Nie mogła uwierzyć w to, że Nadciągający Pomrok naprawdę zadała jej ranę na tyle głęboką, że zaczęła z niej cieknąć krew. To był tylko kolejny dowód na to, że Klan Wilka był klanem pełnym przemocy i złych kotów! Brukselkowa Zadra miała rację. Większość Wilczaków była już zgniła do szpiku kości i nie dało się z nimi nic zrobić. Ulegli propagandzie, która była im wpajana od małego. Nie myślą już za siebie, a zamiast tego powtarzają to, co przekazało im starsze, równie zaślepione pokolenie.
Kryształka zmarszczyła brwi, chyba po raz pierwszy w życiu, przyjmując tak zgorzkniały wyraz pyska. Rana nad nosem szczypała ją niemiłosiernie, a pazury aż błagały o to, by zostały wysunięte. Czuła się tak zirytowana, tak rozgniewana i tak bezsilna, że miała ochotę zaatakować pierwszego lepszego kota, tylko po to, by udowodnić sobie, że nad czymś jeszcze ma kontrolę.
Życie w tej chorej przynależności powoli działało jej już na nerwy. Czuła się czasem nieswojo. Jakby to nie ona formułowała swoje własne myśli, a jedynie jakiś dzikus, który wtargnął do jej umysłu. Dawniej przecież nie była taka agresywna. Praktycznie wcale się nie złościła ani nie chodziła nadąsana tak, jak teraz.
W końcu rozluźniła mięśnie, przyjmując neutralny, a może raczej po prostu zmęczony wyraz pyska. Nie mogła stać się jedną z nich. Nie mogła pozwolić na to, by zawładnął nią gniew — bo jeśli przestanie być tą miłą, opiekuńczą Kryształką, to już niewiele będzie ją dzieliło od brutalnych wyznawców Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd.
Wzięła kilka głębokich wdechów, po czym podeszło do niej Roztargniony Koperek, trzymając w pysku jakieś zioła i pajęczynę. Biało-niebieska spuściła wzrok na łapy, trochę zawstydzona raną, którą zadała jej Nadciągający Pomrok. Dobrze, że przynajmniej liliowe nie naciskało, by dowiedzieć się o pochodzeniu tego zadrapania. Zamiast tego Koperek przeżuło zioła na papkę, po czym nałożyło ją na nos wojowniczki i owinęło lepkimi nićmi pajęczyny, by opatrunek się nie zsunął.
— Lepiej nie wychodź już nigdzie dzisiaj. Musisz uważać, by opatrunek nie spadł — mruknęło cicho, po czym odwróciło się od Kryształki, wracając do swoich codziennych obowiązków.
Młodsza skinęła głową w podzięce i podniosła się powoli na wszystkie cztery łapy. Przez moment obserwowała tył głowy Roztargnionego Koperka, a konkretniej jego lewe ucho. Nie było na szczęście postrzępione tak jak u kultystów. Zresztą liliowe było chyba rodzeństwem Brukselkowej Zadry. Nie mogło wierzyć w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd. Lecz w takim razie, dlaczego nie pojawiało się na ich spotkaniach, podczas których obmyślali plany przywrócenia wiary w Klan Gwiazdy w Klanie Wilka? Czyżby było ateistą?
W końcu Kryształka stwierdziła, że zbyt długo już wpatruje się w medyka. Postanowiła jak najszybciej opuścić legowisko, by nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Już wystarczająco nawywijała. Nie potrzebowała kolejnych kotów, które uważałyby ją za podejrzaną.
Gdy położyła się na swoim posłaniu, wreszcie poczuła, jak przygniata ją poczucie winy. Dziś miało być tak pięknie… Miała opowiedzieć Tęczowej Łapie o Gwiezdnych Przodkach. Miała sprowadzić go na dobrą ścieżkę, a zamiast tego nabawiła się jedynie rany nad nosem. Brukselkowa Zadra byłaby nią zawiedziona, o ile już nie jest… O ile oczywiście Gwiazdnicowy Blask postanowiła podzielić się z nią tym, co wydarzyło się na patrolu, ponieważ sama Kryształka nie miała odwagi pisnąć o tym ani słowa swojej przybranej matce. Wiedziała, że pewnie dostałaby od niej burę. Może nie dlatego, że jej próba zakończyła się porażką, ale dlatego, że w ogóle zaryzykowała własnym życiem, by opowiedzieć Tęczowej Łapie o Klanie Gwiazdy. Liliowa w końcu chciała dla nich dobrze. Pragnęła, by jej adoptowane kocięta były zdrowe i bezpieczne, a nie by niepotrzebnie ściągały na siebie niebezpieczeństwo.
* * *
Gdy obudziła się rano i dotknęła łapą nosa, okazało się, że opatrunek rozpadł się podczas snu. Rana wciąż nieco ją szczypała, ale przynajmniej nie leciała już z niej krew. Postanowiła, że nie będzie zawracać głowy medykom i jakoś wytrzyma do czasu, aż zadrapanie samo się zagoi. Zastanawiała się tylko, czy pozostanie po nim blizna. Nie było aż tak głębokie, ale kto wie… W końcu Nadciągający Pomrok musiała być całkiem silna. Pewnie chciała, aby wojowniczce na nosie zostało przypomnienie o tym, że w Klanie Wilka nie ma miejsca na opowieści o Gwiezdnych Przodkach.
Ośnieżony Kryształ westchnęła, a wtedy przypomniała sobie, że została przecież wyznaczona na poranny patrol. Jej serce zabiło szybciej i zerwała się od razu na równe łapy, wybiegając z legowiska. Futro miała zmierzwione, a pysk wciąż jeszcze trochę brudny od ziołowej papki i pajęczyn. Nie miała jednak czasu się ogarnąć — dostrzegła, że przy wyjściu czeka już dwójka kotów. Podbiegła do nich szybko, wlepiając w nich przepraszające spojrzenie.
— Przepraszam! — mruknęła, po czym mocniej zacisnęła szczękę, czując, jak robi jej się słabo. Z początku pomyślała, że to pewnie przez nagły bieg, więc postanowiła to zignorować i ruszyć za Dyniową Skórką i Grubą Rybą poza obóz.
Z czasem jednak to uczucie nie ustępowało. Kryształka miała wrażenie, jakby jakieś szpony zaciskały się na jej gardle, a ktoś wykręcał jej żołądek. Nie wiedziała, skąd to się brało. Czy to ze stresu? Może jej umysł uznał, że wciąż znajduje się w niebezpieczeństwie, skoro na poprzednim patrolu została pobita? Tak, pewnie właśnie o to chodziło.
“Głupi mózg!” — pomyślała, ledwo potrafiąc skupić się na czymkolwiek innym. Nie patrzyła już nawet na swoich pobratymców; wzrok miała utkwiony we własnych łapach, które powoli wlokły się do przodu.
— Ośnieżony Krysztale! Idziesz za nami, czy nie? — odezwała się ruda kotka, jednak wojowniczka nie miała siły jej odpowiadać. Zamiast tego nieznacznie przyspieszyła kroku i zadarła brodę, próbując dogonić resztę patrolu.
— Przepraszam… — mruknęła znowu, gdy była już wystarczająco blisko.
— Co się z tobą dzieje? W ogóle nie skupiasz się na patrolu — stwierdziła Dyniowa Skórka.
Kryształka nawiązała z nią krótki kontakt wzrokowy. Pod ciężarem spojrzenia rudofutrej przeszedł ją dreszcz. Szybko odwróciła pysk, przyklejając uszy do czaszki.
— Ja… Trochę… źle… — zaczęła, lecz urwała, czując, jak z każdym słowem gardło zaciska jej się coraz bardziej.
Łapy jej drżały. Miała wrażenie, jakby zaraz miała eksplodować jej głowa.
— Co? Źle się czujesz? — dopytała zielonooka, zatrzymując się w miejscu. — Gruba Rybo, zaczekaj. Z Ośnieżonym Kryształem chyba dzieje się coś niedobrego… — stwierdziła, przekrzywiając głowę.
Biało-niebieska czuła, jak skóra pali ją ze wstydu.
— N-nie… Chodźmy dalej… Wytrzymam — próbowała zapewnić pręgowaną, lecz ta nie wyglądała na przekonaną.
— Wyglądasz, jakbyś zaraz miała nam tu paść, a ja nie będę ciągnąć trupa do obozu! Wrócimy, odstawimy cię do medyka i zabierzemy kogoś innego w zastępstwie. Tak będzie najlepiej — zażądała Dyniowa Skórka.
Niebieskooka nie protestowała. Zamiast tego odwróciła się i wraz z dwoma rudymi kotami u boku ruszyła z powrotem w stronę obozu.
* * *
Dyniowa Skórka i Gruba Ryba zostawili ją pod lecznicą i poszli szukać kogoś na zastępstwo. Kryształka jednak, zamiast wejść do legowiska medyków i wyjaśnić, jak się czuje, postanowiła to zignorować. W końcu nie mogło to być nic poważnego, prawda? Pewnie tylko jej się wydawało. Pewnie było to ze stresu. Pewnie tylko panikowała, mimo że nic jej nie dolegało. Zawsze tak robiła. Gdy była młodsza, nawet najłagodniejszy ból sprawiał, że zaczynała się niewyobrażalnie nim martwić. Dzięki temu już kilka razy zdążyła pożegnać się z Brukselkową Zadrą, będąc przekonana, że umiera. A jednak nie umarła. Wciąż tu była. Żywa. To znaczyło, że ten ból brzucha też przeżyje, bo na pewno nie był niczym poważnym.
Dlatego, gdy spostrzegła, że patrol wychodzi już z azylu z nowym członkiem, postanowiła zakraść się z powrotem na swoje posłanie. Nim jednak zdążyła do niego dotrzeć, przypadkiem wpadła na jakiegoś kota. Wydawało jej się, że mignęło jej przed oczami czarno-rude futro. Przez to, że czuła się okropnie osłabiona, straciła równowagę i wywróciła się na ziemię, widząc przed sobą jedynie rozmazany zarys czyichś łap. Była przekonana, że należały one do Nadciągającego Pomroku. Skuliła się, kładąc po sobie uszy.
— Och, przepraszam… Przepraszam cię za wszystko! — wydukała, czując, jak zbiera jej się na łzy. Modliła się do Klanu Gwiazdy, by mistrzyni nie zaatakowała jej znowu. — Nie… nie powinnam była wczoraj tego mówić! Biedny… biedny Tęczowa Łapa! Masz rację, nie… nie powinien słuchać tych herezji! — lamentowała.
Wtem poczuła, jak przez całe jej ciało przechodzi gwałtowny spazm. Wystraszyła się, od razu podrywając się na łapy i odwracając od kota. Pobiegła w stronę wyjścia z obozu. Gdy tylko znalazła się na zewnątrz, zanurkowała w pierwsze lepsze krzaki i zwymiotowała całą zawartością żołądka.
Dopiero wtedy poczuła się odrobinę lepiej i odzyskała zmysły. Nadal była osłabiona, a przez ciało co chwilę przechodziły fale gorąca, lecz przynajmniej nie czuła już tego okropnego ucisku w gardle i żołądku.
— Uch… Wszystko w porządku? — zapytał nagle jakiś kot.
Kryształka odwróciła się w jego stronę. Nocny Śpiewak.
— C-co? — zapytała, zastanawiając się, czemu akurat on tu przyszedł.
— Zaczęłaś mnie przepraszać… a potem uciekłaś — wyjaśnił. Na jego pysku malowało się szczere zmieszanie.
Co za wstyd… Wcale nie przepraszała Nadciągającego Pomroku, tylko Nocnego Śpiewaka?
— Och… naprawdę? Musiałam… musiałam pomylić cię z kimś innym — wymamrotała, spuszczając wzrok. Dopiero teraz dotarło do niej, jak żałośnie musiała wyglądać. Położyła po sobie uszy, czując, jak palą ją ze wstydu. — Przepraszam… Nie czuję się dziś najlepiej — dodała ciszej. — Chyba trochę… pomieszało mi się w głowie.
<Nocny Śpiewaku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz