BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psianka x Gronostaj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psianka x Gronostaj. Pokaż wszystkie posty

28 sierpnia 2026

Od Psianki CD. Gronostaja

Zaśmiałam się cicho, słysząc jego pełne entuzjazmu powitanie. Gronostaj najwyraźniej wcale się nie zmienił. Może urósł, może zaczął trenować jak przyszły wojownik, a jego łapy zdążyły już przyzwyczaić się do ciągłego wysiłku, ale ten sam charakter wciąż przebijał się przez każde jego słowo. Trudno było nie uśmiechnąć się szerzej, kiedy z taką powagą opowiadał o „opresyjnym systemie”.
— Napaść i prześladowanie? — powtórzyłam z rozbawieniem, przechylając lekko głowę. — Wiesz, Gronostaju, chyba nie znam żadnego wojownika, który dostałby swoją rangę za samo narzekanie na treningi.
Przyjrzałam mu się uważniej, gdy wspomniał o swoich łapach. Teraz kiedy wiedziałam, ile czasu spędzał na ćwiczeniach, wcale mnie nie dziwiło, że był zmęczony. Dwa treningi jednego dnia naprawdę musiały dawać się we znaki, szczególnie komuś, kto dopiero przyzwyczajał się do całkowicie nowego trybu życia. Nie zamierzałam jednak oceniać Jaśminowca. Z tego, co mówił Gronostaj, jej metody rzeczywiście przynosiły efekty.
— Chociaż przyznam, że trochę rozumiem, dlaczego każe ci tyle ćwiczyć. — Uśmiechnęłam się łagodnie. — Nie zazdroszczę ci tych dwóch treningów dziennie, ale skoro sam widzisz, że robisz postępy, może nie jest aż tak źle, jak próbujesz nam wszystkim wmówić.
Poruszyłam ogonem, a moje spojrzenie na moment powędrowało w stronę drzew otaczających obóz. Przez chwilę zastanawiałam się nad jego słowami o zwiadowcach.
— Chociaż… nie jestem pewna, czy jako zwiadowca miałbyś aż tak łatwo.
Zaśmiałam się pod nosem.
— Też mamy swoje bagno. Tylko czasami jest nim dosłownie las. — Zerknęłam na niego z rozbawieniem. — I uwierz mi, kiedy uczysz się poruszać po gałęziach, śnieg potrafi być równie zdradliwy, jak błoto. Wystarczy jeden źle postawiony krok i nagle, zamiast siedzieć wysoko nad ziemią, leżysz pod drzewem i zastanawiasz się, co właściwie poszło nie tak.
Na wspomnienie swoich pierwszych treningów uśmiechnęłam się nieco szerzej. Wtedy wszystko wydawało mi się trudniejsze, niż było w rzeczywistości. Pamiętałam, jak wiele razy musiałam poprawiać własne błędy, zanim zaczęłam poruszać się po lesie bez ciągłego zastanawiania się nad każdym krokiem.
— Ale nie zamieniłabym tego na nic innego. Naprawdę. — Spojrzałam ponownie na Gronostaja. — Chyba każdy z nas ostatecznie trafia na coś, co mu odpowiada. Tobie może jeszcze trudno to zauważyć, bo jesteś na początku szkolenia, ale kiedy pewnego dnia nauczysz się czegoś, co wcześniej wydawało ci się kompletnie niemożliwe… wtedy chyba zaczynasz rozumieć, po co właściwie były te wszystkie treningi.
Przez chwilę milczałam, pozwalając mu się wygadać. W końcu rozmowa zeszła na moje mianowanie, a kiedy usłyszałam jego komentarz, uniosłam lekko brew.
— Niefajnie, że się starzeję? — powtórzyłam, wyraźnie rozbawiona. — Czyli według ciebie zostanie zwiadowczynią, oznacza automatycznie starzenie się?
Pokręciłam głową, po czym szturchnęłam go delikatnie ogonem w bok.
— Dzięki. Chyba.
Obserwowałam, jak zabiera się za mysz, a po chwili sama sięgnęłam po przyniesioną przez niego zdobycz. Przyjrzałam jej się przez moment, po czym skinęłam głową z uznaniem.
— I dziękuję za mysz. Naprawdę. Nie musiałeś mi jej przynosić, ale to miłe.
Przesunęłam zdobycz bliżej siebie, choć nie zaczęłam jeszcze jeść. Zamiast tego zerknęłam na niego, kiedy zaczął narzekać na tempo własnego życia.
— Wiesz… chyba nie jesteś jedyny, który czasami ma wrażenie, że wszystko dzieje się za szybko.
Usiadłam wygodniej, owijając puszysty ogon wokół łap.
— Kiedy zostałam mianowana, też przez jakiś czas miałam wrażenie, że nagle wszyscy oczekują ode mnie czegoś więcej. Że skoro jestem zwiadowczynią, to powinnam już wszystko wiedzieć, wszędzie umieć się odnaleźć i nigdy się nie pomylić. A przecież tak to nie działa.
Spojrzałam na niego spokojnie.
— Nadal uczę się nowych rzeczy. Nadal zdarzają mi się błędy. Czasami po prostu kot zaczyna je zauważać dopiero wtedy, kiedy przestaje być uczniem.
Na chwilę zamilkłam, po czym uśmiechnęłam się ciepło.
— Więc nie martw się tak bardzo tym, że wszystko dzieje się za szybko. Masz jeszcze mnóstwo czasu, żeby nauczyć się być wojownikiem. I nawet jeśli pewnego dnia zostaniesz mianowany, wcale nie oznacza to, że następnego ranka obudzisz się nagle jako chodząca księga wiedzy.
Zmrużyłam lekko oczy, przyglądając mu się z rozbawieniem.
— Chociaż podejrzewam, że ty i tak spróbujesz taką księgę napisać.
Na jego wzmiankę o jedzeniu spojrzałam na stos zwierzyny. Tym razem nie mogłam się powstrzymać przed cichym śmiechem.
— A więc jednak znalazłeś najważniejszy element całej rozmowy.
Wzięłam swoją mysz i ułożyłam ją przed sobą.
— Jedzonko rzeczywiście jest ważne. Szczególnie po dwóch treningach.
Przez moment zastanawiałam się nad jego słowami o walce. Nie znałam dokładnie wszystkich metod Jaśminowca, ale skoro Gronostaj rzeczywiście robił postępy, może jego mentorka wiedziała, co robi.
— Tylko nie zapominaj o jednej rzeczy — dodałam po chwili. — Bycie dobrym wojownikiem nie polega wyłącznie na tym, jak mocno potrafisz uderzyć albo jak długo potrafisz biec. To też umiejętność oceniania sytuacji. Musisz wiedzieć, kiedy walczyć, a kiedy lepiej się wycofać. Kiedy chronić kogoś innego. Kiedy wykorzystać siłę, a kiedy spryt.
Lekko przechyliłam głowę.
— I chyba właśnie dlatego twoja zdolność do analizowania wszystkiego może ci się naprawdę przydać.
Uśmiechnęłam się do niego.
— Tylko postaraj się nie analizować każdego posiłku przez pół dnia. Bo wtedy rzeczywiście zostaniesz starszym szybciej, niż zostaniesz wojownikiem.
Sięgnęłam w końcu po mysz i odgryzłam niewielki kawałek. Po chwili spojrzałam na niego jeszcze raz.
— A tak właściwie… skoro tak bardzo nie chcesz być wojownikiem, to dlaczego nie chcesz nim być?
Zainteresowanie pojawiło się w moich oczach.
— Nie musisz mi odpowiadać, jeśli nie chcesz. Po prostu jestem ciekawa. Wydawało mi się, że jeszcze niedawno bardzo cieszyłeś się z tego, że wreszcie zaczynasz trening.
Przekrzywiłam lekko głowę, czekając na odpowiedź.
— Może po prostu musisz się jeszcze przyzwyczaić. W końcu… nie każdy lubi swoją mentorkę pierwszego dnia.
Zawiesiłam na moment głos, po czym dodałam z niewinnym uśmiechem:
— Szczególnie jeśli ta mentorka regularnie wrzuca go do błota.

<Gronostaju?>

13 sierpnia 2026

Od Gronostaja CD. Psianki

Dopiero co wróciłem z treningu i… za chwilę miałem iść na kolejny. Masakra. Masakra! Jaśminowiec uważa, że potrzebuję dyscypliny. I że jestem w tyle za innymi uczniami, w tym za Alką i Bratkiem. Więc by nie tylko ich doścignąć, ale i stać się lepszy, muszę ćwiczyć dwukrotnie więcej. Nie, żebym nie chciał… nie, żebym uważał, że nie ma racji… no ale bez przesady! Czułem, jak moje malutkie łapki po każdym treningu cierpią coraz bardziej… ale i ich poduszeczki stają się o wiele twardsze. Jak ja nie cierpię mojej mentorki! Mimo że jej treningi przynoszą widoczne efekty.
Przystosowałem się już do nowej rutyny dnia. Nowych godzin wstawania. Nowego miejsca spania. Do długiego wysiłku fizycznego. Niestety, nie do tego, że nikt nie traktuje mnie już jak kociaka i że nie wolno mi wszystkiego…
Siedziałem więc tak sobie, próbując całą siłą woli zregenerować moje obolałe łapki, gdy podeszła do mnie Psianka.
Otworzyłem szeroko oczy i nagle skoczyłem na nią, ale w taki sposób, że w ostatniej chwili zmieniłem kierunek lotu i wylądowałem tuż przed nią.
– No hejka – mruknąłem, przyglądając się uważnie uczennicy. – Oh, dziękuję, dzięki! Psianko. Trening idzie… usz! Mówię ci! Jak krew z nosa, no! Ta czekoladowa. Co nie? Każe mi biegać w tę i we w tę, przełazić przez rzekę, atakuje mnie znienacka, by przetestować mój refleks i nie dość, że mam treningi codziennie, choćby się waliło i paliło, to do tego jeszcze czasem po dwa razy dziennie! Jak dziś! Twierdzi, że to zwiększa objętość moich płuc i przystosowuje mięśnie do wysiłku. Co jest faktem. Ale I TAK! USZ! – warknąłem, wysuwając moje małe pazurki i machając nerwowo ogonem. – I to się nazywa NAUKĄ! A wiesz, jak ja to nazywam? To jest… TO JEST NAPAŚĆ! PRZEŚLADOWANIE! Ja się tak nie dam, mówię ci, Psianko! Trzeba walczyć z opresyjnym systemem!
Przechyliłem lekko główkę, słuchając, co ona miała do powiedzenia na temat swoich pierwszych treningów z Rohan.
– No… no dobra. Wiesz co? Ale ty to mądrze mówisz. Wusz! Żałuję, że nie wybrałem ścieżki zwiadowcy. Co z tego, że nie wlazłbym na żadne drzewo z takimi małymi łapkami… Przynajmniej nikt by mi nie kazał robić zapasów w błocie! – pokręciłem główką na boki.
Zapasy w błocie były jedną z ulubionych metod Jaśminowiec przekazywania mi wiedzy. Robiliśmy to regularnie, co kilka treningów. Początkowo nie cierpiałem błota i na kontakt z nim autentycznie traciłem cierpliwość i mózg mi wybuchał. Metaforycznie. Ale teraz, gdy zbyt długo nie mam z nim kontaktu, to wariuję. Chyba do wszystkiego można się przyzwyczaić…
…oprócz wody. Wszystkiego, oprócz wody. Jej nadal nienawidzę.
– Fajnie brzmią te twoje treningi. Tak… głęboko! Moje to głównie… tarzanie się w bagnie. Nie ma tu żadnego drugiego dna! Nie-e! No i dziś to jeszcze próbowałem polować na króliki. Już miałem go capnąć, ale… nie uwierzysz. Zamiast tego wpadłem w błoto. Dlaczego wszędzie jest to zawszone BŁOTO! AGH! Nieee podoba mi się to, Psianko.
Psianka uniosła lekko jedną brew i uśmiechnęła się ciepło.
– Wiesz, zawsze możesz porozmawiać z Jaśminowiec o metodach treningu…
– A CO JA NIBY ROBIĘ ZA KAŻDYM RAZEM?! – odskoczyłem lekko do tyłu na dźwięk mojego własnego głosu. – Mówię jej przecież, ale ona "NIEEE, MUSISZ TRENOWAĆ GRONOSTAJU, CHYBA NIE CHCESZ WYGLĄDAĆ JAK DZIDZIA, GDY PÓJDZIESZ NA PATROL Z PRAWDZIWYMI WOJOWNIKAMI." A WIESZ, CO JA SĄDZĘ O TYCH TWOICH PATROLACH?
– Co? – za nami rozległ się czyjś spokojny głos.
Prychnąłem głośno, cały się zjeżyłem i odskoczyłem do tyłu, wpadając prosto w krzaki, wijąc się niczym dżdżownica wyciągnięta spod ziemi.
Jaśminowiec podeszła do nas.
– Witaj, Psianko. Niestety, Gronostaj musi już iść na trening.
No to mam przechlapane…

***

Teraźniejszość…

I znowu Jaśminowiec powaliła mnie na glebę. Zanim zdążyła trwale przygwoździć mnie do podłoża, udało mi się spod niej wyturlać i przypaść do ziemi w pozie gotowej do skoku. Czekoladowa skoczyła na mnie ponownie, a ja zrobiłem ciężki przewrót w przód, po czym sam zaatakowałem.
Moimi głównymi atutami w walce były dwa czynniki - stale zwiększająca się masa mięśniowa oraz zdolność chłodnej oceny sytuacji. Rosłem - mimo wciąż młodego wieku - z zawrotną prędkością.
Jaśminowiec nie zawahała się jednak po niecelnym ataku, gdy jeszcze nie całkiem odzyskałem równowagę po przewrocie, skoczyła na mnie i…
– WUSZ! ZŁAŹ ZE MNIE! AGHHH! PRAWIE WYGRAŁEM! – warknąłem, próbując się uwolnić.
Kotka zamruczała z rozbawieniem.
– Właściwie, to… jeszcze dosyć dużo brakuje ci, by choćby być dla mnie równym przeciwnikiem. Ale jasne, jasne, robisz postępy.
Kotka zeszła ze mnie i się otrzepała.
– UGH! – mruknąłem i uderzyłem z całej siły głową w mech pod moimi łapami.
Auć. Zabolało. Dlatego nie podniosłem się przez dobre kilkanaście uderzeń serca.
Mentorka nie odwróciła się ode mnie, skierowała się w stronę obozu i zaczęła iść.
– Choć, Pustogłówku. Już jesteś za duży, więc nie mogę cię nosić za kark, jak kiedyś.
Skrzywiłem się.
Pustogłówek.
Od zgromadzenia nazywała mnie tak… dość spora część kotów. Zresztą, za moim przyzwoleniem, a nawet… sam ich nakłaniałem, by to robili. No… trochę mi się należało, nie ukrywam…

***

Wróciliśmy do obozu. Byłem cały brudny od ziemi i piasku, w których się tarzaliśmy. Błota chwilowo w okolicy brak, ale już niedługo… Poczekamy, aż spadnie deszcz…
Myślę, że walka idzie mi coraz lepiej. Jaśminowiec też tak twierdzi. To dobrze. Bardzo dobrze. Jeśli prawidłowo rozumuję, jest to jedna z najważniejszych umiejętności. Można dzięki niej sprzeciwiać się woli innych i perswadować własną, chroniąc siebie. Chociaż nie wiem, jak to do końca działa. Właściwie, to… nigdy jeszcze nie widziałem walczących kotów tak na poważnie. Nie wiem, czemu tego nie robią, skoro to daje tyle możliwości…
Zauważyłem nieopodal Psiankę, chyba kierującą się w stronę stosu ze zwierzyną. Nie zważając na niedopuszczalny stan mojego futra… i całej reszty ciała, pognałem w jego stronę, chwyciłem pierwszą lepszą zdobycz i rzuciłem ją pod nogi kotki.
– PSIANKO! Psianko, hejka.
Kotka zatrzymała się, mierząc uważnym spojrzeniem mysz, którą jej przyniosłem.
– O, witaj, Gronostaju. Dziękuję za mysz. To miło z twojej strony.
Dobrze, że Pora Nagich Drzew się skończyła. Wreszcie możemy jeść normalnie… Nie ukrywam, że zauważyłem również u siebie dość znaczny spadek wagi przez ten czas, dlatego wszystkie następne pory zamierzam spędzić, jedząc do oporu.
– Fajnie, że już zwiadowcą jesteś – zagadnąłem. – Niefajnie, że się starzejesz. Ale I TAK GRATULACJE! Ja to też się nie mogę doczekać swojej ceremonii. – Zamachałem ogonem.
Usiadłem przed nią i zacząłem sobie wylizywać futerko.
– Co ty właściwie robisz, jak nie trenujesz? Da się tak w ogóle żyć? Ja nie wiem, jak. Ja to nie chcę być wojownikiem. Ledwo co ogarnąłem, jak być uczniem. To za szybko, wszystko za szybko. – Zmarszczyłem brwi. – USZ! Nie ważne! Wiesz, co jest ważne? Jedzonko.
Chwyciłem ze stosu drugą mysz, za którą zabrałem się sam.

[1076 słów]

[22%]

<Psianko???>

28 lipca 2026

Od Psianki do Gronostaja

Pora Nagich Drzew

Świeży śnieg skrzypiał pod moimi łapami, kiedy powoli przemierzałam obóz. Mróz szczypał w nos, a z każdym oddechem przed pyskiem pojawiała się niewielka chmurka pary. Pora Nagich Drzew nie należała do najłatwiejszych, ale miała w sobie coś wyjątkowego. Wszystko wydawało się spokojniejsze. Nawet codzienny gwar Owocowego Lasu był przytłumiony przez grubą warstwę śniegu, która pokrywała korzenie, gałęzie i legowiska. Koty poruszały się ostrożniej, częściej chroniąc się przed zimnem w swoich kryjówkach, a patrole wracały do obozu z białym puchem przyczepionym do futer.
Dopiero co wróciłam z treningu z Rohan. Mentorka poświęciła dzisiejszy dzień na ćwiczenie poruszania się po ośnieżonych gałęziach i wyszukiwanie śladów zwierzyny, które częściowo przykrył świeży opad. Nie było łatwo. Śnieg potrafił ukryć nawet wyraźne tropy, a oblodzona kora zmuszała mnie do stawiania każdego kroku z ogromną ostrożnością. Mimo zmęczenia czułam jednak satysfakcję. Każdy taki trening przybliżał mnie do dnia, w którym sama zostanę pełnoprawną zwiadowczynią.
Otrzepałam łapy ze śniegu i przez chwilę bez celu rozglądałam się po obozie. Wtedy mój wzrok zatrzymał się na znajomej sylwetce. Czarny kocur z charakterystycznymi białymi “skarpetkami” na przednich łapach wyróżniał się nawet pośród krajobrazu Pory Nagich Drzew. Gronostaj nie był już kociakiem. Niedawno został mianowany uczniem wojownika i od tamtej pory coraz częściej widywałam go u boku Jaśminowca.
Uśmiechnęłam się lekko pod nosem. Pamiętałam go jeszcze ze żłobka. Już wtedy potrafił godzinami zajmować się jedną rzeczą albo opowiadać o czymś z takim zaangażowaniem, że trudno było mu przerwać. Wydawał się trochę inny od większości kociaków, ale nigdy nie uważałam tego za coś złego. Wręcz przeciwnie. Lubiłam słuchać kotów, które patrzyły na świat na swój własny sposób.
Byłam też zwyczajnie ciekawa, jak radzi sobie podczas pierwszych dni szkolenia. Sama doskonale pamiętałam emocje, które towarzyszyły mi po mianowaniu. Zachwyt mieszał się wtedy z niepewnością, a każdy dzień przynosił tyle nowych informacji, że wieczorem zasypiałam niemal natychmiast. Zastanawiałam się, czy Gronostaj przeżywał to podobnie, czy może od pierwszego dnia wszystko układał sobie w głowie według jakiegoś własnego planu.
Ruszyłam spokojnym krokiem w jego stronę, nie chcąc go wystraszyć ani przeszkodzić mu, jeśli właśnie nad czymś intensywnie się zastanawiał. Dopiero gdy znalazłam się kilka lisich długości od niego, zatrzymałam się i uśmiechnęłam ciepło.
— Cześć, Gronostaju.
Przez krótką chwilę przyglądałam mu się z zaciekawieniem. Miałam wrażenie, że od czasu ceremonii urósł jeszcze bardziej. Nadal był puchaty, przez co wydawał się większy, niż był w rzeczywistości, ale w jego postawie pojawiło się coś nowego. Może odrobina pewności siebie. A może po prostu duma z tego, że wreszcie rozpoczął wymarzone szkolenie.
— Gratuluję mianowania. Jeszcze nie miałam okazji ci tego powiedzieć.
Usiadłam na śniegu, owijając ogon wokół łap. Zimno powoli przenikało przez futro, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Po całym dniu biegania po lesie chwila spokojnej rozmowy wydawała się wyjątkowo przyjemna.
— Jak ci idzie trening z Jaśminowcem? — przechyliłam lekko głowę, wyraźnie zaciekawiona odpowiedzią.
— Sama pamiętam swój pierwszy tydzień z Rohan. Wszystko wydawało mi się wtedy nowe. Każdego dnia wracałam do obozu z głową pełną informacji. Czasami miałam wrażenie, że nigdy nie nauczę się tego wszystkiego. Potem okazywało się, że następnego dnia coś, co wcześniej wydawało się trudne, przychodziło już trochę łatwiej.
Na wspomnienie dzisiejszego treningu cicho się zaśmiałam.
— Dzisiaj przez dobre pół dnia ćwiczyłam poruszanie się po ośnieżonych gałęziach. Wydawało mi się, że skoro umiem się wspinać, to śnieg nie zrobi większej różnicy… myliłam się. Kilka razy łapy prawie uciekły mi spod siebie, a Rohan tylko spokojnie powtarzała, żebym nie walczyła z drzewem i zaufała własnej równowadze. Dopiero pod koniec treningu zaczęłam czuć, że naprawdę mam nad tym kontrolę.
Spojrzałam gdzieś ponad jego barkiem, jakby na moment wracając myślami do wysokich gałęzi, po których jeszcze niedawno się wspinałam. Mimo zmęczenia czułam ogromną satysfakcję. Każda nowa umiejętność sprawiała, że coraz bardziej rozumiałam las i coraz pewniej się w nim poruszałam. Po chwili znów przeniosłam wzrok na Gronostaja.
— A u was? Co robiliście na pierwszych treningach? Bardziej ćwiczycie walkę, czy najpierw uczycie się podstaw? Zawsze zastanawiało mnie, jak wygląda szkolenie wojowników od środka. Każda ścieżka w klanie jest przecież trochę inna, a rzadko mamy okazję o tym porozmawiać.
Na moim pysku ponownie pojawił się łagodny uśmiech. Naprawdę chciałam go wysłuchać. Lubiłam poznawać doświadczenia innych uczniów, bo choć wszyscy służyliśmy temu samemu klanowi, każdy uczył się zupełnie czegoś innego.
Może właśnie dlatego rozmowy z innymi zawsze wydawały mi się tak ciekawe. Każdy z nas patrzył na świat z innej perspektywy. Wojownik zwracał uwagę na rzeczy, których zwiadowca mógł nawet nie zauważyć, a szaman dostrzegał znaczenie wydarzeń, nad którymi pozostali przechodzili do porządku dziennego. Dzięki takim rozmowom miałam wrażenie, że sama uczę się czegoś nowego, nawet jeśli tego dnia nie opuszczałam już obozu.
Zastanawiałam się też, jak Gronostaj odnajdywał się wśród nowych obowiązków. Czy trening odpowiadał jego uporządkowanemu sposobowi myślenia? Czy Jaśminowiec pozwalała mu analizować wszystko we własnym tempie? Miałam nadzieję, że tak. Każdy mentor uczył inaczej, ale wierzyłam, że potrafiła dostrzec mocne strony swojego ucznia i odpowiednio je wykorzystać.
Przekrzywiłam lekko uszy, cierpliwie czekając na jego odpowiedź. Nie spieszyło mi się nigdzie. Śnieg nadal powoli opadał z gałęzi, wiatr cicho poruszał koronami drzew, a Owocowy Las żył swoim spokojnym, rytmem Pory Nagich Drzew. Przez chwilę mogłam po prostu usiąść i posłuchać, jak wygląda świat oczami świeżo mianowanego ucznia wojownika.

<Gronostaju?>

[858 słów]