Patrzył, jak jego brat ustala patrole. Choć Kruk bardzo pchał się do takich zajęć, to tym razem miał inny plan. Dzisiejszy dzień chciał spędzić nieco… Inaczej. Cały wieczór myślał nad tym, co jest między nim a Kwaśną Kocanką. Tak, lubili się, ale czy to nie było czymś więcej..? Nie spał praktycznie wcale, aż w końcu zasnął na chwilę prawie o świcie, przez co jego brat zdecydował się nie budzić go. Musiał przyznać, że był mu wdzięczny. Krucze Pióro rozejrzał się wokół. Klan powoli budził się do życia, ale musiał w końcu zdecydować się na to, co ma zamiar zrobić z kotką. W końcu od tego zależy… W sumie to cała ich relacja. Zauważył, jak jego brat wraca właśnie z rozstawiania patroli. Może i nie dogadywali się jakoś idealnie, ale tylko z nim mógł porozmawiać na takie tematy… Zatrzymał go, na co czekoladowy spojrzał na niego jak na głupiego.
— Mogę ci w czymś pomóc..? — zapytał kocur, niepewnie patrząc na dymnego.
— Tak. W sumie. Chociaż nie wiem. Potrzebuję porady. Na temat… Kwaśnej Kocanki. — Dymny mówił z powagą, jednak zdał sobie sprawę z tego, jak brzmi. Polizał się szybko po barku, ignorując uczucie palącego go wstydu. Natomiast Pustułkowy Szpon westchnął.
— Niestety, nie znam się, więc ci nie pomogę. Może ktoś inny posłuży ci radą. — Na jego odpowiedź dymny przewrócił oczami i strzepnął ogonem. — Domyślam się, że nie chcesz rozmawiać z nikim z Klanu Wilka. Może ktoś na zgromadzeniu będzie chętny na miłosne porady. — Zaśmiał się lekko pod nosem, na co Kruk prychnął.
— Już się tak nie ciesz. Może porozmawiam może nie. — Wstał, po czym odszedł od kocura. Może i faktycznie ktoś na zgromadzeniu posłuży mu pomocną łapą…
➳➳➳➳➳┄┄na zgromadzeniu┄┄➳➳➳➳➳
Wieczorem spoglądał na jaśniejący księżyc. Koty już zbliżały się do wyjścia z obozu, zbierając się na zgromadzenie. Obok niego pojawiła się Kwaśna Kocanka, która spojrzała na niego od boku.
— Szkoda, że nie będę tej pełni na zgromadzeniu. Mam nadzieję że opowiesz mi potem o wszystkim. — powiedziała, na co ten przytaknął. Spojrzała w stronę jego szyi, na której znajdował się niesforny kosmyk futra, którego najwyraźniej kocur nie dopatrzył przygotowując się do wyjścia. — Jesteś strasznie nie dokładny.
— Wcale nie, o czym ty mówisz? — odpowiedział oburzony, jednak kotka już dobrała się do jego szyi, liżąc futro, podczas gdy to na jego grzbiecie stanęło dęba, przez nieoczekiwany ruch kotki. Odwrócił wzrok, podczas gdy ta poprawiała go.
— Prosze bardzo. Nie musisz dziękować. — Napuszyła się z dumą na pyszczku, na co ten lekko uśmiechnął się. Zobaczył, że koty powoli wychodzą, więc szybko polizał ją po policzku. — Muszę lecieć.
»»————- ➴ ————-««
Razem z bratem zwrócili się pod skałę, na której byli przywódcy. Usiadł pod nią, skinając głową każdemu z nich. Zauważył, że w Klanie Klifu zasiadała na tym miejscu nowa twarz.
— Och, widze że w Klanie Klifu zmienił się zastępca. Gratuluję awansu, Źródlana Łuno. — Może i zazwyczaj gardził słabszymi, jednak kotka odniosła tak drastycznych ran w bitwie, w której sam brał udział. W dodatku nadal widzi w niej mocnego ducha walki, a to ceni sobie dymny. Może i została mocno poraniona, ale przeżyła i nadal jest wojownikiem, a to budzi szacunek. Kotka uniosła lekko brew, po czym skinęła głową i odwróciła łeb tak, aby lepiej go widzieć.
— Dziękuję, Krucze Pióro — miauknęła krótko. — Cieszę się, że mogę służyć mojemu bratu jako jego prawa łapa.
— Cieszę się. Nadajesz się na dobrego zastępcę. — odpowiedział kotce, po czym polizał się po barku, widząc, że kawałek futra odstawał mu w tym miejscu. — Jak ma się Klan Klifu?
— Dobrze. Mam nadzieję, że w Klanie Wilka również jest spokojnie… — odpowiedziała niepewnie. Kocur podejrzewał, że wzbudza w niej niepokój. Niektóre koty nadal nosiły blizny po okrutnej walce… Ona szczególnie.
— W rzeczy samej. — Przez chwilę umilkł, jednak wiedział, że musi się w końcu wygadać. Jego ogon nerwowo podrygiwał. — Wiesz… Mam pewną sprawę.
— Kontynuuj… — odpowiedziała zaintrygowana, aczkolwiek czujna kotka. Dymny wziął głęboki oddech i nachylił się do Klifiaczki.
— Podoba mi się pewna kotka. Ale nie wiem jak jej to wprost powiedzieć. Wychodzimy razem, jesteśmy dla siebie czuli… Chyba. Strasznie mi serce przy niej wali, jakbym miał dostać zaraz zawału. Albo może mam alergię, bo robi mi się przy niej ciepło. Nie znam się na tym wszystkim. Nigdy… Nie czułem czegoś takiego. Nie chcę prosić o pomoc swoich pobratymców, więc… Może… Masz jakieś pomysły..? — Z desperacją w oczach patrzył na kotkę, która wyglądała na zmieszaną. Cóż, w końcu jak miała się tego spodziewać… Odchrząknęła, również pochylając się lekko.
— Czyli… Jesteście razem?
— Tak? Nie? Nie wiem… Chyba nigdy wprost nie poprosiłem jej o zostanie moją partnerką. — zwiesił łeb, zdając sobie z tego sprawę. Łuna uniosła brew.
— Proszę bardzo, problem sam się rozwiązał — miauknęła zwięźle i machnęła końcówką ogona. — Trzeba mówić jasno i wyraźnie. Skąd ma wiedzieć, Tobie też się kręci w głowie na jej widok?
— Czyli powinienem zapytać? Boję się, że powie nie… Choć niby nic na to nie wskazuje, ale no… Nigdy nie myślałem, że będę chciał mieć partnerkę, a teraz czuje się zagubiony. Nie wiem jak to zrobić, jak pokazać jej, że bardzo mi zależy. Jestem w tym tragiczny…
— Jak nie zapytasz, to nic się nie zmieni i nadal będziecie wokół siebie tańczyć — odparła, unosząc wzrok ku niebu. — Bądź bezpośredni. Nie bój się jej, nie odgryzie Ci głowy. Chyba; nie wiem, w jakich kotkach się lubujesz — wzruszyła ramionami — ale... Proszę, na Klan Gwiazdy, jeżeli wyprzedzi Cię i zacznie głosić Ci dowody swojej miłości, ani się waż uciec. Cokolwiek by się nie działo, jakkolwiek byś się nie bał, to siedź na zadzie i jej słuchaj. Danie nogi w krzaki... Nie maluje dobrego wizerunku.
Kocur przełknął ślinę. Och żeby ona wiedziała. Cóż, Kocanka próbowała uśmiercić już dwóch mentorów, choć nie mógł nie przyznać, że lekko podobała się mu jej dzikość… Po prostu była silna i podobna do niego.
— Nie, co to to nie. Nie śmiałbym uciec. Ale na pewno wolałbym być pierwszy. Tylko muszę coś zaplanować…
Po chwili zawahania uchyliła pysk.
— Zabierz ją w jakieś ważne dla was miejsce. Gadaj porządnie i wylej wszystko, co Ci na sercu leży — podsunęła. Jej ślipie zabłysnęło. — Możesz jej coś podarować. Coś sentymentalnego? Znaczenie jest ważne.
— Sentymentalnego? Mógłbym coś dla niej zrobić… — pomyślał chwilę. Spojrzał znów na kotkę, czując, że może jednak nie wszystko stracone i uda się mu wyznać Kocance Miłość. — Może połączę jakoś krucze pióra i kocanki. Chyba niedaleko Opuszczonego Obozowiska widziałem kilka kwiatów. Co do miejsca, spotykaliśmy się często na polanie przy jeziorze. Może tam będzie idealnie…
Skinęła głową z aprobatą. Odwróciła wzrok w jego stronę, przerzucając w głowie podsunięte jej informacje.
— Tak ma na imię? Kocanka?
— Tak, Kwaśna Kocanka. Znamy się od czasów uczniostwa, choć jeszcze gdy była kociakiem, a ja ledwo zaczynałem szkolenie zwróciła moją uwagę. A potem sama została uczennicą. Wtedy zaczęliśmy dużo rozmawiać i spędzaliśmy ze sobą czas, jako pobratymcy. Cóż, trochę późno obudziliśmy się z tym, że jednak coś do siebie czujemy… — Zdał sobie sprawę z tego, że dość dużo zdradza, więc odchrząknął i wyprostował się. — Więc… No, od jakiegoś czasu po prostu czułem, że musze coś z tym zrobić.
Zamruczała pod nosem, lustrując kocura wzrokiem; wyglądał na ledwie kilkanaście księżyców młodszego od niej. Odwróciła spojrzenie na tłum i cmoknęła.
— Czasem to, że uczucie rozkwita późno, znaczy też, że będzie ono wam towarzyszyć do końca życia — miauknęła.
Zamilkła za moment, próbując opanować odruchowo marszczące się brwi. Jej głos przybrał minimalnie tęskną nutę.
— Będziecie mieli szansę zestarzeć się w ramionach drugiego; los nie odbierze wam szczęścia przedwcześnie, bo nie musiał wam dać go posmakować za młodu.
Wyczuł, jakby kotka miała przez to coś na myśli. Jakby nawet mówiła o czymś, co zna zbyt dobrze.
— Masz kogoś takiego? Jeśli mogę zapytać. — zapytał z ciekawości. Może i nie znał jej zbyt dobrze, ale kotka wydawała się mu ciekawa, pomimo bycia Klifiaczką. Nie każdego kota z innego klanu trawił. Ją jednak jakoś tak. Uparcie wbiła wzrok w daleki punkt.
— Miałam — miauknęła krótko. Kąciki jej pyska uniosły się w niewyraźnym uśmiechu. Przez chwikę patrzył na kotkę, próbując odgadnąć, co teraz czuje i o czym myśli. W końcu zdecydował się odezwać.
— Gdziekolwiek teraz jest, myślę, że może nadal jest szansa, abyście byli razem. Jeśli nie teraz, to po drugiej stronie. Jeśli to prawdziwa miłość, to nie da się jej tak po prostu zerwać. A jeśli się ją zrywa, to czy kiedykolwiek była prawdziwa..? — zastanowił się chwilę.
— Nigdy w moim życiu nie byłam bardziej pewna czegokolwiek, niż tego, że go kochałam — przyznała bez zastanowienia. — Kochałam, i nadal kocham. Widzę go w gwiazdach, na które razem patrzyliśmy, w zwierzynie, na którą polowaliśmy... W pyskach moich dzieci, w imionach, które im nadałam. — na chwilę się zatrzymała. — Będę liczyć na wasze powodzenie — zmieniła temat, poruszając końcówką ogona. — Niech los wam dopisuje.
Znów zawiesił na niej wzrok. Może i nie wierzył w Klan Gwiazdy, ale… Wierzył, że kimkolwiek jest kocur, z którym była kotka, odnajdzie ją w Klanie Gwiazdy. Jeśli ten istnieje. Uśmiechnął się delikatnie do kotki, czego do zbyt wieku kotów nie robił, po czym skinął głową.
— Dziękuję. Być może na następnym zgromadzeniu będę miał dobre wiadomości. — odpowiedział jej, w końcu skupiając się na tym, o czym zaczęli teraz mówić liderzy.
➳➳➳➳➳┄┄księżyc później┄┄➳➳➳➳➳
Kocur wstał z rana gotów do działań. Planował ten moment od całego księżyca. Uprzednio poinformował brata, że nie będzie dostępny cały dzień i żeby to on objął wszystkie jego obowiązki. Czekoladowemu było to chyba obojętne, gdyż westchnął i skinął łbem na prośbę kocura. Krucze Pióro wyszedł z obozu, witając się z pełniącymi wartę kotami. Poszukiwania rozpoczął od razu. Potrzebował dobrego miejsca, musiał się w dodatku wyrobić do wieczora. Zatrzymał się przy łące, na której to tak często lądowali. Tak. Tu jest idealne miejsce. Podbiegł do niego i plany zaczęły się rozwijać. Łapą wyrysował serce na środku polany. Nie było idealnie, przez co od razu zaczął się stresować. Może gdy już ułoży kwiaty, to będzie wyglądać to lepiej. Rozejrzał się, w końcu zauważając dość dużego liścia. Zerwał go, po czym ruszył dalej. Zbierał wszystkie niebieskie kwiaty, jakie tylko mógł znaleźć. Było ich potrzeba… Sporo. Prawdopodobnie spędzi tu cały dzień. Westchnął, decydując się na wyłączenie marudzenia. Im więcej będzie marudził, tym wolniej mu pójdzie. Zbierał kwiaty, zanosząc je potem do miejsca, które wybrał, układając je starannie na wyznaczonych liniach. Potem powtarzał to i powtarzał, aż podczas zrywania niezapominajek usłyszał patrol graniczny. Nie zdał sobie sprawy, że zawędrował dość daleko, a kotka miała na tym właśnie patrolu być. Jednak było za późno…
— Krucze Pióro! Co tu robisz sam? — Spojrzała na niego zdziwiona. — I co ty masz w pysku?
