BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurza Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurza Łapa. Pokaż wszystkie posty

29 października 2026

Od Połyskliwego Koguta

Odkąd Łzawa Łapa zniknęła z dołka, wszystko zaczęło nabierać coraz to ponurych barw. Dnie i noce spędzał często w jednej pozycji, robiąc przerwy jedynie na własne sprawy pod okiem strażników. Trzymał się ściany najdalej od zdrajców. Nie rozmawiał z nimi; a przynajmniej nie chciał, lecz Gradobijący Cierń potrafił do niego przyjść i mówić mu o Tańcującym Pierzu. O jego czynach. Sposobie mowy.
Podobieństwach, o których raczył wspomnieć przy podsumowaniu.
Kogut zaobserwował, jak to Bąbelkowy Plusk spogląda na zawieszonego przewodnika. Zawsze, gdy Lodówkowy Cios przynosiła jedzenie, starszy kocur kątem oka na niego niepewnie zerkał. Ten wzrok pełen obawy, wręcz przerażenia drażnił młodzieńca. Te koty doprowadzały go do szału.
Dnie zaczęły się zlewać. Miał wrażenie, jakby leżał w tej dziurze bite dwieście księżyców. Pomimo niechęci do jakichkolwiek aktywności fizycznych, starał się dbać o siebie. Nie mógł otwarcie pokazać, co mu zrobili.
I jak bardzo nie chciał tego przyznać, to zwyczajnie w świecie się tu nudził.
Znajome pyski. Podobne dania.
Kocur zwinął się w ciasny kłębek na swoim posłaniu.
Może i go siostra rozgrzeszyła. Być może powinien być szczęśliwy, że większość kotów wątpi w jego chęci zamordowania własnej matki. Nawet już nie chodziło o rangę, którą z pewnością utraci.
Łzawej Łapy już mu nie zwrócą.
Tamtej nocy słyszał szelest. Zmianę wartowników. Głos Perłówki, gdy po dawnej uczennicy Firletki śladu nie było.
Zapytany o jej zniknięcie nie chciał udzielać odpowiedzi. Zresztą, i tak nie mieli czego szukać. Tej kotki już nie było.
Co on też na wyczyniał?
Popsuł ją. Zniszczył wszystko, na co tak długo pracowała, przez własną pychę. Nie myśleli wtedy nad konsekwencjami. Nie sądzili, że Klan Burzy wsadziłby ich do tego samego wora, co zdrajców narodowych.
Przyjaźń nie zakończyła się głośnym wybuchem, lecz niepokojącą ciszą. Rozłąka nastąpiła prędko, szybciej niż Kogut mógł to wszystko przetrawić. W jeden dzień stracił nie tylko przyjaciółkę, ale jedyną kotkę, która w pełni się na niego otworzyła. Polubił ją. Uwielbiał jej chichot, ten knujący, figlarny uśmiech. Oczy Łzawej Łapy sprawiały, że serce rudzielca pomijało uderzenie serca. Nie wiedział, czy ją kochał, czy może podziwiał. Przyjaciele wspierali się nawzajem. Najwidoczniej ta pomoc z ucieczką miała być ostatnim sprawdzianem trwałości ich przyjaźni. Oboje oblali test.
A teraz… został on sam.
Nie.
Perłówka wciąż tu była. Poziomka, która została teraz przewodniczką. Miał niezdecydowanego mentora, którego szanował mimo wszystko. A Kogut przecież przed tym całym chaosem pomógł wiele razy w poszukiwaniach lub oczyszczaniu korytarzy, zbieraniu ziół. Może jeszcze znalazł jakąś nadzieję na lepsze jutro.
Może za niedługo go wypuszczą.
Mało kotów było do polowania. Uczniów przybywa. Dorosły, kompetentny kot byłby dobrym narybkiem.
Ach, byłoby jeszcze lepiej, jeżeli nie odbiorą mu rangi przewodnika.
Wtedy nagle do dołka wkroczyła niepewnie Dryfujący Fluoryt. Rozejrzała się po więźniach i przełknęła ślinę. Pewnie chciała im przynieść jedzenie.
Wtedy też Kogut przypomniał sobie o kamykach owej wiecznej królowej. Poderwał się i wystąpił, chcąc jej oświadczyć, iż znalazł jej zguby. Kotka przestraszona nagłym ruchem cofnęła się w stronę wyjścia, więc Połyskliwy Kogut zatrzymał się na bezpieczną odległość.
— Dryfujący Fluorycie. Pod moim dawnym posłaniem, jeszcze należącym do legowiska uczniów… jeżeli go nikt nie zdemolował, powinny się znajdować właśnie pod nim twoje kamyczki. Szare z białym, poziomym pasem na środku, jeśli się nie mylę.
Kotka odwróciła wzrok, chwilę się wahając, po czym kiwnęła głową. Natychmiast wybiegła z legowiska więźniów, zapewne szukać teraz swoich skarbów. Niedługo po tym wróciła i podziękowała zawieszonemu przewodnikowi, wdzięczna za zwrócenie swoich przedmiotów. Miauknęła na pożegnanie, pewnie dla otuchy, że klan mu być może wybaczy i postanowi na przywrócenie go do roli przewodnika.
Chciałby w to wierzyć.

[Event w Klanie Burzy; zwrot przedmiotów z poszukiwań do ich właścicieli.]

14 października 2026

Od Połyskliwego Koguta do Poziomkowej Łapy

Były uczeń spojrzał na dawnego mentora słabo.
— Nie okłamałbym cię, Biały Strumieniu... — wymamrotał srebrny młodzieniec ze skuloną postawą. — Je... jestem szczery... chcę się poprawić. Naprawdę! — rozemocjonowany, podniósł ten jeden raz głos, błagając granatowym okiem dawnego mentora.
Wszystkie głowy więźniów, z wyjątkiem śpiącej Łzy, obróciły się ku nim.
— Uwierz mi... proszę... — miauknął smutno. — Proszę! Poprawię się... chcę zadośćuczynić... proszę...
Skulił się i zacisnął oczy.
Strażnicy podeszli sprawdzić, co zaszło. Gdy dostrzegli zrozpaczonego Koguta, porozumieli się z przewodnikiem.
— Kogucie ja muszę... Ja muszę to przemyśleć — miauknął albinos w końcu. — Skup się na razie na...odkupieniu swoich win i refleksjach. Żegnaj.
Kogut szeroko otworzył szklane oczy i otworzył pysk, ale było za późno.
Biały Strumień zawrócił, a jego długi ogon pofalował wraz z nim.
Połyskliwy Kogut znowu został sam.
Sam z jego podłymi myślami.
Rozejrzał się gorączkowo po zebranych. Dostrzegł knujący uśmieszek strażniczki, Śnieżycowej Chmury, który nie zwiastował niczego dobrego. Przynajmniej dla niego. Bił się z nią na spojrzenia, dopóki ruda kocica nie dała mu za wygraną. Odetchnął z ulgą, wracając pyskiem do swych… towarzyszy.
Gradobijący Cierń wciąż zachowywał się podejrzanie, niczym zwierzę, ale teraz tylko stał niby zahipnotyzowany rozmową truciciela z przewodnikiem Klanu Burzy. Siostra mordercy nie skomentowała tego wydarzenia. Bąbelkowy Plusk natomiast tępo patrzył na rudzielca, jakby zobaczył nie Koguta, lecz… coś innego.
Kogoś innego.
— Nie, nie… to nie tak miało wyjść… — mruknął pod nosem, poniekąd przerażony i zawstydzony swoim nagłym wybuchem.
Połyskliwy Kogut kucnął na swoim posłaniu i się zgarbił.
“Kimże jesteście, by decydować o czyimś życiu i śmierci?”
Srebrzysty rudzielec zmrużył oczy.
Kotami. Takimi jak wy.
“Jakie macie prawo, by podejmować takie kroki?”
Kogut zacisnął szczęki na samą myśl.
Takie samo, jakie mieliście przy egzekucji Nieustraszonego Chomika i Tańcującego Pierza.
“…Powiem Ci: żadne.
Jesteś teraz takim samym mordercą jak ona, Kogucie.”
… Kłamstwo. Nigdy taki nie będę.
Nigdy.
A mimo to, siedział teraz w śmierdzącym legowisku minarów.
Czy rzeczywiście było to… kłamstwo?
Bujda. Zwykła obłuda, pomyślał i się skrzywił. Przecież chcieli dobrze dla klanu. Dlaczego nikt nie umiał jeszcze tego pojąć?
Dlaczego każdy wokół nich musiał być tak głupi?
Nierozsądny. Nielogiczny. Absurdalny. Dwulicowy.

Jeszcze chwilę temu nienawidzili tych morderców. Czy w takim razie jego wuj, Ognik, powinien również zostać skazany za zamordowanie Tańcującego Pierza? W końcu go zabił. Przecież go zamordował, zapewne bez krzty dobroci i łaski.
W końcu to był zdrajca. Zdrajcom nie powinno się przecież okazywać ciepła.
Zamyślił się. Westchnął ciężko, znudzony oparł głowę na łapkach, spoglądając na Łzawą Łapę. Biedulka patrzyła w ścianę jakby zaczarowana, pewnie nad czymś się zastanawiała. Czy Zawodząca Gwiazda pozwoliłby, aby klan decydował o życiu jego własnej córki?
Kiedy Klan Burzy przestanie stosować śmiertelne kary? Czy inne przynależności też na co dzień mają w swych szeregach morderców, katów i więźniów? Czy też zabijają w imię tej “sprawiedliwości”, którą mogą wydawać tylko ci wyżej postawieni?
Uciekł wzrokiem w bok.
Czy gdyby nie był synem Rudzik…
Czy wtedy zostałby zrozumiany?
Wysunął pazury i zaczepił je w mech.
Może wtedy zostałby nagrodzony. Pocieszony. W końcu niełatwo być synem zdrajczyni i użerać się z krzywymi spojrzeniami.
A Łzawa Łapa by nie cierpiała przez niego.
Młodzieniec, znudzony tą walką z przeszłością, zaczął skubać własne legowisko. Musiał się rozproszyć.
Przyjaciółka go potrzebowała.
Musi dowieść, że może na niego liczyć.
Nagle do pomieszczenia weszła mała koteczka. Dosyć… zabawne. Zawieszony przewodnik uniósł granatowe oko.
Ujrzał przed sobą uczennicę Śniącego Obserwatora.
Spiął mięśnie.
To siostra tych dwóch parszywych, rozwydrzonych bachorów, ale nie miał jeszcze okazji z nią pomówić. Może…
Może dawało mu to jakąś szansę.
Rozluźnił się, zachowując smutny wyraz pyszczka.
— Dzień dobry, Poziomkowa Łapo… — wymamrotał urokliwy młodzieniec.
I teraz musiał poczekać, aż kotka się odezwie.

<Poziomkowa Łapo…?>

04 października 2026

Od Połyskliwego Koguta

Nie tak dawno… przed mianowaniem

Kurczak posłał Perłówkowej Łapie zmartwione spojrzenie, gdy siostra targała za sobą dziwne pudło. Znajdowali się w monstrualnej, upadłej gwieździe dwunożnych. Jak się zaraz okazało, w pudełku leżały wianki. Kurza Łapa zaciekawiony wyciągnął jeden głównie stworzony z ciepłych barw kwiatów, przy czym poprosił kremową o założenie mu pięknej, lecz nienaturalnej, wykonanej z dziwnego tworzywa korony. Gdyby pochodziła z lasu, rośliny by już dawno wyschły, a materiał, z którego zostały stworzone, rodzeństwo nie umiało zidentyfikować i określić czy kiedykolwiek dotykali tak dziwne podłoża i krawędzie. W każdym razie, Kurza Łapa wrócił po tej ekspedycji z nowym akcesorium.

***
Teraz…

Wdzięczna Firletka zajęła miejsce tyłem do oczka wodnego, z dwoma kamiennymi łbami wyglądającymi zza jej ramion, i uchyliła pysk.
— Dlaczego Rudzikowe Skrzydełko została otruta?
Łza stała w kompletnym milczeniu, nie wiedząc, co powiedzieć. I, jakby z tej samej gliny ulepieni, oboje przełknęli ślinę.
A wtedy po jej policzkach spłynęły łzy. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w ojca, próbując odgadnąć wyraz jego pyska. W końcu jej wzrok na moment powędrował ku Firletce.
Połyskliwy Kogut zmarszczył brwi.
— Ja nie chciałam... — chlipnęła, kuląc się lekko. — B- bo ona... ona powiedziała... ż- że strasznie cierpi i... i że ma czarny kaszel. Nie mogłam już nic zrobić. Było za późno na pomoc...
Otarła łapą policzek i spuściła wzrok.
— Próbowałam... naprawdę próbowałam…
Medyczka spojrzała w oczy uczennicy, utrzymując neutralny wyraz pyska.
— Jesteś jedynie moją terminatorką, nie masz prawa podejmować takich decyzji — oznajmiła chłodno.
Połyskliwy Kogut patrzył ze zmartwionym wyrazem pyska na obie kotki. Kocur przygarbiony siedział lojalnie przy Łzawej Łapie i skrzywił się na chłodny, tak niecodzienny ton głosu medyczki. Przymrużył oczy i wbił oceaniczne ślepia w Firletkę. Przełknął ślinę.
— Wdzięczna Firletko... zdrowie Rudzikowego Skrzydełka się pogarszało, odkąd została minarem.
Skulił się, ciężki oddech przewodnika stał się słyszalny dla każdego obecnego. Szklane oczy wbił w czarne podłoże.
— Ona... ona cierpiała, Wdzięczna Firletko. Może i była zdrajczynią... ale to wciąż była moja matka.
Przecież chciała umrzeć.
Pociągnął nosem, po czym przysunął się do boku uczennicy. Większy, wyższy młodzieniec nie spojrzał tym razem na swoją towarzyszkę.
— Chciałem, aby się już więcej nie męczyła. Jej stan... to... — załamał mu się głos. Nagle zgiął się wpół, przytłoczony emocjami.
— To było straszne.
Jeśli przyjrzeć się jego łapom, drżał. Nogi jak z waty, można by było powiedzieć.
Połyskliwy Kogut był doprawdy zdruzgotany śmiercią swojej matki. Czemu miałby ją zabić z uśmiechem na pysku? Ten słodki, nieco głupkowaty z wyglądu przewodnik miał otruć własną matkę i czerpać z tego satysfakcję?
Przeniosła wzrok na przewodnika.
— A więc postanowiłeś zabrać życie własnej matce?
Głowa Koguta schowała się głębiej między jego barkami. Nie znalazł odpowiedzi na pytanie.
Być może się jej wstydził.
— Zabraliście jej życie, nie mówiąc jej nawet pewnie, co ją czeka — kontynuowała, zwracając się do ich obojga — I próbując umywać od tego łapy? Przekazaliście Zawodzącej Gwieździe, że powodem śmierci było wycieńczenie chorobą. Wynieśliście jej posłanie, aby, jak podejrzewam, nikt nie zauważył krwi i wymiotów.
Zamilkła na moment. Kogut zacisnął szczęki i uciekł wzrokiem w bok.
— Łzawa Łapo. Nie tego się po tobie spodziewałam — obrzuciła uczennicę spojrzeniem, które na moment wypełniło się żalem. — Nie jesteś medyczką, ani nawet asystentką. Twój głos nie jest w tej sytuacji decydujący. Twoja łapa nie wydaje wyroku na temat tego, kto przeżyje, a kogo życie się zakończy.
Łza zadrżała, słysząc te słowa. Spuściła wzrok, a jej uszy odpadły jeszcze niżej. Rudzielcowi było przykro.
— Wiem... — wychlipiała. — Wiem, że nie jestem medyczką. Nie chciałam decydować, kto ma żyć, a kto umrzeć.
Pociągnęła nosem i otarła policzek łapką.
— Ja tylko... nie wiedziałam, co robić. Ona tak strasznie cierpiała. Mówiła, że nie może już wytrzymać.
Podniosła zapłakane spojrzenie na mentorkę.
— Może nie miałam prawa podjąć tej decyzji... ale wtedy nie myślałam o tym, czy mam
— Jeśli nie wiesz, co robisz, sięgasz po radę wyższych rangą — miauknęła, jej głos o ton niższy, jednak nadal chłodny.
Zerknęła kątem oka na Koguta.
— Jestem w stanie zrozumieć Twój punkt widzenia, jednak nie jest to drobny błąd, za który i ja, i pozostali członkowie rodziny Rudzikowego Skrzydełka możemy Ci wybaczyć.
Przesunęła ogonem po posadzce.
— Zawiodłam się na Tobie, Łzawa Łapo. Straciłaś w tym momencie moje zaufanie — dodała. — Jak i przywilej bycia moją terminatorką.
Podniósł łeb i się wyprostował. Połyskliwy Kogut zachował nieodgadniony, wyprany z emocji wyraz pyska. Patrzył tępo przed siebie.
Nagle skupił swe oczy na Zawodzącej Gwieździe. Przyglądał się mu z przechyloną na bok głową.
— … Wdzięczna Firletko.
Dwa słowa przeszły przez jego gardło, aby złapać uwagę medyczki.
— Dobrze, niech Klan Burzy dowie się o tym, iż byliśmy zamieszani. Jednak… takie wejście z ogłoszeniem, iż kolejny kot nie umarł z przyczyn naturalnych… nasi pobratymcy są już na skraju wytrzymania. Widzę, jak z trudem żyją z świadomością, że po dawnym domu zostało tyle, co nic. Słyszałem w nocy, jak niektórzy się wybudzali z koszmarów, zapewne powracających do tego wieczoru z pożarem. I z Tańcującym Pierzem. Kolejna wiadomość o takiej śmierci może nimi wstrząsnąć.
Westchnął ciężko. Dostojny młodzieniec dalej siedział z uniesioną brodą, wszystkie smutki najwyraźniej odeszły tak szybko, jak się pojawiły.
— Nie chciałem dobić mojej matki, aczkolwiek… przecież była zdrajczynią, Wdzięczna Firletko i Zawodząca Gwiazdo. Tylko marnowano na nią surowce i czas. Może i brzmię teraz okrutnie. Może i nawet jak bez serca, lecz… — zamilkł. Wydał z siebie warknięcie, zapewne zły na siebie. Wydawał się być zagubiony. — Ugh. Nie. Źle zrobiłem, odbierając życie członkowi Klanu Burzy, nawet jeśli był on zdrajcą.
Pochylił głowę do przodu i się schylił.
— Źle zrobiłem, dopuszczając się takiego czynu i wciągając w to Łzawą Łapę. Córka Zawodzącej Gwiazdy jeszcze jest zbyt młoda… to jeszcze dziecko. Powinna zostać teraz nauczona i przykładać się ciężej do nauki… a nie robić to, co zrobiła.
Mówił najwyraźniej szczerze. Widać było gołym okiem, iż syn zdrajczyni czuł się winny. Nikt by nie zabił własnej matki, niegdyś będącą jego całym maleńkim świecie
— Wdzięczna Firletko, Zawodząca Gwiazdo, jeżeli mam jakąkolwiek szansę, aby zadośćuczynić mój czyn niedopuszczalny… aby ja i Łzawa Łapa mogli zdobyć znów wasze zaufanie, pokazać, iż jesteśmy tego warci…
Zerknął kątem oka na reakcję koleżanki. Wziął głęboki wdech i wydech, po czym stanął przed filarami Klanu Burzy niczym skała.
— … Będziemy gotowi poświęcić się i zapewnić, iż każde zadanie, każde polecenie zostanie wykonane poprawnie. Macie moje słowo.
Zmarszczył brwi na koniec, oczekując odpowiedzi zwrotnej od wysoko postawionych kotów. Nerwowo przesuwał oceanicznym wzrokiem po starszych, przy tym zastanawiając się nad grą aktorską rówieśniczki.

***

Połyskliwy Kogut wychylał się zza kamiennej ściany, chcąc dojrzeć reakcję pobratymców. Miał małą nadzieję, że gdzieś tam wśród nich… znajdzie sojusznika. Przecież chciał dobrze. Gdyby tak nie było, spotkałaby go kara śmierci.
Prawda?
— Łzawa Łapa oraz Połyskliwy Kogut byli zamieszani w śmierć Rudzikowego Skrzydełka — oznajmił.
Głowy współklanowiczów gwałtownie zwróciły się ku dwójce kotów, siedzących przed legowiskiem medyka w towarzystwie zniesmaczonego Śpiewającego Raniuszka.
— W konsekwencji, Łzawa Łapa zostaje odsunięta od pozycji medyka... Oraz oboje zostają zawieszeni w obowiązkach i przywilejach na czas nieokreślony. Obowiązuje ich zakaz opuszczania obozu.
A wtedy zaczęły się oskarżenia. Wytykanie palcami. Szukanie winowajcy, jakby Zawodząca Gwiazda nie nasunął im odpowiedzi na tacy. Już widział ten tłusty uśmiech napchanego swoim ego synalka przywódcy. Na samą myśl o tym, że Zew mógł czerpać satysfakcję z cierpienia własnej siostry i kuzyna, Kogut się gotował i zaciskał szczęki, aby nie palnąć niczego głupiego. Nie dość, że ten czarny maruda tu wciąż istniał, to na dodatek… został wraz z Łzawą Łapą wcielony do legowiska więźniów.
Nie chciał tam wracać. Nie.
Czemu miał tam wracać? Nie mógł. Nie mógłby. Nie chciał. Nie, nie, nie. On… on…
On nie mógł. Nie mógł tam wrócić. Ona…
Ona wciąż tam była.
Może nie ciałem…
Ale duszą.
Jej dusza wciąż tam była.
Ta zdradziecka dusza wciąż tam była.
Z ponurych myśli wyrwał go krzyk Gadożerowego Pyska, niegdyś zagorzałego zwolennika egzekucji zdrajców, tak teraz wyglądającego niczym wystraszone, małe kocię.
Ach, Poziomkowa Łapa. Wpadła do tunelu.
Do idealnego tunelu.
Chociaż, pewnie i by nie skusiliby się na chodzenie po ciemku, aby znaleźć resztki zdobyczy i zakrwawione legowisko, Kogut poczuł się lżejszy z wiedzą, iż jakiekolwiek ślady zbrodni zostały ukryte pod gruzami.
Ach, gdyby Łzawa Łapa mogła mu ustąpić. Wtedy mieliby jeszcze jakąś deskę ratunku; natomiast kuzynka zmusiła ich do kapitulacji, bez walki o swoje. Żenujące.
Żałosne.
— Zawodząca Gwiazdo, czy mogłabym jeszcze zabrać głos w tej sprawie? — wtrąciła się ciotka Koguta, kiedy tylko sytuacja z Poziomkową Łapą została opanowana, a koty ponownie zebrały się w Grocie Pamięci. Początkowo dymny nie wyglądał na przekonanego, jakby z obawy, że oddanie głosu bliskiemu zmarłej może okazać się złym pomysłem. Po dłuższej chwili jednak skinął głową, a srebrna przeniosła wzrok z niego na dwójkę oskarżonych.
— Połyskliwy Kogucie — zaczęła od swojego bratanka, dosyć ostro. Młodszy wystąpił, nie chowając się przed jej surowym spojrzeniem. — Klan pokładał w tobie nadzieję, w tym ja, że wyrośniesz na wspaniałego przewodnika, który pomimo matki zdrajczyni będziesz w stanie odnaleźć się wśród nas. Starałam się ciebie wspierać pomimo wielu obowiązku zaraz po pożarze, zapewne nie tylko ja się starałam, lecz jak widać, dla ciebie to było za mało. Uznałeś, że dobrym pomysłem będzie wraz z Łzawą Łapą morderstwo więźnia, ale jednocześnie własnej matki. Nie obchodzi mnie to, że może na to zasługiwała, czy może nawet prosiła. Nie masz poszanowania dla czyjegoś życia! Powinieneś zostać wygnany jak Dziki Berberys lub nawet poddany egzekucji, niczym Nieustraszony Chomik i Tańcujące Pierze, skoro nie żałujesz swych czynów! — z każdym zdaniem jej chłodne opanowanie przeradzało się w zburzenie, by ostatnie słowa wręcz wykrzyczeć, co raczej nie było przyjemnym doświadczeniem dla pobliskich kotów. Zwłaszcza dla Koguta, który musiał tego wszystkie słuchać.
Nim ktokolwiek zdążył jej przerwać, kontynuowała:
— A ty, Łzawa Łapo — skierowała swoje spojrzenie na uczennicę — zawiodłaś o wiele więcej kotów. Nie tylko ojca, matkę czy rodzeństwo, ale oba klanu! Jako uczennicy Wdzięcznej Firletki każdy Ci ufał i postanowiłaś tak to wykorzystać. Powinnaś również być wygnana, nawet jeśli pochodzisz z miotu, który symbolizuje sojusz pomiędzy Klanem Burzy a Owocowym Lasem. Swym występkiem splamiłaś ten sojusz! Nie jesteś godna tego zaszczytu!
Kiedy tylko zakończyła swoją wypowiedź, jeszcze przez chwilę po jaskini rozchodziło się echo jej wyroku na dwójce morderców.
Połyskliwy Kogut nie wyglądał na zaskoczonego. Lepszym określeniem byłoby nazwanie go wręcz znudzonym monologiem zastępczyni.
“Powinieneś zostać wygnany jak Dziki Berberys lub nawet poddany egzekucji, niczym Nieustraszony Chomik i Tańcujące Pierze, skoro nie żałujesz swych czynów!”— słowa kotki, choć nie chciał tego pokazywać na zewnątrz, go ukuły w pierś. Mimo to nie umiał zapłakać. Nie umiał wymusić się na jakikolwiek płacz, aby kotka ujrzała, iż naprawdę był smutny z powodu śmierci własnej matki.
Więc dalej obserwował ją z kamiennym, nieodgadnionym wyrazem pyska. Nawet kąciki ust mu nie zadrżały, gdy wypowiadała ostatnie okrutne zdania w jego stronę.
Czemu miałby użalać się nad słowami, które nie mają właściwie znaczenia? Dlaczego Skrzydlata Płomykówka dalej kontynuuje tradycję egzekucji? W innych klanach na pewno nie zabijają.
Kogut i Łza po prostu przyspieszyli to, co jest nieuniknione.
Te oszczerstwa ciotki były niedorzeczne i nie na miejscu.
— Na koniec chciałabym wyznaczyć koty, które odprowadzą tę dwójkę do ich nowego legowiska. Cyklonowe Oko i Lodówkowy Ciosie? — Z pytaniem na pysku spojrzała na dwójkę wymienionych wojowników, którzy jednocześnie skinęli głową, a następnie ruszyli w stronę Łzawej Łapy i Połyskliwego Koguta, których dotychczas pilnowała Śpiewający Raniuszek w towarzystwie Wdzięcznej Firletki, która nieopodal siedziała z ciasno owiniętym ogonem wokół łap.
Kogut jedynie skinął głową i szepnął ciotce przeprosiny.
Dawny mentor płomiennego zdrajcy i była partnerka owego Tańcującego Pierza odprowadzili ich do legowiska więźniów. Kogut miał wrażenie, że specjalnie ich tam wysłała. Jakby chciała, aby pamięć o tym, iż byli powiązani ze zdrajcami, była pielęgnowana w sposób niezdrowy, nagminny. Gdyby miał również odsyłać Rudzik z Ognikiem, czułby się dziwnie i nieco upokorzony. Cyklonowe Oko i Lodówkowy Cios zasługiwali na coś lepszego. Czyżby Skrzydlata Płomykówka im jeszcze nie wybaczyła spoufalania się z Tańcującym Pierzem? Przecież nie zdradzili z nim Klanu Burzy.
Najwyraźniej mentalność po pożarze na długo się nie zmieni.
Tak długo, dopóki ruda siostra zdrajczyni wciąż piastuje rolę zastępcy i aspiruje na zostanie przywódcą.
Ułożył się w swoim nowym, wielkim posłaniu i znudzony, wyprany z emocji pysk przyglądał się skałom. Za pustymi, wręcz czarnymi ślepiami nie było żadnej myśli. Pogodził się z odebraniem wolności, lecz to nie oznaczało, iż nie będzie później walczył o powrót na stanowisko.
O Łzawą Łapę.
Niepotrzebnie ją w to wciągał. Tak po namyśle, głupio zrobił, pozbawiając życia na wpół żywej zdrajczyni. Niedorzeczne. Dziecinne. I jak by tu miał dostać jakąś poważniejszą karę? Tylko przyspieszył to, co nieuniknione. Ukrócił własnej matce mękę i udrękę. Skrzydlata Płomykówka dramatyzowała i robiła z siebie ofiarę powojenną, gdy powinna być twardą zastępczynią i aspirować na takie piękne stworzenie jak Zawodząca Gwiazda, który zaczął pojmować, iż egzekucje następnych kotów nie dadzą pozytywnych skutków.
Oparł brodę na prawej łapie i zaczął stukać pazurami u lewej o kamienną posadzkę. Musiał pomyśleć. Zastanowić się nad strategią.
Łza nie mogła być gorsza od tego markotnego gówniarza, który miał czelność zwać się wojownikiem Klanu Burzy. Dawał mu jeszcze góra dwadzieścia księżyców, zanim się nie znudzi terenami ojca i wróci do Owocowego Lasu ze skulonym ogonem.
Przymknął oczy.
Powoli odpływał w objęcia gwiezdne. Czy jeszcze nad nim czuwali? Przecież zyskał od nich aprobatę. Musieli. W innym przypadku zostałby już dawno stracony.
Westchnął ciężko, po czym obrócił się na plecy, odsłaniając miękki brzuch. Urokliwy młodzieniec ziewnął uroczo i się przeciągnął, wyciągając łapy daleko.
Heh, przynajmniej mu nie odebrali wianka… i imienia.
Wolał nie powracać do Kurzej Łapy.
Poza tym nie mógł pozwolić swojej pamięci o tunelach i sekretnych przejściach zardzewieć. Musiał tą wiedzę pielęgnować. Poszerzać.
… Wykorzystywać.
W końcu do tego został wyszkolony.
“Powinieneś zostać wygnany”, powiedziała nie tak dawno rozemocjonowana Skrzydlata Płomykówka.
Urokliwy młodzieniec uniósł kąciki ust w sprytnym uśmiechu.
A żebyś wiedziała, że…

27 września 2026

Od Kurzej Łapy (Połyskliwego Koguta)

Jeszcze przed mianowaniem; początek życia w Grocie Pamięci…

Kocur przyszpilał siostrę swoim wielkim, wręcz czarnym okiem. Nie poruszył się.
— Czemu nucisz te kłamstwa zdrajczyni?
Słowa, które niegdyś nie miałyby sensu dla nich obu, wypadły z ust brata. Słowa, które brzmiały wręcz nierealnie, zważając na więzy krwi, przeszły przez jego prawdziwe gardło. Wybrzmiały nie w śnie, lecz na żywo.
— Jeszcze te małe kocięta tej parszywej kocicy to usłyszą — zaczął chłodno, ostrożnie obserwując reakcję Perłówkowej Łapy. Przełknął prędko ślinę. — I też zaczną nas mordować z maniakalnym śmiechem.
Pysk rudzielca zachował ten sam, chociaż odrobinę zmęczony, opanowany wyraz, pomimo słów, jakie wypowiedział przed chwilą. Przechylił łeb na bok, oczekując odpowiedzi. A może bardziej... obrony przeciw dopowiedzeniom we własnym umyśle.
Kotka zmrużyła oczy, słuchając.
— Dobrze się składa, że żadnych kociąt już tu nie ma — mruknęła na komentarz brata.
Kurza Łapa nie odpowiedział od razu. Popatrzył ze zmrużonymi oczami na siostrę, taką niegdyś malutką i rozmowną, teraz wydoroślałą i spoważniałą. Czemu tak szybko stali się… tacy? Dlaczego to wszystko się wydarzyło akurat teraz?
Zmarszczył brwi na jej słowa i prędko po nich otworzył pysk, chcąc rzec:
— Perłówkowa Łapo... — zaczął i westchnął ciężko. Uciekł wzrokiem w bok tak jak jego rozmówczyni. Widocznie wiele ich nie różniło pod względem naturalnego, instynktownego zachowania. Odchrząknął. — Wiesz dobrze, że to głosowanie było sprawiedliwe.
Wtedy ich spojrzenia się zetknęły. Perłówka nie odnalazła w czarnych i głębokich jak ocean ślepiach brata ani jednego odbicia. Tak podobne do matczynych, a mimo tego... wciąż tam nie pasowało. Fragment, który tak bardzo usiłował wpasować się w całą układankę. Sierść też niewiele się różniła od Rudzikowego Skrzydełka. A więc... co właściwie poszło nie tak? Co musiało się stać w umyśle Kurzej Łapy, że postanowił wypowiedzieć takie zaskakujące słowa?
— Mam nadzieję.
Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło.
Perłówkowa Łapa postanowiła przerwać bezruch, robiąc kilka kroków do przodu. Kiwnęła nosem w stronę częściowo spalonego ogórecznika, leżącego w tym momencie bliżej łap brata niż jej.
— Jeszcze nie sprawdziłam tamtej części — skinęła głową w stronę ciemniejszego kąta żłobka.
Młodzieniec podszedł w wskazane miejsce i wyciągnął spomiędzy zasmolonych posłań drobny pęczek ogórecznika, który musiał zostać pozostawiony tam w pośpiechu przez medyczkę. Kurza Łapa bez słowa je podniósł. Obrócił się ku wyjściu i jeszcze ten jeden raz zerknął na siostrę, po czym się oddalił.
"Ile jeszcze ta męka potrwa”, zapytał samego siebie.
"Ile jeszcze będzie musiał przetrawić widoków krwi, aby w końcu przestać się jej bać?”

[Event w Klanie Burzy: Przeszukiwanie obozu; znalezienie w żłobku ogórecznika]
<Perłówkowa Łapo?>

21 września 2026

Od Kurzej Łapy (Połyskliwego Koguta) CD. Łzawej Łapy

Zamykając ślepia, objawiło mu się wspomnienie rozmowy z Łzawą Łapą.

Kurza Łapa stał niedaleko wejścia i wpatrywał się w nią swoimi szeroko otwartymi oczami. Był podekscytowany…
A może pomylił ten dreszczyk emocji z przerażeniem? Jedno było jednak pewne — skoro zdecydował się tutaj przyjść, to musiał wiedzieć, że naprawdę tego chce.
On przecież tego pragnął.
Łaknął.
— Chodź, podejdź do składziku — mruknęła, ruchem ogona wskazując mu miejsce obok siebie. — Jakby miał ktoś tutaj wejść, udamy, że się rozchorowałeś, a ja szukam lekarstwa.
Zbliżyła się do sterty ziół i zaczęła przesuwać kilka liści, robiąc mu nieco miejsca. Przysiadł się do koleżanki.
— Tylko postaraj się wyglądać przekonująco — dodała, rzucając mu krótkie spojrzenie. — Bo z takimi wybałuszonymi oczami prędzej pomyślą, że zobaczyłeś ducha, niż że coś ci dolega.
— Co planujemy zrobić? — miauknął szeptem. — Myślałaś nad tym?
…
Chwilowa cisza. Ten moment niepewności się przedłużał w nieskończoność.
Uczennica przesunęła płynnie łapą po zgromadzonych ziołach, udając, że czegoś szukała. Nie, żeby zapomniała o właściwościach tych chwastów.
Jej palce natrafiły na kilka liści malin, które ostrożnie przysunęła w stronę Kurzej Łapy. Zaraz potem sięgnęła po jagody cisu.
Łapa dymnej kotki zacisnęła się na czerwonych owocach. Rudzielec wstrzymał oddech.
Wtedy usłyszeli czyjeś kroki.
…
Prosta rozmowa. Kurza Łapa, jak na świetną kukłę tej sceny przystało, szybko przeszedł do następnego scenariusza. Nie musiał patrzeć jak się zachować.
On wiedział, że musiał udawać. Nie tylko po to, aby stworzyć tajemnicę.
Dla bezpieczeństwa. Jego… i Łzawej Łapy.
Kiedy nieproszony gość już odszedł, on i córka Zawodzącej Gwiazdy w końcu doszli do punktu kulminacyjnego.
Dostał ładną paczuszkę z śmiercionośną zawartością.
— Trzymaj ją pod posłaniem. Gdyby ktoś ciebie o to pytał, odpowiedź, że musisz je brać z powodu nawracającego bólu głowy albo coś w tym stylu. Kiedy przyjdzie odpowiedni moment, otwórz paczkę, weź jagody i… Wiesz, co robić.

Kurza Łapa w śnie zmarszczył pysk. Nie miał kontroli nad tym snem; był tylko marnym, biernym obserwatorem. Czy Klan Gwiazdy chciał mu tym obrazem coś przekazać?


***


Kiedy otworzył oczy, ukazały mu się dwie sylwetki przyglądające się przyszłemu przewodnikowi z zainteresowaniem. Tło było niepokojąco czarne, ale wielka, rozciągająca się przez całe pomieszczenie srebrna skóra świeciła na koty. Nie widział nawet podłogi. Pierwszą charakterystyczną cechę jaką ujrzał w jednym z przewodników to były specyficznie wywinięte do tyłu uszy, tak podobne do niego i Rudzikowego Skrzydełka. Po prawej stał kremowy, duży kocur z błękitnymi oczami, a po lewej wysoki, cynamonowy przystojniak. Oboje sprawiali wrażenie na bardzo poważnych. Kurza Łapa przełknął prędko ślinę i wstał. Skinieniem głowy przywitał się z nimi.
— Dzień dobry — zaczął z niepewnym uśmiechem. — Nazywam się Kurza Łapa. Mam zostać następnym przewodnikiem Klanu Burzy.
Koty jeszcze chwilę mu się przyglądały w milczeniu, kątem oczu dając sobie niezrozumiałe dla srebrnego rudzielca znaki. Kremowy wkrótce odchrząknął, przerwał ciszę. Wyszedł na przód.
Podszedł do młodzika i zaczął:
— Witaj, Kurza Łapo. Nazywam się Słoneczny Fragment.
Mocno bijąca aura od przewodnika prawie powaliła ucznia z nóg. Młodzik zmrużył oczy.
— Obserwowaliśmy twoje nocne treningi ze srebrnej skóry. Przyglądaliśmy się tobie od narodzin. Kurza Łapo, pomimo trudów postawionych przed tobą, nigdy nie zwątpiłeś w swoje przeznaczenie. Dla ciebie to Klan Burzy był priorytetem. Zawsze chciałeś dla niego jak najlepiej. Lecz najpierw musisz przejść przez nasze próby…
Na jego następne pytanie wyszeptane mu do ucha odpowiedział poprawnie.
Słoneczny Fragment wahał się przez chwilę nad decyzją, po czym skinął mu głową. Kurza Łapa nerwowo przeskakiwał okiem to na kocura z tyłu, to na rozmówcę.
— Z tymi słowami, ja, Słoneczny Fragment, dawny przewodnik Klanu Burzy, spoglądam na ucznia Białego Strumienia z aprobatą.
Pochylił się, aby następnie zetknąć nosy z przyszłym przewodnikiem.
— Pnij się wyżej i zostań najlepszym przewodnikiem na jakiego Klan Burzy zasługuje, Kurza Łapo.
Kurza Łapa zamknął oczy, a na jego pysk powoli wkraczał łagodny, niewinny uśmiech.
— Tak się stanie, Słoneczny Fragmencie.
Cynamon płynnie ruszył w kierunku rudzielca, a wtedy kremowy kocur błyskawicznie zniknął. Uczeń cofnął się i obdarował dawnego przewodnika tą samą powagą, co wcześniej. Nie wyczuwał jednak od niego tak potężnej aury jak od Słonecznego Fragmentu — czy rzeczywiście był z Klanu Gwiazdy?
Kot przedstawił się jako Cykoriowy Pyłek, a zaraz po tym nadeszło pytanie.
Kolejna próba, zakończyła się sukcesem. Cynamonowy kocur okazał się być nie trudnym do polubienia. Przewodnik skinął mu łbem i wymruczał formułkę z szczerym uśmiechem do ucznia. Następnie zniknął, a gwiezdny świat ogarnęła niepokojąca ciemność. Widniały gdzieś rozpierzchłe tylko małe, srebrne punkciki na czarnym suficie, stanowiące niby nadzieję. Blade światełko w tunelu, można by rzec.
Czerń, w którą wpadł Kurza Łapa, zdawała się zżerać ten sen od środka. Rudzielec zaniepokoił się i zaczął rozglądać po świecie. Zauważył przed sobą gęsty las w nietypowych kolorach. Błękitne korony, jasnoszara kora - niespotykane w świecie śmiertelników. Obejrzał się, a za sobą zobaczył jak powoli gwiezdna podłoga spada w otchłań niczym pękające szkło. Widząc to, czym prędzej bez zbędnego myślenia pędził w stronę małego lasku. Kiedy dotarł, jego oczom ukazała się mała sadzawka, a naprzeciw niego siedziała mała koteczka. Spokojnie piła z niej oświeconą wodę, nie robiąc sobie nic z obecności drugiego kota. Kurza Łapa przełknął ślinę i przykucnął, niepewnie spoglądając na młodszą koteczkę.
— Dzień… dobry? — zaczął szeptem.
Kotka przestała pić, spojrzała na niego i oblizała dokładnie swój pysk. Rysy twarzy uczennicy złagodniały. Uśmiechnęła się.
— Dzień dobry, ty jesteś Kurzą Łapą, nie?
Kiwnął głową.
— No dobrze… — nagle spojrzała trochę w górę, zamrugała i zachichotała. — Ej, ale masz śmieszną czuprynę! Jak kura!
Kurza Łapa zmarszczył brwi i się skrzywił.
— Taką czerwoną… jeszcze brody ci brakuje…!
— Przestań — warknął ostrzegawczo przyszły przewodnik.
Uczennica się wzdrygnęła i spoważniała. Odchrząknęła i odwróciła wzrok.
— A więc… chcesz zostać przyszłym przewodnikiem, tak? — wymamrotała.
Wstała, westchnęła i płynnymi ruchami okrążyła sadzawkę, aby zjawić się tuż przy urokliwym młodzieńcu. Kurza Łapa wstał i spojrzał na mniejszą “przewodniczkę”.
— Musisz zatem przejść moją próbę.
Uczennica ostatniej przewodniczki patrzyła na niego z powagą. Nagle do ich uszu dotarły nawoływanie starszego kocura:
— Mysia Łapo!
A wtedy wszystko nabrało sensu.
Szylkretka prychnęła i nerwowo zaczęła się rozglądać za źródłem głosu. Położyła uszy, po czym popchnęła z niewyobrażalną siłą Kurzą Łapę do zbiornika. Kocur, zaskoczony, wpadł do sadzawki. Okazała się ona być głębsza niż sądził; a jako, iż nie umiał pływać, nieudolnie machał przednimi łapami. Zaczął powoli się zanurzać w tej gwiezdnej cieczy. Nie odczuwał z jakiegoś powodu zimna jak w swoim świecie.
— Mysia Łapo! — usłyszał ponownie. Wtedy zjawił się brązowy, duży wojownik. Może to był też przewodnik?
— Co ja ci powiedziałem, abyś nie zbliżała się na ceremonię?
Srebrna kotka nie wyglądała na przejętą.
— Bobrzy Siekaczu, ale ty się spóźniłeś. A nie chciałbyś pozostawiać młodziaka w takim miejscu samego…
Kurza Łapa próbował dopłynąć do brzegu, ale miał wrażenie, że stał w miejscu. Próbował zaczerpnąć świeżego powietrza, nieudolnie podskakując w gwiezdnej mazi. Mimo to nadal się zanurzał.
A dwa koty, które miały jakąś poważną rozmowę, nie zdawały sobie sprawy, że przyszły przewodnik zaczął się topić.
Kurza Łapa zamknął oczy. Nie miał już siły. Rozluźnił mięśnie…
A wtedy poczuł chłód.
Otworzył szeroko oczy i zaczął łapczywie nabierać powietrze.
Biały Strumień wzdrygnął się i podszedł zmartwiony do młodzika.
Zebranie się zajęło im kilka minut. Słaby Kurza Łapa ledwo, co kontaktował; wciąż mu w uszach dzwoniły słowa Mysiej Łapy.
Ale… to nie wszystko.
— Biały Strumieniu, jestem już gotowy.
Albinos spojrzał na niego kątem oka, gdy przechodzili przez podziemne tunele.
— Mogę zostać przewodnikiem.

***

Kurza Łapa odbił swoją łapę na ścianie. Widownia wstrzymała oddech.
— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego przewodnika. Kurza Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika, użyczać swojej wiedzy reszcie kotów i w ciężkich czasach przeprowadzić bezpiecznie klan przez niebezpieczne ścieżki?
Kurza Łapa dumnie wypiął pierś i spojrzał zdeterminowany w oczy krewnego.
— Przysięgam.
Zawodząca Gwiazda skinął ledwo widocznie głową.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię przewodnika. Kurza Łapo, od tej pory będziesz znany jako Połyskliwy Kogut. Klan Gwiazdy ceni twoją odwagę i oddanie, oraz wita cię jako nowego przewodnika Klanu Burzy.
Wiwat na cześć nowego przewodnika rozniósł się po całej Grocie Pamięci.
Połyskliwy Kogut obrócił się w stronę reflektorom sceny, a na jego pysku pojawił się szczery, szeroki uśmiech. Oceaniczne ślepia szukały serc im najbliższym. Z tłumu najgłośniejsza była jego rodzina; Skrzydlata Płomykówka patrzyła na niego z dumą. Perłówkowa Łapa i Oskrzydlony Ognik — z uznaniem.
Ach, gdyby tylko jeszcze tu dokleić Rudzikowe Skrzydełko…

***

Dzień za dniem, noc za nocą. Zasypiając we własnym legowisku, musiał patrzeć na ten mały woreczek przekazany przez Łzawą Łapę. Wmówił każdemu, że były to ziarna maku na sen, lecz samego siebie nie umiał okłamać. Kładąc się spać, myślał o dniu, w którym w końcu zakończy to wszystko.
Kiedy pozbędzie się problemu, nikt nie nazwie go synem zdrajczyni.
Promienie zachodzącego słońca przebijały się przez dziury w kamiennym suficie. Zmęczeni przez pożar Burzacy zwykle o tej porze szli spać, żeby wstać wcześniej. Niektórzy nadzorowali pracę Gradobijącego Ciernia, Makowego Nowiu i Bąbelkowego Plusku przy kopaniu nowego centrum. Byli to Lotosowy Pąk i Biały Strumień, zważając na okoliczności. Odkąd tereny Klanu Burzy zostały spalone, zwierzyny brakowało. Musieli polegać na szczęściu i nadziei, że żaden Wilczak czy Klifiak nie namierzył ich podczas polowania poza własnym terytorium. Ledwo, co dawali sobie radę z wyżywieniem innych.
Srebrzysty rudzielec z gracją ominął śpiących uczniów, gdyż jeszcze nie zrobił sobie posłania. Rozejrzał się po Grocie Pamięci, która obecnie pełni rolę centrum. Czmychnął do ściany naprzeciwko legowiska uczniów i do niej przylgnął ciałem, po której mieli ulokowane posłania minarzy. Stąpał ostrożnie po kamiennych płytach, nie chcąc mieć na sobie ciekawskich oczu. Już dość Stanął w połowie drogi, gdy zdał sobie sprawę, iż był obserwowany przez swoją jedyną przyjaciółkę.
Uczennica medyczki stała w ciemnym korytarzu prowadzącym do legowiska kronikarzy i medyczki. Nie spuszczała z przyjaciela błękitnych, bystrych oczu. Przyszły przewodnik znieruchomiał. Kotka podsunęła mu zająca, którego wcześniej upolował. Miała go przechować i “przyrządzić”… aż do tego momentu.
Przerażająco spokojny, nietypowo szeroki uśmiech Łzawej Łapy nie pasował do tej sytuacji. Czekała.
Obserwowała.
Jakby wiedziała, co zaraz nadejdzie.
Połyskliwy Kogut uciekł wzrokiem i wbił granatowe oko w podłoże. Wziął głęboki wdech i wydech, po czym wślizgnął się z zwierzyną w pysku do małego pomieszczenia, w którym był tylko jeden schorowany minar. Położył soczystego zająca przed kocicą.
— Dzień dobry, matko.
Ruda zdrajczyni wbiła w niego wytrzeszczone oczy.
— Och! Kurczątko! — miauknęła czule rodzicielka. — Ja…
Jakby to jeszcze cokolwiek dla niego znaczyło.
— Myślałam, że już nigdy was nie ujrzę… — szepnęła z chrypą. — Czy wszystko u was w porządku? — zapytała drżącym głosem.
— Tak… Perłówka pilnie się uczy — wymamrotał. — Biały Strumień mi powiedział, że za niedługo będę mógł zostać mianowany.
Rudzikowe Skrzydełko uważnie mu się przyglądała z załzawionymi oczami.
— To… wspaniale… — udało jej się powiedzieć podczas intensywnego napadu kaszlu. Była chora.
Czyżby nie pamiętała już, co się stało? Czyżby choroba pozwoliła jej zapomnieć o zbrodniach, jakie popełniła!?
Schorowana kotka nie mogła nic mu już zrobić. Nie potrafiła nawet się podnieść z posłania, które pewnie już się z nią połączyło na dobre. Co za obrzydliwy widok.
Coś kazało Kogutowi nie wypowiadać swych myśli. Być może były to wyrzuty sumienia. Ukryta więź z matką pomimo tylu trudności.
Uciekł wzrokiem.
Ale…
Wreszcie mógł zakończyć jej udrękę…
Przecież chciała umrzeć.
— Mam dobre wieści.
Słowa odbiły się echem, przynajmniej dla syna zdrajczyni, w małej dziurze.
Wypowiedziawszy to zdanie, nie mógł się wycofać. Połyskliwy Kogut właśnie stawał się czymś, czego chciał uniknąć. Kimś, kogo chciał zlikwidować. Ale… nie. To przecież nieprawda. Łzawa Łapa wie, że zrobił dobrze. W dodatku nikt tych zdrajców tu nie lubił. Stanowili tylko większą liczbę irytujących pysków do wykarmienia.
Robił dobrze, wyzwalając Klan Burzy z jednego z tych mordercy.
Ciemne oczy Rudzik zalśniły. Nie odezwała się.
Syn spojrzał na matkę wręcz czarnym okiem. Niepokojąco wielkie ślepia wierciły w minarce dziurę.
— Zawodząca Gwiazda będzie chciał z tobą porozmawiać. Może… może zobaczył twoje starania.
Przełknął ślinę, która się nazbierała w szybkim tempie.
“To pomieszczenie zaraz stanie się krwawą łaźnią”, pomyślał zestresowany.
“Musimy myśleć o ogóle, a nie pojedynczych jednostkach. Jeśli chcesz być przewodnikiem, nie możesz mieć tak egoistycznego podejścia” — słowa ciotki odbiły się w jego umyśle. Tylko czemu? Przecież myślał o reszcie, przecież dla nich to robił.
Nie był egoistyczny.
Nie, gdy sama uczennica medyczki pomaga mu w pozbyciu się ciężaru i utrapienia dla klanu.
Nikt z nich nie raczył się jeszcze odezwać. Poprzednie słowa przewodnika zawisły między nimi w powietrzu. Patrzyli na siebie, żadnych myśli za tymi jakże podobnymi ślepiami nie można było zauważyć.
Robił fałszywą nadzieję dla tej zdradzieckiej kocicy.
… A może wciąż matki?
Połyskliwy Kogut podsunął łapą małego zająca pod łapska rudej kotki.
Rudzik spojrzała na zająca przed sobą i przełknęła ślinę. Przewodnik wiedział, że już dziś jadła. Żebra bez trudu mógł przeliczyć na jej kruchym ciele, gdyż nie dawali jej lepszej zwierzyny Klanu Burzy — w końcu była zdrajczynią.
— Poprosił, abyś przed tym nabrała sił — zaczął. — Ma być to długa rozmowa.
Tak, rozmowa.
Syn zdrajczyni podsunął bliżej jej pyska piękny prezent.
Urokliwy młodzieniec spojrzał na matkę i wysilił się na uśmiech.
— Smacznego… mamo.
Spojrzała na syna z widoczną wdzięcznością.
— Na…naprawdę mogę? — zapytała zachrypniętym, pełnym bólu głosem.
Kocur skinął głową.
Kotka zaczęła powoli zajadać się stworzeniem. Lekki, słaby uśmiech zagościł na jej mordce po raz pierwszy od księżyców.
Niecierpliwie się wiercąc ciałem, zastanowił się. Ile czasu to zajmie? — pytanie, które teraz go martwiło. Na szczęście symptomy zatrucia, o jakich mu mówiła Łzawa Łapa, zaczęły wychodzić na powierzchnię z każdym kolejnym kęsem.
Kotka nagle przestała brać kolejne łapczywe skrawki mięsa i spojrzała na syna zmartwiona. Ze szklistych oczu Rudzikowego Skrzydełka poleciały niekontrolowane łzy.
— Co… co tam było? Kurczątko? — zapytała.
Wręcz czarne oczy wpatrywały się w nią, lecz odpowiedzi nie mogła usłyszeć. Rudzik dosyć szybko poczuła, że coś było nie tak.
— … K…Kurczątko?
Rudzielec zmarszczył brwi.
— Nie nazywaj mnie tak — wycedził przez zaciśnięte szczęki, a kotka skuliła się pod gromiącym ją wzrokiem.
— S..synku... Prze…przepraszam — odezwała się drżącym głosem. — Jestem… jestem okropna matką — wymamrotała.
Słysząc więcej mokrych kaszlnięć, truciciel uciekł prędko wzrokiem. Poczuł się źle.
— Wybaczcie mi kiedyś… proszę.
Głośne bicie serca i szum krwi w uszach zaczęły go irytować, a zwykła irytacja prędko przemieniła się w obawę, w panikę. Rudzielec wstał i gorączkowo rozejrzał się po legowisku minarów, nie wiedząc, co zrobić. Spięty odwrócił się do niej tyłem, powoli podchodząc do wyjścia. Wizja zaczęła szwankować.
Nagle wszystkie jęki ucichły. Kogut zamurowany stał przez chwilę w bezruchu. Łapczywie brał powietrze przez otwarty pysk. Miał wrażenie, że powietrze zaczęło znikać. Nie był daleko od wyjścia.
Nie chciał zawracać.
Wyszedł z legowiska więźniów, a przy wejściu od razu zjawiła się Łzawa Łapa. Połyskliwy Kogut nerwowo się rozglądał po tunelu, po czym miauknął pospiesznie, iż Rudzik zaczęła się dusić. Uczennica od razu pospieszyła z pomocą, lecz…
Dobrze wiedzieli, że życia nie zwrócą.
Zwłaszcza tej parszywej zdrajczyni.
Rudzielec wszedł jeszcze raz, aby zabrać zająca. Wcisnął resztki w dziury głęboko w tunel, a po tym szybko wrócił do uczennicy. Na pytanie: “Czy Rudzikowe Skrzydełko jeszcze żyje?” pokręciła głową.
Grali, jakby od tego miało zależeć ich życie.
A zależało.
W końcu Klan Burzy by tego nie zrozumiał. Nie doceniłby ich starań, jeśli chcieli tych zdrajców dalej przytrzymać przy życiu. Ich dwójka tylko im wyświadczyła przysługę.
Musieli pozbyć się jeszcze dwóch szkodników, zanim ponownie skażą serca nieświadomych Burzaków.

