BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurza Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurza Łapa. Pokaż wszystkie posty

15 września 2026

Od Kurzej Łapy CD. Milknącej Łapy

Kurza Łapa prowadził dymnego głębiej w tunele, umykając przed rozwścieczonym pyskiem syna Zawodzącej Gwiazdy. Nie raczył go zaatakować fizycznie, lecz werbalnie.
— Czemu masz taką obsesję na swojej siostrze? Przecież razem możemy się kumplować. — Odbiło się echo słów rudzielca. — No, chyba że jesteś zazdrosny... w końcu nie masz tu zbytnio przyjaciół. Dosyć żenujące, jak na syna przywódcy.
— Kumplować? Dobre sobie! Łzawa Łapa szuka uwagi, jest w stanie wiele zrobić dla uwagi innych. Myślisz, że co robi, gdy ma chwilę i jestem w pobliżu? Poniża mnie, ponieważ dość mocno przeżywałem rozłąkę z matką! — odparł.
Trafił w pierś kuzyna, przejeżdżając po niej pazurami.
Kurza Łapa nie miał czasu na kontratak słowny. Czując ciepło na piersi, zmarszczył brwi. Nie ruszył jak dzika bestia, nie było to w jego stylu. Mimo to użył swojej ogromnej, niespodziewanej siły, jakiej jeszcze dotąd nie miał okazji pokazać.
Milknąca Łapa nagle z impetem przywalił ciałem w trochę kamienistą ścianę, robiąc sobie drobne rany na ciele, zwłaszcza na plecach. Niegdyś urokliwy, teraz mrożący krew w żyłach chłodny pysk przyszłego przewodnika rozmazał się, a świat natychmiastowo przybrał barwę niepokojącej czerni dla ucznia.
— Przedstawienie się skończyło.
Miękkie, tak ciepłe i rozkoszne słowa, które jeszcze zdążył przechwycić, należały do Kurzej Łapy.

***

Siedział w legowisku medyczki. Milknąca Łapa nie był jakoś ciężko ranny, pomyślał. Dramatyzował.
Wymienił parę słów z Łzawą Łapą. A tak naprawdę… była to bardzo długa rozmowa, która należała do jednych z przyjemniejszych. Czuł się dobrze w towarzystwie Łzawej Łapy. Nieważne, co inni mu mieli wmówić. Przecież była jego najlepszą przyjaciółką.
Ufał jej.
Pochylił się nad wciąż nieprzytomnym kuzynem. Gapił się na niego swoimi wielkimi, ciemnymi oczami. W nich nie można było rozróżnić koloru tęczówki od źrenicy. Zdawałoby się, że ślepia Kurczaka nie miały końca. Niczym bezkresna dziura.
Czemu właściwie tu siedział? Rozmawiał z Łzawą Łapą. Śmiał się z nią szczerze. Żartował z przegranego… mimo to go nie opuścił, odkąd wywlókł go bez żadnej pomocy z tunelów. Wykorzystał tę walkę do sprawdzenia głębiej tuneli, ale nadal nic nie znalazł. Nie wiedział, co dokładnie się tam kryło i jaka była liczba tych istot.
Na razie w lecznicy był tylko on i Milknąca Łapa.
— Halooo…! — miauczał co jakiś czas.
W końcu syn Echa raczył się obudzić. Czempion rozejrzał się po legowisku medyczki.

[368 słów + walka w tunelach]
<Milknąca Łapo?>

12 września 2026

Od Kurzej Łapy CD. Nieboskłonnej Łapy

Widząc nadchodzące koty, nerwowo spoglądał na swojego mentora. Westchnął ciężko. Czemu akurat teraz przypomniał sobie o istnieniu Lotosowego Pąku...Widząc białą czuprynę kronikarza, skinął głową z szacunkiem w jego stronę.
— Dobry wieczór, Lotosowy Pąku — miauknął, zapominając o najważniejszej atrakcji tego wydarzenia. Nie, żeby się nią teraz jakoś przejmował. Kurza Łapa miał poważniejsze sprawy na głowie niż rozwydrzone pisklę porzucone na pastwę losu. Powinna im do teraz dziękować, że Klan Gwiazdy je odnalazł w samą porę i obdarował je życzliwością patrolujących Burzaków. Urokliwy młodzieniec rozejrzał się po wciąż niechlujnej, spalonej trawie. Po tylu księżycach nadal czuł okropny smród tego miejsca. Nie lubił wychodzić na zewnątrz. Przypominało mu to o tragedii, której prawie mógł zostać świadkiem.
— Lotosowy Pąku, Biały Strumieniu — zaczął dosyć formalnie — Nieboskłonna Łapa nie mogła nabrać w przeciągu jednego dnia tyle doświadczenia, co piętnastoksiężycowy uczeń. Czy na pewno powinna się ze mną uczyć? — zapytał, ostrożnie przeskakując z jednego albinosa na drugiego swoim kobaltowym okiem.
Pysk Nieboskłon pozostawał kamienny.
— Skoro jesteś już piętnasto księżycowym uczniem, to będziesz mógł pokazać, co umiesz jej i nam.
Szylkretka strzepnęła swoim puchatym ogonem, czekając na odpowiedź Kury.
Kurza Łapa nie sprzeciwił się słowom Lotosowego Pąku. Zaakceptował swój los, chociaż być może za bardzo dramatyzował. Być może Nieboskłonna Łapa jest w złym humorze i dlatego tak silnie zareagowała. Nie chciał jej umniejszać; nie chciał sobie psuć nocy.
Skinął posłusznie głową albinosowi i ukradkiem spojrzał na Białego Strumienia, po czym odchrząknął i zapytał:
— Co właściwie mam jej pokazać, Lotosowy Pąku? Czy mam zademonstrować ruchy bitewne, pozycje łowieckie, może teorię przed praktyką? — zaczął wymieniać.
Lotos spojrzał na Biały Strumień, zastanawiając się, co może być najbardziej przydatne.
— Z tego, co widziałem, wieczorny patrol nie upolował za wiele... Może nam się poszczęści. Kiedy dotrzemy na kolorową łąkę, pokażesz mojej uczennicy poprawną pozycję łowiecką i być może jeszcze coś. Zobaczymy.
Burka strzepnęła uchem. Po dłuższej chwili tajemniczo na pysku Nieboskłon pojawił się pogodny uśmiech.

<Nieboskłonna Łapo, jak ja cię dopadnę to ci nogi z du…>

Od Kurzej Łapy CD. Ośnieżonego Kryształu

Ostatnie zgromadzenie

Urokliwy młodzieniec wśród tłumu ujrzał pysk trochę znajomej kocicy. Nie zastanawiając się, podszedł do Ośnieżonego Kryształu. Po ich ostatnim spotkaniu wyrósł, rysy twarzy miał dojrzałe i szlachetne, futro miękkie i puszyste jak chmurka. Drugie czarne jak ocean w nocy oko zostało przykryte rdzawoczerwoną czupryną. Przyglądał jej się przez chwilę w ciszy, po czym przywitał ją skinieniem głowy i, choć nieco niepewnym z początku, to ciepłym, wręcz rozpalającym od środka uśmiechem.
— Dobry wieczór, znajomo — wydobyły się z niego słowa. Barwa głosu kocura była ciemna i przyjemna dla uszu, ciężko byłoby sobie zapomnieć o takim tonie. Najwidoczniej zakończył już etap dojrzewania. — Nazywam się Kurza Łapa, lecz za niedługo stanę się przewodnikiem Klanu Burzy. A ty, młoda pani? — zapytał i przechylił lekko na bok główkę.
Wtedy spojrzał w górę, na gwiazdy. W jego wielkich, oceanicznych ślepiach odbijała się droga mleczna.
— Piękną mamy dziś północ. Gwiezdni przodkowie są z nami nie tylko duchem podczas modlitw i snów, ale też w nocy, na jawie. Wtedy biegają beztrosko po srebrnej skórze. Nie uważasz, że to piękne?
— Piękne, prawda… — zgodziła się, skinąwszy lekko głową. — Uwielbiam, gdy Przodkowie dają nam znać o swoim istnieniu i naprawdę ciężko mi uwierzyć w to, że… — urwała na moment, po czym przełknęła ślinę i rozejrzała się po wyspie. — To znaczy… nie rozumiem, jak w Owocowym Lesie mogą wierzyć w coś innego. Słyszałeś o tej ich wierze, prawda?
Kurza Łapa wtedy zwrócił na nią swoją całą uwagę. Spoważniał.
— Owocowy Las nie dzieli dużo do przyjęcia prawidłowej religii, lecz nie mogę nic złego o nich powiedzieć. To moja rodzina i lojalni sojusznicy Klanu Burzy. Pokazali bardzo dobrze, że na drugim sojuszniku, Klanie Klifu, polegać nie można podczas kryzysów... — wymamrotał i westchnął ciężko, lekko kręcąc głową.
Urokliwy młodzieniec spojrzał kątem oka na resztę kotów, które wręcz ucztowały na Bursztynowej Wyspie. Plotki, no tak.
Przyszły przewodnik wrócił niepokojącymi oczami do swojej rozmówczyni.
— Nie możemy wymuszać naszej racji siłą. To nie leży w naturze wiernych Gwiezdnym przodkom.
— Jesteś pewny, że nie da się ich jakoś nawrócić? Co, jeśli kiedyś Klan Gwiazdy się na nich pogniewa za to, że wierzą w coś innego i ześle na nich jakąś… powódź czy coś innego. Czy przedstawiając im prawidłową wiarę, nie uchronilibyśmy ich od… zepsucia i zniszczenia? — zapytała, myśląc teraz o sytuacji w Klanie Wilka, a nie o Owocowym Lesie.
Słowa Ośnieżonego Kryształu zewnętrznie nie wywarły na nim mocnego wrażenia. Zachował spokojny wyraz twarzy, przez co kocica nie mogła odgadnąć jego uczuć.
— Droga znajomo — zaczął oficjalnie. — Owocowy Las to nie dzikusy, które składają koty w ofierze. Ich wiara z obserwacji reszty nie stanowi zagrożenia, a z czasem, jeżeli sytuacja polityczna w Klanie Burzy się poprawi i ustabilizuje, może Zawodząca Gwiazda lub zastępczyni Skrzydlata Płomykówka zadecydują o stopniowym nauczaniu Owocniaków. Nie, żeby pani klan działał z naszymi sojusznikami lub utrzymywał z nimi bardzo dobre stosunki, żeby się zamartwiać ich przyszłością i wiarą. To trochę pytanie wręcz... nie na miejscu, nie uważa pani?
— Cóż, przepraszam, Kurza Łapo, że mam w sobie odrobinę empatii… — odparła, odwracając od niego wzrok. — Uważam, że wszystkie klany powinny się o siebie nawzajem martwić i sobie pomagać. Nie rozumiem, dlaczego żyjemy tak podzieleni, skoro pod koniec dnia wszyscy i tak jesteśmy kotami. To chyba naturalne, że troszczę się o istoty takie same jak ja? Czy może według ciebie to dziwne, martwić się o kogoś, z kim relacja nie przynosi ci żadnych korzyści?
Srebrzysty rudzielec zmarszczył brwi. Poczuł się zaatakowany. Spiął mięśnie.
— Ośnieżony Krysztale, twoje wnioski zostały wyciągnięte zbyt pochopnie — zaczął ostrożnie, czując nagłą potrzebę wyjaśnienia swojego postępowania. — Martwię się o swoich sojuszników, lecz stosunki Klanu Wilka z Owocowym Lasem, nie owijajmy w bawełnę, nigdy nie były najlepsze.
Zmrużył oczy.
— Klan Burzy troszczy się o własnych, nieważne czy wyznają te same wartości. Dopóki mają nas, zagorzałych wierzycieli za przyjaciela, Gwiezdni przodkowie nie powinni ich karać za zwykłe, proste życie. Jak już mówiłem — przełknął nerwowo ślinę — Jeżeli zajdzie taka potrzeba i chęć z ich strony, mogą przyjąć naszą religię, ale nie muszą. Wtedy mogą wyznawać własną. I nie jest to nic złego, droga Wilczaczko — mówił spokojnie, powoli. Jakby uczył młode kocię podstaw życia i kociej filozofii.
Westchnął ciężko.
— Jak już zauważyłaś, ten temat nie jest lekki, a poruszenie go przy innych Owocniakach może wywołać pełno kontrowersji i plotek, a wtedy Klan Wilka by pławił się w złym świetle na międzyklanowej arenie politycznej oraz ogólnie jako społeczność. Niech pani zważa na słowa — ostrzegł ją, widocznie martwił się o kotkę pomimo różnicy zdań.
— Powinniśmy zatem zmienić temat. Albo...
Ściszył głos i pochylił się do kotki.
— Albo spotkajmy się po zgromadzeniu. Bez zbędnych oczu, uszu i nosów można do woli się wypowiadać.
Słodki szept młodzieńca pozostał w umyśle Wilczaczki, gdy ten odsunął się z promiennym uśmiechem.
Na pysk Wilczaczki wślizgnęło się zakłopotanie.
— Nie uważam, bym powinna zostać zaciągnięta na dno wraz z całym Klanem Wilka za to, że martwiłam się losem Owocowego Lasu. Czy to zachowanie, które naprawdę uchodzi wśród innych za karygodne? Nie wiedziałam, czy Klan Gwiazdy akceptuje fakt, że Owocniaki mają odmienną wiarę, ale skoro zapewniasz mnie, że Gwiezdni Przodkowie nie są im przeciwni, to jestem już uspokojona i nie będę więcej poruszać tego tematu — oznajmiła. — I nie musimy spotykać się poza zgromadzeniem. Dowiedziałam się już wszystkiego, na czym mi zależało.
Nie odezwał się od razu. Potrzebował chwilę na przeanalizowanie sytuacji, po czym skinął jej głową.
— W takim razie muszę pani opuścić. Niech Gwiezdni mają cię w swojej opiece.
Wtedy powoli odwrócił się do niej tyłem i znikał w tłumie.
— To do zobaczenia, Kurza Łapo — mruknęła do niego na pożegnanie.

<Ośnieżony Krysztale?>
[910 słów] 

[18%]

Od Kurzej Łapy

Czupryna rudzielca śmiesznie podskakiwała, kiedy stąpał dziarsko po zniszczonej trawie. Lekki, naturalny uśmiech przystrajał urokliwego młodzieńca, gdy ten wiódł dziwnie pustym wzrokiem po burzackich terytoriach. Przy jego boku szedł jeden z Wielkiej Trójki, Biały Strumień — nocny przewodnik. Dumny z osiągnięć ucznia, mimo to na razie postanowił zachować swoje uczucia dla siebie. Zapewne nie chciał zbytnio rozczulać otwarcie podopiecznego. Zwłaszcza w takim ważnym momencie.Musiał czuć się dobrze z wiadomością dzwoniącą mu w głowie: “Następnej nocy zabiorę cię do Przodków”. Syn zdrajczyni wreszcie rozpocznie swoją pierwszą rozmowę w świecie Gwiezdnych. W końcu przeprosi ich osobiście za szkody matki. Miał nadzieję, że wybaczą jego rodzinie.
Wkrótce mieli wejść do podziemi. Kurza Łapa zastanawiał się, czy nie jest za duży, w końcu sporo urósł w okresie uczniowskim. Przerastał teraz własnego mentora. Rysy młodzieńca stały się bardziej dojrzałe i szlachetniejsze. Mimo to, patrząc na drzewo biologiczne Klanu Burzy, partnerek musiałby najpewniej szukać w sojuszniczych klanach… lub nawet poza nimi. W każdym, razie nie spieszyło mu się do zostania ojcem. Miał sporo czasu i wcale nie musiał tworzyć rodziny. Nikt mu przecież nie będzie groził, aby ją zakładał w te pędy, racja?
Przyszły przewodnik tuż po albinosie wszedł w dosyć szeroki tunel. Było ciemno i mokro, lecz kocur już przywykł do takich warunków. Nigdy nie był w tym podziemnym labiryncie, dlatego zdawał się przede wszystkim na mentorze i próbował zapamiętać drogę powrotną.
Wreszcie znaleźli się w miejscu docelowym. Sadzawka lśniła nikłym blaskiem, a krystaliczna woda odbijała się na suficie. Ściany nosiły na sobie pradawne malunki, zapewne mówiły one o dawnych czasach i wydarzeniach. Kurza Łapa był pod wrażeniem. Chwilę mu zajęło oglądanie historycznych rysunków, aby zdać sobie sprawę, że nie po to tu przyszedł. Wrócił do Białego Strumienia. Mentor poinstruował go, co zrobić, aby się skontaktować z przodkami. Przyszły przewodnik kiwnął mu głową i posłusznie wykonał polecenie. Zaskoczyło go brak jakiegokolwiek stresu w sobie. I tak nigdy nie należał do kotów emocjonalnych i przesadnie empatycznych.
Nie wyczuwał w sadzawce magii lub duchowej aury, czym nie za bardzo się przejął. Nie poczuł też żadnego zawrotu głowy, jedynie uczuł lekkie zmęczenie.
Położył się przed sadzawką. Zamknął oczy i odpłynął w gwiezdny świat z tylko jedną myślą.
“Wkrótce przywita przodków.”

[363 słów]

[7%]

Od Kurzej Łapy CD. Białego Strumienia

Nagle albinos złapał trop, podnosząc uszy do góry, by lepiej zlokalizować zająca.— Czujesz? Słyszysz jego małe łapki? Jest nieopodal — wyszeptał.
Czekał w skupieniu na następne ruchy ucznia, będąc gotowym, by wraz z nim otoczyć ofiarę i pozwolić Kurzej Łapie zanurzyć w niej swoje kiełki. Kurza Łapa prędko pokiwał energicznie głową i wysunął pazury. Był gotów.

***

Cóż… polowanie nie poszło najlepiej. Nie, żeby Kurza Łapa się spodziewał pięciu zajęcy skaczących beztrosko przed jego pyskiem, lecz… nie złapał nawet skrawka futra. Przyszły przewodnik nie zdążył nawet zlokalizować chytrej zdobyczy, zanim ta przejrzała jego niecne zamiary i odskoczyła szybko w stronę nory. Ze spuszczoną głową wymamrotał pod nosem przeprosiny i zaproponował za to przeszukanie po zmroku obozu. Była to jakaś rekompensata.
Biały Strumień dotknął ogonem boku swojego zdołowanego ucznia. Posłał mu pełne wyrozumienia spojrzenie.
— Następnym razem będzie lepiej.
Kurza Łapa skinął słabo głową. Miał przynajmniej już jakieś doświadczenie.
Ruszyli więc do spalonego obozu w celu przeszukiwań. Biały Strumień bardziej stał z boku, obserwując poczynania swojego ucznia.
Wchodząc pod pień, przywitać miała go masa wspomnień za kociaka, a za to nadeszła… jego nikła pamięć. Zupełnie nic nie pamiętał! To tak, jakby w życiu Kurzej Łapy etap żłobka nawet nie istniał. Kojarzył tylko rude i białe futro matki oraz twarz Perłówki, choć dosyć niedokładnie. Po prostu wiedział, że coś tam było, ale nie umiał tego adekwatnie określić. Poza tym przypomniała mu się ostatnia poważna rozmowa z własną siostrą. Przy okazji pod koniec konwersacji zdołał wziąć i przynieść zioła dla medyczek. Wrócił do obozu ze znalezionym ogórecznikiem i burzą mózgu w głowie. “Głosowanie było sprawiedliwe”, powiedział wtedy. Czy naprawdę wierzył we własne słowa, czy może chciał tylko dodać sobie i siostrze fałszywej otuchy?
Zaglądając pod zużyte posłania, czuł się dziwnie. Nie powinien tego robić. Czemu myszkował w rzeczach zmarłych? Dlaczego właściwie zatrzymał kamienie należące do Dryfującego Fluorytu? — Nagle natchnęły go głębokie wyrzuty sumienia. Musiał je oddać.
Szybko zakończył przeszukiwania i zarządził powrót. Nie, żeby Biały Strumień miał coś przeciwko temu. W drodze powrotnej wyglądał, jakby chciał przyszłemu przewodnikowi coś wyjawić…

<Biały Strumieniu?>

[334 słowa]
[polowanie na zające]

[7% + 5%]

23 sierpnia 2026

Od Kurzej Łapy CD. Nieboskłonnej Łapy

Kurza Łapa przykucnął obok uczennicy Lotosowego Pąku i zaczął zajadać królika, raz po raz oblizując pysk.
— Uczysz się na przewodnika, prawda? — zaczęła mimowolnie.
Rudzielec nie sprawiał wrażenia zainteresowanego, zajmując się łapczywie skubaniem zająca, ale kotka kontynuowała:
— Jestem Nieboskłonna Łapa. Jak Cię zwą? — dodała po chwili, a jej jasne ślepia uważnie obserwowały kocura.
Czuł na sobie jej wzrok aż za dobrze. Oblizał się po raz ostatni, kończąc posiłek. Resztę zająca, której zostało sporo, łapą podsunął do przyszłego kronikarza, z którą akurat raczył siedzieć obok. Pozwolił sobie na moment ciszy, przyglądając się kotce. Urokliwy młodzieniec ze szlachetnymi rysami pyska przechylił główkę na bok. Miał piękne, zadbane, długie futro, które lśniło w blasku promieni słonecznych przedostających się przez niedoskonałości kamiennego sufitu. Długa grzywka opadała mu na prawe oko, z kolei w lewym nie można było rozróżnić koloru tęczówki od źrenic. Ślepia Kurzej Łapy sprawiały wrażenie tak głębokich, jak zimny ocean od strony Klanu Nocy. Ciekawym elementem były jego wygięte w śmieszny, słodki sposób uszy, wywinięte wręcz do tyłu w niby napięty łuk.
Przystojny uczeń nie odzywał się od paru sekund. Młoda kotka również nie raczyła wziąć ponownie głosu, zapewne zbyt uraczona jego... osobistym wdziękiem, jeśli jakikolwiek posiadał, oprócz wyglądu zewnętrznego. Emanował przytłaczającą tajemniczością, jakiej Nieboskłonna Łapa jeszcze nie zdążyła doświadczyć w tym jakże krótkim życiu.
— Moje imię brzmi Kurza Łapa — wymamrotał po tak długiej ciszy, po czym uciekł wzrokiem w bok. — Twoja jedna z sióstr szkoli się u boku Śniącego Obserwatora. Aspiruje na bycie kolejnym przewodnikiem...
Wstał bez trudu z kamiennych płyt. Wysoki srebrzysty rudzielec patrzył przed siebie, mówiąc:
— Ty szkolisz się na kronikarza... szkolisz się pod okiem Lotosowego Pąku.
Obrócił się do niej płynnie, wręcz hipnotyzująco.
— Pamiętaj, iż to jeden z dzieci Wielkiego Pawia. Darz go respektem.
Przez dłuższą chwilę obserwowała go w ciszy.
— Nie rozkazuj mi. Każdego będę szanować i dążyć respektem, jeśli będzie ku temu... Racjonalny powód.
Błękitnooka przerwała na chwilę, oglądając Kurzą Łapę od góry do dołu, podczas gdy mimika na jej pyszczku pozostawała kamienna.
— Czym jest ów Wielki Paw? — zapytała, owijając swój puchaty ogon wokół chudych łap.
Nieboskłonna Łapa nie sprawiła na nim dobrego wrażenia, mimo to jej agresja i paranoja nie miały żadnych szans w starciu z obsydianowym umysłem Kurzej Łapy. Jej słowa spełzły po nim niczym woda po kaczce; nie udało jej się uchwycić żadnej pożądanej emocji. To wciąż był smarkacz ledwie dorastający mu do pięt, w przenośni, jak i tutaj, na żywo.
— Ruszając z takim postanowieniem i humorkiem... daleko nie zajdziesz, Nieboskłonna Łapo — miauknął, kręcąc głową niczym zawiedziony rodzic. Poza tym czuł się trochę przybity faktem, iż podzielił się z nią dobrowolnie jedzeniem, którego w tych czasach brakowało, a ona... je odtrąciła. Może trzeba ją zagłodzić, pomyślał chłodno. Fluoryt najwyraźniej nie nauczyła ich żadnych manier. Będzie musiał z nią porozmawiać na temat tych trzech przybłęd, które zaczną ponownie siać tu zamęt.
A Kurza Łapa do tego nie dopuści.
Ten rudzielec, niestety ze zdrajczyni ciała stworzony, postanowił sobie jedno: w tym klanie, pod jego pieczęcią i bystrym umysłem zdolnym do wykrycia ziarn kłamstw i chaosu, nigdy więcej nie pozwoli kotom na zdradę własnych pobratymców i zamach na życie przywódcy, w dodatku swoich krewnych. Poprzysiągł sobie. Musiał mieć w takim razie obie, jeśli nie całą trójkę na oku. Kto wie, może Mroczna Puszcza powoli się odradza w żywych kotach.
Uniósł brwi, przyglądając się młodej duszy. Pytanie młodszej uczennicy nie wzbudziło w nim wielu uczuć. Wciąż na jego pysku pozostawał dziwnie odtrącający chłód. Nie chciał teraz się z nią przekomarzać czy też łapać ją za słowa. Powinna znać prawdę i wiedzieć do kogo odnosić się w końcu z szacunkiem.
Urokliwy młodzieniec usiadł przed nią i zaczął przyjemnym dla uszu głosem:
— Pewnego razu, za panowania Obserwującej Gwiazdy, na terenach Klanu Burzy pojawił się biały... paw. Stworzenie pełne wdzięku, w dodatku z unikatowym kolorem pióra od razu zwróciło na siebie uwagę patrolu, a w szczególności medyków oraz kronikarzy, w tym samą liderkę. Nie zabili pawia, lecz zaczęli się nim opiekować, próbując utrzymać przy życiu i dowiedzieć się o nim jak najwięcej, a nawet spróbować porozumieć, co niestety skończyło się jedynie na rozszyfrowaniu gestów i zachowania wielkiego ptaka. Klan Burzy traktował stworzenie jako dar zesłany przez Klan Gwiazdy, który potrafił leczyć choroby duszy. Czasem po poproszeniu pawia o dobre polowanie, łowy były obfite. Niestety, biały paw zakończył swój żywot już wiele księżyców temu, a w tym samym czasie narodziła się wielka trójka wyjątkowych kociąt składająca się z Lotosowego Pąku oraz Białego Strumienia, którzy teraz pełnią rolę kolejno kronikarza i przewodnika. Wśród części klanu panuje przekonanie, że rodzeństwo, odznaczające się charakterystycznym, białym umaszczeniem i niecodziennej barwy oczyma, nosi w sobie moc Klanu Gwiazdy przekazaną właśnie przez tego ptaka. Była jeszcze ich siostra, asystentka medyczki o imieniu Wełnista Mszyca. Podczas pożaru zagubiła się i najprawdopodobniej zmarła przez wycieńczenie.
Istota przymrużyła oczy.
— Hm... Dziękuję za opowiedzenie mi tej historii, Kurza Łapo. Przepraszam natomiast za odrzucenie podarowanego mi jadła, ale... Raczej nie dojadam resztek po innych, chyba że to ktoś wyjątkowo bliski.
Kurza Łapa tylko kulturalnie skinął łbem kotce, po czym wstał i wziął zająca. Bez chwili zastanowienia wręczył go swojej siostrze, Perłówkowej Łapie, która była akurat niedaleko. Wrócił do uczennicy migiem.
— Biały Strumień to mój mentor, a Lotosowy Pąk twój. Oboje mają w sobie moc Klanu Gwiazdy. Przy nich zważaj na swoje słowa — ostrzegł. — Niektórych nieszczęśników za okłamanie i próbę przekonania na złą stronę albinosów... później spotkała kara śmierci. Nie chciałabyś należeć do tego grona, czyż nie?
Sierść na karku kocicy mimowolnie lekko się podniosła, gdy kotka wbiła pazurki swoich łap w zbitą ziemię.
— Nie próbuj mi grozić, Kurza Łapo. — odparła ostrzegawczo. — Trzymaj się z dala od moich sióstr. Nie pozwolę, aby cokolwiek im się stało. — dodała po chwili, strzepując swoim puszystym, szylkretowym ogonem.
Kurza Łapa zdziwiony uniósł brwi do góry. Skąd to nagłe oburzenie? Patrzył na małą istotkę chaosu grożącą jemu, uczniowi jednego z albinosów. Westchnął ciężko.
— Oprócz swoich sióstr to nikogo nie znasz, tak? — zaczął miękko, niczym matka do dziecka. Zrobił jeden krok do przodu. — Ścisz tony, Nieboskłonna Łapo. To jest zwykłe nieporozumienie — wyjaśnił spokojnie urokliwy młodzieniec, wyraźnie znudzony czy też zmęczony tym wybuchowym, emocjonalnym charakterem młodego przyszłego kronikarza. Nie miał wprawy z takimi charakterami. Nikt z jego grona nie był aż tak niestabilny, jak ta kotka. Przy niej musieli pewnie chodzić na wąsach.
— Nieboskłonna Łapo, przepraszam, że tak to odebrałaś. Nikomu nie grożę, a ty... powinnaś zacząć myśleć nad tym, co zaraz powiesz. Twoja lekkomyślność może sprowadzić na ciebie wiele nieszczęść — mówił delikatnie, nie chcąc sprowadzić na sobie większego gniewu paranoicznego dziecka. — Poza tym...
Szybko zmienił temat i wskazał na wyjście z piwnicy.
— Jako przeprosiny... mogę cię nauczyć, jak się poluje na zające w nocy. Lub zaprosić na przechadzkę w nocy. Nie jestem przyzwyczajony do trybu takiego jak reszta. Ty też zapewne będziesz trenować w nocy na zewnątrz. To znaczy, że będziemy się szkolić o podobnych porach — zauważył i słodko się uśmiechnął, jak to na jego przystało. Chcąc nie chcąc, pomimo wieku i powagi Kurza Łapa często jest uznawany za słodziaka lub... cokolwiek można uznać za "istotę". Rzadko kiedy widziany jako coś pomiędzy.
— Proszę, nie gniewaj się — dodał ciszej, nie odrywając z niej wzroku.

<Nieboskłonna Łapo, nie wierzę, że akurat ty zostałaś wybrana na kronikarza… aż mi szkoda twojego mentora, wiesz?>

[1173 słowa]

[23%]

09 sierpnia 2026

Od Kurzej Łapy CD. Białego Strumienia

Los chciał, aby mały uciekinier został uczniem albinosa, którego miał prawo poznać wcześniej na… dość nielegalnej wędrówce. Żadnej myśli za tymi oczami nie było, gdy Królicza Gwiazda kazał mu wystąpić. Świadomość powagi tej sytuacji jeszcze nie sięgała umysłu młodzika. Nie zdołał jej w pełni ukształtować.
Na “groźbę” swojego mentora tylko skinął głową. Niepewnie usiadł koło niego. Patrzył, jak jego siostra dostaje zwykłe życie. Kurzą Łapę jednak nie za bardzo obchodziła różnica między tym a tym. Raczej zamartwiał się, gdzie będzie spał.
Nie zdawał sobie wtedy sprawy, co teraz na niego czekało.

***

Podczas ostatniego zgromadzenia…

Odchodząc od Firmamentowej Łapy, srebrzysty rudzielec natknął się na własnego mentora. W szacunku skinął mu łbem na powitanie i przybliżył.
— Dobry wieczór, Biały Strumieniu! — miauknął, a lekki uśmiech wkradł się na jego wiecznie chłodny pyszczek.
Przewodnik wiele dla niego znaczył.
Obrzucił ucznia spojrzeniem czerwonych oczu. Poruszył wąsami, pusząc nieco sierść.
— Dobry wieczór — odpowiedział łagodnie. — Jak Ci się podoba zgromadzenie klanów?
Zamyślił się.
— Nooo... dobrze. Chociaż nasi sojusznicy są trochę niekompetentni. Ostatnio jedna z Klifiaczek chciała mnie nabrać na przyniesienie jej zwierzyny. Powinni zainwestować w lepszych mentorów, takich jak ty!
Przewodnik westchnął, gdy słuchał, jak uczeń obgadywał z nim mieszkańców Klanu Klifu.
Słysząc komplement, poruszył ogonem i uniósł brew.
— Nie przymilaj mi się tak, nie ominie Cię sprzątanie wejść do tuneli — odpowiedział. — Może nie masz szczęścia do poznawania nowych kotów?
Prychnął na słowa Białego Strumienia.
— Albo to koty są pechowe.
Przewrócił oczyma na słowa mentora.
— No i... seeerio znowu muszę? — wymamrotał, patrząc na niego swoją tajną techniką, którą wypracował na przestrzeni księżyców; zwana też "słodkimi oczkami". — Za każdym razem jak sprzątam te wejścia... mam wrażenie, że coś mnie obserwuje…
— Być może. Mało rozmawiam z Klifiakami.
Przewrócił oczami na wypowiedź rudego.
— A Ty znowu o tym... — westchnął. — Sprawdzaliśmy je tyle razy... na nic nie wpadliśmy, pamiętasz?
Młodszy zmarszczył brwi.
— Naprawdę tam coś jest. Niby jakim sposobem Lotosowy Pąk mógł zostać ugryziony przez szczura? — ściszył głos. — Przecież był śnieg... pożar…
Starszy uniósł brwi.
— Może kilka skryło się w tunelach. Jeśli chcesz, spróbuj je wyłapać. Przewodnicy nie trenują polowań, ale życzę powodzenia — odparł. — Akurat skontrolujesz wejścia.
Zmroziło go na wypowiedź mentora.
— Ale…!
— Im więcej ich sprzątniesz, tym sprawniej będzie Ci to szło — odpowiedział. — Po mianowaniu jeszcze mi podziękujesz.
Gapił się na niego pustym okiem. Czy on nie zdawał sobie sprawy, ile ich tam mogło być? Zwłaszcza że do tej pory tak głęboko nie wchodził do tuneli. Ostatnim razem dalej zapuścił się, biorąc ze sobą nieświadomego zagrożenia Milknącą Łapę... Co on sobie właściwie wyobrażał? Nic tam nie było, a mimo to...
— Dobra. Jeszcze ci przyniosę ich zęby jako trofeum! — powiedział odważnie, przyjmując to wyzwanie.
Albinos się skrzywił.
— Zęby? — powtórzył sceptycznie. — Nie lepsze będą ogony?
— Ogony szybko się zepsują.
Biały Strumień zrobił chwilę przerwy, patrząc na ucznia.
Kurza Łapa wiedział, iż jego mentor nie był wcale taki głupi. Po prostu nie mieli jasnych dowodów wskazujących na faktyczne istnienie populacji szczurów w tunelach.
— Aha — zaczął biały kocur ponownie. — Tylko nie daj się ugryźć jak Lotos. Ponoć piekielnie boli i lubi wdać się zakażenie.
Po odpowiedzeniu uczniowi, wstał, by powoli odejść ku reszcie Klanu Burzy.
Srebrny rudzielec niczym cień podążył wiernie za albinosem. Nie, żeby to było zadziwiające. Od ich pierwszego spotkania tak się złożyło, że Kurza Łapa został wyciągnięciem łap nocnych tego, który nie mógł wyjść za dnia.

***

Ranek; kilka godzin po zgromadzeniu…

Cudowny dzień, aby wybrać się na szukanie skarbów wraz z ciotką, Ostatnim Pożarem. Tak naprawdę oboje się do siebie nie odzywali i tylko szli w małym odstępie, zmierzając w tym samym celu do legowiska wojowników w spalonym obozie. Grzebiąc, szukali nawet pod posłaniami. Nie byli aż tacy źli w myszkowaniu, ale ruda kocica tym razem nie umiała niczego znaleźć. Kurza Łapa również nie znalazł ważnych przedmiotów w legowisku wojowników.
Postanowił zrobić sobie przerwę. Usiadł w spalonym obozie i obserwował pływające po niebie i nurkujące w chmurach ptaki. Po bezczynnym leżakowaniu postanowił wspomóc niestabilną emocjonalnie krewną w dalszych poszukiwaniach.
Podczas dalszego szukania, Kurza Łapa pod stertą przypalonego mchu znalazł dwa... Gładkie, szare z charakterystycznymi, jasnymi paseczkami, płaskie kamyczki! Ciekawe do kogo należały? Po zapytaniu Ostatniego Pożaru ciotka odpowiedziała, że być może znalazł przedmioty bliskie sercu Dryfującego Fluorytu.
Postanowił zatrzymać te piękne drobiazgi. Kto wie, może się jeszcze przydadzą w niedalekiej przyszłości? Skoro Fluoryt tu nie zaglądała, być może jej nie zależało na nich aż tak bardzo. Może później jej odda. Wziął je w zawiniątko niezbyt elegancko, po czym ruszył w stronę Groty Pamięci.
Wchodząc do piwnicy, zobaczył stojącego w centrum albinosa. Uczeń najpierw schował kamyczki pod swoim posłaniem, po czym ruszył do przewodnika. Czy oczekiwał rudzielca?
— Dzień dobry, Biały Strumieniu — przywitał się kulturalnie i skinął mu głową. — Czy jest coś ważnego do zrobienia? — zapytał młodzieniec.
Nagle coś mu wpadło do głowy.
— Czy za niedługo będę mianowany? — zadał kolejne pytanie, a jego ciemne oczy zalśniły. Naprawdę chciałby już przestać spać w tym syfie, jak to się określało inaczej “legowiskiem uczniów”.
Miał nadzieję, że Białemu Strumieniowi nie chodziło o polowanie na szczury.

<Mentorze?>
[Event w Klanie Burzy: przeszukiwanie starego obozu]

31 lipca 2026

Od Kurzej Łapy CD. Łzawej Łapy

Przez krótką chwilę Łzawa Łapa wpatrywała się w brudną ściółkę, po czym ponownie zwróciła pysk ku Kurzej Łapie.
— Ale skoro już tu jesteśmy... — zaczęła niby od niechcenia, a jej głos stał się odrobinę cichszy. — Co właściwie o nim sądzisz? O Milknącej Łapie.
Na jej pysku wciąż gościł uprzejmy uśmiech, choć w błękitnych oczach pojawiło się coś znacznie bardziej uważnego.
— Według mnie bywa strasznie irytujący — westchnęła teatralnie, po czym lekko przewróciła oczami. — Wiem, wiem... to mój brat i pewnie nie powinnam tak mówić, ale chwilami naprawdę nie da się z nim wytrzymać. Wszystkim się przejmuje, ciągle się waha, a kiedy tylko pojawia się coś nowego, od razu wygląda tak, jakby miał zaraz uciec.
Urwała na moment, pozwalając, by pomiędzy nimi zapadła krótka cisza.
— Taki już jest... trochę tchórzliwy.
Słowa opuściły jej pysk miękko, niemal ze współczuciem, jakby nie próbowała go oczerniać, lecz jedynie podzielić się czymś, co od dawna ją martwiło.
Spojrzała przelotnie w stronę wejścia do legowiska, a kiedy ponownie odwróciła się ku rozmówcy, na jej pysku pojawił się cień złośliwego rozbawienia.
— Czasami odnoszę wrażenie, że wciąż zachowuje się jak kociak, chociaż wszyscy mówią do niego "uczniu". Naprawdę zastanawiam się, czy był gotowy na mianowanie.
Po chwili jednak wzruszyła lekko barkami, jakby właśnie powiedziała coś zupełnie nieistotnego.
— Ty natomiast wydajesz się zupełnie inny. Ledwie zamieniliśmy kilka zdań, a już sprawiasz wrażenie znacznie bardziej pewnego siebie i... szczerze mówiąc... o wiele lepiej wychowanego!
Uśmiechnęła się do niego ciepło, pozostawiając komplement zawieszony pomiędzy nimi.
Kurza Łapa mimowolnie spiął mięśnie na pierwsze pytanie uczennicy. Ciało przyszłego przewodnika w pierwszych chwilach widocznie wyrażało dyskomfort, choć na twarzy rudzielca pozostał wykalkulowany chłód, jak na niego przystało. Kurza Łapa tę zmianę w jej błękitnych oczach spostrzegł. Zmrużył oczy, zaintrygowany nowo poznaną istotą.
Trudno było dojrzeć na pysku młodzieńca jakikolwiek zarys silnych emocji. Kobaltowe, zmrużone oczy wierciły swoim przeszywającym spojrzeniem dziurę w uczennicy Wdzięcznej Firletki. Nie otworzył od razu pyska. Pozwolił Łzawej Łapie skończyć swoją kwestię do powiedzenia, zanim przyszła kolej na jego słowa. Nieśmiało skinął szybko głową na komplement, nie umiejąc skryć swojego słodkiego zawstydzenia. Zamrugał i spojrzał w bok, analizując dźwięki kotki pozostawione w jego myślach.
— Ty... też jesteś pewna siebie — próbował odwzajemnić jakkolwiek komplement, ponieważ czuł, iż wypadało. — Nadawałabyś się naprawdę na wojowniczkę.
Wcześniejsze słowa kotki pozostawiały w nim jakiś posmak obawy przed synem Zawodzącej Gwiazdy. Nie mógł się w rzeczywistości o nim wypowiedzieć... nie znał Milknącej Łapy.
Mimo to tony przyszłej medyczki wydawały się przyjemne, tak kuszące do spełnienia. Przecież był jeszcze pustym naczyniem do zapełnienia. Zwykłym stawem bez wody, czekający na nawodnienie. Jeżeli miałby wyrazić się o tym kocie, określiłby go tak, jak słyszał od innych.
— Milknąca Łapa... tchórz... irytujący... — wymamrotał, grzebiąc łapką po czarnym piachu. Starał się pozbierać myśli, ale za każdym razem wracał do komplementu Łzawej Łapy. Tak naprawdę pierwszy raz ktokolwiek powiedział o nim coś pięknego bez takiej potrzeby. Nic teraz nie osiągnął, nikogo nie zbawił, a jednak ta o to stojąca przed nim kotka określiła go czymś, o co nigdy nie walczył.
— Ja... — zaczął cicho i ostrożnie, jakby rozmawiał nie z córką samego przywódcy, lecz z damą rozdającą karty. Osobą, której właściwie nie znał i musiał zachować czujność za wszelką cenę. Tylko przed czym? Przecież to była uczennica medyczki. Odepchnął na bok myśli niepewności. Nie mógł pozwolić, aby Łzawa Łapa zawiodła się na nim. Przecież określiła go pewnym siebie. Nie mógłby tak po prostu jej stracić. Okazałby się... fałszywy i niewychowany.
Anielska postać granatowookiego zdawała się kontrastować z obecnym otoczeniem. Od pewnego czasu było ponuro i za cicho. To tak, jakby pogoda i sytuacja Burzaków zwiastowała ciszę przed burzą. Czyhające zagrożenie po chwilowym odpoczynku. Sprawiedliwego fałszu po słodkiej, złudnej prawdzie. "Fałszywe poczucie bezpieczeństwa, tsk!", pomyślał Kurza Łapa z obrzydzeniem.
Zapomniał, co dokładnie chciał powiedzieć. Stał tak z otwartym pyszczkiem i nerwowo spoglądał na obserwatorkę. Musiał improwizować. Nie wiedział dokładnie czemu, ale wszystko podpowiadało mu... zgodzenie się z nią.
Powoli kiwnął jej głową.
— Tak, Milknąca Łapa stara się, ale nie za dobrze mu to wychodzi. Może powinien jeszcze zostać w żłobku... lub zostać odesłany do Owocowego Lasu z powrotem. Może wcale nie zamierzał do nas iść...
Podświadomie wierzył, że wtedy Łzawa Łapa go czymś wynagrodzi. Wymusił się na krótki, słodki uśmiech, zanim powrócił do lodowatego wyrazu. Nawet jeśli nie wyglądał na emocjonalnego, wszystkie uczucia buzowały w umyśle bądź w innych częściach ciała. Trudno było rozgryźć nadto spokojnego ucznia, ale może Łzawa Łapa będzie kluczem do jego zamkniętego dotąd dla reszty pobratymców świata?
Mówiąc do uczennicy Wdzięcznej Firletki, srebrzysty kocurek chciał coś dodać od siebie. Sądził, że taka nagła zmiana zamieszkania mogła być faktycznie trudna... ale czy to faktycznie się sprawdzało, patrząc na przyszłą medyczkę? Koteczka pławiła się w ich wysokich trawach. Kurza Łapa zgadywał, że pewnie też się obraca w niezłym, plotkarskim towarzystwie. Nie zdziwiłby się raczej, gdyby zwróciła uwagę Śpiewającego Raniuszka. Opinii może głębszych nie posiadał do tej pory, ale faktycznie widział, co się działo wokół niego. To dawało mu przewagę. Miał zawsze coś pod łapą i w razie niepewności mógł sięgać po słowa innych wojowników, które mu zapadły w głowie i nie chciały dotąd wyjść. Może oczekiwały, aż nadejdzie moment, gdy uczeń przewodnika je właściwie wykorzysta w świecie śmiertelników.
Słysząc, że uczeń przyznał jej rację, Łzawa Łapa nie była w stanie powstrzymać szerokiego uśmiechu, który niemal natychmiast rozjaśnił jej pysk. W błękitnych oczach uczennicy pojawił się charakterystyczny błysk zadowolenia.
— Cieszę się, że podzielasz moje zdanie — miauknęła miękko, a jej ogon lekko poruszył się z zadowoleniem. — Czasami naprawdę trudno znaleźć koty, z którymi można szczerze porozmawiać. Większość tylko kiwa głową albo udaje, że wszystko jest w porządku, nawet kiedy doskonale wiedzą, że coś im nie pasuje.
Przez kilka uderzeń serca przyglądała się Kurzej Łapie, zanim jej spojrzenie ponownie powędrowało ku posłaniu.
— A tak właściwie... — zaczęła po chwili. — Z kim zwykle spędzasz czas?
Przechyliła lekko głowę, a na jej pysku wciąż utrzymywał się łagodny uśmiech.
— Wiesz, tak poza Perłówkową Łapą.
Kurza Łapa patrzył na nią zmieszany. Wsłuchiwał się w jej miękki głos, który zdawał się go przybijać z każdym nowym słowem, choć starał się to wybitnie ukrywać na zewnątrz. Nie był wtedy pewny czy całkowicie się zgadzał z tym, co powiedział. Jako odpowiedź nieco się tajemniczo uśmiechnął.
Uciekł kobaltowymi, pustymi oczami. Łzawa Łapa wydawała się intrygująca. Mimowolnie zaczął się cieszyć, iż ją zadowolił. Ten szeroki uśmiech i błysk w oku coś w nim pozostawił. Nie wiedział tylko, gdzie go zaprowadzą te słowa zgody z przyszłą medyczką. Nie był pewien czy...
Zostały wybity z myśli przez Łzawą Łapę. Rozchylił usta i spojrzał na nią, widocznie zaskoczony. Chwilę mu zajęło zaznajomienie się z pytaniem. Przełknął ślinę i zmrużył oczy. Kiedy srebrny rudzielec zbierał myśli, przez ten czas panowała między nimi cisza. Wzrok Kurzej Łapy opadł na dół. Cisza... nie była ona... nieprzyjemna, przynajmniej dla Kurzej Łapy. Czuł się wtedy całkowicie wysłuchany i niezignorowany jak w dzieciństwie, zanim zyskał gram świadomości. Łzawa Łapa na niego czekała. Doceniał to.
— Ja... Hm. Śniący Obserwator i Biały Strumień wzięli mnie pod swoje skrzydło, a z drugim miałem już w dzieciństwie interakcję i nocną wyprawę. Moja rodzina mnie wspiera — zaczął, mówiąc jak o dawno znanych faktach, a nie nowym odkryciu. Uniósł kobaltowe, przeszywające oczy powoli, uważnie przyglądając się uczennicy spod wachlarza gęstych rzęs. — Dotąd nie miałem potrzeby szukania więcej. Wystarczało mi to, co życie mi dało naturalnie. Nie z przymusu — miauknął bez zawahania. Czując się pewniej, słodki uczeń przewodnika usiadł przed nią i również przechylił główkę w tą samą stronę, co ona. Czerwona czupryna zasłaniała prawe oko Kurzej Łapy, który nie odrywał od niej wzroku. Pragnął poznać jej reakcję na jego słowa.
— ...Ale czasem warto poszerzać horyzonty. I dobrze poznawać koty takie jak ty, Łzawa Łapo. Pewne siebie.
— Ach... — miauknęła cicho, a jej uszy drgnęły z wyraźnym zadowoleniem. — W takim razie bardzo się cieszę, że mogłam zostać twoją pierwszą prawdziwą koleżanką. Hihi.
Na jej pysku ponownie rozkwitł łagodny, serdeczny uśmiech. Cicho westchnęła, a napięcie, którego nawet wcześniej nie była świadoma, powoli opuściło jej barki.
Kurza Łapa wyprostował się i odwzajemnił słabiej chwilowy uśmiech. Skinął jej głową, potwierdzając słowa pierwszej prawdziwej koleżanki. Kątem oka zauważył zmianę w jej pozie, ale nie umiał tego zinterpretować.
— Więc... co teraz, Łzawa Łapo? — miauknął i uniósł jedną brew. — Czy ty masz innych przyjaciół? — zapytał miękko.
Oplótł łapy swoim płomiennym, futrzastym biczem i nie spuszczał z niej wzroku. Nie wiedział jak podtrzymać rozmowę z uczennicą medyczki. Właściwie... czy ona właśnie przyszła tu na pogawędkę?
— Mhm! — miauknęła z entuzjazmem, energicznie kiwając głową. — Całkiem sporo! Część z nich pewnie kojarzysz stąd, ale druga mieszka w zupełnie innym miejscu. W Owocowym Lesie! Hah... a skoro już o tym mowa. Wiedziałeś, że należę do miotu sojuszniczego?
Rozchylił usta w zaskoczeniu. Tak naprawdę nigdy się nie zastanawiał nad pochodzeniem rówieśników poza tym, że byli z Owocowego Lasu... po prostu pewnego dnia przyszli do żłobka, a Kurczątko nie miał okazji za bardzo się z nimi bawić i kwestionować Burzackiej krwi.
— Aha... Musiało to być super doświadczenie... — wymamrotał pod nosem, wyraźnie zaintrygowany. — Czyli Zawodząca Gwiazda miał dzieci z jedną z kotek naszych sojuszników za drogą grzmotu? — zgadł. Musiał w takim razie odwiedzić kiedyś to miejsce.
Ziewnęła krótko, po czym skinęła głową.
— Coś w tym guście — parsknęła śmiechem. — A ty jesteś synem Ostatniego Pożaru, co nie?
Kocur nie zareagował od razu.
Chciał najpierw rzec, iż Ostatni Pożar to była tylko jego niby ciotka, ale...
Przełknął ślinę.
— No... — wymamrotał ze słabym uśmiechem. — Nie ma takiej dużej różnicy między nami, prawda? — dodał pewniej Kurza Łapa.
Drgnęła lekko, przez moment lustrując wzrokiem kolegę, jak gdyby chciała w jego futrze wypatrzeć wszelkie różnice między nim a ognisto-rudą wojowniczką.
— No, powiedziałabym, że jesteście do siebie naprawdę podobni. Tylko uszy są nieco inne... — uśmiechnęła się, po czym ziewnęła krótko.
Uciekł wzrokiem w bok.
— Nooo... — wymamrotał. — Może mój tata takie miał... — dodał zakłopotany.
Czemu właściwie ją okłamał? Przecież kochał swoją mamę. Musiał! W końcu to była jego mama. Bez niej nie byłoby Kurczątka i Perłówki.
Lecz wtem odezwały się głosy przeszłości, cytujące Rudzikowe Skrzydełko bez ani grama litości mówiąca do nieświadomego malca, jakim to głupcem był. Odkąd znalazł czas na zbieranie wiedzy i świadomości o otaczającym go świecie, zdał sobie sprawę, że Rudzik od początku z niego szydziła. Czy naprawdę nie miał... potencjału?
Może ciotka by go bardziej zrozumiała niż własna matka.
Niby-ciotka.
— Eh, już trochę długo tu siedzimy, co? — mruknęła.
Spojrzała po raz kolejny na posłanie.
— Firletka miała mnie pouczyć o ziołach i te sprawy... — miauknęła, spoglądając błagalnie na kolegę. — Mógłbyś to za mnie dokończyć? Błaaagaaam...!
Widząc, jak koleżanka zmieniła temat, próbując zapomnieć o wstydliwej przeszłości, postanowił dostosować się do jej pytania. A raczej... błagania? Kurza Łapa zmarszczył brwi, patrząc to na posłanie z obrzydzeniem, to na Łzawą Łapę zmieszany.
— ...Wiesz co, może lepiej byłoby wyrzucić tę papkę... czegoś. Nie znam żadnego kota, który w tym by chciał zamieszkać. No, chyba że twój brat by nie zauważył, gdzie sadza swój zadek — zachichotał, drwiąc pewnie o Zewie.
Nie odpowiedział konkretnie na pytanie, ponieważ sam nie chciał do tego posłania przykładać łapy. Czułby się tak brudny, że przez cały dzień siedziałby w lodowatej wodzie.
Nagle światło oświecenia sprowadzone z samego Klanu Gwiazdy uderzyło w jego głowę przez dziury w legowisku uczniów, drążąc w Kurzej Łapie niewidzialną dziurę prowadzącą do miejsca przechowującego wiedzę i pamięć.
Stamtąd wziął się też ten nikczemny pomysł. Uznał, że Łzawa Łapa na pewno go za to pochwali.
— Hmm... a może by tak... Milknąca Łapa powinien zaraz przyjść.
I zaczął błagać wszechstronnych gwiezdnych, aby ich bezcenna wiedza jego następne myśli skierowała do głowy uczennicy medyczki bez potrzeby wymawiania następnych słów.
Przez kilka uderzeń serca milczała. Ogon drgnął jej niespokojnie, a uszy lekko przywarły do głowy.
— Och... Czy ja właśnie spotkałam swoją bratnią duszę? — miauknęła z błyskiem w oczach.
Zaskoczony pozytywną odpowiedzią otworzył buzię, po czym ją zamknął.
Łzawa Łapa właśnie go pochwaliła? Określiła... "bratnią duszą". Kurza Łapa, choć na zewnątrz wydawał się opanowany, w środku nie umiał zapanować nad myślami.
— Hihi...! Naprawdę chcesz to zrobić?
Kiwnął pewnie głową do uczennicy z lekkim uśmiechem.

***

Po pożarze…

Srebrzysty kocurek wycofał się ze społeczności. Rzadziej spędzał swój cenny czas na powierzchni, poświęcając się intensywnym, surowym treningom pod okiem samego z Wielkiej Trójki albinosa. Biały przewodnik zaraził go swoją oschłością, robiąc z niego swoją małą, rudą kopię. Młodzik rzadko kiedy zmierzał do tuneli bez mentora. Nawet Śniący Obserwator ostatnio przestawał ćwiczyć z Kurczakiem. Kocurek pewnego razu jasno się wyraził, iż chciał tylko jednego mentora – owego albinosa.
Odkąd tereny Klanu Burzy się spaliły, Kurza Łapa wydawał się zagubiony. Po rozmowie z ciotką jego wzrok stawał się w pewnych momentach nieobecny, jakby nie żył w tej rzeczywistości; jakby nie należał do tej wersji zdarzeń. Specjalnie omijał legowisko minarów szerokim łukiem, częściej zaglądając do medyczek; a właściwie to tylko do uczennicy Wdzięcznej Firletki. Czasem też go widziano z siostrą lub resztą kuzynów.
Po odbytym treningu z albinosem postanowił, iż pójdzie znów na szukanie ziół w starym obozie. Chciał zacząć znowu od wieży, ale wchodząc do spalonego domu, spojrzał od razu na legowisko wojowników. Przełknął głośno ślinę i podreptał w stronę spalonego i popsutego miejsca. Kurza Łapa, przeszukując ponownie legowisko wojowników, nie znalazł nic wartego uwagi. Zasmucony wrócił do obozu z pustymi łapami. Przez śnieg i pożar głodowali.
Obecnie siedział w centrum. Przyzwyczaił się do mroku panującego w tych zimnych komnatach. Kobaltowe oczy się przymykały co jakiś czas, zapewne był zmęczony.
— Hej! Kurza Łapo! — zawołała uśmiechnięta Łzawa Łapa, podchodząc do ucznia. — Jak tam? Co u ciebie?
Słysząc znajomy głos, poderwał się i zlustrował kotkę wyjątkowo miękkim wzrokiem. Zatrzepotał rzęsami zaskoczony. Przez chwilę trwała między nimi cisza, zanim kocur pokręcił szybko głową i odchrząknął.
— Ja... dzień dobry, Łzawa Łapo — zaczął nazbyt oficjalnie i skinął głową uczennicy. — A w sumie to dobrze. Za niedługo będę mógł zapewne przystąpić do tego całego sprawdzania, czy mogę zostać przewodnikiem. Poza tym księżyc temu jakaś Klifiaczka chciała mnie nabrać na wspólne łowienie zwierzyny. Oczywiście sojuszniczka nie wykazała się zbytnią, zaskakującą inteligencją. Być może Klan Klifu powinien zainwestować w lepszych nauczycieli wiedzy o kocim społeczeństwie...
Kurza Łapa, jeśli mu się było dobrze przyjrzeć, nabrał dużo muskułów. W kobaltowych oczach o dziwo można było zauważyć doświadczenie i pewność siebie, której wcześniej brakowało srebrzystemu przy ich pierwszym spotkaniu.
— A u ciebie? Wdzięczna Firletka wciąż ci każe czyścić te piękne legowiska uczniów? — zażartował ładny uczeń. — A może dzięki temu szybciej zostaniesz medyczką od Milknącej Łapy? — dodał z uśmieszkiem, mrużąc przy tym wielkie oczy. — Jemu raczej się nie spieszy... ostatnim razem jak go zabrałem do tuneli to o mało, co się nie zabił. Gdyby Zawodząca Gwiazda to usłyszał, nie byłby pewnie zadowolony z postępów syna.

<Łzawa Łapo?>

[Event Klanu Burzy: Przeszukiwanie starego obozu]

16 lipca 2026

Od Kurzej Łapy do Oskrzydlonego Ognika

Przeszłość

Kurczątko siedział w tamtym momencie w drugim kącie żłobka, grzejąc się w promieniach słońca przed wejściem z pnia. Wyglądał na melancholijnego, choć żył zaledwie dwa lub trzy księżyce. Stara dusza zaklęta w młodym ciele. Zamknął oczy i zaczął odpływać w objęcia gwiezdnych, lecz na śmierć to nie była ta pora.
Po pewnym upływie czasu obudził się, usiadł i zamrugał. Wtedy zobaczył w kącie jakąś sylwetkę. Przechylił pytająco główkę na bok. Kobaltowe oczy malca przeszywały drugą istotę w żłobku. Jak się później okazało, był to jakiś… Bursztyn. Ciekawe.
W wejściu następnego dnia znalazła się wielka, potężna bestia.
— Przyniosłem prezenty — ogłosił, gdy pojawił się już w środku. — Mam tu kilka szyszek, kości i morderczych wrogich piór, które czekają na wymiar sprawiedliwości — zamruczał z werwą, kładąc swoje "podarki" na ziemi.
Ciekawski Kurczątko wyślizgnął się z objęć zmęczonej matki niczym wąż, gotowy ocenić zwierzynę swym bystrym okiem. Zaskoczyła go obecność ciemnej, rudej osoby – któż to był? Gapił się na Ognik wielkimi gałami i lekko otwartym pyszczkiem. Z wrażenia aż usiadł na swym chudym dupsku, widząc, że nie miał do czynienia ze zwykłym kociskiem, ale z drugą kamienną wieżą w Klanie Burzy!
— Woooow... — wyrwał mu się dźwięk z pyszczka, zanim go szturchnęła łokciem Perłówka. Posłał jej zaskoczone spojrzenie. Kotka wskazała mu łapą na "podarki", które im raczył przywieźć wasal. Król nie powinien odmawiać, ale...
Rozejrzał się niepewnie po żłobku. Czyżby zapomniał, o czym ten cały teatrzyk był? Może stchórzył przed światłem wielkiej sceny, choć był niczym więcej niż tylko kukłą?
Natomiast Perłówka nie zwlekała i wykorzystała nieuwagę kocura, aby zabrać wszystkie świecące się drobiazgi dla siebie. Co za sroka z niej!
— Perłówko, jeśli zabierzesz wszystko dla siebie, to bratu będzie przykro — zauważył Ognik, przenosząc wzrok z widocznie niezdecydowanego Kurczątka na kremową kotkę. — Chyba że zabawki niezbyt ci się podobają? — zapytał, wracając swoją uwagą na kocurka.
Kurczątko nieśmiało na niego spojrzał. Nie odpowiedział na pytanie, wręcz je zignorował, wracając tępym spojrzeniem do zabawek. Chwila minęła, zanim malec zaczął zabierać siostrze przedmioty. Perłówka w odpowiedzi zaczęła się z nim szamotać o podarki wujka.
Zaskoczyła go kolejnego poranka kotka zwana Śpiewającym Raniuszkiem.
— Dzień dobry~! — zaświergotała i weszła do świata królowych, witając się cicho z lekkim uśmiechem na pysku.
Kurczątko na nowy dźwięk odwrócił się błyskawicznie w stronę wyjścia ze żłobka. Wychylił nieśmiało łebek znad posłania śpiącej Rudzik. Kobaltowe – i wręcz tak głębokie, że aż czarne – ślepia uważnie śledziły każdy ruch nieznajomej. Kotka mogła zobaczyć tylko ciekawskie oczy malca i tą jego charakterystyczną, czerwoną czuprynę, po której został nazwany.
— O, widzę. Kogo my tu mamy? — rzekła, zanim zauważyła malucha.
Rozejrzała się w koło, nim trafiła na rudzielca.
— Cześć! Przyszłam w odwiedziny i by się dowiedzieć, czy czegoś nie potrzebujecie — wyjaśniła lekko.
Przynajmniej nie musiał się nudzić i wymykać ponownie z objęć matczynych w poszukiwaniu sensu życia. Sami chcieli przychodzić na występ rudej kukły dyrygowanej przez nieznane siły natury.

***

Rudzielec postanowił wczesnym rankiem wyjść z Groty Pamięci w celu myszkowania w starym obozie. Po triumfalnym powrocie z poprzedniej ekspedycji Kurza Łapa postanowił, że tym razem zwiedzi świat Wdzięcznej Firletki i Łzawej Łapy. Może tam znajdzie więcej niż przypuszczał.
Nagle jego uwagę przykuło legowisko wojowników. W dzieciństwie zostanie wojownikiem, średnio go interesowało, a nawet gorzej; nie zdawał sobie sprawy, że niedługo zostanie mianowany i że przydzielą mu mentora. Kurza Łapa zawrócił się i wszedł w serce klanu. Rudzielec, głęboko wtykając nos pomiędzy spalone gałęzie legowiska wojowników, nie znalazł niczego. Niestety, ponownie wrócił z pustymi łapami. Ale będzie przypał, pomyślał po chwili. No nic… lepsze to niż natrafienie na jakąś pułapkę czy coś ostrego. Nie chciał się skaleczyć.
Wracając do nowego obozu, z nieba zaczęły spadać dziwne, białe krople. Kurza Łapa przyglądał im się z wejścia do Groty Pamięci, dopóki nie zasnął.
Obudził się po południu, gdy poczuł, jak jego futro styka się z czymś zimnym. Wstał, ziewnął przeciągle i rozciągnął. Spojrzał na nowy świat z zaskoczeniem.
Kurza Łapa znienawidził Porę Nagich Drzew, odkąd wszedł w biały puch i poczuł to paraliżujące zimno. Zatkało go. Odskoczył od sterty śniegu i pokręcił głową. Wytrzeszczył kobaltowe oczy, wpatrując się w puch jak na gwiezdnego kota zesłanego w postaci zapalonego źdźbła trawy.
— Wiecie, co? Wolę marznąć w grocie… — wymamrotał drżącym z zimna głosem do siebie, odwracając sztywno do wejścia średniowiecznej piwnicy.
Wolał nie wchodzić głębiej z obawy na swoje wcześniejsze doświadczenia z pewnym korytarzem. Wiele razy tam wchodził, a mimo to bał się własnej wyobraźni. Może to tylko jakieś jego kolejne widzimisię?
Dlatego skupił się na innym aspekcie, a mianowicie pracy. Byli bardziej produktywni, niż Kurza Łapa przepuszczał. Sądził, że po morderstwach morały kotom opadły całkowicie. W sumie to wcale się nie mylił, co do swych przypuszczeń; najczęściej widział zastępczynię, swoją ciotkę dyrygującą resztą pobratymców i chodzącą cały czas po mech czy sprzątając różne zakamarki. Lub… “partnerkę” Dzikiego Berberysu. Kurza Łapa mimowolnie się skrzywił, podchodząc do odłamków skalnych. Zamiótł je niekompetentnie długim ogonem i spojrzał na legowisko wojowników. Krokusowa Kruchość powinna była odejść wraz z nim. Oboje razem zostaliby szczęśliwą parą. Mimo to kotka nawet nie ruszyła na granicę z innymi klanami. Nikt nie widział, aby dopytywała sojuszników czy znaleźli jakiegoś rudzielca w białe łaty. Czyżby odpuściła? Ta miłość to wyznanie, że mogłaby zostać zabita dla swojego jedynego kocura… tylko po to, aby uczucia ulotniły się od razu po jego wygnaniu?
— Żałosne — wycedził przez zaciśnięte szczęki. Starał się uważać na małe igiełki, które zamiatał swoim puchatym biczem. Mimo to brud i kurz czepiały się jego futra jak rzepy. Fuknął na zdewastowany ogon. Zamiótł odłamki skalne do kąta, po czym zaczął pielęgnację swojego cennego zamiatacza kurzu i małych kamyków.
W tej chwili dostrzegł kątem oka zbliżającego się pewnego kocura. Pogłos Klanu Burzy. Zmroziło go. Zesztywniał, zatrzymując się w miejscu. Mimowolnie zrobiło mu się gorąco, choć nie popełnił żadnego przestępstwa. Co on od niego chciał?
[Event Klan Burzy: Przeszukiwanie starego obozu.]
[Event Klan Burzy: Pozbycie się ostrych odłamków skalnych.]

<Wujku? Nie chcę tu stać wieczność!>

15 lipca 2026

Od Kurzej Łapy do Perłówkowej Łapy

Przeszłość

Gapił się w drewniany sufit, jakby został na nim namalowany sam Klan Gwiazdy. Wiercił się w posłaniu matki, nie mogąc znaleźć dogodnego miejsca na obserwowanie. Miał wrażenie, że dni i noce od jakiegoś czasu są tym samym, co dla niego kiedyś była Rudzikowe Skrzydełko i mleko, którego już niestety ruda nie chciała produkować i Kurczątko musiał za to jeść jakieś… szare myszki, które szybko się kończyły. Jedna nie satysfakcjonowała kocurka; on chciał więcej, więcej i więcej… dziwne, że nie przytył. Ba, stawał się coraz dłuższy i rósł w górę. Jedyne, co pozostało z małego kocięcia to jego pusty wzrok i neutralny wyraz pyska.
Granatowe, wielkie oczy przeskanowały otoczenie i wstał, zanim w wejściu pojawiła się jego siostra. Perłówka, bardziej ekscentryczne dziecko Rudzik, próbowała przekonać brata do zabawy w chowanego. Wiele nie musiała powiedzieć, bo prawdę mówiąc, Kurczątko był bardzo znudzony obecnym stanem życia. Próbował schować się w głośnym, kamiennym słupie, ale prędko został przyłapany na gorącym uczynku przez Śnieżycową Chmurę i zaniesiony z powrotem do żłobka. I tak zabawa się skończyła. Dosyć szybko, jednakże lepiej niż inne wersje zdarzeń.

***

Kurza Łapa rzucił mokrym mchem w Perłówkę. Znajdowali się w Łapkowie, prawdopodobnie chcąc zrobić coś użytecznego razem.
— Broń się! — pisnął z uśmiechem. Młodzieniec zdawał się powracać do swojej osoby, ale za każdym razem, gdy mówiono o nim w pozytywnym sensie, Kurczak żenująco zadziwiał. To tak, jak z dwunożnymi i ich podrobionymi zającami. Powiedzą coś miłym głosem i zdechną od zauroczenia. Przykra, lecz romantyczna sprawa, czyż nie?
Perłówka odwróciła głowę na dźwięk słów brata idealnie, żeby zimny mech uderzył ją prosto w twarz.
— To nie czas na gry — prychnęła, otrzepując pysk.
Kotka miała trochę mchu we własnej łapie i z uśmieszkiem rzuciła nim z powrotem, przyjmując żartobliwie postawę bojową.
Kurczak parsknął i wyszczerzył ząbki do siostry.
Nie spodziewał się kontrataku ze strony Perłówkowej Łapy. Zaskoczony, zdjął z siebie mokry mech. Zamrugał, spojrzał na nią i uśmiechnął się złośliwie.
— A, masz! — zawołał, rzucając z impetem zimnym mchem. Zachichotał.
Rodzeństwo rzucało się mchem przez parę set uderzeń serca, dopóki zabawa nie stała się nudna dla Kurzej Łapy. Brat odchrząknął i zaczął z powagą (jak gdyby to on nie zainicjował tej gry):
— No dobra, dobra… wystarczy. Zróbmy coś z tym mchem, zanim przyjdzie Skrzydlata Płomykówka… albo Cyklonowe Oko. Nie marzy mi się siedzieć na zadzie całego dnia, słuchając ich przemowy na temat naszego zachowania.
Rodzeństwo spoważniało i poszukało więcej materiałów. Kurza Łapa przytargał więcej zajęczego puchu na miejsce pracy. Zaczęli od prostego segregowania, ale syn Rudzikowego Skrzydełka nie umiał pojąć czarnej magii, jaką to było ułożenie z tak małej ilości mchu wielkiego posłania. Pozostawił tworzenie legowisk Perłówkowej Łapie, której nawet się podobała ta praca. Kurza Łapa natomiast przynosił jej niezbędne przedmioty i obserwował.
Po zrobieniu trzech legowisk siostra padła na plecy i oznajmiła, że nic więcej nie zrobi. Uczeń przewodnika pożegnał się z nią, ruszając z powrotem do starego obozu. Może tym razem coś odkryje?
Kurza Łapa, znowu myszkując w legowisku lidera, znalazł coś wreszcie przydatnego. I to nie było akurat mokre posłanie. Skryte we wnęce między cegłami zawiniątko z liśćmi znajdował się spory zapas nasion maku. Uczeń triumfalnie zawył w starym obozie. W końcu! Prędko zszedł z kamiennego słupa z zawiniątkiem, starając się niczego nie wysypać z nadmiaru emocji. Pokaże Wdzięcznej Firletce, na pewno będzie z niego dumna! I to jeszcze te ziarna były nienaruszone. Ciekawe, co w sumie było tyle ważnego w maku dla Króliczej Gwiazdy… albo Zawodzącej Gwiazdy, nim się stał przywódcą.
[Event Klan Burzy: Przeszukiwanie starego obozu.]
[Event Klan Burzy: Uwicie nowych posłań z zapasu traw, puchu i mchu.]

<Perłówkowa Łapo? Pobawimy się jeszcze?>

Od Kurzej Łapy do Milknącej Łapy

Dzień za dniem, noc za nocą… chmury za chmurami, kaszel za kaszlem. Młodzik spodziewał się przerażającej diagnozy u Firletki. Poza tym był świadom, że nie mieli zbyt dużo ziół. Co, jeśli je zużyje, gdy ktoś będzie tego najbardziej potrzebować? On sobie poradzi. Musiał.
Przez ostatnie dnie rozmyślał w ciszy słowa, które wypowiedział swojej ciotce. “Wasza cała święta... nie wiem, szóstka? Śniący Obserwator, Wdzięczna Firletka, Lotosowy Pąk, Cyklonowe Oko, Zawodząca Gwiazda... i ty. I cała ta zgraja kotów pragnących krwi!”. Czy on sam nie pragnął krwi tych, którzy zawinili? Nie chciał wierzyć, że stawał się jednym z nich. Mimo to nie mógł patrzeć na Rudzikowe Skrzydełko, która swoją egzystencją powodowała u własnego syna ból i zawroty głowy. Dlatego, aby o niej w końcu zapomnieć, oddał się pracy. Monotonnej, ale stabilnej. Na ten moment było to jedyne, co go trzymało w kupie oprócz Perłówkowej Łapy. Kotka naprawdę starała się wspierać brata pomimo świadomości, że oboje to przeżywają. Tylko to Kurza Łapa przeżywa na zewnątrz.
Kurza Łapa rzeczywiście więcej czasu spędzał czasu w podziemiach niż na zewnątrz. Czym było właściwie słońce? Odkąd treningi z Białym Strumieniem stały się intensywniejsze, uczeń popsuł sobie zegarek biologiczny. Stawał się przewodnikiem, wmawiał sobie. Tak było, dopóki nie wracał z tuneli nad ranem, a nie wieczorem. Większość tych wycieczek nie była nadzorowana przez mentora czy drugiego przewodnika. Kurza Łapa bardzo nie chciał, aby Śniący Obserwator zastępował za dnia Białego Strumienia. Świadomie cierpiał. Oddalał się od reszty, poświęcając coraz to więcej czasu w tunelach. Nie, żeby narzekał. Kurza Łapa jeszcze nie był świadomy, że ucieczka w tunele przyniesie mu tylko krótkotrwałe ukojenie. Bańka bezpieczeństwa kiedyś pęknie, ale uczeń zdawał się to ignorować na razie. Jednak… co potem? Jeszcze tego nie wiedział.
Dowie się wkrótce.
Przy zamiataniu korytarzy nie było większych problemów. Kurza Łapa czuł na sobie czyjś wzrok, jednak za każdym razem nie mógł znaleźć żadnego dowodu, że ktoś z kotów go obserwował. Czasem szuranie po ziemi, czasem… dziwne odgłosy dobiegające z tunelu. Kurza Łapa postanowił to zbadać o wiele wcześniej, ale te przerażające dźwięki kazały mu zawracać, biec w stronę wyjścia; a więc uczeń przewodnika jeszcze nie zbadał całej sytuacji. Może to tylko były halucynacje? Miał bujną wyobraźnię i tak bogatą, że w pewnych momentach aż sam siebie przerażał i straszył niepotrzebnie, nakręcając w dodatku.
Po wysprzątaniu wnęk korytarzy Kurza Łapa uciekł z tego mrocznego miejsca i odetchnął z ulgą. Położył się i zaczął pielęgnować dół. Co tam właściwie mogło się kryć? Jeśli nie kot, to…
Z myśli wyrwało go nawoływanie Milknącej Łapy. Uczeń przewodnika poderwał się zmęczony i z miną zabójcy podreptał do syna Echa.
— Co się dzieje? — mruknął, piorunując go kobaltowym okiem.
[Event Klan Burzy: zamiecenie wnęk i korytarzy]

<Synu przywódcy… ciekawe, co mi takiego mądrego powiesz?

Od Kurzej Łapy do Pszczelego Lilaku

Kurza Łapa był święcie przekonany, że tym razem w wieży znajdzie coś ciekawego. Wdrapał się na sam szczyt dawnej mównicy Króliczej Gwiazdy z niebywałą pewnością siebie i zaczął ją przeszukiwać. Natrafił jednak tylko na przemoknięte posłanie przy oknie, którego nie było sensu taszczyć do obozu. Zrezygnowany opuścił stary obóz. Perłówkowa Łapa miała od niego gorszy wzrok, a on nie umiał niczego znaleźć w tym starym kamiennym słupie. Postanowił poszukać gałęzi po niespalonych terenach z nadzieją, że cokolwiek znajdzie tym razem.
Kurza Łapa, zbierając gałązki, natrafił na granicę z Klanem Klifu. Odłożył ostrożnie swoje znaleziska i postanowił podejść, stąpając po piasku jak ciamajda. W oddali zobaczył jakiegoś kota. Zmrużył kobaltowe oczy i postanowił go zawołać, zupełnie nieświadomy z kim miał do czynienia. Przecież to sojuszniczy klan, prawda?
Kurza Łapa podszedł bliżej, aby się przyjrzeć zbliżającej Klifiaczce. Kiedy nie dzieliło ich zbyt wiele, kocur postanowił... przyjacielsko przekroczyć granicę.
— Dzień dobry, sojuszniczko — miauknął przyjaźnie z małym, nieśmiałym uśmiechem.
Kotka spojrzała w górę na wyższego kocura, a dokładniej na jego twarz.
Gdy tylko przekroczył granice, rzekła ostrzegawczo:
— Ani się waż być na terenie Klanu Klifu! — powiedziała wyraźnie niezadowolona, dodając po chwili: — Nie jesteś u siebie, żeby chodzić, gdzie chcesz! Za granicę, natychmiast…
Słodki uczeń skrzywił się na tony nowo poznanej kocicy. Cofnął się, unosząc brwi w zdziwieniu. Przechylił głowę na bok. Emanował zadziwiającym spokojem.
— Czy teraz możemy rozmawiać? — miauknął cicho, przechodząc na swoją stronę.
— Dobrze — wymamrotała, podejrzliwie mu się przyglądając. — Ale możesz podać mi, chociaż swoje imię? — zapytała, nie spuszczając wzroku.
— Ja... um... — uciekł okiem w bok, wyraźnie zawstydzony. — Nazywam się... Kurza Łapa.
Klanie Gwiazdy, czemu mnie tak nazwano? — pomyślał gorzko, wymawiając to imię.
— Jesteś jeszcze uczniem? Wyglądasz na kogoś około mojego wieku, ja od niedawna jestem wojowniczką! — zaczęła, po czym dumnie wypięła pierś. — Nazywam się Pszczeli Lilak!
— Noo... dopiero, co zostałem uczniem przewodnika — mówił, unikając kontaktu wzrokowego z rozmówczynią. Pazurem u przedniej łapy zaczął robić kółeczka w piasku. W Klanie Burzy traktowano go jeszcze jak kociaka i był jednym z najmniejszych. Czyżby w Klanie Klifu były inne standardy?
— No... a jak tam w Klanie Klifu, Pszczeli Lilaku? — wymamrotał, nie wiedząc w sumie, od czego zacząć. — Czy dobrze się żyje pod rządami Lśniącej Gwiazdy?
— Oczywiście, że tak! Lśniąca Gwiazda dba o klan i jest idealnym przywódcą! — rzekła liliowa, bez zastanowienia z uśmiechem na pysku dumnie wypinając pierś. Pszczeli Lilak bardzo kochała swój klan! — Żałuj, że cię tam nie ma, Kurza Łapo! Obstawiam, że Klan Burzy ma się gorzej.
Kurczak wbił w nią zaskoczone kobaltowe oko. Zmarszczył brwi.
— Zawodząca Gwiazda dobrze sobie radzi — odpowiedział, starając się zachować spokój. — Nie potrzebujemy wywyższać się nad resztą. No, chyba że chcesz sobie wmówić o świetności Lśniącej Gwiazdy, a tak naprawdę jest wielkim tyranem, który sprał wam mózgi — rzekł prowokacyjnie z nerwowym uśmiechem.
— Nie mów tak o Lśniącej Gwieździe, chciałam tylko podzielić się moją radością z tego, jak kwitnie mój klan! — mruknęła Pszczeli Lilak.
— A ty uniżasz naszemu klanowi! Niech się tylko Zawodząca Gwiazda dowie, że sojusznicy z północy przestali szanować Burzaków! — zagroził, podchodząc bliżej.
— Hej, nie widzisz, że nie warto niszczyć sojuszu naszych klanów na temat takich syfów? Musiałeś mnie źle zrozumieć! — stwierdziła nagle i cofnęła się.
Kurza Łapa zmrużył podejrzliwie oczy.
— W takim razie przeproś! — miauknął.
— Przepraszam? Nie chcę wojny? — odpowiedziała zmieszana, odwracając swoje duże oczy od kocura.
Kocur skrzywił się, ale nic więcej nie powiedział. Prychnął i odwrócił się w stronę sterty gałązek, chcąc wrócić do roboty. Klifiaczka nie zrobiła na nim dobrego wrażenia.
Wrócił do piwnicy wyczerpany. Zakasłał i odłożył gałązki na jakąś stertę badyli, zamrugał oczami i zaczął się kręcić po Grocie Pamięci bez celu. Na pytanie siostry o samopoczucie odparł:
— Fatalnie.
Po czym zasnął bez trudu na zimnej kamiennej podłodze. Nie dziwota więc, skąd złapał… pierwsze objawy choroby zwanej biały kaszel. Czyżby epidemia zaczęła rosnąć?
[Event Klanu Burzy: Przeszukiwanie starego obozu.]
[Event Klanu Burzy: zebranie gałęzi na umocnienie przejść pomiędzy jaskiniami.]

<Dzień dobry, sojuszniczko. Mamy piękny dzień, czyż nie?>

14 lipca 2026

Od Kurzej Łapy do Skrzydlatej Płomykówki

Srebrna zastępczyni pomimo posiadania na głowie nowych obowiązków z pewną uwagą obserwowała dwójkę uczniów – Perłówkową Łapę i jej brata, Kurzą Łapę. Młodziki mogły czasem poczuć na sobie przeszywający wzrok ciotki, która być może nieco obawiała się, jak ci mogą zareagować po ogłoszeniu wyroku na Rudzikowym Skrzydełku.
Kurza Łapa spędzał wolne dni od ciężkich nauk pod skrzydłem albinosa na porannym sprzątaniu obozu z pewną nadzieją. Trening pozwalał mu zapomnieć o tym, co go czekało później w piwnicy. Tak bardzo, że pozwalał sobie nie brać zwierzyny lub dzielić się z siostrą. Za każdym razem, gdy próbował się nacieszyć zwierzyną, tak mięso stało się mniej apetyczne, a kęsy przeżuwać można było nawet godzinami i potem wypluć. Pożar pozbawił ich większości miejsc, gdzie niegdyś polowali na zające. Niestety. Łapy Kurczaka powiodły go znów w to samo miejsce. Kurza Łapa, ponownie zaglądając do byłego legowiska Króliczej Gwiazdy... Nie znalazł niczego. Obóz, czarny i siwy, i przyprawiający o dreszcze. Skażone miejsce… czemu właściwie mieliby myśleć o wróceniu? Ten cały “obóz” to była sama ruina. Słup kamienny zaraz się rozsypie i tyle z tego będzie — pomyślał gorzko Kurczak zamiatający długi korytarz łączący grotę pamięci z legowiskiem więźniów, unikając jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego z minarami. Nadal nie mógł uwierzyć, że… kilkanaście kotów zmarło, a reszta kotów zachowywała się jakby to była codzienność. Czyżby go coś ominęło przed narodzeniem? Korytarz prowadził dalej w głąb terytorium. Będzie musiał zaproponować przewodnikowi obejrzenie go i w razie co zabezpieczenie, aby nikt tam nie wszedł. Kto wie, co się tam może czaić. Stado szczurów lub nietoperzy? Słyszał, że te drugie przenoszą okropne choróbska gorsze od tych gryzoni. Wzdrygnął się na tą myśl. Zanim mógł się cofnąć i namyśleć, zdał sobie sprawę, że korytarz prawie że lśnił. Odetchnął z ulgą i jak najszybciej stamtąd uciekł. Co jak co, może przewodnik go uczył, ale sam jeszcze nie nabrał odwagi.
Tym razem można go było zobaczyć leżącego na plecach w piwnicy, wpatrywał się w sufit. Długie, falowane i piękne futro opadało niczym ognisto biały wodospad z młodego, jakże słodkiego kocurka. Emanował spokojem, ale też trudno było się do niego dobić. Zamknięty w sobie kocurek pozostawał we własnym świecie, zupełnie nie chcąc nic zmienić.
— Jak się trzymasz, Kurza Łapo? — spytała bezpośrednio zastępczyni, pochylając się nad młodzikiem.
Kobaltowe oczy z trudem przeniosły się na kocicę. Przez chwilę nie odpowiadał, zbierając się na wyduszenie z siebie choćby jednego słowa. Czyżby cofał się w rozwoju? Kurza Łapa nigdy nie miał silnych uczuć w stronę ciotki. Nie pamiętał ważnych chwil z siostrą Rudzika w żłobku aż do dzisiaj. Zamknął oczy i wydał z siebie głośne westchnięcie, jednakże nie ruszył się z miejsca.
— Mhm... — wymamrotał cicho i otworzył ślepia, aby uciec następnie wzrokiem. Odpowiedział kotce zagadką w postaci pomruku wydobywającego się z jego gardła.
Czuł się dziwnie, rozmawiając z kimś z rodziny. Niedawno się dowiedział, że jego dziadek zdradził – a przynajmniej w odczuciu i własnej wersji zdarzeń malca – martwą Ognistą Piękność i związał się z również zmarłą Sójczym Błękitem. Czy Pożar myślała o nim jak o... kimś gorszym? Czy Bursztyn i Żywica o tym wiedzieli?
Nagle zmarszczył pysk w grymasie i zmrużył oczy.
Cicho westchnęła.
— Nie będę naciskać, jeśli nie chcesz, jednak pamiętaj, twoja rodzina nie ogranicza się jedynie do Perłówkowej Łapy i Rudzikowego Skrzydełka. Przychodź do mnie, kiedy chcesz, chętnie Cię wysłucham, nie wiem, jak Oskrzydlony Ognik, ale ja będę zawsze czekać — odparła.
Kurza Łapa nie odpowiedział i wrócił do patrzenia w sufit. Pomiędzy nimi urosła cisza przerywana co jakiś czas odgłosami z góry.
Nagle spiorunowały ją ciemne, kobaltowe ślepia, które nie jednego wprowadziłyby w prawdziwy dyskomfort.
— Czemu jej nie zabiliście?
Wycedził te słowa przez zaciśnięte szczęki.
Zastępczyni mogła dostrzec, jak oczy malca się zaszkliły, a jego klatka piersiowa zaczęła się szybciej podnosić i opadać.
— Czemu ona nadal tu jest i nas poniża!? — warknął na kotkę, nie mogąc opanować emocji, jakie zazwyczaj w sobie tłumił. — Gdybyście wysłuchali jej wcześniejszych próśb, nie musielibyśmy się z nią dzielić nawet skórą myszy! — dodał drżącym, niskim głosem. — Gdyby…
[Event Klanu Burzy; przeszukiwanie starego obozu.]
[Event Klanu Burzy; zamiatanie wnęk i korytarzy.]

<Ciociu, zastępczyni? Nie zwlekaj z odpowiedzią…>

Od Kurzej Łapy

Ciemne chmury kłębiły się wtedy nad łąkami. Koty nie mogły zobaczyć słońca, które w tym momencie powinno być w punkcie szczytu; koty kręcące się w obozie spoglądały z poirytowaniem na niebo. W oddali widać było pojedyncze błyski na tle szarości.
Siedział przed legowiskiem uczniów. W ciszy przyglądał się szarym chmurom, jednakże umysłem był gdzieś zupełnie indziej. Kobaltowe oczy ucznia zmrużyły się, czując podmuch wiatru. Kątem oka zauważył Rudzikowe Skrzydełko. Wahał się, czy podejść do matki, ale postanowił zostać w miejscu. Oby nie było burzy w nocy, pomyślał. Wtedy nie mógłby trenować z białym przewodnikiem... bo co, jeśli piorun trafi któregoś z nich?
Perłówkowa Łapa trzymała się blisko legowiska uczniów. Mimo to rodzeństwo wydawało się najspokojniejszymi kotami w obozie.
Spojrzał na siostrę koło niego i ją szturchnął w bark, aby zwróciła uwagę na koty w obozie.
— Boją się — wymamrotał. — Czy ty się boisz? — zapytał krótko.
— To tylko burza — powiedziała, powstrzymując ziewnięcie. — Ciągle ostatnio pada.
Rozejrzała się chwilę po obozie, przyglądając się różnym kotom.
— Chociaż rzeczywiście dzisiaj jest poddenerwowana atmosfera.
— Aha... — przytaknął kocurek. — Właściwie... ej, słyszysz to? Królicza Gwiazda z kimś rozmawia.
Wstał, nadstawiając uszu. Wytrzeszczył wielkie, kobaltowe oczy.
Kotka podążyła wzrokiem na miejsce, które wskazał brat, nasłuchując. Nie brzmiało na komfortową rozmowę. Położyła nieznacznie uszy po sobie.
— Widać nie tylko niebo grzmi dzisiaj.
Zauważył, jak z wieży wychodzi Królicza Gwiazda. Ogon Ciernia nerwowo podrygiwał, patrząc z nienawiścią na kocura. Czy to pogoda, czy jakoś jego własny humor go do tego skłonił, wstał, przechadzając się do kocura. Zatrzymał się tuż przed nim, na co starszy spojrzał na niego zdezorientowany.
— Okropna dziś pogoda, nieprawdaż? Jeśli mam być szczery, jest coraz mniej zwierzyny, a Klan Burzy jest… Coraz słabszy. Ciekawi mnie dlaczego, co? Przecież tak świetnie przewodzisz klanem, patroli jest tak wiele, że wręcz na siebie wpadają — spojrzał na niego z fałszywym uśmieszkiem
Zamrugał, zmęczonym wzrokiem spoglądając na Cierń.
— ...Gradobijący Cierniu, o co ci chodzi?
— Chodzi mi o to, że uważam, że… Mówiąc delikatnie, robisz się stary, Królicza Gwiazdo. Nie wyciągasz konsekwencji kotom, które popełniają błędy, a potem… Cóż, dzieje się, co się dzieje. Myślę, że wiele kotów się ze mną zgodzi, że czasy świetności Klanu Burzy są już tylko wspomnieniem. Królicza Gwiazdo, moim zdaniem powinieneś odstąpić funkcji lidera Klanu Burzy.
Przywódca wpatrywał się w wojownika. Po chwili omiótł wzrokiem pozostałe koty w obozie, przestępując z łapy na łapę z dyskomfortem.
— Czy to źle chcieć dożyć sędziwego wieku? — odparł po chwili, marszcząc brwi. — Nadal, pełniąc funkcję, którą otrzymałem od mojego poprzednika? Gradobijący Cierniu, ja rozumiem, że nie każdemu można dogodzić... Ale nie musisz wytykać mi w pysk moich błędów.
— Nie, nie jest to złe. Jednak czy nie uważasz, że krzywdzisz tym resztę Klanu Burzy? Mamy cierpieć, abyś ty poczuł się lepiej? Królicza Gwiazdo, nie twierdzę, że… Zawsze byłeś złym liderem. Jednak musisz wiedzieć, że w pewnym momencie zaciera się granica, a ty stoisz już za nią.
Nie odpowiedział, zapewne szukając właściwych słów. Jego pysk zmarszczył się, a spojrzenie uciekło w bok.
Widząc, że lider nie ma nic do powiedzenia, prychnął.
Zawodzące Echo wysunął pysk z Kamiennej Wieży.
— Ojcze? Gradobijący Cierniu? — miauknął, powoli wychodząc. — O co chodzi?
— My? — zaczął Cierń. — Tak tylko rozmawiamy o Klanie Burzy, bo… Nie uważasz, Zawodzące Echo, że jest w nim coraz gorzej?
Rzucił kątem oka spojrzenie na ojca. Podszedł bliżej i stanął naprzeciwko Ciernia.
— ...klan widział na pewno lepsze dni — przyznał po paru uderzeniach serca — ale jesteśmy silni. Ja i Królicza Gwiazda robimy wszystko, co możemy, aby Klan Burzy rozwinął się na lepsze.
— Czy aby na pewno wszystko? Gdyby tak było, mój ojciec zostałby wydalony z klanu jeszcze przed zabiciem mojej matki. Pomyślałeś o tym? Zawodzące Echo, musisz to wiedzieć. Chyba że trzyma cię sam sentyment do ojca. On ma już swoje księżyce, dla niego samego i jego zdrowia byłoby lepsze odpuszczenie.
Zmarszczył brwi.
— Wybacz, że nie mam umiejętności czytania kotom w myślach i przewidywania tego, kiedy zdradzą klan — mruknął zastępca, ton jego głosu przybierający kwaśną nutę.
— Za to ja przewiduję, że Królicza Gwiazda zrujnuje nasz klan, a nawet, że już to robi.
Z jego piersi uszedł ostry oddech.
— Gradobijący Cierniu — ostrzegawczo podniósł głos. Kątem oka rzucił spojrzenie na ojca, któremu najwyraźniej łapy wrosły w ziemię, a usta skleiły żywicą — Krytyka jest niepotrzebna. Jeśli nie masz niczego wartościowego do powiedzenia, to zachowaj to dla siebie.
Spojrzał przez chwilę na kocura. Po chwili w końcu prychnął.
— Cóż, Zawodzące Echo, być może po prostu ty i Królicza Gwiazda powinniście-
Kurza Łapa przestał ich słuchać.
Skinął jej lekko głową. Westchnął ciężko; wolał już być z przewodnikiem w tunelach niż słuchać tego, co się tu dzieje. Po prawej miał kłótnię matki z synem, po lewej natomiast żądanie abdykacji obecnego przywódcy. Był otoczony idiotami, pomyślał i przewrócił oczyma. Jego długie, pofalowane futerko zatańczyło na wietrze. Spojrzał kątem oka na siostrę i się zastanowił. Zastrzygł uszami podobnymi do matki.
—... Perłówko, a jak się trenuje z mentorem podczas dnia? Śniący Obserwator czasem mnie bierze za dnia, ale... on nie jest moim mentorem.
— Pewnie nie szczególnie inaczej, tylko Równonoc pyta mnie o rzeczy, które normalnie wida... — urwała przez nagły krzyk.
Narastające w obozie napięcie przerwał tupot łap i przerażony wrzask jakiegoś Burzaka.
Nagle ni stąd, ni zowąd do obozu wpadł czekoladowy burmski wojownik. Za nim zagrzmiało. Zdyszany Bąbelkowy Plusk wbiegł w centrum obozu, krzycząc: — OGIEŃ! PALI SIĘ! — miauczał z chrypką. Zakasłał. Bąbelkowy Plusk spojrzał na Króliczą Gwiazdę. — ZARAZ OGIEŃ DOSIĘGNIE OBOZU! — dodał ze zdartym gardłem. Widać było, jak młody wojownik się trząsł.
Wstała gwałtownie na łapy, jeżąc futro i spojrzała się prosto na brata.
Kurza Łapa podskoczył, słysząc nagły krzyk w centrum. To był... brat Tańcującego Pierza? Zmrużył oczy. Na pysku ucznia nie można było zobaczyć silnych emocji. Spojrzał na Perłówkową Łapę, a potem na Bursztynową Łapę.
— Ch... ch... cho... chodźcie! — zająknął się.
Bursztyn zerwał się szybko, zerknął najpierw na Kurzą Łapę, a potem zniknął w legowisku uczniów i już po chwili był przy swojej siostrze.
Naprawdę starał się nie panikować i zapanować nad zbyt szybko bijącym sercem.
— Medycy, kocięta i uczniowie na przedzie! — zawołał Zawodzące Echo. — Razem ze mną i — przeskanował wzrokiem zebrane koty. — Rudą Lisówką!
Dreszcz przebiegł po jego grzbiecie.
— Sójczy Błękicie! — krzyknął do kocicy. — Zbierz grupę wojowników do asysty starszym i tym, którzy nie nadążają! I niech ktoś pomoże Króliczej Gwieździe!
Spojrzał na siostrę.
— Chodź! — zawołał, cofając się w stronę wyjścia.
Sójczy Błękit wraz ze Skrzypiącym Skrzypem i Szarą Skórą, którzy wpadli właśnie do obozu, zbiera starszych — Ognistą Piękność i Szafirkowy Wiatr, jak i Króliczą Gwiazdę, pomagając im wysunąć się z obozu za resztą.
— Kurza Łapo chodź tutaj albo szybko wynoś się z obozu! — podbiegł do młodszego, widząc go w tłumie — Gdzie Perłówka?
— Obok! — odpowiedział donośnie, drepcząc ku swojej rudej rodzince.
Perłówka podbiegła, trzymając się jego boku, ale nie wyprzedzając. Nie chciała wcześniej pokazywać, że nastroje w klanie zaczynają się odbijać na jej samopoczuciu, ale ta nagła panika i chaos wyszła na chwilę na jej pyszczek. Upewniła się, że Kurza Łapa jest dalej tuż obok i spróbowała się trochę otrząsnąć, zanim zauważy.
Brat Perłówkowej Łapy dobiegł do Ognika i Rudzika wraz z siostrą. Niepewnie spojrzał na Pogłos Klanu Burzy.
—Wszyscy? To wychodzimy, szybko... — zerknął jeszcze na Kurzą Łapę, zanim wziął go za kark do pyska.
Kurza Łapa nie spodziewał się takiego zagrania ze strony wujka. Mimo to nie protestował i jak laleczka dał się ponieść Ognikowi. Jedyne, co mogło wskazywać na niezadowolenie to jego mina zabójcy.
Jeszcze rozejrzał się za matką i Płomykówką, ale nigdzie ich nie widział.
— ... Gdzie idziemy? — zapytał raz jeszcze. Czyżby zapomniał?
— W stronę Kamiennych Strażników.
Nie mogła być przyklejona do boku brata w powietrzu, ale dalej trzymała się jak najbliżej. Najeżone futro sprawiało, że wyglądała na trochę większą.
— Ostrożnie — powiedziała cicho, ale trudno stwierdzić czy do kogoś konkretnego, czy do siebie
Wszystkie koty obecne w obozie zdążyły go opuścić. Koty obecne na patrolach czy treningach również zmierzali w kierunku Kamiennych Strażników, a grupa ze starszymi i przywódcą szli w pewnej odległości od reszty pędzących Burzaków.
Z wierzchu Rudzik wyglądała, jakby nic się nie działo, nie licząc ciągłego oglądania się dookoła. Ognik wypuścił malca i gdzieś zniknął. Rude rodzeństwo trzymało się siebie, bacznie oglądając się za płomieniami sięgającymi obozu.
Ognik zerkał po kotach, wracając z obchodu do dwójki młodych, które powinny być teraz z matką. Tak... powinny, lecz Rudzikowe Skrzydełko nagle przepadła. Zanim rodzeństwo mogło się zorientować, wuj zaczął:
— Nie widzieliście może, kiedy mama zniknęła? — zapytał Perłówki i Kurczątka, nerwowo poruszając uszami.
Zerknął na siostrę, po czym pokręcił głową.
— Pewnie znowu się gdzieś szlaja. Jak zwykle. Może poszła pomóc w eskorcie? Pewnie niektórzy starsi byli zbyt słabi, aby kontynuować drogę…
Ponownie rozległy się grzmoty. Wiatr wezbrał na sile. Jednak, zamiast kolejnych piorunów, z nieba zaczął lać deszcz.

***

Pierwsza była Rudzik i towarzyszył jej Opadający Rumianek.
— W... wróciłaś... — wymamrotał syn cicho i niepewnie.
Dostrzegł Rudzik idącą wraz z Rumiankiem, zaraz do niej przydreptując.
— Na gwiezdnych, gdzie ty byłaś?! — ujął jej pysk w dwie łapy, szybko ją oglądając, zastanawiając się, czy dać jej w pysk. — Nic ci nie jest? Po co się oddalałaś? Gdyby coś ci się stało, to zostawiłabyś dzieci same! Rozumiem, że możesz nie lubić spacerów ani biegania, ale mieliśmy pożar, pożar! Nie lekkie promienie słoneczne czy lekką burzę.
Jako drudzy po dłuższej chwili od przybycia rudej wojowniczki wrócili Gradobijący Cierń, Dziki Berberys i Zwiewny Mak — najszybciej wracająca do swoich pociech. Natomiast ostatni po dłuższym odczekaniu byli Chomik, Pierze i Bąbel.
Zawodzące Echo ze zmarszczonymi brwiami patrzył, jak wojownicy, mokrzy i brudni, stają przed kamiennym kręgiem.
— A wy gdzieżeście się podziewali? — zapytał, mrużąc ślipia. — Dziki Berberysie, Gradobijący... Cierniu. Byliście na tyle grupy. Co się stało ze starszymi i Króliczą Gwiazdą? Zwiewny Maku, dlaczego zostawiłaś swoje kocięta?
— Zawodzące Echo! Chwila, Króliczej Gwiazdy nie ma z wami? Ja i Pierze uciekaliśmy, było strasznie dużo dymu, a płomienie były bardzo wysokie… Nie widzieliśmy go… Przykro mi… — powiedział, patrząc teraz na swoje łapy. — Przepraszam za to, co dzisiaj powiedziałem… Gdybym wiedział, że to wszystko się stanie, nigdy bym tego nie powiedział… Nie wiem, co we mnie wstąpiło…
Zawahał się.
— Tańcującego Pierza nie było z nami podczas ewakuacji — zauważył. — Czemu odłączyliście się od grupy?
— Jak uciekaliśmy, byłem niedaleko starszych, ale płomienie odcięły mi drogę… Biegłem naokoło, Pierze przybiegł, widząc z daleka dym. Próbowaliśmy znaleźć resztę, ale tam nie było nic widać…
Z boku, Gadożerowa Łapa spoglądał to na Cierń, to na stojącego dalej Pierze. Nie wytrzymał.
— To wszystko ich wina! — wrzasnął, wskazując wojowników pazurem. — Ciągle ciągną się za nimi nieszczęścia! Pierzasta Paskuda snuje się po terenach i szepcze kotom podejrzane rzeczy na uszy, a Cierń dosłownie przed chwilą wyrzucał Króliczej Gwiedździe w pysk wszytskie jego błędy! A teraz cała masa kotów zniknęła i nikt nie wie, gdzie się podziali. A oni wrócili jako ostatni!
— O czym ty mówisz, Gadożerowa Łapo! — Lodówkowa Łapa rzuciła w brata. — Sam zachowujesz się dziwnie, cały czas dziwnie na mnie patrzysz i w dodatku nie chcesz ze mną rozmawiać…
— Bo podlizujesz się temu ścierwu! — zawołał. — Jak możesz tak robić, po tym, jak zrzucił na mnie swój głupi błąd? I to ja musiałem zbierać bęcki?
Lodówka burzona spojrzała na brata.
— Podlizuję? Pierze to dla mnie dobry przyjaciel! Nie moja wina, że ty nie masz żadnych. — prychnęła, strzepując ogonem.
Zawodzące Echo przeniósł wzrok z Ciernia na Gadożera. I z powrotem.
— ...przenosimy się do Groty Pamięci! — polecił klanowi, zeskakując ze skały. — Pilnujcie wszyscy siebie nawzajem.
Wszedł wraz z Nieustraszonym Chomikiem i Bąbelkowym Pluskiem do Groty Pamięci. Wspomnienia wracały do niego natychmiastowo. Szedł na samym końcu, zwieszając głowę.
Echo wkroczył w półmrok Groty Pamięci. Przez świetlik w sklepieniu ledwo wpadało jakiekolwiek światło, a o taflę wody Oka uderzały krople deszczu.
Zbliżył się do czekającego pod jedną ze ścian Białego Strumienia.
— Nie ma tu przypadkiem Wełnistej Mszycy? — zapytał, rozglądając się. — Tylko kronikarze i przewodnicy?
Czerwone ślepia błysnęły w mroku, a dźwięk deszczu odbijał się echem po ścianach Groty. Patrzył na Zawodzące Echo, czując dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Na pytanie o siostrę, podniósł uszy.
— Niestety nie ma jej tutaj — odpowiedział spokojnie. — Tak, pozostali Kronikarze i Przewodnicy są obecni.
Z westchnieniem Echo skinął głową.
— Zaraz przyślę kogoś, aby wyjaśnił wam całą sytuację.
Podniósł łeb i spojrzał po wlewających się do jaskini kotach.
— Klanie Burzy! — zawołał; nie musiał krzyczeć, gdyż jego głos odbił się od kamiennych ścian. — Zajmijcie miejsca. Niech każdy, kto nie widzi obok swoich najbliższych, mi to zgłosi.
Odczekał moment.
— Dodatkowo, chciałbym zyskać parę wyjaśnień. Gradobijący Cierniu, Tańcujące Pierze, macie coś do powiedzenia?
Uniósł brew, jednak jego spojrzenie było zdecydowane, gdy spoglądał w oczy kocurom.
Rudy usiadł obok Ciernia naprzeciw Zawodzącego Echa.
— Próbowaliśmy z Nieustraszonym Chomikiem zgasić pożar. Powiedzieliśmy Bąblowi, aby powiedział reszcie. Byliśmy głupi; ogień się rozprzestrzeniał w zaskakującym tempie... musieliśmy szukać drogi ucieczki. Podczas pożaru natknęliśmy się na Cierń i na Bąbla, który nas szukał.
Wymamrotał te słowa z nadzieją, że któryś z pobratymców to usłyszy, może zareaguje. Bardziej kierował to na tył, na świadków. Westchnął ciężko, po czym nagle wytrzeszczył oczy.
— Czekajcie... gdzie jest Królicza Gwiazda? — zapytał, rozglądając się po zebranych. — Nie ma z nami Szarej Skóry, Sójczego Błękitu... ani Skrzypiącego Skrzypu. I Szafirkowego Wiatru, i Ognistej Piękności... a gdzie Pozłacana Pszenica? Ogień już zgasł, Zawodzące Echo. Powinniśmy ich poszukać — zaproponował zmartwiony. — Powinniśmy się też przygotować na najgorsze... — posmutniał.
Spojrzał na Pierze, a potem na ziemię. Wydawał się zmartwiony zaistniałą sytuacją.
— To prawda… Jak tylko się uspokoi, trzeba ich poszukać. Teraz może być ryzykownie, w tym dymie można się podusić, a teraz jak ogień gaśnie, jest go sporo.
— Przestań zgrywać niewiniątko! — syknął Gadożer ze swojego miejsca pod ścianą. — Wszyscy wiedzą, że skoro wróciłeś ostatni, to maczałeś w tym pazury! Teraz siedzisz z podkulonym ogonem, licząc, że nikt Cię nie przejrzy!
— To prawda — mruknął Zawodzące Echo, po czym spojrzeniem uciszył Gadożera. Zwrócił wzrok na Pierze. — Zaskakująco szybko zorientowałeś się, kogo z nami nie ma. — A Gradobijący Cierń oznajmił już na głos nieobecność Króliczej Gwiazdy — dodał. — Dość głośno. A ty stałeś obok.
— Całkiem szybko rzucacie się do pomocy i szukania. Nie miałam okazji jeszcze obserwować tak szlachetnego zachowania z waszej strony — mruknęła cynicznie Śpiewający Raniuszek, zatrzymując spojrzenie dłużej na Pierzu.
Zdziwił się tonem kocura, który śmiał go oskarżać o takie zbrodnie.
— Gadożerowa Łapo... — nie wiedział, co powiedzieć; naprawdę wyglądał na zszokowanego. — Bąbelkowy Plusk, Nieustraszony Chomik, Gradobijący Cierń mogą potwierdzić moje słowa. Kiedy deszcz zaczął padać, mogliśmy w końcu bezpiecznie przejść. Zanim nastąpił, staliśmy w rzece, ponieważ Bąbel i ja źle się poczuliśmy przez tyle dymu. Poza tym też się baliśmy; ogień to niszczycielski żywioł...
Przełknął ślinę i spojrzał zmęczonym okiem w oczy Echa.
— Trudno nie zauważyć braku przywódcy, trzech wojowników i starszych — zauważył. — Zawsze byłem spostrzegawczy, Zawodzące Echo — miauknął, wiercąc się na zimnym kamieniu.
Westchnął ciężko.
— Pożar naprawdę był stresujący, sam powinieneś wiedzieć. Gdybyś musiał wdychać ciągle dym i jak najszybciej się stąd wydostać, naprawdę twój mózg by się roztopił. Teraz nabrałem czystego powietrza i zauważyłem ich brak. Przepraszam, że się powtarzam... wciąż mi niedobrze po wdychaniu tyle dymu... — wymamrotał słabo, szukając wzrokiem Wdzięcznej Firletki. Gradobijący Cierń zmartwiony podszedł do boku Pierza, widząc, że ten kasłał trochę co jakiś czas.
— Będziecie potrzebowali dużo świeżego powietrza… Być może medycy będą w stanie wam pomóc albo lekko złagodzić ten kaszel…
Zawodzące Echo zamrugał.
— Będziecie mogli wyjść z jaskini, gdy skończymy rozmawiać — oznajmił. Spojrzał po zebranych kotach. — Srebrzysta Równonocy, weź, proszę, kawałek mchu — wskazał łapą stertę, którą dla posłań chowali kronikarze — i zbierz trochę wody z zewnątrz. Każdy będzie mógł się napić.
Po Grocie rozległ się głos Nieustraszonego Chomika.
— Potwierdzę to, ogień rozprzestrzenił się w takiej dużej ilości, że musieliśmy skorzystać chwilowo z rzeki, ten dym był tak ostry, że nie dało się normalnie oddychać, a ja nie jestem w kwiecie wieku, żeby wdychać spaliny — rozejrzała się przez chwilę, sprawdzając, ile jest kotów, zauważyła, że akurat kogoś brakowało, kogo nie pilnowali.
— Nie możemy sobie skakać do gardeł, sycząc, kto kogo pilnował lepiej. Pożar był gwałtowny i nieprzewidziany, a że działaliśmy pod presją, tylko sprawiło, że nasze działania nie były dokładne. Nie mówiąc już o tym, że wam też zabrakło jednego kota, gdzie Pozłacana Pszenica?
Zawodzące Echo zmarszczył brwi.
— ...Źle się czuliście, więc staliście w rzece, aby utopić się, jeżeli zemdlejecie — mruknął pod nosem. — Mądre.
Westchnął.
— Pozłacana Pszenica musiała odłączyć się od nas podczas ucieczki z obozu — odpowiedział na pytanie Chomik. — Ostatni raz widzieliśmy ją właśnie tam.
Ponownie obrzucił spojrzeniem Pierze i Ciernia, po czym uciekł wzrokiem w bok, na Dzikiego Berberysa i Zwiewny Mak.
— Nie chcę nikogo pochopnie oskarżać. Jednak część z was nigdy w obozie się nie zjawiła, a wróciliście jako ostatni. Nie możecie mi powiedzieć, że to nie brzmi, choć odrobinę podejrzanie. — Wziął głęboki oddech. — A na dodatek, patrząc na rzeczy, które ostatnio usłyszałem, nie wiem, czy jestem skłonny wam ufać.
— Właśnie — zaczął Biały Strumień. — Gdzież się podziewa moja siostra, Wełnista Mszyca? Niemożliwe jest, by zostawiła Klan w potrzebie i nie przyszła do Groty, by spotkać się z resztą, wszak jest to miejsce spotkań.
Wdzięczna Firletka z opuszczonymi nieco uszami zwróciła się w stronę przewodnika.
— Musiała odłączyć się od nas, gdy opuszczaliśmy obóz — miauknęła. — Ja pilnowałam uczniów, nie pamiętam momentu, w którym zniknęła mi z oczu. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy ją widział. Ale... Wątpię w to, że się zgubiła. Zna nasze tereny bardzo dobrze, a poruszanie się po nich w ograniczonej widoczności nie było nigdy dla niej problemem. W końcu wychodziła w nocy.
Przewodnik zmrużył oczy, przesuwając długim ogonem po ziemi. Jego końcówka drżała, kiedy myślał nad ewentualnościami.
— Masz rację, Wdzięczna Firletko. — Miauknął. — Co więc mogło się stać, iż nie przybyła tutaj? Coś ja trzymało? Może ktoś?
— Nie widziałem jej… — wymamrotał Gradobijący Cierń. — Myślałem, że pobiegła z wami. Przecież widziałem ją przed sobą nie długo przed tym, jak rozdzieliły mnie płomienie od reszty. Potem już nie widziałem nikogo oprócz tych, z którymi biegłem potem.
Albinos zwrócił się ku kocurowi.
— Nie wybiegałem z Wami, nie było mnie przy Was przecież. — Odpowiedział, mierząc go przeszywającym wzrokiem.
— Chodziło mi o tych, którzy biegli w grupie przed starszyzną. Przepraszam, zwróciłem się za bardzo do ciebie… Wracając, przez ten chaos i zamieszanie pamiętam tylko ten jeden moment. Może jest bezpieczna ze starszyzną? I Króliczą Gwiazdą…? Może im pomogła…
— Zawodzące Echo, z całym szacunkiem, ale nie sądzę, że Nieustraszony Chomik jest winna — nagle rozbrzmiał głos Złocistej Wydmy. — Po co miałaby przechodzić przez całą walkę z lisem tylko po to, żeby za chwilę wszystko zepsuć? To nie jest logiczne.
Echo zwrócił wzrok w stronę Złocistej Wydmy.
— Słuszna uwaga — miauknął. — Jednak moja uwaga jest skierowana również na inne koty.
Niepewnie Kurza Łapa patrzył to na matkę, to na Cyklonowe Oko, aż w końcu nie mógł się zdecydować kogo obdarować swoim dziwnym, przeszywającym wzrokiem. Ta wymiana zdań… była druzgocąca. Słowa, które kilka dni temu wybrzmiały z ust Kurzej Łapy, znów do niego dotarły. Spiął się. “Czyli o to jej chodziło?” — rzekł do siebie w myślach. Zamrugał parę razy, przysiadając się po dłuższej chwili nieco bliżej mentora i nasłuchiwał tego, o czym mówili starsi. Czy na pewno chciał tego słuchać? W końcu zobaczył Rudzikowe Skrzydełko. Przełknął głośno ślinę, po czym wytrzeszczył kobaltowe oczy, widząc, jak mama mdleje. Skulił się u boku albinosa.
— ... Czemu tu siedzimy, zamiast szukać ocalałych? Sójczy Błękit i Szara Skóra dalej mogą się tam włóczyć lub skonać... — wymamrotał w stronę mentora, lecz ten, zbyt przejęty stanem Mszycy, go zignorował. Kurza Łapa westchnął ciężko.
Echo czekał na znak, że wojowniczka nie odejdzie nagle z tego świata. Gdy Wdzięczna Firletka spojrzała na niego i skinęła głową, odetchnął.
— Wracając... Koty Klanu Burzy! — miauknął, chcąc zwrócić uwagę wszystkich. — Chciałbym, aby wszyscy posłuchali tego, co niektórzy będą mieli teraz do powiedzenia.
Zamilkł na moment.
— Ruda Lisówko?
Wojownik wyprostował się. Od razu wiedział, o co chodziło.
— Parę księżyców temu — zaczął powoli, unosząc głos. — Wcale nie tak dawno, podczas polowania natknąłem się na dwa koty. Przy Przybrzeżnym Oku.
Wziął oddech.
— Jednym z nich był Tańcujące Pierze. Wtedy Pierzasta Łapa. Usłyszałem część jego słów. "Chcę, aby razem pozbyła się tego czarnucha". Do kogo Pierze trzyma urazę? Do władzy klanu. Nie trudno wpaść na myśl, że przez czarnego kota miał na myśl Króliczą Gwiazdę, czy nawet Zawodzące Echo.
Po chwili milczenia zastępca wywołał z tłumu drugiego kota.
— Śniący Obserwatorze?
Przewodnik wyszedł niechętnie z cienia, stojąc w bezpiecznej odległości, bliżej Echa.
— Kilka księżyców temu udało mi się podsłuchać rozmowę Dzikiego Berberysu i Gradobijącego Ciernia — zaczął z nieco większą energią niż tą, którą okazywał zazwyczaj — Z rozmowy wynikało, że chcieli się mścić za brata i matkę, wykazywali swoje niezadowolenie z rządów lidera. Chcieli się ,,Pozbyć Króliczej Gwiazdy". — ostatni specjalnie wybarwił — Wspominali o władzy. I nieodpowiednich łapach. To nie wszystko. Jakiś czas później trafiłem na kolejną rozmowę. Przy Kamiennych Strażnikach. — tu przejechał szybko wzrokiem po zainteresowanych zebranych, wracając do patrzenia zaraz po chwili w nieznanym kierunku — Które tylko potwierdziły moje przypuszczenia i obawy. Wspominali o mordowaniu każdego, kto nie jest po ich stronie, jak i obawie przed wprowadzeniem rządów podobnych do tych w Klanie Nocy. I jeśli uszy mnie nie mylą, obawy te padły z pyska Tańcującego Pierza. — przerwał na moment, zatrzymując dłużej wzrok na kocurze — Kotów i głosów do nich należących było więcej— dodał na koniec — Niestety nie byłem w stanie wyłapać nic ponadto.... — zmarkotniał, wyraźnie chcąc wrócić w swoje wygodne miejsce w cieniu. Wydawał się zmęczony, to już drugi raz, gdy musiał grzebać w sprawie czyjejś śmierci.
Z grupy wyrwał się nagle Bursztynowa Łapa.
— Pierze niczego takiego na pewno nie powiedział! — zaoponował kocurek, wyskakując do przodu jak filip z konopii — A nawet jeśli powiedział, to na pewno nic złego nie zrobił! — dodał, rozszerzając możliwość zbrodni.
Zawodzące Echo kiwnął głową Śniakowi, puszczając mimo uszu marudzenie Bursztyna. Odczekał moment, aby słowa zapadły w pamięci kotów.
— Czy ktoś jeszcze ma informacje, którymi mógłby się podzielić? — zapytał. — Czy ktoś słyszał coś, był czegoś świadkiem, i jest w stanie nam ten moment przytoczyć?
— Ekhem — chrząknęła Ostatni Pożar.
— Tak?
— Widziałam ostatnio Rudzikowe Skrzydełko niedaleko granicy z Klanem Klifu. Rozmawiała z kimś na temat rządów Króliczej Gwiazdy i mówiła nawet o możliwości pozbycia się Ciebie, Zawodzące Echo. Chyba nie była to jednorazowa sytuacja, bo wielokrotnie widziałam, jak idzie w tamtym kierunku. — zeznała.
W odpowiedzi Rudzikowe Skrzydełko uniosła ogon i zmarszczyła brwi.
— Ostatni Pożarze... — mruknęła. — Rozumiem, że masz pełne prawo mnie nie lubić, a nawet się mścić, ale możesz aż tak nie zmyślać? — zapytała, krzywiąc pysk. — Nigdy nie miałam problemu do Króliczej Gwiazdy czy Zawodzącego Echa! Czemu miałabym mieć? — mruknęła i westchnęła cicho. — Jakie masz powody, żeby tak kłamać? Czy naprawdę musisz być taka jak swoja matka Ostatni Pożarze? Patrzeć na mnie krzywo i stawiać mnie w takich sytuacjach? — miauknęła cicho. — O co wam z tym chodzi? — dopytała jeszcze zdenerwowana takimi oskarżeniami.
— Nie zamierzam dyskutować ze spiskowcami.
— Po prostu przyznaj, że kłamiesz i nie chcesz się do tego przyznać — odparła cicho Rudzik. — I do tego, że najzwyczajniej w świecie mnie nienawidzisz. Nigdy nie zrobiłabym krzywdy własnemu przywódcy. Nie tak kieruje mnie Klan Gwiazdy — dodała.
— To, że Ostatni Pożar za tobą nie przepada, nie sprawia, że jesteś niewinna — zauważyła Złota Wydma.
Córka Sójczego Błękitu spojrzała na Złocistą Wydmę i westchnęła cichutko.
— Doskonale wiesz, że nie to miałam na myśli i nie broń swojej przyjaciółki — syknęła cicho. — Nigdy, powtarzam nigdy, nie zrobiłabym krzywdy swojemu przywódcy. Ani nikomu innemu. W rzeczywistości boję się krwi! — mruknęła. — I mam duży problem z nawet uśmierceniem myszy. Przysięgam, to nie ja... — mruknęła, będąc o krok od rozpłakania się. — Nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego. Prawda, widywałam się z kimś. Z ojcem moich kociąt. Nie ufam mu, w końcu porzucił mnie i moje potomstwo, ale zdaje się o mnie... troszczyć — uśmiechnęła się ciepło, a słowa, które mówiła były tylko częściowo prawdą. — Nie mam bladego pojęcia, skąd wyciągnęłaś takie bzdury. W klanie jest moje rodzeństwo i maleństwa. Dlaczego miałabym robić cokolwiek, co kazałoby mi ich porzucić? — mruknęła, a jej oczy stały się szklane.
Pożar skinęła partnerce łbem i gestykulował, żeby usiadła i uspokoiła się.
Ślepia zastępcy otworzyły się szerzej na słowa Pożar, ale tylko skinął głową. Planowaną odpowiedź przerwał mu Biały Strumień.
— Ja chciałbym zabrać głos. — Zaczął z dziwną nutą w głosie.
Jego oczy cały czas tańcowały pomiędzy zebranymi. Nieustannie analizował ich zachowanie, zapachy, wypowiedzi oraz reakcje pozostałych. W dodatku... Wyjątkowo przypatrywał się Tańcującemu Pierzu. W jego aparycji, poza ociekającym wodą z rzeki futrem, było coś jeszcze.
— Jakiś czas temu, gdy szedłem nocą do obozu, słyszałem zaaferowane wręcz głosy, uniesione. Tak nerwowe, iż zwróciły moją uwagę. — Ciągnął. Zerknął na Zawodzące Echo. — To była dwójka kotów... Młodych kotów, których niestety nie byłem w stanie rozpoznać. — Przerwał na moment. — Przeczucie kazało mi poczekać chwilę dłużej i po chwili zobaczyłem kolejne dwie sylwetki... Pierzastej Łapy, teraz Tańcującego Pierza oraz Nieustraszonego Chomika.
Jego głos zawisł pomiędzy kotami. Albinos zrobił krok do przodu ze swojego miejsca, stając naprzeciw wspomnianemu kocurowi. Tańcujące Pierze.
— Patrzę na Ciebie od dłuższego czasu. Czym jest ta smuga na Twoim podbródku?
Zastępca zamrugał.
— Tańcujące Pierze — powiedział wolno. — Unieś, proszę pysk.
Rudy kocur oddychał szybciej i głośniej, nerwowo skacząc po oskarżających i oskarżanych. Z początku wszystko wdział i słyszał, jedynie pokasływał. Oczy z czasem się kleiły, przymykał na dłuższą chwilę powieki. Przez chwilę wszystko ucichło... aż nagle obudziło go pytanie Echa.
— J-ja... ja... — mamrotał pod nosem, jakby był po wąchaniu kocimiętki. Zakasłał.
Nagle zgiął się w łuk i zwymiotował prosto przed łapy Zawodzącego Echa. Wstał chwiejnie.
— Ja... ja n-nie... amin-
Nogi stały się wiotkie. Pierze bezwładnie upadł na kamienne podłoże. Oddech stał się płytki, nieregularny; oczy lekko przymknięte. Było widać nienaturalnie rozszerzone źrenice. Ciało rozluźniło się, a sam kocur przestał reagować na wołanie.
Kocur nagle odzyskał świadomość. Podskoczył, uderzając przypadkowo Firletkę. Medyczka syknęła, uchylając się do tyłu, gdy głowa Pierza dość mocno spotkała się z jej podbródkiem. Schował pysk w grzywie, cofając się.
— To... to moja krew... — wymamrotał. — Chomik i Bąbel mogą potwierdzić. Zakaszlałem krwią podczas biegu i nie było czasu tego wyczyścić... O, przepraszam, Firletko... nie chciałem... — mamrotał, dalej mówiąc tylko: "przepraszam najmocniej, naprawdę nie chciałem...".
Bąbelkowy Plusk podszedł do Pierza migiem, mierząc ich wzrokiem, jakby dotknęli jego dziecka.
— To prawda. Mogę to potwierdzić! — miauknął.
Wdzięczna Firletka wysunęła łeb zza Ognika i zmierzyła Pierze wzrokiem. Po chwili delikatnie odsunęła się od starszego z wojowników, stając przed Pierzem, ale nadal w bezpiecznej odległości.
— ...Mógł kaszleć krwią — przyznała po chwili. — Tego nie mogę zaprzeczyć. Dym mógł podrażnić jego gardło.
— Dokładnie!
— Tak, bo potwierdzenie rodzeństwa cokolwiek zmieni — parsknęła Śpiewający Raniuszek, wstając — Może byłoby łatwiej, gdyby nasze kochanie podniosło w końcu głowę, by mógł ktoś zbadać tę domniemaną ranę? Lub rany? — spojrzała na Firletkę bez wyrazu zaraz potem — A czy ktoś widział, jak kaszlał krwią? Czy ktoś jeszcze ma podobne objawy? Nie tłumaczy to wciąż jego zachowania i próby ukrycia podbródka.
Pierze zmarszczył brwi, widząc kotkę.
— O, a Raniuszka jak zwykle w dobrej formie — mruknął i przewrócił oczyma. Pokazał zaschnięte brązowo—czerwone futro. Krew już dawno zaschła i jedyne, co można było zbierać to paprochy. — Widzisz? To moja krew. Zatrułem się dymem... — zakasłał. — Dlatego plułem krwią... jestem osłabiony…
— I tak bardzo próbowałeś to ukryć i się stresowałeś swoimi ranami, że aż zabrakło ci sił w łapach? Jaki wstydliwy. — mruknęła — Uczepiłeś się obrony Bąbla i Firletki, powtarzając ich słowa, samemu nie wiedząc, co wymyślić.
Nagle wuj Pierza, Opadający Rumianek, podniósł łapę, zgłaszając się do odpowiedzi, chcąc coś jeszcze powiedzieć.
Czarny zastępca podniósł wzrok i skinął głową w kierunku Rumianka.
— Przepraszam, że przerwę... — zaczął cichutko. — Na wstępie muszę przyznać, że nie sugeruje, że to akurat wy to zrobiliście ani nic takiego. Czy nawet zleciliście to komuś innemu... — mruknął, patrząc na Zawodzące Echo, a następnie na Wdzięczną Firletkę. — Parę księżyców temu będąc w legowisku medyka, słyszałem rozmowę zastępcy i obecnej przy nas liliowej medyczki. Niestety nie mogę zacytować, ale mówili o śmierci Króliczej Gwiazdy sposobem naturalnym lub z cudzych łap. Nie sugeruje całkowicie nic, ale naprawdę chciałbym, żeby było to wyjaśnione? — mruknął Rumianek.
Firletka zamrugała. Zmarszczyła brwi. Po chwili uchyliła pysk.
— Królicza Gwiazda... Stracił niedawno jedno z żyć — zaczęła, nie patrząc na Echo. — We własnym legowisku. Jego organizm nie wytrzymał wysokich temperatur ubiegłej pory Zielonych Liści.
Przełknęła ślinę.
— Rozmawiałam z Zawodzącym Echem o tym, że śmierć jego ojca będzie w którymś momencie nieunikniona. Nawiązywałam do tego, że każdy zastępca musi się liczyć ze śmiercią lidera, któremu służy, z różnych przyczyn — naturalnych, jak i tych nie.
Zaświeciły się rudemu oczy.
— O! Dokładnie, Rumianku! Ja też słyszałem dziwne słowa dochodzące tym razem z legowiska wojowników. Z słów wynikało, że Królicza Gwiazda stawał się coraz bardziej kruchy... czy to nie świadczy, że był mniej odporny i mógł się zatruć dymem, mdlejąc? Tak jak ja? I Rudzik? — uniósł brew, stając koło wujka.
Oskrzydlony Ognik skrzywił się lekko, słysząc słowa Tańcującego Pierza.
— Wybacz mi moja nieprzychylność w tej chwili, ale myślę, że nie powinieneś się teraz odzywać. Wyglądasz mi na jednego z winnych tej sytuacji — mruknął, usiłując zachować swój spokój.
— ... Wspieram cię, a ty... eh, szkoda na ciebie słów! — miauknął, wyglądając na bardzo urażonego. — Mój wujek medyk był fajniejszy od ciebie... nawet mnie odwiedzał…
Ognik skierował swój wzrok na wojownika.
— Wybacz, ale nie wyglądasz mi na szczególnie lojalnego Klanowi Burzy. Czy nawet Klanowi Gwiazdy — odparł.
Fuknął na niego wyraźnie urażony, ale się nie odezwał. Strzelił focha i usiadł koło Bursztyna.
— Życie wojownika nie jest takie proste, młody... zwłaszcza jak jesteś rudy — westchnął ciężko.
— A co ma do tego rudość? — zdziwił się, unosząc brew — Moje życie jest bardzo proste, tylko ty masz problem, stary.
— Koty wtedy myślą, że jest z tobą coś nie tak... "kuku na muniu", mówią — wytłumaczył. — Widzisz przecież, jak nas większość traktuje. Jak śmiecie, które nic nie rozumieją... ale to nieprawda.
— A o moim tacie tak nie mówią — miauknął dumnie.
— Bo twój tatuś się nie wychyla jak jakiś mięczak i się u wszystkich płaszczy. Nie dziwię się, że twoja matka nim szorowała o kamienie, aby uciec od walki z lisem, po czym go odstawiła. Nie umiał stawiać granicy, Bursztyn, dlatego ty nie możesz być taki jak on. Musisz być twardy jak skała.
— Nikt nikim nie szurał po kamieniach! — nastroszył się.
— Ta, na pewno, młody... musisz otworzyć oczy. Jak to zrobisz, możemy dalej rozmawiać.
— Ciebie możemy oskarżyć o wiele więcej niż o posiadanie rudego futra, na które zganiasz winę — warknęła Raniuch z daleka. — Odbiegamy od tematu, chodząc po tematach i gdybaniach, gdzie nie mamy żadnych dowodów! Padły cztery imiona. Gradobijący Cierń, Dziki Berberys, Tańcujące Pierze i Rudzikowe Skrzydełko. A o pierwszych dwóch w ogóle nie rozmawiamy — odezwała się głośniej i donośniej. — Gdzie są koty, których nie ma? Jestem za tym, by wysłać patrol sprawdzający okolice. Jeśli spłonęli, na pewno zostały szczątki, jeśli ktoś im natomiast pomógł, powinny być ślady. Swoją drogą, czy ktoś nie powinien obejrzeć ciał naszych podejrzanych? — spytała, patrząc spod byka na oskarżonych — Na pewno mają ślady po ewentualnej bitwie, nikt nie poddałby się po prostu i nie oddał na skazanie.
Przewrócił oczyma. Nie miał żadnych śladów bitewnych. Jak zwykle, Śpiewka chciała się zabawić w bohatera.
Rumianek uśmiechnął się słabo, wracając do słów medyczki.
— Tylko że to w żadnym stopniu nie rozwiewa mojej sugestii — odparł, a zaraz zaświecił mu się świetlik. — Zaraz, zaraz. Czy Zawodzące Echo boi się bycia przywódcą? A może właśnie wręcz przeciwnie, to on zaplanował zabicie go? — podpytał.
Zastępca skrzywił się nieznacznie.
— Nigdy przez myśl nie przeszła mi chęć zabicia własnego ojca. Ilość rozmów, którą przebyłem z Wdzięczną Firletką, Kronikarzami czy nawet Rudą Lisówką i Fluorytem, właśnie na temat moich zmartwień o niego, może o tym świadczyć.
— Zarzucanie zbrodni Echu o zabicie swojego ojca jest tak samo odklejone, jak oskarżanie mojej siostry, z całym szacunkiem, Opadający Rumianku — odezwał się Pogłos Klanu Burzy, Ognik. — Nikt tak bardzo nie wspierał Króliczej Gwiazdy właśnie, jak Zawodzące Echo, który, przypominam, stracił już swoją rodzinę w różnych okolicznościach, a z ojcem miał dobre relacje, z tego, co udało mi się zauważyć. A gdyby miał spiskować, to pewnie Wdzięczna Firletka dawno by coś wyłapała, podobnie jak reszta kotów. Zresztą, musimy wszyscy przyznać, że już i tak przejął praktycznie stanowisko Królika, więc nie dość, że nie miałby po co sięgać po władzę, to w dodatku przez nawał obowiązków zwyczajnie nie miałby kiedy.
Echo skinieniem głowy podziękował Ognikowi za interwencję, po czym spojrzał ponownie na Rumianek.
— Myślę, że drobna ilość obaw jest zdrowa — miauknął po chwili namysłu, utrzymując kontakt wzrokowy. — Rola lidera niesie ze sobą wiele obowiązków i obciążeń, o których myślałem od dnia, w którym zostałem zastępcą. Zdziwiłbym się, gdyby ktoś niczego się nie bał.
Rumianek wyglądał przez chwilę, jakby nad czymś myślał.
— Masz po swojej stronie również tych dobrych wojowników. Także i mnie. Jest wśród nas w końcu także wielu lojalnych. Wierzę, że będziesz dobrym przywódca. I dziękuję za rozwianie moich wątpliwości — kiwnął lekko głową.
Raniuch skinęła łbem.
— I nawet jeśli ktoś zabójstwo zlecił, ktoś się końcowo go podjął, co czyni go tak samo winnym. Nie widzę powodu, by teraz się nad tym rozwodzić.
Echo kiwnął głową Rumiankowi w geście uznania. Po chwili przeniósł wzrok na Śpiewkę.
— Patrol wyruszy w momencie, gdy tylko się rozpogodzi — zgodził się z nią. — Będą szukać tych, których nie wrócili do obozu... Żywych lub ich ciał. Śladów walki.
— Z chęcią wezmę udział w patrolu — zaoferował podejrzany rudzielec. — Na początku już zaproponowałem, abyśmy poszli ich szukać... może jeszcze gdzieś tam są?
— Nie. Ty zostajesz tutaj. — warknęła Raniuszek. — Zbyt dobra okazja, by dać nogę, co?
— To zły pomysł, by podejrzany szedł — wtrącił.
— Nigdzie się nie ruszasz — wymamrotała pod nosem medyczka. — Oskrzydlony Ogniku, pomóż mi ich obejrzeć.
— No dobra, dobra...
Usiadł więc na zadzie i czekał. Najpierw medyczka obejrzała spalony ogon Rudzik. Niestety, ogon dało się uratować. Z poirytowaniem Kurza Łapa zamachał swoim rudym biczem.
Gdy zbliżyli się do Nieustraszonego Chomika, Firletka od razu zauważyła ranę.
— Nieustraszony Chomik ma ugryzienie na łapie! — zawołała w stronę Echa i Śpiewki.
— Bo to moje ugryzienie. Paliła mi się, a gaszenie ziemią nie zadziałało, to się ugryzłam, oczywiście to było w trakcie, jak biegłam do rzeki się ratować.
Jakaś żenada. Po prostu żenada.
— Więc, zamiast po prostu wsadzić do pyska, postanowiłaś ją ugryźć?! — rzuciła gwałtowniej Rudzik w stronę Chomik, bardziej nabuzowana.
— Czy nie powinnaś mieć w takim wypadku poparzonego pyska? Nie widzę u Ciebie nic podobnego.
— Chomik jest… Głupia. — burknął Cierń. — Dziwi cię to?
— ...Gdybym poparzył sobie łapkę i spanikował... pewnie też bym to samo zrobił — dodał ciszej rudy, trochę zawstydzony.
— Przecież ja sam mam podpalone futro, potknąłem się i wylądowałem bardzo blisko ognia. — wskazał na zwęglone końcówki futra na grzbiecie.
— Tak ugryzłam ją, to, że nie rozumienie nowoczesnych metod zapobiegania kontuzji to już nie moja sprawa, a po drugie mój pysk jest nieskażony, bo ten ogień to sama pochłonęłam. Trochę mnie piekło na języku, ale się zgasiło.
Firletka, przesuwając się z powrotem do Pierza i Ciernia, zauważyła sierść powyrywaną z ich brzuchów oraz lekkie ślady pazurów, co również oznajmiła klanowi.
— Biegnąc na ślepo, też można zahaczyć brzuchem o coś ostrego — wymamrotał Pierze. — Przynajmniej rany nie są głębokie…
— Czyli co — odwróciła głowę do Ciernia, odklejając wzrok od matki — Bawiliście się w berka podczas pożaru? Czy poszukiwania umarłych to jakieś twoje nowe, chore hobby?
Nie ukrywał się z tym. Spojrzał kątem oka na Raniuszek i głośno powiedział:
— Zahaczyłem o ostrą gałąź krzewu podczas biegu przed ogniem i wyrwało mi trochę futra — wyjaśnił spokojnie. — Jak Wdzięczna Firletka widziała, te rany są w wyniku zahaczenia o coś ostrego.
Medyczka uniosła brew.
— I chcesz mi powiedzieć, że wszystkie gałęzie mają po cztery ostre pazury? W tej samej odległości?
— W trakcie biegu mogłem jeszcze o coś zahaczyć. Klan Gwiazdy wie, co mi się tam jeszcze wbiło…
Dotychczas Lotos siedział pod ścianą, w mroku, jednak teraz wysunął się pomiędzy inne koty.
— Chciałbym również coś powiedzieć — oznajmił, stając obok Echa. — Niedawno Tańcujące Pierze dość mało subtelnie wypytywał mnie o moje poglądy wobec władzy klanu i opowiadał o krytyce, z którą podobno spotykał się Królicza Gwiazda. Czyżby szukał pomocników wśród nas?
— Rzeczywiście można go było zauważyć w towarzystwie niektórych kotów, podszeptującego… — mruknęła Raniuch.
Pokręcił zażenowany Tańcujące Pierze głową.
— Lotosowy Pąku, przerabialiśmy ten temat. Mówiłem tylko, że był rozłam w klanie, bo słyszałem szepty dochodzące z legowisk. Chciałem sięgnąć po twoje rady. Powiedziałeś mi dużo mądrych słów, które do dzisiaj pamiętam i dziękuję ci za to. Dzięki tobie udało mi się szybko opanować po śmierci mojego brata.
Albinos zmierzył Pierze wzrokiem, nie odzywając się już.
Biały Strumień westchnął. Wziął po chwili ponownie głęboki wdech.
— W takim razie mamy: ślady po czymś ostrym na brzuchu Pierza, który twierdzi, iż to była gałąź. Ugryzienie na łapie Nieustraszonego Chomika, która ugryzła się sama, mimo braku poparzenia na pysku. Do tego Gradobijący Cierń również ma ślady na brzuchu, a obydwaj mają powyrywaną sierść. Czy coś pominąłem?
— Nie uważasz, że gdybyśmy faktycznie walczyli, mielibyśmy na sobie o wiele więcej ran? — Cierń uniósł brew. — W dodatku chyba by nas tu już nie było, bo dym był tak duszący i szczypiący w oczy, że łatwo było się dusić. Mnie Pierze znalazł już w stanie prawie omdlenia, musiał mnie ewakuować z dala od dymu. A on sam nie był w najlepszej formie. Zresztą, zanim odciął mnie ogień, pomagałem Sójce iść, bo nie miała siły. Wcześniej biegłem niedaleko, a potem wspierałem ją bokiem przez chwilę. Rozdzieliliśmy się, bo usłyszałem krzyk jednego ze starszych i chciałem mu pomóc, no, a potem odcięły mnie płomienie…
— Hmm. Może i byście mieli więcej ran, gdybyście walczyli z kimś równym sobie. Jeśli był to kot słabszy... jak na przykład Królicza Gwiazda lub mój ojciec. Takie rany są odpowiednie do poziomu walki.
— Biały Strumieniu, z całym szacunkiem, ale Królicza Gwiazda miał wiele żyć. Byłoby zbyt ciężkie zabić go i jeszcze resztę kotów w tak małej grupie, nie sądzisz? I co, Wełnistą Mszycę, młodą i zwinną, też zabiliśmy? Przemyśl to, proszę.
Śpiewający Raniuszek prychnęła.
— Tak, bo walka z bandą starszych i, iloma, dwójką młodszych kotów, gdy macie przewagę w sile to naprawdę spore wyzwanie.
Gradobijący Cierń westchnął zrezygnowany.
— Powtarzam, PO RAZ KOLEJNY! Przejmujecie się tym, że niby nie żyją, a co, jeśli żyją?! Leżą teraz gdzieś na spalonej łące i biorą ostatnie oddechy, bo WY nie chcecie ruszyć się i ich szukać! Zresztą kocięta są głodne, jeśli nie zauważyliście, a do patrolu łowieckiego też nie garnie się nikt! Obwiniacie nas, a to my najbardziej się teraz martwimy, bo widzieliśmy ich, a widzenie kogoś przed jego prawdopodobną śmiercią też nie jest łatwe!
Tańcujące Pierze zamknął pysk Gradobijącemu Cierniowi.
— Zamknij pysk... już się teraz wykazałeś inteligencją i zasobem słów, geniuszu…
Jako odpowiedź usłyszał warczenie.
— Myślę, że wszyscy zapomnieli o tym, co Śniący Obserwator mówił na samym początku — zaczął swą wielką przemowę Ognik. — Czy spiski doszły końcowo do rękoczynów, tego nie wiemy, ale sam fakt, że zdrada pływała wśród nas tak intensywnie, nie może obyć się bez konsekwencji. Na czas oględzin proponuję wsadzić wszystkich do dołów i pilnować, gdyż mamy tu do czynienia z jawną zdradą klanu, jak nie masowym morderstwem i to nie w skali dramatu rodzinnego, tylko zamachu na lidera. Mamy motywy zdrady, mamy Pierze, który już nie raz wykazał się swoją... gwałtownością oraz Chomik, która już do podobnego czynu podeszła, więc wątpię, by zabicie kogoś było dla niej przeszkodą. Oskarżane tu koty, tak czy inaczej coś planowały, chcąc POZBYĆ się, przypominam, Króliczej Gwiazdy i naprawdę śmiem wątpić, że chodziło o wyproszenie go grzecznie z klanu. Co, jeśli któryś ze starszych widział wybryk i został uznany za uciążliwego świadka? Plany były, z tego, co rozumiem, całkiem żywe — tu spojrzał na Śniącego, który kiwnął głową na potwierdzenie — Nie wiadomo czy do zamachu doszło, ale dojść miało. Czy teraz, czy później. Osobiście jestem za wrzuceniem wszystkich oskarżonych osobno do dołów i pilnowanie, aż nie wymyślimy, co z nimi zrobić. — tu spojrzał jeszcze raz na winnych — Osobiście nie chciałbym dalej żyć w społeczności przepełnionej zdrajcami, którzy w każdej chwili mogą wbić zęby w kark. Szczególnie że chcieli też pozbyć się Zawodzącego Echa. Kogo więc jeszcze mieliby za sobą pociągnąć? Waszych bliskich? Matki, siostry, cały klan?
— PATRZCIE, PSZENICA WRÓCIŁA! — wszyscy popatrzyli tam, gdzie pokazała Chomik, a kotka wykorzystując to, uciekła. Za nią pobiegł Cyklonowe Oko.
— ...I oprócz bycia skałą musisz być szczwanym lisem jak ta o to Nieustraszony Chomik.
Z tunelów dochodziły warczenie i krzyki. Już po chwili do Groty powrócił Cyklon, ciągnąc Chomik za nim za kark.
Pomimo słów Ognika, reszta kontynuowała poprzednią rozmowę i wymianę zdań Ciernia—Śpiewki.
Kotka patrzyła na srebrzystego kocura niezbyt przejęta.
— Przynajmniej Pierze wie, kiedy się zamknąć. Może też zauważył, że sprawa jest stracona, zamiast brnąć dalej w kłamstwa. — miauknęła chłodno. — I nie udawaj, proszę, że ci zależy. Masz krew na łapach, dobrymi czynami ich nie obmyjesz. — zignorowała próbę ucieczki matki, siadając znów z boku, pusto patrząc na scenę i jak żałośnie Cyklon wkroczył znów do groty, z Chomikiem w pysku. Odwróciła wzrok.
Uśmiechnął się rudy do Raniuch, widząc jak coś się w niej dzieje. Reakcja kotki na uwięzienie matki nasuwa mu wiele pomysłów, co do ich następnych pogawędek, jeżeli takie się odbędą.
Przeleciał wzrokiem po tłumie.
— Czy możecie się na chwilę uspokoić! — zawołał zastępca, zaciskając zęby. — Ktokolwiek słuchał, co Oskrzydlony Ognik przed chwilą powiedział?
— Jestem za tym, by wsadzić ich do dziur. — odezwał się Śniak, wyraźnie dając znać, że nie chciał ich widzieć.
— Mam nadzieję, że tylko na czas oględzin — miauknęła wyraźniej Raniuszek. — Później chętnie zobaczę jak bez pazurów i języków opuszczają klan.
Uśmiech Pierza nie zniknął.
— Miło to słyszeć, Raniuszku. Doprawdy... aż się łezka kręci w oku!
— Popieram Raniuszka. Nie powinniśmy przejawiać litości dla zdrajców — rzekł Biały Strumień.
— Czyli chcecie też być okrutnymi mordercami? No dobrze, hipokryzja no ale co sobie tam chcecie… — odburknął.
— Ależ my nikogo nie mordujemy. Karzemy w imię sprawiedliwości i zasad oraz moralności narzuconych przez Klan Gwiazdy, który zhańbiliście, podobnie, jak kodeks wojownika. Więc tak, uważam, że jesteśmy w tym lepsi. O wiele lepsi od was.
Raniuszek nagle wyszła, nie czekając na werdykt Echa. Dziwne.
— Ah, no tak. Kiedy nawet nie jesteście pewni, czy to my zabiliśmy. A kto wie, może ten ogień zesłali na nas właśnie Gwiezdni, bo chcieli nam dać za coś nauczkę. Lub ukarać jakieś koty. Tego już nie wie nikt. Czy medycy nie mieli ostatnio jakichś znaków od Klanu Gwiazdy? Oczywiście nie muszą odpowiadać, ale niech odpowiedzą na to pytanie sobie sami w głowie.
— Nie możemy też wykluczać, że po wygnaniu by nie wrócili, by przejąć klan — westchnął melodyjnie, jakby gdybając sam do siebie. Nie przeszkadzało mu zabicie kogoś, kto naraziłby na rozpad jego wizję o utopii.
Echo ponownie zwrócił na siebie uwagę zebranych kotów.
— Zgodnie z propozycją, podejrzani spędzą noc pod strażą. Gdy tylko upewnimy się, że na zewnątrz jest bezpiecznie, wysłany zostanie patrol poszukiwawczy.
Zastępcę wziął głęboki oddech.
— W międzyczasie, prosiłbym każdego o zastanowienie się nad tym, co dzisiaj usłyszeli i zobaczyli. O przyszłości podejrzanych, gdy tylko patrol zda raport z... ilości kotów, których przez nich straciliśmy, zadecyduje również głos publiki.
Rudzik, słysząc swoje imię, zastrzygła uchem i kiwnęła głową na znak, że zrozumiała słowa przyszłego przywódcy. Niebywałe.
— Pod czujnym okiem również chętnie pomogę przy późniejszej odbudowie obozu — mruknęła cicho, słabym głosem.
Odwrócił się na pięcie, z widoczną frustracją w stronę swoich “strażników”. Westchnął ciężko.
— I gdzie ta sprawiedliwość, Klanie Gwiazdy?
Oczywiście na sam koniec rozległy się wrzaski Chomik.
— NIC NIE ZROBIŁAM, ZOSTAWCIE MNIE, WRONIE KARMY! WSZYSCY JESTEŚCIE GŁUPCAMI I PRAWDZIWYMI ZDRAJCAMI WŁASNEGO KLANU, MOJA MATKA BYŁABY LEPSZYM LIDEREM NIŻ WY WSZYSCY! NORNICZY ŚLAD CHCIAŁA DOBRZE, ALE OD KIEDY UWIERZYLIŚCIE ZAKŁAMANEJ LISIEJ STRAWIE PRZEPLATKOWEMU WIANKOWI, SAMI SOBIE SPUŚCILIŚCIE GNIEW GWIEZDNYCH! WASZA BIERNOŚĆ ZOSTAŁA UKARANA I BĘDZIE NADAL, PÓKI ŻYJĘ, TO MOŻECIE SWOJE MARZENIE O SWOIM SPOKOJNYM ŻYCIU WSADZIĆ W DU-
Aż w końcu Cyklon ją przygniótł mocno do ziemi.
Nasz bohater.
Kurza Łapa zajął swoje miejsce niedaleko Białego Strumienia, również w tamtym miejscu zasypiając. Niezbyt wygodne, jednakże rudy nie myślał nad bolącymi stawami. Chciał odpocząć.

***

Rudego ucznia wybudził z głębokiego snu głos zastępcy Klanu Burzy. Zerwał się i śpiącym wzrokiem spojrzał na czarnobiałego kota. Ziewnął przeciągle, po czym kichnął trzy razy. Dziwne.
— Klanie Burzy! — zastępca podniósł głos, zbierając na sobie uwagę. Koty zwróciły pyski w jego kierunku. — Dzisiejszego poranka wrócił patrol poszukiwawczy.
W tłumie rozległy się szmery. Po jej grzbiecie przebiegł dreszcz; wiedziała, jakie słowa zaraz padną. Została już wcześniej o wszystkim poinformowana, przy okazji zaproszenia poza Grotę, gdzie brała udział w oględzinach… Ciał, które udało im się odzyskać.
— Nie znaleziono ciała Króliczej Gwiazdy — oznajmił — wprost, tak, jak się tego spodziewała. Szepty przybrały w natężeniu; uniósł łapę, aby je uciszyć. — Podobnie jak ciał Sójczego Błękitu, Szarej Skóry, Skrzypiącego Skrzypu oraz Szafirkowego Wiatru. Po Wełnistej Mszycy również nie ma żadnego śladu… A więc. Proszę wszystkich wojowników, medyków, kronikarzy, przewodników oraz uczniów powyżej dwudziestego księżyca życia o wyrażenie swojego głosu publicznie. Koty, które wypowiadają się za wygnaniem głównej czwórki podejrzanych, niech staną po mojej prawej — uniósł jedną z łap — a za egzekucją, po lewej — powtórzył gest po drugiej stronie.
Złota Wydma i Pożar stanęły po prawej Echa jako pierwsze.
— Moją opinię już znacie, możecie brać mój głos pod uwagę w obu kwestiach — miauknęła wyraźnie kocica po paru uderzeniach serca. — Egzekucja zaoszczędzi nam wielu kłopotów w przyszłości. Wygnanie niesie za sobą ryzyko. Niemniej, jednak jeśli, jak wspomniałam, pozbędziemy ich pazurów i języków, ryzyko się zmniejszy. W końcu nie można ślepo wierzyć w zapewnienia spiskowców, jeśli postanowią złożyć przysięgę, że nigdy więcej nie postawią łapy w tych okolicach ani nikogo nie naślą.
Drgnęła, wykrzywiając pysk z dyskomfortem. Nienawidziła tego, że słowa Śpiewki miały sens. Myśl o tym, że miałaby spędzać dni w strachu o to, czy nadejdzie moment, w którym zęby zacisną się i na jej gardle.
Z grupy wysunął się pysk Lodówkowej Łapy.
— Jeśli mogę, Zawodzące Echo… Uważam, że nie zasługują na pewno na zbyt surową karę. Ciała nie są znalezione oraz nie mamy potwierdzenia co do tego, kto dokładnie popełnił morderstwo. Gradobijący Cierń ocalił mi i Gadożerowej Łapie życie… Wiem, nie mogę mu ufać całkowicie, ale wierzę, że to, co się stało, musi mieć jakieś wytłumaczenie. Poza tym Klan Burzy jest teraz bardzo słaby. Czy nie najlepiej byłoby ich przywrócić do roli uczniów, aby wykorzystać ich do obowiązków polowania pod nadzorem zaufanych wojowników?
Zamilkła na moment, spoglądając niepewnie po zebranych, po czym ponownie uchyliła pysk.
— Aktualnie stracimy pół klanu, jak chcemy potem wyżywić kocięta? Nie możemy sobie pozwolić na stracenie tak wielu kotów…
— Mamy dość kotek w klanie, by załatać braki — wbiła jej się w zdanie Śpiewka. — I jesteśmy dość silni, by poradzić sobie bez morderców, którzy w każdej chwili mogą ci wbić kły w gardło. Oczywiście ty nie musisz się o to martwić. Wszyscy wiemy, że jesteście blisko.
Zapadła chwila napiętej ciszy. Ruda Lisówka uniósł z jedną z łap, spoglądając przelotnie na Nieustraszony Chomik.
— Korzystam z mego prawa do głosu i sądzę, że Gradobijący Cień, jak i Dziki Berberys są jeszcze młodymi kotami, które weszły w dorosłość bez rodziców, które nie powinny zostać ani wygnane, ani zabite — zaczął. — Przypuszczam, że oni obaj zostali zmanipulowani, jak i reszta spiskowców przez zepsutego do szpiku kości Tańcującego Pierza i Nieustraszoną Chomik. Oba koty wykorzystały ich dramatyczną sytuację rodzinną dla ich wyzysku, oni obaj kotami, które zabłądziły i mogą jeszcze się odkupić, za to Pierze i Chomik nigdy. Tańcujące Pierze to przykład chodzącej arogancji, kłamstwa i agresji, przed pożarem też dopuścił się kilka występków, rzucił się na jedną z naszych medyczek, których tu nie ma i był może związany z otruciem Strzępkowego Kokonu. Nigdy do tej pory nie widziałem zła wcielonego we własnej osobie, które pewnie teraz nie na skruchy, dosłownie jak został przyłapany, to, zamiast coś z siebie wydusić jak normalny kot, to poszedł gadać do Bursztynowej Łapy że jako rudy ma ciężkie życie, no po prostu wąsy spadają ze śmiechu. Nieustraszona Chomik za to dostała szansę na pokutę, ale zmarnowała ją przy pierwszej lepszej okazji, zawiodła własną rodzinę i przyniosła jej zawód. Dlatego chcę, żeby ta nieobliczalna kotka z psychopatą odeszli najdalej stąd jak się da, wystarczająco nam pokazali, że nie zasługują tu żyć. Już wystarczająco doświadczyliśmy przemocy w tym klanie, nie potrzebujemy następnej.
Chłód, z jakim wypowiadał się o byłej partnerce, był aż nienaturalny. Śpiewający Raniuszek spojrzała z ukosa na ojca i parsknęła.
— Są starsi niż ja, mają niemal po 40 księżyców, a Pierze jest od nich młodszy. To dorosłe kocury, tato. Nie dopiero co wyklute kociaki, które nie potrafią panować nad emocjami i trzeba myśleć za nich. Nie patrz na nich pod kątem młodości.
Lisówka uniósł wyżej podbródek.
— Może, ale nadal sądzę, że mimo to mogą się bardziej zmienić niż twoja matka i Tańcujące Pierze.
Podczas gdy szylkretka spoglądała na ojca z zawodem, jedna z uczennic ponownie wzięła głos.
— To, co mówi Ruda Lisówka… Ma sens — wtrąciła się niepewnie Lodówkowa Łapa. — W końcu Cierń wspomniał o swoim ojcu, gdy wtedy pokłócił się z Króliczą Gwiazdą. Przecież sam potem przeprosił Zawodzące Echo, martwiąc się o lidera… Przecież nigdy wcześniej się tak nie zachowywał.
— Zgadzam się z Rudą Lisówką. Również jestem za wygnaniem Pierza i Chomik.
Modliszkowa Cisza, siedzący dotąd z boku, spojrzał przelotnie na zebranych, a później na Lodówkę.
— Wygnanie nie załatwi sprawy. Egzekucja za to uniemożliwi winnym popełnienia tej zbrodni ponownie, chroniąc nasz i inne klany. Oraz może sprawi że inne koty, w końcu zaczną się bać konsekwencji swoich czynów.
Wraz z wojownikiem na lewą stronę Echa przesunął się Opadający Rumianek, a zaraz po nim Biały Strumień, Śniący Obserwator i Gasnąca Łapa.
— Głosuję za egzekucją. Uważam, że nie powinniśmy okazywać litości kotom, które jawnie zdradziły naszą społeczność — oznajmił wyraźnie biały przewodnik. — Jeśli byśmy ich wygnali, mogliby wrócić, albo co gorsza — mordować inne koty, co było zbyt wielkim ryzykiem. Powinniśmy ukrócić ich działania w możliwie najszybszym tempie, pozbawiając ich życia, tak jak oni odebrali je naszym pobratymcom. Takie potwory nie zasługują, by żyć wśród nas.
Przesunęła wzrokiem po występujących z grupy kotach. Widziała ich krzywe miny, słyszała ich brutalne słowa. Które były gorsze? Skazanych czy skazujących?
Przed tłum wyszedł Oskrzydlony Ognik.
— Uważam, że zawsze należy dawać drugą szansę, w końcu trzeba brać pod uwagę wiele możliwości i czynników, jak chociażby wcześniej wspomniany młody wiek, który nie tyczy się co prawda Gradobijącego Ciernia i Dzikiego Berberysu, lecz Tańcującego Pierza — zaczął, zawieszając wzrok właśnie na rudym kocurze. — W tym jednak wypadku, nie możemy patrzeć jedynie na młody wiek. Są koty, które od urodzenia tworzą za naczynie dla żaru, który w każdym momencie może zranić współklanowiczów i spopielić wszystko, nad czym pracowaliśmy. Niestety, mamy do czynienia z tym drugim, chociaż bardzo chciałbym się mylić. Po części zgadzam się z Rudą Lisówką, że to dwa koty w naszej społeczności stanowią największy problem. Nikt nie wie, czy bardziej niebezpieczny i żarłoczny jest płomień młody, czy stary i doświadczony... kto raz zaznał smaku krwi, przełamał barierę i jest w stanie zrobić to po raz kolejny. Naprawdę mi przykro, gdyż chciałbym zobaczyć wielkie zmiany, jakie młode koty mogą wnieść do społeczności. Niestety, zabrano się do tego w zły sposób. Jakiś czas temu wyraziłem swoją opinię na osobności, jednak po wysłuchaniu słów Rudej Lisówki zmieniłem swoje zdanie. Berberys, jak i Cierń powinni być skazani na wygnanie lub dożywotnie prace na stanowisku kreta pod ciągłym nadzorem. Byłoby to bezpieczniejsze niż stracenie ich z oczu. Co do Chomika i Tańca... — zamilkł na moment. — Niestety, jestem za egzekucją, z szansą na rozpatrzenie tego w przypadku Pierza.
Zapadła chwila ciszy. Przerwał ją dopiero jeden z więźniów, Gradobijący Cierń.
— Klanie Burzy… — trzęsącym się głosem zwrócił się do pobratymców. — Odkąd byłem kociakiem, byłem lojalny swojemu klanowi. Szanowałem każdego z was, jak i starszych naszego klanu. Przepraszam, że musieliśmy się znaleźć w tak tragicznym miejscu, jak to, w którym jesteśmy dzisiaj. Nigdy nie chciałem nikogo skrzywdzić. Gdy dowiedziałem się o zabójstwie mojego ojca, nie byłem w stanie uwierzyć, że zrobiłby coś tak okrutnego. Zabił moją własną matkę. Skończyłem bez rodziców, jak i Berberys i Mak. Wiele razy podczas szkolenia przechodziło mi przez myśl, że powinienem teraz szkolić się u boku matki, choć Szara Skóra był wspaniałym mentorem, to brakowało mi jej. Straciłem rodziców, byłego mentora… Tak, winiłem za śmierć mojej matki Króliczą Gwiazdę, oraz za późne mianowanie mnie, gdyż myślałem, że mi nie ufa. Jednak myliłem się. Królicza Gwiazda w żadnym stopniu nie był temu winny, a moje przekonania nie były moimi własnymi. Żałuję… Zaufania Pierzowi. Szukałem w nim wsparcia. Chciałem… Pomocy. Z Berberysem nie dogadywałem się najlepiej. Nie chciałem też martwić siostry, z resztą oboje przechodzili ciężki czas. A Pierze znalazł mnie w dołku, z którego nie potrafiłem wyjść. Nakarmił mnie fałszywymi przekonaniami, nienawiścią do Króliczej Gwiazdy… — spojrzał po kotach. — Tak, rozmawialiśmy o morderstwie Króliczej Gwiazdy. To Pierze chciał mnie do niego namówić. Wpajał mi do głowy, że jest on stary, że nie nadaje się na lidera, że to przez niego Jagodowe Marzenie jest martwa. Manipulował mną jak marionetką. W dodatku… Wiele ran, z jakimi wracałem do obozu, jak i te, które usprawiedliwiliśmy atakiem lisów, nie były ich winą. Pierze często posuwał się w moją stronę do przemocy fizycznej, a ja sam nie potrafiłem się mu postawić... Byłem tchórzem. Byłem… zbyt słaby. I żałuję tego. Możecie mnie osądzić, jednak wiedzcie, że nigdy nie skrzywdziłbym kota z własnej woli, ale nie chcę was oszukiwać. To ja zabiłem Króliczą Gwiazdę.
W tłumie rozległy się szepty.
Serce podeszło jej do gardła. Czyli ich podejrzenia zostały potwierdzone. Życia Króliczej Gwiazdy zostały mu zabrane.
— Nie… Nie chciałem tego zrobić… Męczyły mnie głosy, cienie, które widziałem, które mówiły mi, że jestem beznadziejny! Że też skończę jak mój ojciec! I tak właśnie się stało. Nienawidzę się za to. Dlatego przeprosiłem Echo za rzucone w stronę Króliczej Gwiazdy słowa. Bo tuż po tym, jak ten umarł, pożałowałem. Wiem, że dla was będę mordercą. Możecie mi wyrwać pazury, możecie dać mi przeklęte imię, zrzucić mnie do dziury, jednak proszę… Jeśli jestem w stanie o to jakkolwiek prosić… Oszczędźcie mojego życia… Odpowiem wam na każde pytanie, jakie zadacie, tylko… Proszę, nie wińcie mnie za coś, czego nie zrobiłbym z własnej woli...
Reszta oskarżonych, w tym Dziki Berberys, pozostali cicho. Po chwili jednak pysk uchyliła Nieustraszony Chomik.
— Też dołożę swoje parę słów. Wiem, że to nie zmieni sposobu, jaki na mnie patrzycie i to rozumiem, ale póki jeszcze żyję, to…
Zamilkła na parę uderzeń serca.
— Poprzednio mój partner, Ruda Lisówka wspomniał, że Tańcujące Pierze wymienił słowa z tajemniczym kotem o treści "Chcę, aby razem pozbyła się tego czarnucha", oczywiście muszę się, że to ja byłam tym tajemniczym kotem. Zaczęło się to tym, że poprosił mnie na osobności, żebyśmy pogadali, to było po zatruciu Strzępkotkowego Kokonu. Prosił mnie, żebym mu zdradziła, jak najbardziej by mógł skutecznie zabić Króliczą Gwiazdę i od czego zacząć. Mówił mi, że już takie numerki kręciłam, ale nie zgodziłam się, dlatego że miałam rodzinę i nie chciałam szarpać jej reputacji. Tylko że tam najbardziej mnie uderzył, groził mi, że jeśli mu nie powiem tego i nie dołączę do jego kwiożerczego planu obalenia władzy- to- to mi groził, że pośle swoich braci, żeby zabili moją córeczkę, Śpiewający Raniuszek. Oczywiście powiedział mi, że jeśli się zgodzę na jego warunki, to ona będzie bezpieczna, nie chciałam oczywiście szarpać się na życie swojego jedynego dziecka, które mam. Wystarczy, że Cicha Łapa już mi został zabrany, co jeszcze na Klan Gwiazdy miałam poświęcać?!
Po policzkach oskarżonej pociekły łzy. Firletka odwróciła spojrzenie.
— Dlatego byłam zmuszona, zabić swego ucznia, Skrzypiącego Skrz-... Skrzypu, ja nawet nie umiem wypowiedzieć jego imienia! Stałam się potworem! Przynajmniej jednak ze spokojem umrę, jeśli mnie skażecie na egzekucję z tym agresywnym rudzielcem, to przynajmniej wiem, że mojej córce już nic nie będzie grozić.
Usłyszała zmęczone westchnienie Śpiewającego Raniuszka.
— Jesteś dorosłym kocurem, na gwiezdnych — mruknęła, komentując wywody Ciernia. — Patrzenie jak się mazgaisz już po dokonanej zbrodni, jest obrzydliwe.
Gdy ponownie podniosła wzrok, Śpiewka wpatrywała się w matkę twardym wzrokiem.
— Zawiodłam się na tobie.
Gradobijący Cierń drgnął, unosząc głowę i wpatrując się w młodszą wojowniczkę błagalnie.
— Śpiewko, rozumiem twój punkt widzenia… Jednak czy gdy walczysz za swój klan, jesteś mordercą? Tak samo w tym przypadku, ja nie chciałem mordować, jak koty na bitwie. Tak, wtedy walczymy dla swojego klanu. Przyznaje, zrobiłem źle. Jednak żałuję. Bardzo. Nie chcę być mordercą — miauczał. Jego spojrzenie padło na Białego Strumienia. — Wełnista Mszyca nie została zabita. Uciekła. Pierze kazał jej uciekać i nigdy więcej nie zbliżać się do Klanu Burzy. Nie wiem, czy kiedykolwiek będzie miała zamiar wrócić… Po tak drastycznym widoku…
Zamrugała. Jej serce zatrzymało się na parę chwil, zanim ponownie ruszyło pędem. Wygnana? Kątem oka widziała, jak przewodnik wstaje, podchodzi parę kroków bliżej i obnaża zęby.
— Nie mieliście prawa jej wygnać. Dumni z siebie jesteście, mordercy? — wycedził przez zęby. — Medyczkę wygnać? Skazać Klan na problemy zdrowotne? Samolubnie podejmując decyzję, zaszkodziliście nam, jak i jej! Macie świadomość, że Wełnista Mszyca może nie przeżyć sama? Jest albinosem, nie może wyjść nawet na światło dzienne! Nie ważne, że żałujesz. Miano mordercy pozostanie z Tobą na zawsze, nic nie pozwoli odkupić Ci Twoich win, Gradobijący Cierniu.
Nie chciała tego słuchać. Z drugiej strony, chciała dołączyć do Białego Strumienia i przemówić im wszystkim do rozsądku.
— Pierze chciał ją zabić, ale został powstrzymany. Sam niestety nie byłem blisko, gdy się to stało — odpowiedział szybko Cierń. — Przepraszam, Biały Strumieniu. Chciałem ci to powiedzieć, abyś był spokojniejszy o to, że jest cała i zdrowa i że jest jeszcze szansa na odnalezienie jej… Nie oczekuję za to od ciebie łaski. Mówię to, abyś wiedział, że żyje.
Żyje. Żyje, ale jest sama. I na pewno przestraszona. Wygnana, pozbawiona domu i przyjaciół samozwańczą łapą. Kolejny jej uczeń, który został nagle oderwany od swoich marzeń.
— Cała i zdrowa? — powtórzył Biały Strumień, głosem przepełnionym jadem. — Ja mam być spokojniejszy? Oh, dzięki Przodkom za Twoją wspaniałomyślność! Dopiero z pazurami na gardle postanowiłeś gadać, Gradobijący Cierniu. Nic nie wybieli Twoich skrwawionych łap, jesteście niczym więcej, niż wronimi strawami. Nadajecie się tylko na egzekucję, nie wierzę w żadne wasze słowo o "żałowaniu win". Nie myślałeś o konsekwencjach w chwili planowania zbrodni? A później podczas jej popełniania? Nie ruszyło Cię wtedy to Twoje wspaniałe sumienie? Wystraszyłeś się, że będziemy chcieli Cię zabić? Za późno na żale, Gradobijący Cierniu. Stało się, a co do reszty...
Spojrzał na Pierze ze zmrużonymi ślipiami i bijącym o podłoże ogonem.
— To chętnie własnołapnie Cię okaleczę, Tańczące Pierze. Chociaż może powinienem powiedzieć; Zakłamane Pierze. Nigdy Ci nie wierzyłem i mam nadzieję, że spotka Cię najwyższy wymiar kary.
— Wbrew wszystkiemu, Biały Strumieniu zdaję sobie sprawę z popełnionej przez siebie zbrodni — Cierń brnął dalej. — Wiem, że nadal mogę zostać nawet wygnany, choć jeśli jest szansa odkupić moje winy, byłbym gotów to zrobić. Jeśli nie, nadal będę żałował. Wiedz, że nawet jeśli zostanie wybrane wygnanie i zdecydujecie, by wygnać i mnie, to nawet jeśli przeżyje reszta, to domyślam się, że ja sam za wydanie innych zostanę zabity. Jeśli chcesz, aby ten, kto daje ci nadzieję, że twoja siostra może jeszcze wrócić do Klanu Burzy, umarł, oraz kto daje wam całą prawdę na wyciągniętej łapie, umarł…
Tańcujące Pierze usiadł na ziemi, przekręcając lekko głowę i wpatrując się bez wyrazu pyska w przewodnika.
— Nazywam się Tańcujące Pierze, Biały Strumieniu. Chcesz mnie własnołapnie okaleczyć? Czemu? Bo wierzysz mordercy? Tak łatwo tobą zmanipulować, przewodniku Klanu Burzy? — Uniósł jedną z brwi. — Mogłem się po tobie więcej spodziewać.
Pokręcił głową i uśmiechnął się z politowaniem.
— Czemu chcesz mnie skaleczyć, przewodniku? Czy moja krew zaspokoi twoje potrzeby? — Ponownie wstał i przechylił głowę na bok z uśmieszkiem. Wyszczerzył śnieżnobiałe zęby. — Czy znajdziesz ukojenie w kolejnej kałuży krwi pobratymca? Klanie Burzy, tak nie musi być — zwrócił się do ogółu klanu. — Nie możemy stać w miejscu i wybierać krew za krwią. Zaraz utoniecie w tym po same uszy, a nawet nie jesteście tego świadomi. Przemoc rodzi przemoc. Bawicie się w tej krwi. Taplacie ze śmiechem. Nie widzicie? Odkąd ojciec Gradobijącego Ciernia, Zwiewnego Maku, Dzikiego Berberysa i świętej pamięci kremowego brata, Klan Burzy zaczął się dzielić. Czemu dalej chcecie rozlewać krew? Podejmujecie samobójczą decyzję. Jeszcze kilka kropli, a przed wami będzie tylko szkarłat, a nie pobratymiec czy rodzina; bo gdy wszystko staje się krwią... krew to wszystko.
Przewodnik spojrzał na dwójkę z prawdziwym brakiem szacunku w oczach.
— Zasłużyłeś na śmierć — zwrócił się do Ciernia; chłodno, acz dobitnie. Zwrócił wzrok na drugiego kocura. — Jesteś zwykłym manipulatorem oraz mordercą, Pierze. Gradobijący Cierń w swoim głosie nie miał paniki, a zwykłe pogodzenie się ze swym niechybnym losem. Ty zaś, Pierze, jesteś zwykłym, aroganckim, manipulującym kotem, który sieje chaos, rozlewając krew. Jesteś ostatnim kotem, który ma prawo mówić takie rzeczy.
Jej łapy drżały. Miała dość tej dyskusji. Miała dość tych wszystkich obrzydliwych, zajadłych słów padających z ich pysków. Ostrych spojrzeń i błyszczących kłów. Wiedziała, że rozmowa i osąd są konieczne; nie zmieniało to jednak faktu, że ani odrobinę się to jej nie podobało.
Obserwujący rozwój sytuacji Oskrzydlony Ognik zwrócił się do Gradobijącego Ciernia.
— Czyli przyznajesz się do zdrady i morderstwa, ale jesteś skłonny współpracować. Doceniam to. Czy chciałbyś się jeszcze z nami czymś podzielić? Dobra wola na pewno zostanie wzięta pod uwagę, prawda, Zawodzące Echo? — wojownik zerknął na zastępcę — Czy wszyscy tu są skłonni wysłuchać ewentualnych wyjaśnień? Czy ty, jako oskarżony, jesteś skłonny do odpowiedzenia na wszelkie pytania?
Kocur uniósł spojrzenie. W jego ślipiach lśniły nieuronione łzy.
— Tak. Jestem w stanie współpracować i odpowiedzieć na wasze pytania, jeśli takowe macie — Skłonił lekko głowę.— Jeśli skłamię, możecie mnie dać wronom na pożarcie.
W rozmowę wcięła się Śpiewający Raniuszek.
— Walczyć o swój klan?! Zabiliście zgraję staruchów! Dobra mi walka, Królicza Gwiazda ledwo się trzymał na łapach, słyszałeś, że stracił niedawno życie, wystarczyło poczekać, na miłość gwiezdnych. Szlachetne mi zachowanie, zabijanie starca.
Cierń opuścił spojrzenie.
— Wiem. Przykro mi. Wiem że nie przywrócę życia Króliczej Gwieździe, ale zrobię co w mojej mocy, aby był należycie zapamiętany. Oraz abyście dowiedzieli się prawdy.
Odwracając od nich głowę, skupiła się na Echu. Na pysku kocura wymalowany był szok i ból; współczuła mu z całego serca.
— ...Dziękuję za szczerość, Gradobijący Cierniu — miauknął zastępca po parunastu uderzeniach serca, ignorując słowa Śpiewki. — Prawda. Współpraca zostanie doceniona.
Wśród reszty oskarżonych zapadła cisza; przerwał ją dopiero Tańcujące Pierze, z uśmiechem pchającym się na pysk.
— Tak czy siak jesteś mordercą, Gradobijący Cierniu.
— Nie, nie. Pierze — Cierń spojrzał z ukosa na… Przyjaciela? — Nie dam ci wmawiać sobie, że to moja wina. Tak, zrobiłem źle, jednak to ty nie żałujesz tego uczynku. Ja zrozumiałem to w momencie, w którym było już za późno, przyznaję. Jednak ty nigdy tego nie zrozumiesz. To wszystko jest twoją winą — słowa srebrnego przerwał wrzask, który przeszył Grotę Pamięci.
— WIEDZIAŁEM, ŻE Z TEJ JEGO JADACZKI WYPEŁZAJĄ SAME KŁAMSTWA! — warknął Gadożerowa Łapa, patrząc prosto na Pierze. Wstał z miejsca. — Mówiłem o tym od początku, ale nikt mnie nie raczył posłuchać! Ani teraz, ani kiedy wrabiał mnie w otrucie Strzępotkowego Kokonu!
Fuknął z wściekłością, po czym przeszedł na jedną ze stron Zawodzącego Echa.
— Będzie mi się żyło lepiej, gdy ktoś wyszarpie te wszystkie godne pożałowania bajeczki razem z jego gardłem — splunął. — Co do reszty, róbcie to, na co zasługują.
— Właśnie! Jak to było, z tym zatruciem, Pierze?
Słowa Śpiewki ponownie zwróciły jej uwagę.
— Od początku się wypierałeś, ale przyznaj, że nie był to pierwszy raz, gdy doprowadziłeś do czyjejś śmierci. Tak bardzo ci się spodobało, że postanowiłeś kontynuować? — odwróciła się do Ciernia. — Wiesz coś o tym?
Pamiętała dzień, w którym Strzępotkowy Kokon skonał pod jej łapami. Otruty.
— Nie wydaje mi się, żeby mówił mi o tym. Jednak byłby do tego zdolny. Gadożerowa Łapa może mieć rację, nie wydaję mi się, że on byłby w stanie kogoś zatruć. Natomiast Pierze już tak.
— Mówiłam!
Gadożer fuknął, odwracając się przodem do zebranych kotów.
— A wy mi nie wierzyliście! To ja spędziłem księżyce jako uczeń bez mentora za coś, o czym nie wiedziałem, a on skakał sobie po łące i planował kolejne morderstwo!
Nie chciała na to patrzeć, nie chciała się odzywać, lecz ciążyło nad nią brzemię odpowiedzialności. Wstała ze swojego miejsca pod jedną ze ścian.
— Nie będę się wypowiadać za żadną z opcji — spojrzała wymownie na Echo — ale mogę zgodzić się ze słowami Śpiewającego Raniuszka. Tak jak wcześniej mówiła, jeżeli zostaną wygnani, powinniśmy pozbawić ich możliwości powrotu i skrzywdzenia Klanu Burzy kolejny raz.
Spojrzała przelotnie na Tańcujące Pierze. Czy ten jeden raz, gdy groził im w legowisku medyków, była szansa, że doszłoby do podobnej tragedii? Ile brakowało, aby ściany Kamiennej Wieży splamione zostały krwią — nie pacjentów, a ich własną?
Oskrzydlony Ognik ponownie zabrał głos.
— Jestem za tym, by po wszystkim wysłać patrol poszukiwawczy. Być może Wełnista Mszyca jeszcze kręci się po okolicy.
Zawodzące Echo skinął głową.
Lotosowy Pąk, stojący pośrodku z paroma innymi kotami, uchylił pysk.
— Egzekucja Tańcującego Pierza i Nieustraszonego Chomika pozwoliłaby nam wszystkim spać spokojnie — oznajmił, niezbyt przejmując się lamentującym z tyłu Cierniem, śmiejącym się Pierzem i warczącym na niego Białym Strumieniem. Jego słowa skierowane były głównie do Echa. — W przypadku Dzikiego Berberysu i Gradobijącego Ciernia... Nie jestem pewnien. Wszyscy pamiętamy ich słowa, które przekazał nam Śniący Obserwator. Oraz wszyscy słyszeliśmy to, że Gradobijący Cierń przyznał się do zabicia Króliczej Gwiazdy. Płacz i histeria nie wymazują jego czynów, ale współpraca z nim mogłaby pomóc nam wyjaśnić lepiej całą sytuację. Oczywiście, jeśli spotkałaby go inna, odpowiednia kara.
Gradobijący Cierń uniósł spojrzenie i wbił je w koty stojące po obu stronach Echa.
— Czy macie jeszcze jakieś pytania? Ja sam nie wiem, co dokładnie chcielibyście wiedzieć, dlatego wolałbym usłyszeć to od was.
Zamiast pytań, po Grocie rozległ się lamentujący głos jednej z wojowniczek.
— Zawodzące Echo... muszą istnieć inne opcje, oprócz ponownego przelania krwi lub wygnania — Krokusowa Kruchość miauknęła cicho, wpatrując się w kocura szklistym wzrokiem. Nerwowo poruszyła uszyma. — Proszę, nie pozwól zabić, ani wygnać Dzikiego Berberysa. J—ja go kocham... — Spuściła głowę, roniąc kilka łez. — I podzielę jego los, nie ważne, jaka będzie decyzja. Odejdę lub umrę razem z nim.
Zaskoczone spojrzenia zwróciły się na kocicę, a Dziki Berberys wbił w nią utęskniony wzrok.
— Krokus!
Naprzód grupki kotów przedarła się Słodka Dziewanna. Stanęła pomiędzy córką a zastępcą.
— Krokusowa Kruchość jest w szoku i sama nie wie, o czym mówi. Za pozwoleniem, zabiorę ją do innego pomieszczenia, gdzie poczekamy, aż zapadnie decyzja.
Koty spojrzały po sobie, zmieszane. Ciszę przerwał Gradobijący Cierń, ponownie podejmując dyskusję z Pierzem i Białym Strumieniem.
— To ty zastanawiałeś się, jak smakuje krew albinosów przy Wełnistej Mszycy. To ty czerpałeś satysfakcję z morderstw, które poczyniłeś.
Poczuła kwas cofający się jej do pyska. Krew albinosów. Jej żołądek zacisnął się, a język zwiotczał jak ciężki, bezużyteczny mięsień. Z kim ona dzieliła obóz przez te wszystkie księżyce?
Przewodnik odwrócił gwałtownie głowę.
— Coś Ty powiedział...?!
— Pierze próbował zabić Wełnistą Mszycę, jak już mówiłem — Cierń zawahał się. — Został powstrzymany. Jednak mówił przed próbą zabicia jej, że chętnie posmakowałby krwi albinosów. Słyszałem to niestety z daleka, nie ja powstrzymałem go przed zabiciem, choć zrobiłbym to, gdybym tam był.
Koty wpatrywały się w rozgrywającą się scenę w ciszy. Jej samej żołądek podchodził do gardła; wzrok od Tańcującego Pierza oderwała jedynie na słowa kolejnej kotki, Kameliowej Łapy.
— Tańcujące Pierze oraz Chomik to koty, które niosą ze sobą wyłącznie ból — podsumowała. — Niech giną.
— Chciałbym również, abyście wyrazili swoją opinię na temat Rudzikowego Skrzydełka, Zwiewnego Maku oraz Bąbelkowego Plusku — oznajmił Echo. Po chwili zawahania zwrócił spojrzenie na jednego z oskarżonych. — Jednak najpierw… Gradobijący Cierniu. Czy byłbyś w stanie określić dla nas role tych trzech kotów we wczorajszej sytuacji?
Oskarżeni spojrzeli po sobie.
— Tak, Zawodzące Echo — odpowiedział szybko srebrny. — Nie byli przy morderstwie, brali udział w planowaniu jedynie pobieżnie, mało co byli wplątywani w ważniejsze sprawy. Pierze potrzebował jak najwięcej wiernych mu kotów. Nie widziałem ich pośród grupy mordujących, przynajmniej tak mi się wydaje. Chyba że ich nie zauważyłem.
Echo powoli skinął głową.
— Dziękuję — miauknął. Zwrócił wzrok z powrotem na trójkę podejrzanych. — Czy wy macie coś do powiedzenia na swoją obronę?
Pierwsza ugięła się Zawodzący Mak.
— Chcę odejść. Za- zabiłam Szafirkowy Wiatr i- i nie jestem godna miana wojowniczki... Nigdy nie byłam — wyznała drżącym głosem.
W jej oczach zabłysnęły łzy. Firletka uchyliła pysk, wpatrując się w wojowniczkę.
— ...to tłumaczyłoby krew na Twoim ogonie — wymamrotała. Nie oznajmiała tego wcześniej ogółowi klanu, ale zauważyła ją podczas oględzin poprzedniego dnia.
— Dziękuję za szczerość — miauknął po chwili Echo.
Dotarł do niej syk Śpiewki.
— Klan morderców.
Tuż obok trzęsącego się Bąbelkowego Plusku głowę podniosła Rudzikowe Skrzydełko.
— Faktycznie miałam brać w tym udział — mruknęła cicho. — Jednak gdy tylko zobaczyłam ogień, to spanikowałam. Najpierw mnie zmroziło, a potem pobiegłam szukać Zajęczego Udka. Niby słuchałam tych wszystkich planów...ale nie czułam że należę do ich grupy. Ostatecznie zrobiłam to, co chciałam i ostrzegałam ojca swoich kociąt o niebezpieczeństwie — wyjaśniła powoli i dosyć cicho, jednak wyraźnie. — Więc gdybyscie spytali ich to tak, należałam do ich grupy. Jednak gdybyście mieli spytać mnie... — przerwała — to i tak zrobiłam to, co według mnie było słuszne. Nie pomogłam im tak, jak planowałam na początku. Poczułam się...okropnie. Królicza Gwiazda nic mi nie zrobił. Inni również. Nagle zaczęłam się zastanawiać, po co kiedykolwiek chciałam w tym uczestniczyć.
Pokręciła głową.
— Nie przyłożyłam łapy do ich działań. Nikogo też nie buntowałam, nawet własnych kociąt. Zaufałam swojemu bratu, że zadba o ich bezpieczeństwo. I nie zabiłam nikogo. Ale za to być może uratowałam czyjeś życie, Zajęcze Udko na pewno jest bezpieczny. Nie mogę tu zostać, prawda? To nie pierwszy raz, gdy robię coś źle... — szepnęła cicho, uciekając wzrokiem w bok. Podążyła za jej spojrzeniem, napotykając dwójkę jej dzieci — Kurzą i Perłówkową Łapę. — Oni też mogli mieć lepszą matkę. Ognik i Płomykóweczka mogli też mieć lepszą siostrę... Przepraszam. Jestem gotowa na każdą karę — dokończyła, skłaniając się na drżących łapach.
Do towarzyszącego jej od początku dyskusji obrzydzenia dołączyło współczucie. Przełknęła ślinę. Czy w oczach innych matka płacząca nad swoimi dziećmi, przepraszająca je za spaczoną przyszłość, której przez nią doświadczą, nie wywoływała, choć nuty boleści?
— I nie tylko — wydusił z siebie Bąbelkowy Pysk, patrząc ostro na Mak. — Pozbawiłaś nas wojownika, ojca M-Mszycy, Lotosa i Białego St- Strumienia! Szara Skóra nie powinien umrz— umrzeć!
Zawodzące Echo zwrócił wzrok na pointa.
— Co masz przez to na myśli? Zawodzący Mak zabiła Szarą Skórę?
— Jak śmiesz oskarżać mnie o to, że zabiłam także Szarą Skórę, Bąbelkowy Plusku!
Głos czarnofutrej kocicy był zrozpaczony.
— To nie ja zamordowałam Szarą Skórę. Za to wiem, kto to zrobił...
— Tak, zabiła Szarą Skórę! — zawołał Bąbel. — Ja... Ja próbowałem zatrzymać ją, ale mnie odepchnęła... Morderczyni! Mszyca przeżyła dz- dzięki mnie, Biały S... Strumieniu! — Spojrzał na przewodnika. — To ja ją uratowałem! Nie chciałem, aby umierała! Słyszysz!? Mam dobre serce! — Odwrócił się ponownie do Maku. — Ty. Ty go zabiłaś. Przez ciebie umarł! Szara Skóra nadal by z nami był, gdybyś w końcu mnie posłuchała! Ale nie! Bo jak to!? Lepsza krew albinosów niż żadna, tak!? MORDERCZYNIO!
Firletka wpatrywała się w rozwijającą się przed nią scenę z grozą.
— Jak możesz! To Tańcujące Pierze zamordował Szarą Skórę.
— Łże. Ona cały czas łże, Zawodzące Echo ! — zawołał, nie odrywając jednak wzroku od Maku. — Zabiłaś nie tylko naszą starszyznę, Szafirkowy Wiatr, ale jeszcze zabiłaś Szara Skórę! Teraz udajesz niewiniątko —
— Próbujesz bronić Pierze, ale ja mówię prawdę. I mimo to, że zamordowałam Szafirkowy Wiatr, to mam nadzieję, że i tak mówię prawdę o Szarej Skórze i Tańcującemu Pierzu — jej wzrok biegał po zebranych kotach, spanikowany. — Błagam was, ten ostatni raz, uwierzcie mi. Proszę...
Echo zbliżył się do nich o krok.
— Proszę o spokój! — warknął. — Zwalaniem winy z jednego na drugie nic nie wyniesiecie. Czy ktoś inny jest w stanie potwierdzić słowa Bąbelkowego Plusku?
Zamiast odpowiedzi, wszyscy usłyszeli popiskiwanie kociaka.
—Mamusiu! Co się dzieje?
Spojrzenie tłumu zwróciło się na córkę Maku, Jabłuszko.
— …nic, kochanie. Mamusia musi załatwić... Ważne sprawy.
— Nie chcę wracać do tamtego kota. Chcę być z tobą. Mogę?
Od kociąt jej uwagę odwrócił zbliżający się do niej Bąbelkowy Plusk.
— Wdzięczna Firletko!
Oskarżony stanął tuż przed nią, wpatrując się w jej pysk zaszklonymi oczyma.
— Widziałaś przecież jej ogon! Szara Skóra w samoobronie ją ugryzł, ta się na niego rzuciła i rozerwała mu... mu... Wdzięczna Firletko, ona... ona mu rozerwała skórę na szyi! Błagam, zaufajcie mi! — ton jego głosu był zrozpaczony, przepełniony strachem. — Wdzięczna Firletko... ocaliłem was przed spaleniem się! Błagam... wysłuchaj mnie!
Cofnęła się o krok. Nim zdołała odsunąć go od siebie, z drugiej strony otoczyła ją Zwiewny Mak.
— Słuchaj...tę ranę zrobiła mi Szafirkowy Wiatr. Bąbelkowy Plusk próbuje tylko obronić Pierze...
Uratowało ją poirytowane prychnięcie Śpiewającego Raniuszka.
— Niesamowite, że wszyscy winni nagle płaczą i są tacy bezbronni i skołowani, kiedy już przychodzi o wymierzanie im kary i mierzenie się z konsekwencjami własnych czynów. Mam wrażenie, że sądzimy bandę bachorów, które nie są w stanie utrzymać emocji na wodzy, a nie dorosłe koty — mlasnęła z niesmakiem. — Cierniu, skoro już tu stoisz nie tylko jako morderca, ale również maź pozbawiona kręgosłupa, to może się wypowiesz, czy coś widziałeś? Próbujesz od nowa przeszukać swoją pamięć? A może Berberys? Twój brat już dawno pękł może twoja kolej. A może sama Rudzik? — tu skierowała wzrok na kotkę. — Podobno zniknęłaś, później dopiero dołączyłaś do Opadającego Rumianka. Czy nie widziałaś drugiej matki, która teraz patrzy za przygarniętymi przybłędami, jakby szukała w nich pomocy.
Firletka spojrzała najpierw na Bąbelkowy Plusk, później na Zwiewny Mak.
— Ja… — zaczęła, przełykając ślinę. Nie chciała być stawiana w tej pozycji. — Gradobijący Cierniu? — powtórzyła po młodszej wojowniczce.
— …i na miłość Gwiezdnych, Dryfujący Fluorycie weź stąd kocięta. Czemu w ogóle są w tej części Groty!
Podczas gdy Fluoryt podeszła do kociąt i zaczęła prowadzić je do legowiska kronikarzy, Cierń podniósł spojrzenie na nią i Śpiewkę. Bąbelkowy Plusk spojrzał na mrużącego oczy Tańcujące Pierze. Mak wbiła błagalny wzrok w Cierń.
— Proszę, bracie. Powiedz im prawdę...
Srebrny przełknął nerwowo ślinę.
— Było dużo dymu i nie wszystko widziałem. Ale raczej tak. Przepraszam…
—Widzicie!? Mak kłamała!
Śpiewka prychnęła.
— Co za różnica, czy zabiła jednego kota, czy dwa? Morderstwo to morderstwo, a kłócicie się o jednego starego Szarego, jakby był przywódcą, gdzie już doskonale wiemy, kto zabił lidera.
Zwiewny Mak spuściła wzrok.
— Wielkie dzięki... Braciszku. Naprawdę, dziękuję za to, że skłamałeś i być może skazałeś własną siostrzyczkę na...nawet nie chcę mówić co.
Nagle pomrukiwania czarnofutrej przerwała Rudzikowe Skrzydełko.
— Nie mówię że jestem niewinna — wyskoczyła nagle. — Przyznałam się że należałam do ich grupy, choć czuję że tylko częściowo. Ale nic poza tym. Nie rzucaj takich oskarżeń Śpiewający Raniuszku.
Fuknęła pod nosem.
— Wysuwasz te rzekome wnioski, a nawet nie słuchasz! — oburzyła się. — Dołączyłam do Opadającego Rumianka zaraz po tym, jak wróciłam od ojca swoich kociąt, Zajęczego Udka. I nie, niestety nie widziałam nigdzie Zwiewnego Maku.
— Nikogo nie oskarżyłam, mysia strawo, oprócz samej Mak — prychnęła Śpiewka. — Zadałam tylko pytanie, czy nigdzie nie widziałaś Maku. Może też nauczysz się słuchać, zamiast mieć czelność wybuchać, kiedy jesteś w sytuacji, w jakiej jesteś.
— Po co te wyzwiska, Śpiewający Raniuszku?
Rudzik spokojnie polizała sierść.
— Ty chyba sama nie wiesz już, co mówisz. Słuchałam i wiem, co powiedziałaś. To tobie w tej chwili myszy zjadły rozumek. A może po prostu próbujesz zrobić to samo, co Ostatni Pożar? Kto wie…
Śpiewka przeciągnęła łapą po pysku.
— Wiem, co powiedziałaś. A ja cię spytałam, czy nie widziałaś Mak. Koniec. Czego na gwiezdnych nie jesteś w stanie zrozumieć — warknęła. — W końcu sama przyznałaś, że należałaś do tej grupy, więc może coś wiesz, więc CHCIAŁAM, byś się podzieliła dodatkową wiedzą. Czy wiadomość dotarła?
Rudzik zmrużyła ślipia.
— W takim razie doszło do nieporozumienia. Tylko że ja nawet nie miałam dodatkowej wiedzy. Nawet nie do końca wiem, kto według ich planu miał zginąć.
Dwie kocice mierzyły się wzrokiem. Chwilę ciszy postanowiła ponownie wykorzystać Mak.
— Jak już mówiłam, odejdę dobrowolnie, jeśli tylko mi pozwolicie — miauknęła cicho. — Jestem...jestem całkowicie świadoma tego, co zrobiłam i jest mi strasznie wstyd i czuję się winna. Jednak nie chcę odejść z poczuciem, że dla was zabiłam nie jednego, ale dwa koty. Ostatni raz błagam was...uwierzcie mi. Nie zamordowałam Szarej Skóry.
Niewiele kotów jej słuchało. Większość była bardziej skupiona na Tańcującym Pierzu, który nagle wyrwał się do przodu.
— Wdzięczna Firletko, Zawodzący Echo. Zauważyłem, że Kameliowa Łapa, Tojadowa Łapa, Gasnąca Łapa mają prawo wyrażania się o sytuacji naszego klanu, choć wciąż nie zostali wojownikami naszego Klanu Burzy. Poza tym mało księżyców spędzili tutaj, aby jakkolwiek się wyrazić o obecnej sytuacji i są z dwóch innych klanów — omiótł spojrzeniem wymienionych. — Według mnie ich głosy nie powinny być brane pod uwagę. Czy ktoś się ze mną zgadza?
— Według mnie Twój głos nie powinien być brany pod uwagę. W przeciwieństwie do ciebie, oni jeszcze nie zdradzili Klanu Burzy — rozległ się głos Opadającego Rumianka.
— Jeszcze.
Firletka zmrużyła ślipia, przytakując Rumiankowi.
— Ich zdanie powinno również się liczyć, jeśli jest szansa na to, że będą mieli spędzać dni z mordercami pod jednym sklepieniem — oznajmiła, a po chwili zgodził się z nią sam Gasnąca Łapa.
— Każdy kot wie, że za zabójstwo niewinnych kotów należy się kara i nie podlega to dyskusji.
Pierze spojrzał na nich zrezygnowany.
— …w takim razie pozostawię to w łapach naszego przyszłego przywódcy, Zawodzącego Echa.
Wspomniany kocur podniósł łeb; do tej pory przyglądał się kłótniom z cieniem dyskomfortu i zmęczenia wymalowanym na pysku.
— Czy ktoś jeszcze chciałby coś dodać? Czy możemy już przejść do podejmowania decyzji?
Śpiewka uniosła łapę do góry.
— Było wspomniane o tym, że znaleziono futra w różnych kolorach. Czy mogę wiedzieć, w jakich?
— Czarne, białe oraz jasnorude.
— Czy były wyczuwalne na nich jeszcze jakieś zapachy? Czy wszystko strawił dym?
Echo pokręcił głową.
— Niczego nie dało się rozpoznać.
Wojowniczka westchnęła, zamyśliła się na chwilę, po czym uniosła wyżej głowę.
— Z tego, co wiemy i czego się dowiedzieliśmy, wynika, że: Gradobijący Cierń zabił Króliczą Gwiazdę, Zwiewny Mak — Szafirkowy Wiatr, i z tego, co twierdzi Bąbelkowy Plusk, również i Albę, w co szczerze wątpię. Nie widzę sensu wypierania się drugiego morderstwa, kiedy przyznano się już do pierwszego, chociaż może ma jakieś ukryte powody. Nieustraszony Chomik pozbawiła życia natomiast Skrzypu. Czy coś ominęłam?
Odetchnęła.
— Gdzie w tym wszystkim Tańcujące Pierze? Zastanawia mnie... W końcu tak bardzo chciał spróbować krwi Albinosów — Firletka wzdrygnęła się — i wątpię, by nie wyskoczył jako pierwszy do brodzenia we flakach, chyba że tak bardzo bał się ubrudzić... W co wątpię, patrząc na ślady. Cała grupa starszych trzymała się razem wraz z Króliczą Gwiazdą i mieliby się nagle rozdzielić? W sposób, w który Gradobijący Cierń nie jest w stanie wyznaczyć kolejnych zabójców? Zresztą, brakuje tu ciał. Co z Pozłacaną Pszenicą i Ognistą Pięknością? Oprócz Rudzikowego Skrzydełka która z jakiegoś powodu odłączyła się od ewakuującej grupy, pomimo że w niej była, z tego, co słyszałam, to nie widziałam też Bąbelkowego Plusku i Dzikiego Berberysu. Nie było wszystkich, ciał nam brakuje, dwa tylko zostały spalone, a reszta wyparowała, gdzie z Pszenicą jestem skłonna stwierdzić, że jest to wypadek. Co z Sójczym Błękitem? Kto zabił? Brakuje nam sprawców, dlatego pytam resztę, jeszcze raz. Skoro i tak jesteście skazani na śmierć lub wygnanie, to pochwała swoimi czynami nie zaszkodzi. W czyjej krwi moczyliście łapy? Jestem bardzo bliska głosowania za śmiercią dla wszystkich tu oskarżonych i jestem pewna, że część z tu obecnych jest też skłonna zmienić zdanie, w zależności od waszych dalszych zeznań. Być może wasza skrucha w czymś pomoże… Ach i jeszcze sprawa z oskarżeniami Pożar nie daje mi spokoju... ale niestety tutaj mamy jedno słowo przeciwko drugiemu.
Koty zamilkły na parę uderzeń serca, słuchając podsumowania wojowniczki. Cierń podniósł głowę.
— Ja zabiłem Sójczy Błękit. Wspomniałem jako pierwsze o Króliczej Gwieździe, bo o niego było najwięcej pytań.
— Rozumiem. Co się stało z ciałem?
— …wszystkie zostały utopione w jeziorze, dlatego ich nie znaleziono.
Śpiewka uniosła brew.
— Cóż, będziemy musieli spytać w takim razie Klan Nocy, czy przypadkiem nie widzieli trupa przepływającego im przez obóz — skomentowała. — Wracając. Pamiętasz, kto z tobą wtedy tam był, wrzucając ciała? Czy wszyscy wymienieni? Czy znajdował się obok Tańcujące Pierze i czy jesteś w stanie opisać mi wygląd każdego z nich w tamtym momencie.
— Pierze nie był przejęty. Reszta z resztą też nie. Ja sam byłem wstrząśnięty, po całej tej sytuacji byłem bardzo nieobecny… Ale były tam chyba wszystkie koty, które mordowały.
— Proszę, Cierniu, nie mów ,,wszyscy", tylko od razu mów imionami. I znaczy to, że nic nie pamiętasz, dobrze.
Przerwała jej Ostatni Pożar.
— Rudzikowe Skrzydełko przyznała się do spiskowania przeciwko Króliczej Gwieździe. Czego jeszcze szukać? To samo w sobie nie powinno jej dawać prawa do życia w klanie jako normalna wojowniczka.
Oskarżona kocica otworzyła pysk.
— Przez długi czas stałam w obozie jak zamrożona — oznajmiła. — Później szłam raczej wolno przerażona na samym końcu grupy, daleko za starszymi. Gdy tylko się ocknęłam z tego transu, ogień był już za mną. Gdy chciałam już pobiec za reszta grupy, a także zapomnieć o wszystkim, co planowali, nagle przypomniało mi się o Zajęczym Udku. Wtedy bez wahania ruszyłam w pobliżu Klanu Klifu, gdzie widziałam ostatnio kocura — mówiła łamiącym się głosem. — A gdy wracałam, widziałam już przed sobą Opadającego Rumianka, do którego po jakimś czasie nawet dołączyłam. On raczej mnie nie lubi. Gdyby coś na mnie miał, na pewno by mnie wydał.
— Ja i Ostatni Pożar byłyśmy pierwszymi kotami przy Kamiennych Strażnikach — skomentowała Złota Wydma — a co za tym idzie, przy granicy z Klanem Klifu i tak się składa, że ani przez chwilę cię nie widziałyśmy.
Rudzik zastrzygła uchem.
— Ale za to ja was widziałam. Może byłyście zbyt zajęte sobą? — prychnęła. — Samego Zajęcze Udko znalazłam bliżej granicy z Klanem Wilka. Pewnie mnie po prostu nie zauważyłyście.
— Czyli teraz to granica z Klanem Wilka? I mamy uwierzyć, że przypomniało ci się o tym dokładnie teraz? Bardzo wygodnie dla twojej wersji wydarzeń.
— Złocista Wydmo, nie zrozumiałaś! — odparła zaraz oskarżona. — Poszłam pod granicę z Klanem Klifu, ale nie było go tam. Zauważyłam go dopiero przy granicy z Klanem Wilka, gdy szłam wzdłuż granic. Potem poszłam szukać reszty, ale nikogo poza Opadającym Rumiankiem nie znalazłam.
Złota Wydma wywróciła oczami.
— Czyli chcesz powiedzieć, że byłaś na samym końcu grupy, przeszłaś wzdłuż granicy z Klanem Klifu aż do Klanu Wilka, w tym czasie nikt Cię nie zauważył, jednak ty ciągle nas widziałaś. A potem spotkałaś Opadającego Rumianka, który swoją drogą szedł z kierunku obozu, a nie granicy z Klanem Wilka i to wszystko sprawiło, że znaleźliście nas dopiero po pożarze.
Odczekała moment, patrząc w oczy Rudzik.
— To wszystko, czy chcesz dodać jeszcze jakieś bajeczki?
— Oj. Uwzięły się na mnie. Pożarek, jej irytująca... dziewczyna. I kłapiąca pyszczkiem pchła.
Na pysku rudej malowała się mieszanka obrzydzenia i bezradności.
— Chyba faktycznie trochę pogubiłam się w zeznaniach. Część z tego faktycznie była prawdą. Tylko że chyba nie dam rady...tego dokładnie wyjaśnić. Nie jestem w stanie.
— A. Dobrze. W takim razie przykro mi Klanie Burzy, ale musimy uniewinnić tę kotkę ze względu na poplątane zeznania, kłamstwa i brak chęci naprostowania — zaszydziła Wydma, uśmiechając się do reszty kotów. — Wszystkim to pasuje?
— Nie chcę być uniewinniona... Przyjmę każdą karę, jaka mnie spotka.
Śpiewający Raniuszek ponownie wtrąciła się do rozmowy.
— Czyli postanowiłaś przejść ten kawał drogi być niezauważona i powiadomić kocura z obcego klanu o pożarze, zamiast zająć się swoimi dziećmi. Rozsądnie, tak. Dobrze, Gasnąca Łapo, czy w waszym klanie jest obecnie kocur o imieniu Zajęcze Udko?
Rudzik zwróciła spojrzenie na młodszą wojowniczkę.
— Zajęcze Udko nie należy do klanów. Chociaż często znajduje się na ich terenach — dodała, żeby wyjaśnić. — I z tego, co wiem, nigdy nie należał do żadnego klanu. Nie wiem skąd takie imię.
— W takim razie poszłaś szukać czegoś, czego mogłaś praktycznie nie znaleźć — skwitowała Śpiewka. — I był na granicy Klanu Klifu z Klanem Wilka? Jeśli dobrze kojarzę, granica ta nie pozwala na przejście samotnikom, a Klan Wilka tym bardziej nie współpracuje z nikim innym, oprócz sobą. I akurat trafiłaś na niego? Podczas pożaru? Dosłownie w chwili? Znalazłaś i wróciłaś jak pierwszy lepszy patrol? Na nieodpowiednich terenach? By ostrzec samotnika, który nijak się ma do pożaru, którego mogłaś nie znaleźć, który mógł dawno być daleko stąd, któremu nic nie groziło, dla którego naraziłaś swoje kocięta? Przepraszam, jest to tak irracjonalne, że aż śmieszne.
Bol przemknął po pysku Rudzikowego Skrzydełka.
— Nie naraziłam swoich kociąt. Ognik o nie zadbał, gdy widział że ja spanikowałam. Chyba.
— Wciąż jednak wisi tutaj reszta oskarżeń. A Oskrzydlony Ognik to nie jest matka zastępcza, a tym bardziej nie byłby w stanie zastąpić cię!
Złota Wydma ponownie zwróciła się w stronę oskarżonej.
— Gdyby twój kochaś rzeczywiście przebywał blisko Klanu Wilka, już by pewnie dawno nie żył. Parszywe Wilczaki atakują wszystko, co się rusza.
Rudzik wzięła drżący oddech.
— No dobrze. Powiem prawdę.
Zamilkła na parę uderzeń serca.
— Wcale nie widziałam się z Zajęczym Udkiem. Cały czas szłam na końcu grupy. Po czasie dołączyła do mnie Ognista Piękność. Ona... Ona się potknęła — wyszeptała cicho. — Ja wiedziałam że jak to powiem, to będzie moja wina! Chciałam jej pomóc, ale gdy mój ogon zajął się ogniem. Spanikowałam. Ja... Ja widziałam, jak ona płonie. Powiedziała, że ja i moje rodzeństwo to gorsze potomstwo Płomiennego Ryku. Nie wiedziałam wtedy, o co jej chodzi. Teraz rozumiem. Nigdy bym jej nie zabiła... Ale czułam się temu winna, w końcu jej nie uratowałam... A mogłam. Nawet próbowałam. Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej. Nie zdążyłam — załkała, dygocząc nerwowo. — Ale naprawdę nigdy nie zrobiłabym nikomu krzywdy!
— I w ramach pomocy złamałaś jej łapę?
— Ale to nie ja! — zawołała zrozpaczona. — Nawet nie wiedziałam że miała złamaną łapę. Musiała się potknąć. Albo złamała ja już jakiś czas temu. Nie wiem!
— Złamaną wcześniej? Musiałaby skoczyć ze skruszonego drzewa, kości nie są aż tak kruche, mogłaby ją co najwyżej zwichnąć podczas próby ucieczki — zauważyła Śpiewka, nieustępliwie drążąc dalej. — A była ewidentnie złamana.
— Moja matka nie miała złamanej łapy!
Wszyscy zwrócili wzrok na warczącą Ostatni Pożar.
— Zrobiłaś to. Zabiłaś Ognistą Piękność! Zabiłaś moją matkę! Wydrę z Ciebie flaki, wronia strawo!
Wojowniczka zaczęła zbliżać się do oskarżonej, obnażając zęby. Echo podniósł się ze swojego miejsca.
— Ostatni Pożarze, uspokój się!
— Była starszą. Miała pewnie słabsze kości — zamiauczała cicho Rudzik. — Widziałam, jak jej łapa się omsknęła. To chyba właśnie wtedy się złamała. Chciałam jej pomóc, ale zaczęła się strasznie wierzgać…
Spojrzała zdesperowana na Pożar.
— Nie zabiłam jej! Nic mi nie zrobiła!
— Zabiła mi matkę! Te Lisie Łajno zabiło mi matkę! Pomszczę ją! Zabiję Rudzikowe Skrzydełko, zabiję, zagryzę, rozpruję…
Po Grocie Pamięci rozległo się kolejne, o włos bardziej spanikowane zawołanie zastępcy.
— Ostatni Pożarze!
Rudzik zjeżyła futro.
— Nie zabiłam jej! Nikogo nie zabiłam!
Złota Wydma wbiegła pomiędzy oskarżoną a swoją partnerkę.
— Proszę, zostawcie ją! — krzyknęła, po czym obróciła się do rudej. — Pożar, proszę Cię, opanuj się!
W tym samym czasie Rudzikowe Skrzydełko zacisnęła ślipia i osunęła się na ziemię.
— Z-Zabijcie mnie. Po prostu mnie zabijcie.
Sytuacja zdecydowanie wymykała się im wszystkim spod kontroli.
— Uspokójcie się wszyscy! — warknął nagle Zawodzące Echo, po czym odchrząknął i spojrzał po pobratymcach. — Skakaniem sobie nawzajem do gardeł niczego nie rozwiążemy. Ostatni Pożarze, pilnuj się — spojrzał na kocicę z ukosa. Po chwili dobiegły go miauknięcia Raniuszek. — A ty, Śpiewający Raniuszku, zachowaj powagę. Mieliśmy tu dojść do wspólnej decyzji, a na razie wyglądamy jak zgraja kłócących się kociaków. Czy każdy rozumie, jakie oskarżenia zostały przedstawione? Czy ktokolwiek słuchał słów Śpiewającego Raniuszka?
— Oczywiście, Zawodzące Echo — odezwała się Śpiewka. — Nie ja jednak zaczęłam to przedstawienie, chciałam tylko zaznaczyć.
Zastępca westchnął.
— Czy wszyscy gotowi są zadecydować o przyszłości oskarżonych?
W tłumie rozległy się szmery potwierdzenia. Przed grupę wyszedł jeden z kotów — Oskrzydlony Ognik.
— Klanie Burzy, wysłuchaliśmy wielu słów i oskarżeń oraz dowiedzieliśmy się dzisiaj wielu nowych rzeczy. Nie powinniśmy jednak zapomnieć, że wszystkie tu obecne i oskarżone koty, kłamały. I pewnie kłamałyby dalej, chroniąc się nawzajem, gdyby nie Gradobijący Cierń, który, jak śmiem twierdzić, nie ugiął się dlatego, że rzeczywiście żałował... A dlatego, że przestraszyła go wizja śmierci. W końcu to on bezwstydnie od samego początku próbował wmówić wszystkim, że trzeba zająć się głodującymi kociętami, które wcale wtedy jedzenia nie potrzebowały, w końcu nie głodowaliśmy od wielu księżyców, a jedynie uciekliśmy przed pożarem. W powietrzu wisi jeszcze wiele niewiadomych, jednak patrząc na chęć współpracy reszty zdrajców, nie licząc Ciernia, wątpię, byśmy uzyskali jakiekolwiek informacje. Nie uważam, by wygnanie było dobrym rozwiązaniem, patrząc na to, że zdrajcy zdrajcami pozostaną, a wrócić mogą ze wzmożoną siłą. Podjęlibyśmy wielkie ryzyko, gdybyśmy do tego dopuścili.
Odetchnął i zlustrował wzrokiem zebranych.
— Moja propozycja pozostaje niezmienna. Dla Tańcującego Pierza oraz Nieustraszonej Chomik proponuję wyrok śmierci. Wszyscy słyszeli o wyczynach młodego kocura, a Chomik swoim zachowaniem pokazała, że koty podobne jej nie mogą się zmienić. Jeśli raz próbowała zabić, drugi raz zabiła, to zrobi to po raz kolejny. Co do reszty... Degradacja do roli minara. Wieczny niewolnik, bez praw, bez możliwości chodzenia w samotności, bez wypowiedzi, na zawsze zostawiony w chłodnej dziurze, pilnowany dzień i noc przez przynajmniej dwa koty, jeśli się uda. Wymagałoby to oczywiście wielu środków, jednak dzięki temu możemy trzymać ich blisko, bez ryzyka powrotu z większą siłą. Każdy tu zabił z zimną krwią i chociaż doceniamy skruchę, przynajmniej niektórych z was, uważam, że zmiana w niektórych przypadkach, podobnie jak z Chomikiem, jest niemożliwa. Jeśli pilnowanie wymagałoby zbyt wiele wysiłku, być może okaleczenie, o którym wspomniała Śpiewający Raniuszek, nie byłoby złą opcją, chociaż wolałbym tego uniknąć. Nie słyszałem jeszcze głosu w tej sprawie Tańcującego Pierza i Dzikiego Berberysu i zdaje się, że nie mają zamiaru się bronić, tym samym przyznając się do winy. Oczywiście, największą zbrodnią jest zabicie naszego lidera, jednak czy skrucha, współpraca i zrzucenie winy na manipulację jest wystarczające? Gradobijący Cierniu, cokolwiek byś nie powiedział, wciąż jesteś myślącym, samodzielnym i dorosłym kotem. Ciężko było słuchać, gdy zrzucałeś winę na Tańcujące Pierze, zamiast na samego siebie, wspominając o tym, że ,,nie miałeś na to wpływu". Każdy. Powtarzam, każdy z tu zgromadzonych przed sądem miał całkowity wpływ na swoje akcje i czyny. Końcowo jednak myślę, że życie w jego przypadku powinno być darowane. Właśnie dlatego. Co do Rudzikowego Skrzydełka natomiast — zawahał się — najpierw mylenie, później wypieranie a na końcu zmyślanie... zawiodłem się na tobie i wciąż wiem, że nie było powiedziane całej prawdy, jednak nie mamy również dowodów przeciw. Nie sądzę, że jestem odpowiednią osobą do oceny, co powinniśmy zrobić w tym wypadku, patrząc na nasze pokrewieństwo, jednak miałem nadzieję na nieco lżejszą karę, ze względów na brak adekwatnych dowodów. Proszę o rozpatrzenie moich propozycji.
Spojrzał na leżącą na ziemi siostrę.
— Dziękuję.
— Nie zniosę już dłużej tej podłości i nikłej lojalności — odezwał się po chwili Opadający Rumianek. — Chcę, aby dokonano egzekucji na każdym z oskarżonych. Nie zasługują na to, aby zagrzewać miejsce w Klanie Burzy. Nawet jako minarze. Tym bardziej że ta Szczurze Skrzydełko próbowała mnie te w to wciągnąć. Nie chcę, aby takie koty zostały wygnane. Niech giną.
W jego ślady z własnymi głosami wysunęły się do przodu kolejne koty.
— Uważam, że Tańcujące Pierze i Nieustraszony Chomik zasługują na egzekucję — przyznał Poczciwy Szakłak stłumionym głosem. — Gradobijący Cierń natomiast i Dziki Berberys wygnani.
Skrzydlata Płomykówka przytaknęła.
— Uważam podobnie w sprawie Pierza i Chomik, jednakże Gradobijący Cierń z bratem powinni zostać poddani pracy pod nadzorem.
Ciałem Rudzikowego Skrzydełka wstrząsnęły szlochy.
— Zabijcie mnie. Proszę. Zaopiekujcie się moimi maleństwami... — mamrotała w kółko.
Firletka po chwili wahania podeszła do niej, kładąc jej delikatnie ogon na barku. Oskarżona podskoczyła i wcisnęła pysk między łapy.
— Zabij mnie!
Spojrzała medyczka przelotnie na Echo, po czym delikatnym ruchem ogona przyciągnęła kocicę do siebie.
— Nie zabiję cię — miauknęła, starając się utrzymać równy ton głosu. — Jeśli mam być szczera, nie chciałabym, aby kogokolwiek obecnego teraz w Grocie Pamięci spotkał taki los. Jednak nie we wszystkim mój głos jest na tyle istotny, aby przeważyć ten większości — kontynuowała. Nad ramieniem kocicy jej wzrok wbity był w ślipia zastępcy.
Poruszyła delikatnie końcówką ogona.
— Cokolwiek się stanie, mogę Ci obiecać, że zadbamy o Twoje dzieci. Dopilnuję tego.
Czuła, jak ciałem Rudzik wstrząsa dreszcz.
— Jesteś d-dobrą medyczką...
Zacisnęła zęby, wodząc wzrokiem po ziemi.
Kurza Łapa z wytrzeszczonymi oczami patrzył. Z obrzydzeniem patrzył na swoją matkę. Słyszał wszystko. Widział, jak poniżała siebie wśród wszystkich. Rozczarowała go. Czemu chcieli tych morderców w klanie? Czemu ta głupia kocica zrujnowała wszystko!?
Mimo to, na zewnątrz Kurza Łapa pozostawał jak skała. Bez emocji. Cisza.
— Mamy wystarczająco głosów, aby wydać wyrok!
Szumy w tłumie ucichły. Zwróciła na niego wzrok, podnosząc łeb znad ramienia Rudzikowego Skrzydełka.
— Pamiętajcie, że decyzja ta została podjęta wspólnie.
Zastępca wziął głęboki oddech.
— Zgodnie ze słowami większej części klanu, Tańcujące Pierze oraz Nieustraszony Chomik spotka kara śmierci — oznajmił. — Dziki Berberys zostanie wygnany daleko za naszą granicę. Gradobijący Cierń, natomiast... Zostaje skazany na dożywotnią pracę w tunelach pod stałym nadzorem. Liczę, że będzie skłonny do współpracy, abyśmy mogli w przyszłości lepiej wyjaśnić tę sytuację.
Odczekał parę uderzeń serca.
— Co do Rudzikowego Skrzydełka, Zwiewnego Maku oraz Bąbelkowego Plusku — kontynuował — ich również spotka kara w postaci prac w obozie i poza nim, jak i ograniczonej wolności.
Tańcujące Pierze wraz z Dzikim Berberysem zacisnęli szczęki, jednak nie ruszyli się z miejsca. Gradobijący Cierń jedynie skinął głową w stronę zastępcy, z ulgą wymalowaną na pysku.
Odsunęła się o krok, gdy Rudzikowe Skrzydełko podskoczyła w miejscu. Młodsza kocica zaczęła rozglądać się po grocie, wodząc rozbieganym wzrokiem po kotach. Gdzieś z boku, Bąbelkowy Plusk spuścił wzrok na własne łapy, a Nieustraszony Chomik zmrużyła ślipia.
— Upiekło Ci się jak na mordercę dwóch starszych kotów — ciszę przerwał głos Dzikiego Berberysu, skierowany do Ciernia. Od początku, aż do tego momentu, siedział cicho. — No, no, no... Nie wiedziałem, że uda ci się tak spłakać przed resztą, że łaskawie ci darują życie. A podobno to ja byłem beksą. Szkoda tylko, że wspinasz się po trupach do celu, a potem wycierasz się innymi. Nikt ci nie kazał zabijać, zrobiłeś to sam i to dwa razy.
Srebrny kocur odwzajemnił ostre spojrzenie brata.
— Berberysie, przykro mi, że tak uważasz i że sam nie żałujesz swojego występku.
— Sam byś tego nie żałował, gdyby ciebie nie złapano i nie przeraziła wizja śmierci z łap pobratymców — zaśmiał się Berberys. — Czasami trzeba mieć honor, ty go już dawno straciłeś. Pewnie ojciec byłby z ciebie dumny. Całkiem dobrze jak niespełna rozumu mordercę.
Tańcujące Pierze wtrącił się do wymiany zdań.
— Gradobijący Cierń łże. Mówi to, co się mu nasuwa na język niczym idiota niższej klasy. Kłamać to potrafi, a nie tylko w jednej sprawie — odezwał się. — Twój braciszek o mało, co nie zabił własnej siostry. Ciebie. Zobacz, do czego może się posunąć taki egoistyczny kot, aby przeżyć, zniżając się do... ale to już nie mój kłopot.
Uśmiechnął się.
— Niech ten klan zgnije z raną, której przez dumę nie chciał pokazać medykowi.
Skinął głową Dzikiemu Berberysowi.
— Owszem, Dziki Berberysie. Gradobijący Cierń jest jak ze skóry zdarty swojego ojczulka. Mówił mi, że chciał go pomścić. Najwyraźniej Świerszczowy Skok na długo nie opuści naszego ukochanego Klanu Burzy, co? — uniósł brew i wyszczerzył ząbki w irytującym uśmieszku. — Jaki ojciec, taki syn. Oboje bezmyślni, ale tylko jeden zachowujący choć grosz honoru i podziwu. I to na pewno nie ten, co teraz się skulił pod wzrokiem zwykłych kotów — prychnął z pogardą i uniósł podbródek. — Dobrze byłoby go nazwać po tym wszystkim Świerszczowy Skok. Aby zapamiętał, dla kogo zabił aż dwa koty i mógł zabić jeszcze-
— Uspokójcie się. Decyzja już zapadła — warknął Zawodzące Echo. Odczekał parę uderzeń serca, po czym ponownie uchylił pysk. — Nim wszyscy się rozejdą, a oskarżeni tymczasowo powrócą do dołów, chciałbym coś ogłosić.
Spojrzał po kotach zebranych w Grocie Pamięci. Jasno widziała na jego pysku zmęczenie i ból
— W związku z odejściem Króliczej Gwiazdy — zaczął, uciszając tym samym większość szeptów w tłumie — Jestem zobowiązany oficjalnie przejąć rolę przywódcy oraz wyznaczyć nowego zastępcę.
Wziął głęboki oddech, zamrugał, po czym wbił wzrok w jednego z kotów.
— Skrzydlata Płomykówko, wystąp — polecił. Gdy kocica, po chwili zawahania, stanęła przed nim, kontynuował. — Jesteś kompetentną wojowniczką, jak i wytrwałą mentorką, co pokazał trening Ostatniego Pożaru. Dziś wykazałaś się umiejętnością przewodzenia grupie oraz zachowałaś spokój pomimo stresującej sytuacji. Od tej chwili pełnisz rolę mojego zastępcy — oznajmił, po czym zniżył ton głosu, szepcząc jeszcze parę słów. — Przykro mi z powodu śmierci Twojej matki i partnera. Sójczy Błękit odeszła jako szlachetna wojowniczka, broniąc życia innych. Widzę w Tobie to, co tak bardzo szanowałem właśnie w niej.
Skrzydlata Płomykówka milczała przez parę uderzeń serca.
— Dziękuję Ci za tę szansę — odpowiedziała w końcu. — Będzie to zaszczyt dźwigać na barkach losy Klanu Burzy wraz z tobą. Fakt, moja matka była wspaniała, jako rodzic i także członek klanu, dlatego też obiecuję, że nie zhańbię jej imienia, a także imienia Klanu Burzy — miauknęła, posyłając mu subtelny uśmiech.
Gdy szepty - te pełne ulgi, jak i te mniej zadowolone - ucichły, Echo ponownie zabrał głos.
— Gdy tylko sytuacja Klanu Burzy się ustabilizuje, odbędę podróż do Księżycowej Sadzawki — kontynuował. — Na razie powinniśmy się skupić na wyżywieniu klanu oraz zajęciu się jego najmłodszymi członkami.
Skinął głową swojej nowej zastępczyni.
— Skrzydlata Płomykówka wyznaczy patrole łowieckie. Trzymajcie się zachodniej części naszego terytorium, tej, której nie dosięgły płomienie; w przeciągu następnych wschodów słońca wysyłane będą również grupy, których celem będzie ocena wielkości strat. Chętnych uczniów oraz wojowników proszę również o zgłoszenie się do Wdzięcznej Firletki, aby w wolnej chwili pomóc jej oraz Łzawej Łapie w odbudowaniu prowizorycznych zapasów ziół, aby mogły zająć się waszymi urazami, jeżeli takowe się pojawiły. Co więcej, szczątki Pozłacanej Pszenicy oraz Ognistej Piękności zostaną przygotowane do czuwania, aby później mogły zostać godnie pochowane.
Zamilkł na moment.
— Tańcujące Pierze, Nieustraszony Chomik oraz Dziki Berberys powrócą do dołów, w których spędzili wczorajszą noc — oznajmił. — Tam, pod stałym nadzorem, wyczekiwać będą egzekucji, lub w przypadku Berberysu, odprowadzenia poza granice klanu. Gradobijący Cierń, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Bąbelkowy Plusk zostaną przeniesieni do ślepej odnogi jednego z tunelów prowadzących do Groty Pamięci.
Kurza Łapa jako pierwszy zerwał się z siedzenia i odwrócił, idąc do innych zakamarków piwnicy.

***

Przez kilka dni nie odzywał się nieproszony. Zazwyczaj jadł, spał, uczył się, przeszukiwał stary obóz, omijał matkę… i cykl się powtarzał. Czasem sprzątał stary obóz z nadzieją, że go zreperują. Pojedyncze kamyki aż same się prosiły o sprzątnięcie, gdy się wbijały przychodzącym kotom w poduszki łap. Ktoś musiał się tym zająć i nie był to kto inny jak sam Kurza Łapa. Po kilku minutach łażenia w kółko i pochylania się nisko nad podłożem w poszukiwaniu odłamków skalnych zaczął się nudzić. Uczeń więc postanowił zostawić to dla kogoś innego i zamiast znaleźć produktywne zajęcie, wybrał myślenie. Nie wiedział sam czy chciał zmiany, ale na myśl o spędzeniu w tej piwnicy całe swoje życie zamiast na otwartej przestrzeni go przerażała. Kurza Łapa podczas myszkowania na drugim piętrze Kamiennej Wieży nie znalazł nic ciekawego. Może inny kot sprzątnął mu to sprzed nosa? Nie wiedział w sumie, co go tam właściwie przywiodło. Chciał coś odkryć? A może zabawić się w Tańcującego Pierza, który to tak regularnie ich odwiedzał za czasów żłobka? Może Zawodzące Echo coś ukrywał przed resztą…
Poza tym unikał rozmowy z resztą, spędzając większość czasu na treningu i poświęcając resztę wolnego czasu na dobranocne rozmowy z siostrą. Ostatnio zaczął częściej znikać w tunelach, niż było to potrzebne, chcąc przeszkolić się w tym całym “przewodnictwie”, do którego miał się przyzwyczaić. Miał zostać kimś. Nie zwykłym wojownikiem, lecz przewodnikiem. Przemieszczając się po tunelach, często chodził z głową w chmurach, zastanawiając o przyszłości. Czy będzie tak wielki, jak jego sam wuj i ciotka? Musiał pokazać, że pokrewieństwo z Rudzikiem nie skreślało go z listy “kotów mających potencjał”; Kurza Łapa dowiedzie, że się mylą.
Wszyscy się mylą.
Przez te myśli kilka razy wpadał w ślepe zaułki i spotykał się agresywnie z kamienistą ziemią. Biały Strumień nie wyglądał na zadowolonego. Czasem Kurczak naprawdę się zastanawiał czy rzeczywiście to koty urządziły sobie tunele, czy to były wielkie króliki, które żyły bardzo, bardzo dawno temu. Może jakaś cywilizacja?
Po kilku godzinach spędzonych w zupełnej ciemnicy z przewodnikiem Kurza Łapa zaczął w końcu nabierać wprawy w to całe nawigowanie. Umiał określić jak dostać się z punktu pierwszego do wyjścia i na odwrót. Potrafił też stwierdzić, jak daleko był od Białego Strumienia jedynie za pomocą głosu albinosa. Uczył się szybciej niż wcześniej; zapewne sprawa Rudzikowego Skrzydełka zmotywowała go do tego. Musiał pokazać im wszystkim, że był godzien zostania przewodnikiem.
[Event w Klanie Burzy; przeszukiwanie starego obozu]
[Event w Klanie Burzy; Pozbycie się ostrych odłamków skalnych]

[16258 słów]

[325%]