— Ja? Co mam w pysku? — Zerknął na dół na listek który trzymał i momentalnie spanikował. — Uhhh… Zbieram zioła.
— Zioła? Dla medyków? Przecież ich nienawidzisz. — odpowiedziała mu zdziwiona. Kocur czuł jak pot spływa mu po czole.
— No, koty się zmieniają. I potrzebowali pomocy, a akurat byłem wolny. To ja już pójdę. — Od razu odwrócił się i zniknął w lesie, zanim cokolwiek odpowiedziała. Było blisko, to trzeba przyznać. Dotarł znów do serca, kładąc ostatnie kwiaty. Cóż, pierwszy etap zakończony. Teraz kolejny. Zaczął oglądać wszystkie źdźbła, jakie tylko znalazł. Wszystkie szybko się rwały. Ruszył w stronę Opuszczonego Obozowiska, pamiętając, że widział tam kocanki. Gdy już tam dotarł, dostrzegł niedaleko kwiatów pędy, które wydawały się być wytrzymałe. Uciął je pazurem i wziął w łapy, po czym zaczął zaplatać naszyjnik z kwiatami. Do niego dodał również znalezione tuż obok białe kamyczki. Wziął go delikatnie w zęby i pognał znów do pozostawionego z kwiatów serca. Położył podarunek na ziemi, podnosząc łeb i nasłuchując. Musiał jeszcze tylko znaleźć pióra kruka. Odszedł od swojego ołtarzyka miłości i zaczął węszyć. Miejsce Gdzie Brak Gwiazd usłyszało jego modlitwy, gdyż po chwili na ziemi wylądował kruk. Dymny zaczął się do niego powoli skradać, a gdy już był na tyle blisko, wyskoczył do góry, lądując na zdobyczy, szybko wgryzając się w jego kark. Cały dzień nie jadł, więc po wyrwaniu najpiękniejszych piór pożarł ptaka. Przyjrzał się jego czaszce, przez chwilę myśląc. Zdecydował się zabrać ją jak i kilka mniejszych kości do naszyjnika. Z pełnym pyskiem wrócił na miejsce i ponownie wziął się do roboty. Powoli i delikatnie doklejał na żywicy pióra, również zaplatając je pędami, tak dla pewności. Potem dołożył mniejsze kości, a na końcu, na samym środku dołożył czaszkę kruka. Odsunął się, aby popatrzeć na swoje dzieło. Było idealne. Jak ona. Uśmiechnął się lekko pod nosem. Upewnił się, że wszystko na pewno jest na swoim miejscu, po czym spojrzał na niebo. Słońce zaraz miało zajść. Od razu nastroszył futro i pobiegł w stronę obozu. Gdy już tam dotarł, zastał pobratymców pakujących się już do posłań. Kocanka akurat wychodziła z legowiska, aby zjeść coś przed snem. Kocur poczuł, jak jego łapy trzęsą się ze stresu. Czemu się tak czuł? Musiał się ogarnąć. Spoważnieć. Przecież takiego go lubi. Wyprostował się i odchrząknął, po czym nonszalancko zaczął kroczyć w jej stronę. Gdy ta zauważyła go uśmiechnęła się lekko.
— O, witaj Krucze Pióro. Nie widziałam cię cały dzień oprócz na patrolu. Właśnie, co z tymi ziołami dla medyków? — zapytała zaciekawiona. Kocur przełknął ślinę.
— Zaniosłem je już do ich legowiska. Chciałabyś razem zjeść? — czuł, jak w jego gardle formuje się jakaś zapora, jednak musiał się uspokoić. Kotka skinęła, na co westchnął z ulgą, ale szybko się pozbierał, aby nie dać po sobie znaków, że się stresuje. Wybrał sobie ze stosu wiewiórkę i ułożył się obok niej. Reszta zasypiała, a oni jak zawsze dzielili się językami przy zachodzie słońca. Gdy już kończyli swój posiłek zdecydował się w końcu przemówić.
— Księżyc świeci dzisiaj bardzo mocno, nieprawdaż? Może wybierzemy się na spacer? — zapytał, z nadzieją, że nie będzie musiał jej siłą wyciągać z obozu. Nie narobił się na nic.
— Chętnie. W takim razie wstawaj, idziemy. — powiedziała, biorąc ostatni kęs mięsa. Kruk momentalnie wstał za nią, wskazując ogonem na wyjście z obozu, decydując się prowadzić. Gdy już wyszli z obozu szli tuż obok siebie, stykając się bokami. Zerkał na nią co jakiś czas, jednak kotka nie wydawała się być podejrzliwa. Chyba, oby. W końcu zdał sobie sprawę z tego, że zaraz będą na miejscu.
— Wiesz, ten księżyc nigdy nie mógłby być tak piękny, jak ty. — szepnął, patrząc prosto w jej oczy. — I chciałbym, żebyś o tym pamiętała. Bo tak właśnie uważam.
— Och. — odpowiedziała zdziwiona kotka. — Nie spodziewałabym się od ciebie takich słów. Dziękuję…
— Nie ma za co, piękna. — uśmieszek zagościł na jego pysku. Zatrzymał się przed krzakiem, który zasłaniał jego prezent dla niej. Ona zatrzymała się obok, patrząc na niego z zapytaniem. W końcu westchnął, zerkając na nią. — Chciałbym ci coś pokazać. — złapał za krzak, odchylając go lekko, ujawniając kotce przygotowaną przez niego scenerię. Srebrna wpatrywała się zachwycona w kwiaty ułożone na polanie. Kocur spojrzał na nią ostatni raz i podszedł do przodu, zamiatając ogonem po trawie, aby wywabić świetliki. Obszedł wokół całe serce, a gdy wszystkie wzniosły się w powietrze, spojrzał w końcu na nią. Jej oczy były takie piękne… Podszedł do środka serca i usiadł przed naszyjnikiem. Skinął łbem, aby ta podeszła bliżej. Kotka niepewnym, chwiejnym krokiem podeszła do środka, stając przed nim. Kocur zapatrzony zatracił się w obrazie tej pięknej kotki, która zaraz miała być jego partnerką… W końcu odchrząknął wyprostowując się.
— Kwaśna Kocanko. Odkąd pamiętam wzbudzałaś we mnie zainteresowanie. Gdy byłaś w żłobku, a ja byłem świeżym uczniem, mój wzrok wędrował z zaciekawieniem w twoją stronę. Byłaś inna niż wszyscy, jak ja. Tym mnie przyciągałaś. Nikt inny nie rozumiał mnie tak, jak ty. Gdy sama zostałaś uczennicą, chciałem cię bronić na każdy możliwy sposób. Rzuciłbym się dla ciebie w płomienie, Kocanko. Zrobiłbym to, gdybym dzięki temu mógł mieć pewność, że ty będziesz bezpieczna. Potem, gdy tylko działo się cokolwiek, co dotyczyło ciebie, byłem zawsze po twojej stronie. Gdy nawet walczyłaś ze swoimi mentorami. Gdy trafiłaś do izolatki martwiłem się, straszliwie. Pomimo tego, że nie powinienem, odwiedzałem cię tak często jak tylko się dało. Gdy zostałaś wojowniczką byłem tak straszliwie dumny. Wybrano ci piękne imię. Gdy tylko je wymawiam czuję ciepło w sercu. Znaczysz dla mnie tak wiele, jesteś wszystkim czego kocur mógłby zapragnąć. Dlatego, Kwaśna Kocanko… — zakmnął oczy i wziął w pyszczek delikatnie naszyjnik, po czym ukłonił się przed kotką, wystawiając jedną łapę do przodu. W końcu spojrzał na nią znów, teraz z dołu, po raz pierwszy okazując komuś tak ważny gest, jak poddanie się mu. — Czy uczynisz mnie najszczęśliwszym kocurem ze wszystkich klanów i pozwolisz mi na zostanie twoim partnerem, również zostając moją parnerką?
Przez chwilę nastała cisza, przez co kocur lekko zlękł się. Jednak od księżyca odbiła się wypływająca z oka Kocanki łza. Po drugiej stronie kolejna. Jego pysk złagodniał lekko. Kotka w końcu zalała się łzami.
— Tak, Krucze Pióro… Zostanę twoją partnerką. — odpowiedziała w końcu, rzucając się w jego objęcia. Wtuliła się w jego szyję, co on sam odwzajemnił wtulając się w jej własną. Po chwili gdy już się lekko uspokoiła, odsunęła się, a on założył na nią zrobiony przez siebie naszyjnik. Sam delikatnie wziął krok w tył, patrząc na nią, nie potrafiąc pojąć jakim cudem zesłano mu tą istotę wyższą. Uśmiechnął się, a w jego oku pojawiła się iskierka.
— Kocham cię, Kwaśna Kocanko. I od teraz zawsze będę przy tobie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz