— Wyglądają przeróżnie — odpowiedziała w końcu. — Ale najczęściej trujące są jagody. Dlatego zawsze należy wiedzieć, co dokładnie się zbiera.
— Czerwone jagody? Może innego koloru?
Motylka wydawała się nadzwyczajnie zaciekawiona tym tematem. Trochę się temu dziwiła. Może odrobinkę podejrzliwa; po całej sytuacji z Pierwomrówczą Łapą i Czuwającą Samlandrą, oraz nadużyciem jagód jałowca była trochę przewrażliwiona. Nie oskarżałaby młodszej o trucie klanowiczów, oczywiście, że nie... Z drugiej strony, ona sama nie była lepsza. Taka wiedza, o tak silnych ziołach, dawała poczucie kontroli nad kocim życiem. Było to zarówno fascynujące, jak i przerażające.
Pokręciła głową. Nie mogła odmawiać uczennicy nauki. Sama zaczęła ten temat.
— Czerwone, czasem czarne — miauknęłą — Nie jestem pewna, czy miałabym Ci jakieś do pokazania...
Jej oczy mimowolnie przesunęły się w stronę składziku. Zdecydowanie była jednak pewna, że pod stertami wysuszonych gałązek i liści leżały dokładnie trzy, błyszczące i czerwone jagódki cisu. Widziała je raz na własne oczy, gdy przeglądała zbiory ziela wraz ze Skowronkiem. Miała nadzieję, że nigdy nie musiała by ich użyć. Nie chciała przyprawiać innym cierpienia, nawet w dobrej intencji.
*teraz*
Odwróciła się z powrotem w stronę Leszczynowej Wiązki, trzymając w pysku fragment olchowej kory. Wojowniczka skrzywiła się, ale posłusznie wzięła lekarstwo do pyska.
— To powinno pomóc — miauknęła, zamiatając ogonem drewniane okruchy, które osypały się na kamienną posadzkę. — Jeżeli nie, to wróć tutaj wieczorem.
Starsza skinęła głową i opuściła legowisko. Nie otrzymała podziękowania. Tak już to czasem było.
Wzruszyła barkami i zajęła się porządkowaniem legowiska. Przesunęła posłania bliżej ścian, odłożyła zioła z wcześniej na miejsce. Zza kamienia wyjrzała rdzawa głowa. Pajęcza Lilia odchrząknęła cicho i wwalcowała do środka.
— Widziałaś Skowronka? — szylkretka pokręciła głową w odpowiedzi.
— Rano wspominał coś, że idzie się przejść.
Starsza medyczka zmarszczyła brwi. Nieco poirytowane westchnienie wydostało się z jej pyszczka. Rude łapy prędko znalazły sobie zajęcie, pozostawiając Firletkę stojącą raczej niezręcznie na środku legowiska.
— Zabiorę Motylkową Łapę na spacer. Zobaczymy, czy jakieś zioła zaczęły odżywać po zimie, dobrze? — zaproponowała, nadal czując się zależna od jej opinii — Może natkniemy się na niego.
Medyczka skinęła tylko głową. Wycofała się na zewnątrz i odrazu rozejrzała za młodszą koteczką. Gdy już ją dojrzała, przywitała się ciepłym uśmiechem. Siedząca obok swojej córki Przeplatkowy Wianek także nieznacznie skinęła jej głową na powitanie.
— Chodź, idziemy na trening — szylkretka odwzajemniła jej gest, podnosząc głowę znad skończonego już posiłku.
— Teraz?
— Tak, słońce... Ładnie wyszło zza chmur. No i chciałam Ci coś pokazać.
Najstarsza z kotek zastrzygła uszami.
— Czy to nie Skowroni Odłamek powinien zabierać ją na treningi? — słowa Przeplatki, nie były ostre, jedynie zaciekawione.
Przestąpiła z łapy na łapę.
— Niekoniecznie — bąknęła. — Lubię mu pomagać, a myślę, że z Motylką dobrze się dogadujemy... — uczennica prędko pokiwała głową i puściła medyczce oczko.
Wojowniczka zamruczała tylko i pożegnała się z córką. Zanim odeszła, posłała jeszcze jednak Firletce nieodgadnione spojrzenie. Może trochę oceniające.
<Motylko?>
wyleczona: Leszczynowa Wiązka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz