Pod koniec pory Nagich Drzew…
Śnieg pokrywający wyspę odbijał od siebie promienie ostrego światła. Wlokąc Narcyza za sobą, usadowiła się gdzieś w tłumie, mieszając się pomiędzy grupą Nocniaków.
Ślub Kasztanowej Pokraki… To dopiero coś. Zerknęła kątem oka na jednego brata, a później na drugiego. Narcyz poruszył końcówką ogona, wpatrując się w Kasztanka, po czym przechylił łeb w jej stronę.
— Że też sobie kogoś znalazł — mruknął. — Nie wiedziałem, że taki z niego romantyk.
— No ja właśnie też nie…
Para młoda stała niedaleko ołtarza, wpatrując się w siebie i uśmiechając się głupkowato.
— Z tą jego wybranką serca to nie zamieniłam nawet więcej słów, niż mam pazurów u wszystkich łap — dodała.
Narcyz skinął głową
— Ja też — przyznał. — I nic mi o niej nie powiedział! Myślisz, że założą rodzinę?
Wychylił się nieco do przodu, lustrując wzrokiem zebrane koty. Wzruszył ramionami, po czym na jego pysk wstąpił cień obrzydzenia.
— Ja to bym się nie chciał żenić z żadną kotką, nie wiem, co w tym takiego fajnego.
Przechyliła łeb w bok. W jej głowie pewne myśli zaczęły układać się w pewnej istotnej kolejności… Rozejrzała się po zebranych kotach. Ona to by z chęcią wycałowała piękną koleżankę, jeśli znalazła by się taka okazja… I piękna koleżanka. Bo, musiała przyznać, w Klanie Nocy za dużo opcji do wyboru nie miała. Czy w ogóle chciała wybierać? Nie zastanawiała się nad tym, czy interesowały ją takie rzeczy.
Może wycałowałaby jakąś kotkę bez żadnych zobowiązań?
— Ja bym tam mogła....
— Hę?
Wyjaśnienia przerwał jej głos Mandarynkowej Gwiazdy. Zamknęła pysk i jedynie wydęła wargi, odwracając wzrok w kierunku przywódczyni.
— Zebraliśmy się tu dzisiaj żeby uczcić miłość Urodziwego Szafirka i Przypalonego Kasztana oraz przypieczętować ją oficjalną więzią! Jeśli ktoś chce wyrazić sprzeciw, niech zrobi to teraz.
Na wyspie zapadła cisza. Mandaryna zmierzyła wszystkich uważnym spojrzeniem po czym skinęła głową, trochę sztucznie usatysfakcjonowanym gestem.
— Urodziwy Szafirku, Przypalony Kasztanie, czy w obliczu wszystkich zebranych tu kotów przysięgacie sobie miłość, wierność, uczciwość i wspólne dzielenie łowów nawet po śmierci?
Para młoda kontynuowała wpatrywanie się sobie w oczy, uśmiechając się JESZCZE bardziej głupkowato. Nie wiedziała, że tak się da. Chociaż, to Kasztan, więc…
— Przysięgam — słowa jednego zawtórowały drugiemu.
— Zatem mocą nadaną mi przez Klan Gwiazdy ogłaszam was mężem i żoną! Niech wasza miłość trwa mimo wszystko niczym igły sosen porą nagich drzew!
↬◦⌑⛯⌑◦↫
Narcyz! Narcyz złapał żabę! I skupiał na sobie całą uwagę!
Złapał żabę i wpatrywał się w nią głupio, jakby czekał aż żaba powie mu, co ma z nią zrobić. Nie dość, że złapał ją głupim przypadkiem (wszyscy widzieli, jak odbiła się od niego i nieporadnie spadła mu pod łapy), to jeszcze był to on! Kasztanek miał ślub, Narcyz łapał szczęśliwe płazy…
Parsknęła i szarpnęła głową. Tak nie może być! Ona też chciała być tego dnia ważna! Ona też chciała całować ładne kotki!
Zerknęła kątem oka na stojącą obok niej Lawendową Rozkosz. Nigdy nie wymieniła z nią więcej niż paru potrzebnych zdań. Nie było to istotne. Na jej pysku pojawił się chytry uśmiech... Potrzebowała tylko odrobinę chęci do współpracy.
— Głupie płazy, kłamią! — miauknęła donośnym głosem, obrzucając Narcyza teatralnie zrozpaczonym spojrzeniem. — Kłamią i nie widzą prawdziwej miłości... Prawda, Lawendo?
Z tymi słowy przechyliła się w stronę kocicy i przysunęła swój pysk do tego liliowego. Zmrużyła ślipia, uśmiechając się, i modląc się o to, aby wojowniczka podłapała jej grę... Polizała ją romantycznym gestem po nosie i wbiła w nią nerwowy wzrok.
Ojeju. A może jednak nie? Hm. Co ona tak właściwie-
— Och tak, droga Narwana. Łżą jak wydry. Paskudniki…
Wojowniczka uśmiechnęła się spokojnie i zakryła lekko pysk łapą, jak gdyby zawstydzona. Starsza jedynie nabrała gwałtownie powietrza w płuca.
— Ależ moja miła ile razy ci mówiłam, że wolę być pierwsza? — kontynuowała niewzruszona Lawenda. Przybliżyła się o krok, a potem grunt obsunął sie spod łap Werwy i liliowa stanęła nad nią. — I co ja mam z tobą zrobić, hm?
Zatkało ją. I to dość porządnie.
Przez ułamek uderzenia serca jej mięśnie napięły się, gdy łapy wojowniczki nacisnęły na jej barki, a wciąż gojące się rany na grzbiecie dotknęły topniejącego śniegu. ktoś przyciskał ją do ziemi, ktoś zatopi w niej swoje pazury-
Trudno jej było dosięgnąć jednak jakichkolwiek złożonych myśli z wilgotnym językiem kocicy na jej nosie.
— Ja- Mhm-
Skąd miała wiedzieć, że liliowa będzie taka chętna do jej- No- Do jej żartów!? Przełknęła ślinę i położyła łapę na piersi kocicy, delikatnie odpychając ją do tyłu. Cały pysk miała gorący.
— Och moja droga, nie udawaj, że to cię tak zaskoczyło, bo pomyślę, że nie chcesz mnie obok… — Lawenda wzruszyła barkami, po czym zaśmiała się. — No? Co mi teraz powiesz?
Kto dał jej tyle pewności siebie?
— Może- Może później mi powiesz, co, Lawendo? — miauknęła w końcu, na szczęście już nie drżącym głosem. Uśmiechnęła się cwanie i dotknęła nosem tego wojowniczki. — Chyba że już nie będziesz taka śmiała?
Kątem oka widziała, jak Narcyz wpatruje się w nie z rozdziawionym pyszczkiem, żaba zapomniana gdzieś z boku. I dobrze!
— Och, no wiesz? Gdybyśmy były same...Ale przez wzgląd na- hm... Młodszą widownię chwilowo muszę nieco zahamować, choć żal ściska me serce na tę myśl. Czy zaszczycisz mnie swoją obecnością na spacerze? Słyszałam, że wspólne polowanie łączy serca i dusze...
— Yy... Protestuję!
Analizę słów serca i dusze przerwało jej wrzaśnięcie Narcyza. Lawenda oderwała się od niech z prychnięciem, lawirując pomiędzy kotami i zatrzymując się krok od ucznia.
— Och, proszę cię. Bądź grzecznym chłopcem i się nie wtryniaj.
Mhm… Co.
— Czyż to nie jest decyzja tej piękności?
Powoli uniosła się, sczególnie uważnie stawiając łapy. Piękności. Zerknęła na brata kątem oka, jednak zanim zdążyła coś powiedzieć, Lawenda powróciła do niej, pochylając się nad nią z uśmiechem i ostrym spojrzeniem. Przełknęła slinę.
— Oczywiście — odparła, unosząc kąciki pyska. Wstała i stanęła obok kotki, ignorując wszystkich dookoła i wpatrując się w jej pysk. Zmrużyła ślipia, jak gdyby sprawdzając, ile młodsza jest w stanie jeszcze udźwignąć. — Tam będziesz mogła sobie nade mną stać bez szansy na to, że ktoś nam przeszkodzi...
— Bardzo dobra decyzja moja piękna Narwana — wymruczała liliowa. — Znajdę ci najwygodniejsze miejsce na leżenie, obiecuję ci to-
Narcyz tupnął łapą i zamiauczał z wyrzutem.
— Taka jesteś!
Lawenda spojrzała na niego z politowaniem.
— Och Narcyzku, nie złość się, bo ci serce stanie i co wtedy?
Przytaknęła kotce, po czym przyklejając do niej swój bok odwrócila pysk do Narcyza.
— Wybacz — Wzruszyła ramionami. — Nie moja wina, że nie umiesz sobie nikogo znaleźć!
Wytknęła mu język, uśmiechając się. Ogon Narcyza, napuszony, przecinał powietrze za jego grzbietem. Musieli robić niezłą furorę na wyspie.
— Może na naszym ślubie znowu złapiesz tę żabę i tym razem ci się poszczęści!
— Och, cudowny promyku…
Cudowny promyku?
— Nie bądź taka dla braciszka. Los nie jest dla niego litościwy.
Przełknęła ślinę i nie odezwała się, dając się przytulić i nadal wpatrując się z uniesioną brwią w Narcyza.
— ...nie moja wina, że wszyscy są głupi!
Głos łaciatego się załamał.
— Ty... Ty też jesteś głupia! Idź sobie z tą Lawendą gdzie chcesz, byle daleko. Niedobrze mi się od was robi!
Uśmiech na jej pysku powoli zaczął bardziej przypominać grymas. Ojej...
— Narcyz... — zaczęła, nie wiedząc jednak co powiedzieć. Chyba poszły trochę za daleko. — Narcyz, no weź...
— Och doprawdy? Głupcy? Mało oryginalne nazewnictwo — prychnęła Lawenda. — Chodźmy Narwanko, nie marnujmy czasu na...takie bezsensowne paplanie.
Chciała odepchnąć od siebie Lawendę i do niego podejść, ale duma nie pozwalała jej przerwać gry. Dała się odciągnąć kotce na bok, posyłając mu przepraszająco spojrzenie. Będzie musiała się mu tłumaczyć...
↬◦⌑⛯⌑◦↫
Lód pokrywający część rzecznej tafli topniał wraz z nadchodzącą porą Nowych Liści. Zerknęła kątem oka na Lawendę, pochylając się nad wodą tak, że jej łapa zwisła w powietrzu, z łokciem opartym o stromy brzeg. Słońce, chylące się ku zachodowi, oświetlało pysk młodszej kocicy od boku.
Wcisnęła Kijankowym Moczarom kit o łapaniu ryb, i o dziwo, bez większych problemów wymknęły się z obozu. Teraz jedynie leniwie obserwowała błyski łusek pod taflą, nie myśląc za bardzo o tym, że będzie musiała zaprezentować swoją zdobycz mentorowi.
Czarno biały pochylał się obok niej nad lodowatą taflą.
— No?
— No?
Strzepnęła uchem.
— Muszę stać pod słońce, aby nie płoszyć ich moim cieniem — wyrecytowała z pamięci ze znudzoną miną na pysku. — Nie wahać się i być szybka.
No… Powie mu, że Lawenda nie jest dobra w wielu rzeczach poza flirtowaniem, i się wytłumaczy. I jeszcze poprosi przy okazji o kolejną lekcję.
— Mimo wszystko, dobrze się z Tobą grało — mruknęła, przerywając ciągnącą się chwilę ciszy. Jej wąsy zadrżały. — Chcesz... Nie wiem. Brnąć w to dalej?
Liliowa przeniosła na nią wzrok i uśmiechnęła się ciepło.
— Czy chcę? — wymruczała, przybliżając się do kotki i opatulając ją ogonem. — Ja bym chciała Narwanko, ale czy ty tego chcesz?
— Mimo wszystko, dobrze się z Tobą grało — mruknęła, przerywając ciągnącą się chwilę ciszy. Jej wąsy zadrżały. — Chcesz... Nie wiem. Brnąć w to dalej?
Liliowa przeniosła na nią wzrok i uśmiechnęła się ciepło.
— Czy chcę? — wymruczała, przybliżając się do kotki i opatulając ją ogonem. — Ja bym chciała Narwanko, ale czy ty tego chcesz?
Uniosła lekko kąciki pyszczka, dając się przyciągnąć bliżej. Oddech kotki połaskotał ją w ucho.
— Myślę, że byłabyś całkiem dobrą wspólniczką w zbrodni — odparła żartobliwie. — Na jakąkolwiek nadarzyła by się okazja.
— Bardzo chętnie, z tobą mogę uczestniczyć w zbrodniach za każdym razem.
— Myślę, że byłabyś całkiem dobrą wspólniczką w zbrodni — odparła żartobliwie. — Na jakąkolwiek nadarzyła by się okazja.
— Bardzo chętnie, z tobą mogę uczestniczyć w zbrodniach za każdym razem.
[1446 słów; łowienie ryb]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz