądzę, że powinieneś ograniczyć zażywanie ich, Szepcząca Pustko. Mak jest prawie na wykończeniu, kocimiętka również, a do Pory Nowych Liści zostało jeszcze trochę czasu nim wraz z Liliową Łapą będziemy w stanie uzupełnić zapasy. 
- Aah, nie bądź taka, pomogę wam zbierać, wiem jak pachnie, smakuje, wygląda - wyliczył, chwytając jeden z liści. - Jestem idealnym pomocnikiem do tego typu spraw~ - rzucił w jej stronę z szerokim uśmiechem i liściem w zębach, który zaraz znikł mu w pysku.
Margaretkowy Zmierzch westchnęła bezradnie, widząc co kocur wyczynia.
- Dziękuję, doceniam to. Jednak naprawdę, powinieneś ograniczyć zażywanie ziół. Nie obraź się, ale czuć nimi od ciebie na długość lisiego ogona. Sprawny nos od razu wyłapie jak sobie radzisz po tym wszystkim... - Głos jej się zawahał. - Poza tym, mak szkodzi karmicielkom. Głównie chodzi o podawanie go im, jednak twoja sierść również nim przesiąkła i kto wie, może sam dotyk jej będzie równie szkodliwy. Niech tylko Przepiórczy Puch zorientuję się co jest grane, to nie pozwoli ci się zbliżać ani do siebie, ani do waszych dzieci. - Co za dużo to niezdrowo. Jeszcze chwila i nie będziesz bez nich mógł normalnie funkcjonować.
- Nie jest aż tak źle - stwierdził, po powąchaniu sobie ostrożnie kryzy - Gdyby było, już dawno by mnie wywalono ze żłobka. - tu prychnął jakoś ironicznie i burknął pod nosem niezrozumiałe słowa. W sumie kusiło go, by z niego wyjść. Od kiedy do niego wrócili, kocur cały czas odliczał dni do mianowania szczyli Widma, by nie siedzieć z nimi w jednym pomieszczeniu.  - Poza tym, wziąłem teraz tylko kocimiętkę, widzisz? Kompletny brak ziarenek, nadal leżą na swoim miejscu~ - rzucił, wskazując łapą na składzik w jakimś niezbyt dokładnym kierunku. - Z resztą, spokojna głowa, mam wszystko pod kontrolą - stwierdził, po kilku lekkich krokach siadając obok szylkretowej - Mimo wszystko nie chcę ciągle odpływać przy kociakach, coś się jeszcze stanie. I właśnie dlatego mam Ciebie i caaały kącik medyka, po którym jeszcze walają się kłaki mojego brata. A, i chyba mam coś z łapą. 
- Niestety nie tylko twojego brata... - rzuciła spinając się na wspomnienie, kto na nieszczęście miał tę przyjemność również przesiadywać zbyt często w legowisku medyka i kogo sierść udało jej się znaleźć wśród ziół. Po chwili jednak zerknęła na wskazaną przez niego łapę, a po krótkich oględzinach przyniosła kilka ziół - Będę musiała poprosić Liliową Łapę, aby tutaj nieco posprzątała. Jeszcze parę księżyców i ona będzie tutaj rządzić. - Starała się szybko zmienić temat podczas pracy - Wątpię czy będzie miała do ciebie tyle cierpliwości co ja, więc nie przyzwyczajaj się, aż tak bardzo, że będziesz mógł liczyć na dodatkowe darmowe zioła.
Kocur skrzywił nos na pierwsze zdanie, jedynie mrucząc pod nosem jakąś niezbyt entuzjastyczną zgodę, po czym zaśmiał słabo, poruszając ogonem. 
- Wtedy będę mieć własny składzik kocimiętki - stwierdził - Czy to zrobi ze mnie kolejnego medyka?
- Nie do końca, zależy chyba od kota. Może lepiej byłoby cię nazwać wtedy zielarzem? Sam rozumiesz, medyk nie może mieć kociąt, a ty już je masz. Chyba, że  takie coś by przeszło. Hmmm... Dobre obejście kodeksu medyka - zamyśliła się, kończąc pracę z łapą. 
- Kodeks medyka ma pełno dziur. Ten ogólny też - rzucił od niechcenia, bawiąc się jakimś niesfornym kołtunem przy dłuższej sierści na leczonej kończynie. - Ktokolwiek go stworzył najpewniej nie różnił się inteligencją od pchły którą zgniotłem dzisiaj rano
- Możliwe. - podjęła, odsuwając łapkę od pyska. - Mógłbyś porozmawiać z Obserwującą Gwiazdą o chęci załatania ich. Na pewno doceni chęć ulepszenia zasad klanu.
- A po co - spytał, dla zabawy poruszając rytmicznie ogonem raz w jedną, raz w drugą stronę - Tak jest o wiele łatwiej, zawsze jak coś zepsujesz, możesz powołać się na dziurę w kodeksie.
- Widzę, że masz już doświadczenie w powoływaniu się na nie... nie byłoby ci to na łapę. - zauważyła.
- Nie wykorzystałem wszystkich ruchów - wskazał na nią palcem - Zobaczysz, dziury są nawet tam, gdzie ich nie widzisz, trzeba pokombinować. - Po tych słowach wstał, poczochrał łapą głowę szylkretowej i skierował się ku wyjściu - Trzymaj się, młoda. I dzięki za naprawienie mojej łapy - rzucił jeszcze na odchodne. Może i nos mu się psuł przy przebywaniu u medyka, jednak nadal mógł wyczuć charakterystyczny zapach kocimiętki również od medyczki, a to znaczyło, że zapasy w klanie uszczuplały się z podwójną szybkością. Nie miał zamiaru jednak narzekać, sam zaczynał tracić głowę i dochodziło do niego, że pewnie czeka go wycieczka do miasta po dostawę ziół. Po drodze jeszcze minął Barszcza, który to skierował się do medyka, najpewniej z problemem kaszlu, który męczył go od jakiegoś czasu. A Szept  po swojej dawce uspokojenia, mógł spokojnie i z uśmiechem patrzeć na jego intensywne, pomarańczowe ślepia. 

Wyleczeni: Szepcząca Pustka, Barszczowa Łodyga, Kukułcze Skrzydło

Nowi członkowie Pustki!


ŚLIWKA
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Uduszenie się


ŁUSKA
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Uduszenie się


BRZOSKWINIA
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Uszkodzenie narządów wewnętrznych


ISKRA
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Skręcenie karku przez borsuki


BŁAWATEK
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Wykrwawienie się

Od Sówki

Wieść o borsukach szybko się rozeszła. Daglezjowa Igła postanowiła więc zorganizować patrol, który miał za zadanie sprawdzić ich położenie. W skład patrolu wchodzili i zwiadowcy i wojownicy.
- Idzie Brzoskwinka, Iskra, Łuska, Sówka i Śliwka, która będzie prowadzić patrol – usłyszała czekoladowa. Na dźwięk swojego imienia lekko się spięła. Czyli to ona będzie z tymi, co idą sprawdzić, gdzie są borsuki? Nigdy się nie spodziewała, że wybiorą ją do takiego zadania.
- Tylko uważaj na siebie Sówko – powiedziała matka zwiadowczyni, uśmiechając się do niej.
- Będę, ze spokojem mamo!
- Jakbyś chciała coś jeszcze zrobić, albo z kimś porozmawiać... – zaczęła Jarząb, ale jej córka od razu jej przerwała.
- Hej! Nie zachowuje się, jakbym miała już nie wrócić, to zwyczajny patrol. Dowiemy się z ukrycia, gdzie są borsuki i bezpiecznie wrócimy do domu! – odparła czekoladowa – I przecież mówiłam ci... To będzie katastrofa jak się dowie! – dodała ciszej, rzucając w stronę matki zdenerwowane spojrzenie. Czy ona naprawdę chciała, by jej córka już wyznała swoje uczucia? Przecież to było pewne, że Kaczka ich nie odwzajemni! Tylko zrobiłaby z siebie mysiego móżdżka. Trochę posmutniała na tę myśl. Czyli możliwe, że nigdy nie będzie z Kaczką.
- O czym tak rozmawiacie? Wszyscy już się rozeszli – nagle dołączyła do nich właśnie Kaczka. Sówka podskoczyła nieco na dźwięk głosu wojowniczki. Serce mocniej jej zabiło i tylko odwróciła głowę – To... – dalej czekała młodsza kotka.
- No tak... Przepraszam, zamyśliłam się. Jarząb zaczęła tu snuć jakieś pomysły, że już nie wrócę z tego patrolu! – wyjaśniła zwiadowczyni.
- Tylko się o ciebie martwię – wtrąciła się albinoska.
- Ale nic złego się nie stanie! Więc nie muszę z nikim rozmawiać i nic robić...
- Skoro tak... Jarząb chcesz pójść coś zjeść? – zapytała Kaczka i spojrzała ukradkiem na Sówkę.
- Nie o to mi chodziło! – powiedziała czekoladowa. Reszta kotek zaczęła się cicho śmiać – Ja nie wiem, od tego dnia wolnego, wymyślonego przez Agresta, jesteście jakieś dziwne – oznajmiła Sówka – Co wy macie jakąś zmowę przeciw mnie?
- Nie Sówko – odparła czarna kotka, podchodząc nieco bliżej. Zwiadowczyni momentalnie zrobiła się cała czerwona, a serce zaczęło jej bić mocniej – A skoro teraz z nami rozmawiasz, to chyba możesz też pójść coś zjeść. To chodźcie – powiedziała siostra Topikowej Głębiny i ruszyła w stronę stosu ze zwierzyną. Jarząb powoli poszła za nią, a jej córka dopiero po chwili.
- A tak przy okazji, Daglezjowa Igła powiedziała, że wyruszycie jutro – oznajmiła Kaczka, zabierając ze stosu mysz.
 
***
 
Zebrała się z resztą patrolu, gotowa do drugi. Była bardzo podekscytowana, ale jednocześnie gdzieś w głębi się bała. W końcu szli sprawdzić, gdzie są te wielkie bestie zwiane borsukami. Nawet nie było wiadomo, ile ich było! To gadanie Jarząb jednak zasiało w niej ziarno niepewności. Może nawet nieświadomie. Po jakimś czasie wszyscy się zebrali. Już mieli wyruszać, ale wtedy dołączył do nich jeszcze jeden kot. Był to Bławatek, który od razu stanął obok Iskry.
- Idziesz z nami? – zapytała Śliwka. Bławatek pokiwał głową.
- Tak, Iskra poprosiła mnie o dołączenie, ale chyba przyda wam się dodatkowa para łap – wyjaśnił. Wszyscy na chwilę zamilkli, zwracając się w stronę Śliwki, w końcu ona prowadziła ten patrol. Cisza nie trwała jednak długo, ponieważ tuż po tym, jak szylkretka zauważyła wszystkie spojrzenia, zgodziła się i cały patrol wyszedł z obozu. Plan był prosty. Najpierw mieli sprawdzić granicę przy terenach niczyich, po drugiej stronie rzeki, poniźej przy terenach Klanu Burzy, a na koniec znów przy terenach niczyich. Śliwka poprowadziła ich w stronę Konającego Buku.
- Jak myślicie, borsuki dalej są na naszych terenach? – zapytała Sówka, by przerwać tę ciszę.
- Miejmy nadzieję, że nie – odpowiedziała Łuska. 
- Byle nie było ich za dużo – dodał Bławatek, a reszta zgodziła się z nim. Wszyscy chyba liczyli w ostateczności na jednego borsuka, w końcu te stworzenia są naprawdę niebezpieczne, a większa ilość jest tylko większym ryzykiem, że natrafią na obóz.
Dotarli do Konającego Buku. Sówka ustawiła się na koniec, by nie musieć przechodzić od razu. Czy naprawdę musieli sprawdzać granicę za tą rzeką? Wszyscy już przeszli i czekali cierpliwie na Sówkę, która po drugiej stronie starała się uspokoić.
- Idziesz Sówko? – zapytała Śliwka, podchodząc bliżej brzegu.
- Tak... Ja tylko... – zaczęła, ale nie mogła znaleźć jakiejś dobrej wymówki.
- No dalej Sówko, przecież przechodziłaś tędy nie raz – powiedziała Iskra, przewracając oczami. Zwiadowczyni westchnęła. Jak ona nie lubiła wody! Powoli, z przerażeniem wymalowanym na pysku, weszła na śliskie drzewo. Od razu wbiła pazury w korę, by choć trochę utrzymać równowagę. Jak najwolniej przemieszczała się po drzewie, po jakimś czasie z zamkniętym jednym okiem, by coś lepiej widzieć. Gdy już była prawie na drugiej stronie, poczuła że traci równowagę. Starała się balansować na zwalonym drzewie. Gdy już miała wylądować pod cienką warstwą lodu, złapała ją Śliwka razem z Bławatkiem. Od razu pociągnęli ją na brzeg, przez co kotka tylko jedną łapą zahaczyła o lód. Z przerażeniem patrzyła się na zamarzniętą powierzchnię wody.
- Dzięki – powiedziała do starszych kotów i powoli się podniosła.
 
***
 *Uwaga opis śmierci*
 
Miała czym się chwalić Kaczce. Przeszła w obie strony przez Konający Buk i nawet nie spadła do wody! Oczywiście towarzyszyło jej przy tym wielkie przerażenie, ale jednak się udało! Przeszli prawie wszystkie granice i nigdzie nie było śladu borsuków. Została im ostatnia, przy terenach niczyich. Szli powoli przez Owocowy Lasek, rozglądając się na boki. Zapach borsuka był tu nieco wyraźniejszy, niż wcześniej, jednak nikt nic nie widział. Po jakimś czasie doszli w okolice Groty Strachu. Wszystko zdawało się być dobrze. Nikt dalej nic nie widział, nie było nikogo słuchać, wszystko było normalnie. W końcu doszli trochę bliżej i rozejrzeli się.
- Ktoś coś widzi? – zapytała kotka prowadząca patrol. Nikt się nie odezwał. Poszli więc nieco dalej. Wtedy nagle Brzoskwinka się zatrzymała. Czekoladowa zwróciła na to uwagę i odwróciła się w stronę młodszej koleżanki.
- Coś się stało Brzoskwinko? – zapytała Sówka. Reszta patrolu również się zatrzymała i spojrzała na najmłodszą. Ta otworzyła tylko szerzej oczy.
- Też to czujecie? – zapytała po chwili milczenia. Dopiero wtedy zrozumieli, o co chodzi Brzoskiwnce. Wszyscy momentalnie się spięli i zaczęli rozglądać się dookoła. Sówka wysunęła pazury. Czyżby właśnie wpadli prosto w szczęki borsuka? Zapach tych wielkich zwierząt był tu najsilniejszy, jakby jeszcze przed chwilą tu były. Serce czekoladowej coraz szybciej jej biło, a odur strachu mieszał się z tym od borsuka. Nagle usłyszeli jakiś dźwięk.
- T-To nie... – zaczęła cicho córka Jarząb, ale wtedy jej oczom ukazało się wielkie zwierzę. Od razu ucichła, czując jak przerażenie ściska ją za gardło, nie pozwalając już mówić. Wielka czarno-biała bestia jakby rozglądała się przez chwilę, jednak to było pewne, co zaraz zrobi. I to nie było "rozglądanie się".
- Jest k-kolejny – usłyszała nagle łamiący się głos Bławatka. Odwróciła głowę w inną stronę, widząc drugiego borsuka. Obok nich znalazły się jeszcze dwa kolejne. Sówka otworzyła tylko szerzej oczy, czując ogarniające ją przerażenie. Cztery borsuki... Nie dadzą rady. To wszystko działo się za szybko, mimo, że zwiadowczyni miała wrażenie, że trwa wieki.
- Dalej! Przez rzekę! – usłyszała nagle głos Śliwki, która od razu ruszyła w stronę rzeki, która oddzielała ich tereny od terenów niczyich. Borsuki zaczęły wydawać jakieś dziwne dźwięki i również ruszyły, ale w stronę kotów. Sówka zjeżyła sierść na karku, widząc wielkie bestie, zmierzające w ich stronę. Wyobraziła sobie jak ich wielkie łapy miażdżą kocie ciało, nie zostawiając już nic.
Szybko pobiegła za Śliwką, Brzoskwinką i Łuską. Przez ogarniające ją przerażenie nawet nie zwróciła uwagi, że Bławatek i Iskra pobiegli w inną stronę. Gdzieś zniknęli. Szylkretka wskoczyła na kamienie, starając się nie wpaść do wody. Po chwili była już na drugiej stronie i biegła dalej przed siebie. Po niej poszła liliowa i niebieska, a na końcu Sówka. Weszła na śliskie kamienie, ledwo utrzymując równowagę. Serce biło jej tylko coraz mocniej, na myśl, że zaraz może dopaść ją borsuk. Przerażona sama już nie wiedziała co robić. Chwiejąc się strasznie, postawiła łapę na kolejnym kamieniu i w końcu skoczyła na drugą stronę. Wylądowała na brzuchu. Czuła przeszywający ból po upadku, ale nie mogła się tym teraz zająć. Prawie od razu się podniosła i dysząc pobiegła jeszcze trochę do przodu, starając się dogonić resztę patrolu. Gdy była wystarczająco daleko od rzeki i borsuków, łapą wpadła w jakąś norę, przez co znowu się przewróciła. Lekko podniosła głowę, czując jak ból promieniuje z jej łapy. Spojrzała na rzekę. Borsuki były po drugiej stronie, ale nie wszystkie. Przeszedł ją dreszcz strachu, gdy zdała sobie sprawę, że nie widziała Bławatka i Iskry. Czyżby większość borsuków pobiegła za nimi, widząc same, że mają problem z przejściem rzeki jak koty? Nie miała pojęcia i nie chciała o tym myśleć. Kiedy się podniosła, poczuła jak łapa ją boli. Zignorowała jednak ten ból, chcąc pobiec do Łuski, Brzoskwinki i Śliwki. "Ale co z obozem?" – pomyślała nagle. Bestie przecież zostały na drugiej stronie, zawsze mogły znaleźć obóz, zwłaszcza że nie było z nimi dwóch kotów z patrolu. Co będzie, jeśli te bestie tam dojdą?
- Sówko! – usłyszała nagle krzyk Brzoskwinki, która razem z dwiema kotkami stała przy jakimś wzgórzu.
- Ale c-co z obozem?! Nie słyszałam już borsuków, co może znaczyć, że weszły wgłąb t-terenów! – odparła przerażona, znowu odwracając się w stronę zbiornika wodnego. Ogromnych zwierząt nie było już widać, ani nie było ich słychać. Zadrżała ze strachu. Miała taką wielką nadzieję, że będzie wszystko dobrze. Że nic się nie stanie Jarząb, Przypływ, Kaczce... Ani całemu obozowi!
Słyszała jeszcze przez chwilę krzyki Śliwki i Brzoskwinki, wołające ją. Wiedziała, że musi tam iść, ale nie mogła wyrzucić z głowy myśli, że borsuki zaraz zaatakują obóz pełen kotów. Lecz w końcu kuśtykając, ruszyła w stronę reszty patrolu. Jednak wtedy jej uwagę przykuły jakieś zwierzęta, a były to zbiegające po zboczu łanie. A zbiegały po zboczu, pod którym stała reszta patrolu. Czekoladowa lekko się zdziwiła, zatrzymując się. Czy to normalne, że zwierzęta nagle zbiegają ze zbocza? Nie miała pojęcia, więc na samym początku zignorowała ten fakt. Łanie biegły dalej, a do uszu wszystkich kotów po chwili doszedł jakiś dźwięk. Na początku był ledwo słyszalny, ale z każdym uderzeniem serca był coraz głośniejszy. Wszystkie kotki zaczęły się rozglądać, nie rozumiejąc, co się dzieje. Hałas tylko narastał, wywołując coraz większy niepokój. W końcu cała okolica słyszała dźwięk podobny do łamiącego się lodu, a Sówka wreszcie coś zobaczyła. Jakby wielką falę, jakiegoś potwora, który zmierza prosto w stronę kotów. Teraz zrozumiała. Te zwierzęta uciekały.
- Ruszcie się! Musicie się odsunąć! – krzyknęła w końcu czekoladowa. Mimo tego, że nie wiedziała, co to dokładnie jest, musiała ostrzec resztę. Sama też, mimo bólu zaczęła biec w kolejną stronę, myśląc że ta mordercza siła dosięgnie również ją. I wtedy usłyszała krzyk. Zatrzymała się. Nie miała odwagi, by się odwrócić. Nie wiedziała, co się dzieje. Tak bardzo się bała. Ale w końcu musiała to zrobić. Odwróciła się w stronę, gdzie stała reszta ich patrolu, a jej oczom ukazała się góra lodu, fala pełna zamarzniętej wody. Zamarła. Nie mogła nigdzie dostrzec Śliwki czy Brzoskwinki, ani Łuski.
- Łusko? Śliwko? B-Brzoskwinko? – zapytała cicho, kuśtykając do lodu. Rozejrzała się i wtedy zauważyła liliowe futro Brzoskwinki. Od razu do niej podbiegła. Kotka nie była pod lodem, ale mimo tego nie zdarzyła w pełni uciec. Futro miała czerwone od krwi, której tylko przybywało.
- B-Brzoskwinko! Nie r-ruszaj się! Wszystko będzie dobrze, tylko się nie ruszaj – rozkazała czekoladowa, starając się jakoś zatamować to krwawienie z rany na ciele wojowniczki. Liliowa oczy miała otwarte, ale zamglone. Sówka coraz bardziej panikowała. Nie, nie, nie, nie, nie!
- Brzoskwinko! Nie, nie z-zamykaj oczu! Będzie dobrze, tylko musisz w-walczyć! – lamentowała nad uchem poszkodowanej, córka Jarząb. Łapy już sama miała w krwi wojowniczki. Rana była zbyt głęboka, a Sówka bez umiejętności medycznych nie była w stanie jej uratować. W końcu liliowa zamknęła oczy i wydała swój ostatni dech. Czekoladowa zamarła.
- Brzoskwinko? H-Hej, Brzoskwinko? J-Jesteś? – powtarzała cały czas zwiadowczyni. Nie umiała dopuścić do siebie myśli, że Brzoskwinka umarła. Nie, nie mogła umrzeć. Choć mózg starał się oszukać, serce już wiedziało. Łzy powoli zaczęły spływać jej po policzkach, a łapy całe się trzęsły. Może nie była z liliową jakoś bardzo blisko, ale i tak ją znała, a jako uczennica nawet się z nią bawiła. Przecież ona nie mogła zginąć. Po chwili ciało zaczęło robić się zimne. Sówka zabrała łapy z rany. To wszystko było dla niej za dużo.
 
***

Miała nadzieję, że znajdzie gdzieś Śliwkę, tak samo jak Brzoskiwnkę, ale szylkretki nigdzie nie było widać. Musiała zostać pod lodem. Tak samo było z ostatnią osobą w ich patrolu. Łuska również zniknęła. Robiło się coraz ciemniej, co było znakiem dla zwiadowczyni, by wrócić do obozu. Tak też zrobiła, zostawiając Brzoskwinkę, ponieważ nie miała siły by wziąć ją ze sobą. Łapa dalej ją bolała, co jeszcze bardziej utrudniało sprawę. W końcu dotarła do obozu. Weszła do środka i kuśtykając ruszyła w stronę legowiska liderki. Ignorowała spojrzenia kotów i jakiekolwiek pytania, nie miała ochoty na nie odpowiadać, zwłaszcza że jej zraniona łapa i zakrwawione, brudne od ziemi futro powinny wszystko wyjaśniać. 
- Sówko, gdzie reszta patrolu? – zapytała Daglezjowa Igła.
- Oni... Najprawdopodobniej nie żyją – odparła cicho Sówka i wyjaśniła całą sytuację. Głos sam już się jej łamał, a łzy poraz kolejny pojawił się w jej oczach – Nie wiem c-co się stało z Bławatkiem i Iskrą... Ale Łuska i Śliwka n-na pewno zostały pod lodem, a Brzoskwinka umarła p-przy mnie. Nie m-miałam siły jej wziąć...