Dzień mianowania
Niedawno skończyła sześć księżyców. Oznaczało to tyle, że jej łapy miały wejść na nową drogę. Ścieżkę uczennicy. Nie potrafiła usiedzieć w żłobku. Nie chciała już dłużej czekać, a ojciec? Cóż, kocur próbował doprowadzić jej ciemną sierść do porządku. Nie było to zadanie najłatwiejsze, bo Psotka ciągle się wierciła. W końcu Mysi Postrach się poddał, a chwilę później nadeszła ta chwila, na którą Psotka czekała już od dawna. Wyszła ze żłobka z dumnie uniesionym pyskiem. To był jej dzień. Nic nie mogło jej tego popsuć. Przystanęła i uniosła łebek. Przebierając łapkami w miejscu czekała na rozpoczęcie. Rozpierała ją dumą, ekscytacja, ale i chęć napsocenia na nieco większą skalę. W końcu w żłobku miała mniejsze pole do popisu, a teraz się ono rozszerzyło. Uśmiechnęła się chytrze, a jej dwa wysunięte kiełki rozbłysły. Lubiła ten dodatek w sobie. Czuła się z tym dobrze i niezbyt ją interesowało zdanie innych na ten temat. Jako pierwsza dostała swoje uczniowskie imię. Nietoperza Łapa. Brzmiało naprawdę super! W ogóle te stworzenia były świetne. Kto wie? Może dzięki temu imieniu nauczy się latać? Fajnie by było! Jednak idąc dalej, jej mentorem został Promieniste Słońce. Kocur, który zapadł jej w pamięci od razu po tym, gdy zabronił jej wyjść, a potem łaskawie zmienił zdanie. Do tego naopowiadał coś o jej ojcu, że niby dostał po głowie za coś tam. Kończąc na tym, że kazano jej wrócić do żłobka i na tym skończyło się jej zwiedzanie. Potem cały dzień była markotna i niezadowolona.
— Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna — mruknęła cicho do starszego kocura, kiedy ten podszedł do niej się przywitać.
Dzień po mianowaniu
Kotka właśnie spała w najlepsze, po tym, jak podrzuciła pierwszej nocy robaka swojej siostrze Foczce. Z kotką nie spędzała czasu zbyt często. Zresztą z Morświn też nie. Kochała siostry, ale jak na standardy czarnej, ich obecność była nudna. Dlatego też skupiała się na swoich rozrywkach. Zresztą, poznała koleżankę. Była to koteczka o imieniu Drobna. Swoją drogą bardzo miła duszyczka.
Krzyk Foczki wybudził ją ze snu. Podniosła się do pozycji siedzącej, a następnie zajęła się czyszczeniem. Być może nieco zbyt gwałtownie, ale tylko tak mogła ukryć swój psotny uśmieszek i chichot, chcący opuścić jej pyszczek. Chociaż podejrzewała, że niebieska i tak wiedziała, kto był sprawcą. Mogła się oczywiście mylić. Wtedy też do legowiska zajrzał jej mentor. Podniosła się i podskoczyła do kocura.
— Hej panie mentorze! — wykrzyknęła podskakując.
— Oczywiście! Jestem gotowa odkąd tylko nauczyłam się chodzić! Chodźmy, chodźmy! — to mówiąc, minęła kocura. Jednak tym razem zatrzymała się niemal natychmiast. Odwróciła pyszczek i wbiła niebieskie ślipka w starszego.
— Ach tak. Prowadź — rzuciła, orientując się, iż przecież nie wie gdzie iść. Nie jej wina, że łapy paliły się wręcz do wyjścia. Liczyła też na w miarę dobre tempo. Wierzyła w swoją szybkość. Tatuś jej mówił, że będzie szybka jak...no właśnie. Jak? Nie porównywał jej do niczego, ale młodsza doskonale wiedziała, o co chodziło.
<Promieniste Słońce?>
[471 słów]
[przyznano 9%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz