Trwali tak jeszcze przez parę sekund, aż wreszcie malec uśmiechnął się w lekkim zdziwieniu i zaśmiał głośno. Wiedział, że chciała się z nim tylko pobawić, dlatego też nie wziął sobie tego gestu do serca. Głową nie uderzył mocno o podłoże, nic go nie bolało, więc też nie było żadnego powodu do krzyku, może poza okrzykami radości. Wełnianka również się uśmiechnęła, jakby z ulgą, że nie zrobiła mu krzywdy. Jednak łapa na pysku sprawnie utrudniała mu wydobywanie z siebie czegoś lepszego niż chichot, więc swoją poduszką spróbował zdjąć tą Wełnianki i o dziwo podziałało.
— Jestem Drzemlik! — przedstawił się, poruszając ogonem lekko na boki. Spróbował wyślizgnąć się spod nowopoznanej, jednak jego próby były żmudne. Koteczka kiwnęła głową i lapą sprawnie odcięła mu jeden dostęp, a następnie drugi i zaczęła go łaskotać, naśladując coś na wzór ryku borsuka, jakby udawała istotę o guzikowatych oczach, chociaż najprawdopodobniej nigdy nie miała z nimi styczności.
— Drzemliku, pobawmy się w taką zabawę. Ja będę borsukiem, a ty musisz jakoś się wydostać i uciec — zaproponowała, a żółtooki, nie zwlekając długo z odpowiedzią, pokiwał ochoczo głową.
Następnie, pisnął donośnie, po sekundzie poparł dźwięk ten, obijający się wręcz od ścian żłobka następną dawką śmiechu, gdy znów go połaskotała. — Już…! Juuuż! — krzyknął i zaczął wymachiwać tylnymi łapami odruchowo. Nie sądził, że ktoś kiedykolwiek go zacznie tak łaskotać, w dodatku odkrył tego dnia, że miał… łaskotki. Wełnianka uśmiechnęła się. Przypomniał sobie w tym momencie, że musiał jakoś się wyswobodzić. Dlatego też łapą musnął jej brzuch, a gdy vanka uskoczyła zwinnie, podniósł się na kończyny szybko i zaczął uciekać ile sił w łapach. Posyłał za siebie parę uschniętych liści paproci, wymieszanych z ptasim pierzem, a starsza kotka deptała mu wręcz po piętach. Kocurek skręcił nagle w bok, niemal samemu nie upadając na bok raz jeszcze, nie oglądał się za siebie. Wiedział, że jeśli teraz się przewróci, ruda z łatwością go dogoni i raz jeszcze przyszpili do ziemi. Musiał wymyślić jakąś strategię, która umożliwiłaby mu nadrobić fakt, iż miał krótsze kończyny, a jakoś trzeba było uciec przed borsukiem.
Dlatego też zatrzymał się nagle na dwóch łapach i obrócił do brązowookiej, strosząc sierść wzdłuż swojego kręgosłupa niczym mały jeżyk, pazurki miał wystawione, chociaż na mordce widniało rozpromienienie. Udawał większego i groźniejszego, niż był w rzeczywistości. Na przynajmniej niektóre drapieżniki musiało to działać, prawda? Wielu z nich nie dało się pokonać siłą ani prześcignąć, dlatego pomyślał, że może dzięki tej technice uda mu się wygrać. Syknął, chociaż w jego wykonaniu wyglądało to raczej uroczo, niżeli groźnie i spojrzał zwężonymi źrenicami na borsuka-Wełniankę.
— Odsuń się, borsuku! Jestem dzielnym wojownikiem Klanu Nocy i muszę cię przegonić z naszych terenów! — powiedział donośnie, wywijając końcówką ogona na boki. Wąsy vanki zafalowały w rozbawieniu.
<Wełnianko, szybka jesteś! A ja jestem bardzo groźny, sama widzisz.>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz