— To tylko ty — miauknął cicho do Orłosępa.
— Jak widać — zaśmiał się. — W ogóle to cześć, mały. Jak się masz? — przerwał nagle — Nie zagoiło się? — zapytał, wskazując na jego policzek. Uczeń poprawił futro, żeby lepiej zakrywało bliznę.
— No… nie.
— Wyszarpię mu flaki — mruknął pod nosem samotnik, wbijając pazury w ziemię.
— Spokojnie… Jest w porządku.
— Naprawdę? Nie jesteś zły, że ci przejechał po pysku?
Czekoladowy wzruszył ramionami.
— Jest, jak jest. Ale teraz lepiej, żebyś sobie stąd szedł. Nikt nie może zobaczyć nas rozmawiających.
Orłosęp skinął głową.
— Odezwę się jeszcze kiedyś.
Puchacz odwzajemnił gest.
— Będę czekał.
Dzisiejszy trening był jakiś dziwny. Zamiast iść po drzewach jak zwykle, spacerowali po ziemi. Do tego nawet nie szli w kierunku dobrego miejsca na ćwiczenia. Bo kto ćwiczyłby wspinaczkę na drzewa na Upadłej Gwieździe? No właśnie nikt. Jednak tam właśnie dotarli. Kiedy stanęli, miał już zapytać, co tak właściwie mają tutaj robić, ale nie zdążył.
— Twoim zadaniem teraz będzie, dotrzeć do Szopy Strachu i mnie tam spotkać. Powodzenia! — miauknęła Figa i zniknęła mu z oczu. Świetnie. Czyli po to szedł z obozu do jakiegoś losowego miejsca, żeby musieć pójść gdzieś indziej. Westchnął ciężko i zamknął oczy. Czasami naprawdę nie rozumiał tego wszystkiego, co wymyślała matka. Chcąc nie chcąc wspiął się na jakieś drzewo i zaczął swoją przeprawę. Przez cały czas starał się omijać Owocowy Lasek, jak tylko się dało. Zbyt wiele drzew było tam giętkich lub kruchych. Nie widziało mu się być miotanym, czy runąć na ziemię przy mocniejszym podmuchu wiatru. Przez to jego trasa była dużo dłuższa i nawet na niej zdarzało się, że musiał zmieniać plany, bo inne drzewo nie wyglądało zbyt stabilnie, czy nawet zdawało się chore. Kiedy był już niedaleko, dostrzegł na ziemi ślady.
— Lis? — miauknął do siebie. Zawęszył. Na pewno nie było go blisko, mógł zejść. Tak też zrobił, a następnie obwąchał ślady.
— Świeże… trzeba komuś o tym powiedzieć… — myślał na głos.
— Brawo! — Usłyszał głos matki, która zeszła z innego drzewa. On był zdezorientowany. Jakim cudem jej nie widział? I przede wszystkim, o co jej chodziło? Nie powinna być przy Szopie Strachu?
— Zostaniesz zwiadowcą!
— Co?
— Zdałeś test, przez cały czas cię obserwowałam.
— A ślady?
— Patrol przegonił lisa dziś rano. Nie musimy się o nic martwić. Chodź, wracamy do obozu.
— Puchaczu, wystąp.
Bicolor wyszedł przed tłum, stając pod gałęzią topoli i patrząc na lidera.
— Najwyższy czas, abyś dołączył do grona zwiadowców. Wykazałeś się pomysłowością i odwagą. Czy przysięgasz pozostać lojalnym naszej społeczności i czuwać nad jej bezpieczeństwem?
— Przysięgam — powiedział lekko, jakby witał się, a nie ślubował wierność społeczności.
— A zatem witamy cię jako nowego zwiadowcę Owocowego Lasu!
Wszystkie wiwaty, jakie się potem rozległy nie obchodziły go. A już szczególnie nie te matki. Na to było już za późno. Znalazł kogoś innego, kto go akceptował, czy był zwiadowcą, czy nie, więc już po prostu tego dowartościowania nie potrzebował. Szybko wysunął się z tłumu, żeby zdobyć symboliczne nacięcie na uchu. Nie zamierzał przechodzić żadnego rytuału. Dla niego było to głupimi bzdurami. Nie był żadnym “Kłosem Zboża Kołyszącym Się na Wietrze”. Był Puchaczem. Szkoda tylko, że nikt tego nie zauważał…
— Jak widać — zaśmiał się. — W ogóle to cześć, mały. Jak się masz? — przerwał nagle — Nie zagoiło się? — zapytał, wskazując na jego policzek. Uczeń poprawił futro, żeby lepiej zakrywało bliznę.
— No… nie.
— Wyszarpię mu flaki — mruknął pod nosem samotnik, wbijając pazury w ziemię.
— Spokojnie… Jest w porządku.
— Naprawdę? Nie jesteś zły, że ci przejechał po pysku?
Czekoladowy wzruszył ramionami.
— Jest, jak jest. Ale teraz lepiej, żebyś sobie stąd szedł. Nikt nie może zobaczyć nas rozmawiających.
Orłosęp skinął głową.
— Odezwę się jeszcze kiedyś.
Puchacz odwzajemnił gest.
— Będę czekał.
***
Kilka dni później
— Twoim zadaniem teraz będzie, dotrzeć do Szopy Strachu i mnie tam spotkać. Powodzenia! — miauknęła Figa i zniknęła mu z oczu. Świetnie. Czyli po to szedł z obozu do jakiegoś losowego miejsca, żeby musieć pójść gdzieś indziej. Westchnął ciężko i zamknął oczy. Czasami naprawdę nie rozumiał tego wszystkiego, co wymyślała matka. Chcąc nie chcąc wspiął się na jakieś drzewo i zaczął swoją przeprawę. Przez cały czas starał się omijać Owocowy Lasek, jak tylko się dało. Zbyt wiele drzew było tam giętkich lub kruchych. Nie widziało mu się być miotanym, czy runąć na ziemię przy mocniejszym podmuchu wiatru. Przez to jego trasa była dużo dłuższa i nawet na niej zdarzało się, że musiał zmieniać plany, bo inne drzewo nie wyglądało zbyt stabilnie, czy nawet zdawało się chore. Kiedy był już niedaleko, dostrzegł na ziemi ślady.
— Lis? — miauknął do siebie. Zawęszył. Na pewno nie było go blisko, mógł zejść. Tak też zrobił, a następnie obwąchał ślady.
— Świeże… trzeba komuś o tym powiedzieć… — myślał na głos.
— Brawo! — Usłyszał głos matki, która zeszła z innego drzewa. On był zdezorientowany. Jakim cudem jej nie widział? I przede wszystkim, o co jej chodziło? Nie powinna być przy Szopie Strachu?
— Zostaniesz zwiadowcą!
— Co?
— Zdałeś test, przez cały czas cię obserwowałam.
— A ślady?
— Patrol przegonił lisa dziś rano. Nie musimy się o nic martwić. Chodź, wracamy do obozu.
***
Zebranie klanu
Bicolor wyszedł przed tłum, stając pod gałęzią topoli i patrząc na lidera.
— Najwyższy czas, abyś dołączył do grona zwiadowców. Wykazałeś się pomysłowością i odwagą. Czy przysięgasz pozostać lojalnym naszej społeczności i czuwać nad jej bezpieczeństwem?
— Przysięgam — powiedział lekko, jakby witał się, a nie ślubował wierność społeczności.
— A zatem witamy cię jako nowego zwiadowcę Owocowego Lasu!
Wszystkie wiwaty, jakie się potem rozległy nie obchodziły go. A już szczególnie nie te matki. Na to było już za późno. Znalazł kogoś innego, kto go akceptował, czy był zwiadowcą, czy nie, więc już po prostu tego dowartościowania nie potrzebował. Szybko wysunął się z tłumu, żeby zdobyć symboliczne nacięcie na uchu. Nie zamierzał przechodzić żadnego rytuału. Dla niego było to głupimi bzdurami. Nie był żadnym “Kłosem Zboża Kołyszącym Się na Wietrze”. Był Puchaczem. Szkoda tylko, że nikt tego nie zauważał…
[552 słowa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz