BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lipieniek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lipieniek. Pokaż wszystkie posty

09 sierpnia 2026

Od Lipieńka CD. Drzemlika

Nie mogłem oderwać wzroku od dziwnych stworzeń znajdujących się w zagłębieniu ziemi. Woda po nocnym deszczu nadal zalegała w niewielkich dołkach pomiędzy korzeniami i źdźbłami trawy, odbijając fragmenty jasnego nieba. Cały obóz pachniał mokrą ziemią, trzciną i wilgotnym mchem, a chłodne krople wciąż spadały z wyższych liści, rozbijając się o podłoże tuż obok moich łap. Co jakiś czas wiatr poruszał trzcinowymi ścianami obozu, przez co cienkie źdźbła ocierały się o siebie z cichym szelestem. Wysoko nade mną przesuwały się białe chmury, pomiędzy którymi pojawiało się słońce. Jego promienie wpadały do obozu w wąskich smugach i oświetlały mokrą ziemię tak mocno, że przez chwilę musiałem mrużyć oczy.
Jeszcze przed chwilą byłem przekonany, że martwe osy są najciekawszą rzeczą, jaką mogliśmy znaleźć. Teraz jednak coraz bardziej interesował mnie ślimak, którego Drzemlik trzymał przy sobie. Jego duża muszla błyszczała od wilgoci, a cienkie ciało zostawiało za sobą połyskującą ścieżkę. Przybliżyłem pyszczek, żeby lepiej mu się przyjrzeć, ale zaraz odsunąłem się o krok, kiedy poczułem dziwny, mokry zapach. Nie był nieprzyjemny. Był po prostu… inny. Wszystko tutaj pachniało inaczej niż w żłobku, gdzie znałem każdy zapach. Tutaj każdy kawałek ziemi mógł skrywać coś nowego.
— Myślisz, że można go zatrzymać? — zapytałem, patrząc na Drzemlika. — Tego ślimaka, znaczy.
Nie czekając długo na odpowiedź, wyciągnąłem łapkę i ostrożnie dotknąłem muszli. Była chłodna i śliska. Ślimak nawet nie drgnął. Przekrzywiłem głowę, a moje wąsiki poruszyły się lekko. Przez chwilę zastanawiałem się, czy on w ogóle żyje, ale wtedy jego czułki minimalnie się poruszyły. Od razu cofnąłem łapę, a po chwili znowu ją wyciągnąłem, tym razem odrobinę odważniej.
— On chyba jest grzeczny. Nie ucieka.
Rozejrzałem się po obozie, jakbym nagle zobaczył go po raz pierwszy. Z miejsca, w którym staliśmy, mogłem dostrzec fragment kociarni i kilka legowisk ukrytych pomiędzy trzcinami. Dalej kręciły się dorosłe koty. Niektóre niosły coś w pyskach, inne rozmawiały ze sobą, a jeszcze inne po prostu odpoczywały w cieple. Nikt chyba nie zwracał na nas większej uwagi. To dobrze. Nie chciałem, żeby ktoś zabrał naszego ślimaka. Zerknąłem znowu na małe stworzenie i w mojej głowie natychmiast pojawiła się myśl o jego przyszłym domu.
— Możemy mu zrobić dom! — oznajmiłem, podnosząc nieco głos z podekscytowania. — Taki mały. Z mchu. I będziemy go karmić. — Spojrzałem na trawę rosnącą przy brzegu obozu. — Tylko czym?
Zmarszczyłem nosek. To był poważny problem. Nie mogliśmy przecież przynieść mu ryby. Byłby za mały. Może kawałek mięsa? Nie, też nie. Wtedy przypomniałem sobie, że ślimaki pełzały po roślinach.
— Albo liśćmi! Ślimaki chyba jedzą liście.
Brzmiało rozsądnie. Przynajmniej dla mnie. Przeniosłem wzrok na jedną z trzcin, której długie liście kołysały się nad naszymi głowami. Kilka kropel wody spadło z niej prosto na ziemię. Zrobiłem krok w bok, żeby nie dostać w nos.
— Możemy znaleźć mu jakiś miękki liść. I mech. I kamyk. — Spojrzałem na Drzemlika. — Ślimaki lubią kamienie?
Nie czekając na odpowiedź, zacząłem rozglądać się po ziemi. Wokół nas było mnóstwo drobiazgów, których wcześniej nawet nie zauważałem. Małe patyczki, kawałki kory, mokre liście, drobne kamyki i wyschnięte źdźbła trawy. Po deszczu wszystko wydawało się większe i bardziej wyraźne. Każda rzecz miała swój zapach, kształt i fakturę. Nawet błoto przyklejające się do moich poduszek łap zaczęło wydawać mi się ciekawe. Nagle coś poruszyło się przy mojej łapie. Odskoczyłem, a potem natychmiast pochyliłem się, żeby zobaczyć, co to było. Okazało się, że to tylko źdźbło trawy poruszone wiatrem.
— Ha! — prychnąłem cicho, trochę rozbawiony własną reakcją.
Podniosłem wzrok na ślimaka. Nadal pełzał niespiesznie po wilgotnej ziemi, jakby zupełnie nie przejmował się tym, że właśnie został wybrany na naszego nowego pupila.
— Tylko nie możemy go zgubić — powiedziałem poważnie.
Rozejrzałem się jeszcze raz. Obóz nagle wydał mi się ogromny. Dla dorosłych pewnie nie był aż taki wielki, ale dla mnie każdy kąt wyglądał jak osobne miejsce do odkrycia. Gdybym spuścił ślimaka z oczu choćby na chwilę, mógłby przecież zniknąć gdzieś pod korzeniem albo w trawie.
— Ani powiedzieć mamie, zanim wymyślimy mu imię.
Mój ogon drgnął z ekscytacji. Skoro znaleźliśmy zwierzaka, musieliśmy przecież nadać mu imię. To była najważniejsza część. Zacząłem wymieniać w głowie wszystkie słowa, jakie znałem, ale żadne nie wydawało mi się wystarczająco dobre.
— Może… Ślimak? — Przez chwilę byłem z siebie nawet zadowolony. Potem jednak skrzywiłem pyszczek. — Nie. To głupie.
Usiadłem na mokrej ziemi, zupełnie nie przejmując się tym, że futro na łapach zaczynało mi się brudzić. Wpatrywałem się w naszego przyszłego pupila z ogromnym skupieniem.
— Musi mieć jakieś fajne imię. Takie, żeby każdy wiedział, że to nasz ślimak. — Uniosłem głowę i spojrzałem na Drzemlika. — Tylko nie możemy go nikomu oddać. Nawet jak Złocisty Widlik powie, że jest brzydki. Bo wcale nie jest brzydki. Jest tylko… trochę mokry.

<Prawda, Drzemliku?>

Od Lipieńka

Pierwsze dni po otwarciu oczu były dla mnie czymś zupełnie nowym. Do tej pory świat istniał tylko jako mieszanina zapachów, ciepła i niewyraźnych odgłosów dochodzących z każdego kierunku. Potrafiłem rozpoznać głos mamy, rodzeństwa czy obcych kotów, ale nigdy nie wiedziałem, do kogo właściwie należały. Teraz wszystko nagle nabrało kształtów.
Kiedy pierwszy raz rozchyliłem powieki, oślepiło mnie światło wpadające do żłobka i od razu je zmrużyłem. Nie podobało mi się. Za drugim razem było już lepiej. Zobaczyłem pyszczek mamy, jej czarno-czekoladowe futro i duże oczy, które wpatrywały się we mnie z czymś, czego wtedy jeszcze nie potrafiłem nazwać.
Później poznałem swoje rodzeństwo. Centuria była ciemna jak noc i biała jak chmury, Wełnianka miała rude futerko, a Komar… cóż, Komar był podobny do mnie. Przynajmniej tak mi się wydawało. Każdego dnia próbowałem coraz dalej wychodzić z posłania, chociaż mama za każdym razem przyciągała mnie z powrotem, kiedy uznawała, że zapędziłem się za daleko. Nie rozumiałem dlaczego. Przecież świat był ogromny, a ja chciałem go zobaczyć.
Wszystko było interesujące. Kamyki, źdźbła trawy przy wejściu, ogony przechodzących kotów, nawet kawałek mchu, który ktoś zostawił przy ścianie żłobka. Najbardziej lubiłem obserwować koty przechodzące obok. Niektóre zerkały na nas z uśmiechem, inne zatrzymywały się tylko na chwilę. Z czasem zacząłem jednak zauważać coś dziwnego. Nie wszystkie spojrzenia były miłe.
Czasami jakiś kot spoglądał na mnie, a potem szybko odwracał głowę. Innym razem słyszałem ciche szepty, których nie rozumiałem, ale po tonie głosu wiedziałem, że nie mówiono o niczym dobrym. Pewnego dnia wyszedłem kawałek dalej niż zwykle. Byłem z siebie bardzo dumny, bo udało mi się dotrzeć aż do wejścia do żłobka bez przewrócenia się po drodze. Usiadłem i zacząłem oglądać obóz.
Wtedy przechodzący obok wojownik zatrzymał się. Spojrzał na mnie, potem na moją mamę, a następnie znowu na mnie. Zmarszczył pysk. Nie wiedziałem, co zrobiłem źle. Przecież nawet go nie dotknąłem. Przekrzywiłem głowę, próbując zrozumieć jego minę.
— To ten? — mruknął do drugiego kota. Skinąłem uszami. To chyba o mnie chodziło. Nie znałem jeszcze wszystkich słów, ale „bury” rozumiałem. Spojrzałem na swoje łapy, jakbym mógł znaleźć na nich odpowiedź.
— Lipieniek — powiedziała mama cicho, najwyraźniej ostrzegawczo.
Nie spodobał mi się jej ton. Schowałem pazurki i usiadłem prościej, udając, że wcale nie słucham. Oczywiście słuchałem.
— Jest zupełnie zwyczajny — odpowiedział drugi kot.
— Właśnie. Zupełnie zwyczajny.
Nie wiedziałem, czy to miała być obelga. Dla mnie zwyczajność nie była niczym złym. Lubiłem swoje futro. Lubiłem czarne pręgi na łapach i grzbiecie, lubiłem białe futro na piersi i brzuchu. Najbardziej podobało mi się jednak to, że kiedy patrzyłem na swoją pierś, pręgi układały się w kształt przypominający serce. Nie wiedziałem jeszcze, że inni też to zauważali. Jedna z kotek przechodzących obok zatrzymała się i spojrzała prosto na mnie. Przez chwilę patrzyła mi w oczy, a potem jej pysk wykrzywił się w dziwnym grymasie.
— Kolejny — mruknęła.
Nie wiedziałem, co to znaczyło, ale poczułem nieprzyjemne ukłucie gdzieś pod żebrami. Zamiast się odsunąć, zmrużyłem oczy i odwzajemniłem jej spojrzenie. Skoro ona mogła patrzeć na mnie krzywo, ja też mogłem. Nie zamierzałem pierwszy odwracać wzroku. Mama szybko przysunęła mnie do siebie ogonem.
— Nie przejmuj się nimi — szepnęła. — Oni tylko patrzą.
Nie odpowiedziałem. Wciąż patrzyłem w stronę wyjścia ze żłobka. Nie rozumiałem, dlaczego niektórzy patrzyli na mnie tak, jakbym zrobił coś złego, skoro nawet nie zdążyłem niczego zrobić. Miałem dopiero kilka dni od otwarcia oczu. Nie znałem jeszcze świata. Nie znałem jego zasad. Nie znałem nawet wszystkich kotów w obozie. A mimo to już zdawało się, że część z nich wyrobiła sobie o mnie zdanie.
Tego wieczoru, kiedy rodzeństwo spało wtulone w mamę, długo nie mogłem zasnąć. Patrzyłem na wejście do żłobka, gdzie przez szczelinę wpadało blade światło księżyca. Zacisnąłem małe łapki na mchu. Jeśli ktoś będzie patrzył na mnie krzywo, to jego problem. Nie zamierzałem chować głowy, tylko dlatego, że komuś nie podobało się moje futro, moja mama albo to, kim kiedyś miałem zostać.
Jeszcze nie wiedziałem, czym był odrzutek. Nie wiedziałem, dlaczego niektórzy szeptali o mojej mamie. Nie wiedziałem, czemu jej imię potrafiło sprawić, że obce koty zmieniały wyraz pyska. Wiedziałem tylko jedno. Byłem Lipieńkiem. I nawet jeśli cały obóz miał patrzeć na mnie krzywo, ja zamierzałem patrzeć na nich jeszcze bardziej krzywo.

Od Lipieńka

Nie wiedziałem jeszcze, czym był świat. Nie wiedziałem, czym był Klan Nocy, czym był żłobek ani dlaczego wokół mnie znajdowało się tyle obcych, przytłumionych głosów. Wiedziałem tylko, że było ciepło. Ciepło i ciasno. Wokół mnie znajdowało się rodzeństwo, a gdzieś nad nami biło ogromne, znajome serce. Przez większość czasu spałem, wtulony w miękkie ciało matki. Od czasu do czasu poruszałem łapkami, zupełnie nieświadomy tego, co robiłem. Nie znałem jeszcze własnego ciała. Nie wiedziałem, gdzie kończy się moja łapa, gdzie zaczynał ogon ani dlaczego czasem coś łaskotało mnie po nosie. Świat był dla mnie zaledwie mieszaniną zapachów, ciepła i dźwięków.
Potem wszystko nagle zaczęło się zmieniać. Zacisnąłem maleńkie łapki, kiedy ciało mamy gwałtownie się napięło. Nie rozumiałem, co się działo. Przez chwilę było spokojnie, a później znów poczułem ruch, który zmusił mnie do przesunięcia się razem z resztą rodzeństwa. Jeden z kociaków zapiszczał. Ja również wydałem z siebie cichy, zduszony pisk, choć nie wiedziałem nawet dlaczego. Było coraz mniej miejsca. W końcu stało się coś, czego nie potrafiłem nazwać. Ciepło nagle zniknęło, a ja zostałem wypchnięty w coś zupełnie nowego. Zimno.
To była pierwsza rzecz, którą naprawdę poczułem. Moje maleńkie ciało zadrżało, a z pyska wyrwał mi się żałosny pisk. Przez chwilę nie wiedziałem, co robić. Wszystko było inne. Powietrze drażniło mój nos, pod łapami nie było już rodzeństwa, a zamiast przyjemnego ciepła poczułem chłód, który zdawał się przenikać przez moje cienkie futerko. Potem poczułem język. Duży, szorstki język przesunął się po moim grzbiecie. Zadrżałem, ale po chwili przestałem piszczeć. Znajomy zapach mamy otulił mnie niczym miękkie posłanie. Wtuliłem pyszczek w jej futro, próbując odnaleźć to ciepło, które znałem jeszcze sprzed chwili.
Nie wiedziałem, że właśnie wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z moją matką. Nie wiedziałem też, że urodziłem się jako trzeci. Wokół mnie znajdowały się już dwie siostry. Jedna pachniała rudym futerkiem, druga czernią i mlekiem. Nie potrafiłem ich zobaczyć, ale słyszałem ich ciche piski. Gdzieś dalej odzywały się obce głosy. Niektóre były spokojne, inne nerwowe. Jeden z nich brzmiał szczególnie nieprzyjemnie, choć nie rozumiałem jeszcze żadnych słów. Próbowałem poruszyć łapą. Nie wyszło mi. Spróbowałem jeszcze raz i tym razem udało mi się przesunąć ją o kawałek. Zadrżałem z zadowolenia, zupełnie nieświadomy, że był to najprostszy ruch na świecie.
Wtedy poczułem kolejne skurcze. Nie wiedziałem, że tym razem na świat przyjdzie mój brat. Wiedziałem tylko, że znowu zrobiło się głośno, a ciało mamy znów się napięło. Schowałem pyszczek w jej sierści, czekając, aż wszystko się uspokoi. W końcu nastała cisza. Była inna niż wcześniej. Spokojniejsza. Poczułem, jak coś miękkiego dotykało mojego boku. Pachniało podobnie jak ja. Kolejne rodzeństwo. Nie miałem pojęcia, że właśnie tak wyglądała moja rodzina. Nie znałem jeszcze słowa „rodzina”. Nie znałem słowa „odrzutek”. Nie wiedziałem, że moja matka bała się o mnie jeszcze zanim zdążyłem pierwszy raz zaczerpnąć powietrza. Nie wiedziałem, że ktoś spojrzy kiedyś na moje futro i uzna, że jestem gorszy. Nie wiedziałem, że kolor mojego ciała będzie miał dla innych większe znaczenie niż to, kim sam się stanę.
Na razie liczyło się tylko ciepło. Powoli przesunąłem się w jego stronę, niezgrabnie przebierając łapkami. W końcu znalazłem to, czego szukałem. Przytuliłem się do mamy, a po chwili zacząłem łapczywie szukać mleka. Byłem głodny. Bardzo głodny. W pewnym momencie poczułem, jak ogon mamy otulał mnie od góry. Jej język przesunął się po moim grzbiecie, a ja odpowiedziałem cichym pomrukiem. Nie znałem jeszcze jej imienia. Nie wiedziałem, kim była. Dla mnie była po prostu ciepłem, zapachem i bezpiecznym miejscem. Gdzieś nad nami rozległ się głos.
— Lipieniek.
Nie wiedziałem, co to znaczyło. Nie wiedziałem, że to ja. Po chwili poczułem, jak coś dotyka mojego policzka. Delikatnie, ostrożnie. Mama. Przycisnąłem się do niej mocniej. Nie mogłem jeszcze zobaczyć świata. Nie mogłem wiedzieć, jak wyglądało niebo, rzeka ani noc, o której tak często będą opowiadać mi starsi. Nie mogłem zobaczyć własnego burego futra, czarnych pręg ani białych znaczeń. Nie wiedziałem nawet, że na mojej piersi pręgi układały się w kształt przypominający serce. Nie wiedziałem nic. I może właśnie dlatego wszystko wydawało się takie fascynujące.
Zacisnąłem maleńkie łapki na futrze mamy i zasnąłem, otoczony rodzeństwem. Nie wiedziałem jeszcze, że pewnego dnia będę zadawał pytania, których nikt nie będzie chciał słuchać. Nie wiedziałem, że kiedyś zapytam, dlaczego jedni są ważniejsi od drugich. Nie wiedziałem, że nie wystarczy mi odpowiedź: „bo tak było od zawsze”. Na razie byłem tylko małym, burym kociakiem. Lipienkiem. I po raz pierwszy zasnąłem w świecie, który pewnego dnia spróbuję zmienić.