***

Połyskliwy Kogut wraz z Łzawą Łapą musieli pozbyć się zakrwawionego posłania. Wytarli z kotki ślady trucizny, a przewodnik wrzucił legowisko wraz z resztkami zająca do jednego z tuneli, który groził zawaleniem. Najwyżej własnoręcznie, za pretekstem, zlikwiduje później przejście do niego.
Po coś miał Poziomkową Łapę.
Poza tym, od razu po pozbyciu się śladów, natychmiast ruszyli w stronę legowiska Zawodzącego Echa i Skrzydlatej Płomykówki. Powiadomili ich o śmierci Rudzikowego Skrzydełka przez wycieńczenie i czarny kaszel, o którym nie powiedziała wcześniej Wdzięcznej Firletce.
Mieli ją pochować na zgliszczach terenu dawniej obfitego w wysoką trawę i zająców. Tam, gdzie leżały ciała Tańcującego Pierza i Nieustraszonego Chomika.
Połyskliwy Kogut chętnie zgłosił się do przeniesienia swojej zmarłej matki w stronę wykopanego dołka.

< ...Łzawa Łapo?>

15 września 2026

Od Kurzej Łapy CD. Milknącej Łapy

Kurza Łapa prowadził dymnego głębiej w tunele, umykając przed rozwścieczonym pyskiem syna Zawodzącej Gwiazdy. Nie raczył go zaatakować fizycznie, lecz werbalnie.
— Czemu masz taką obsesję na swojej siostrze? Przecież razem możemy się kumplować. — Odbiło się echo słów rudzielca. — No, chyba że jesteś zazdrosny... w końcu nie masz tu zbytnio przyjaciół. Dosyć żenujące, jak na syna przywódcy.
— Kumplować? Dobre sobie! Łzawa Łapa szuka uwagi, jest w stanie wiele zrobić dla uwagi innych. Myślisz, że co robi, gdy ma chwilę i jestem w pobliżu? Poniża mnie, ponieważ dość mocno przeżywałem rozłąkę z matką! — odparł.
Trafił w pierś kuzyna, przejeżdżając po niej pazurami.
Kurza Łapa nie miał czasu na kontratak słowny. Czując ciepło na piersi, zmarszczył brwi. Nie ruszył jak dzika bestia, nie było to w jego stylu. Mimo to użył swojej ogromnej, niespodziewanej siły, jakiej jeszcze dotąd nie miał okazji pokazać.
Milknąca Łapa nagle z impetem przywalił ciałem w trochę kamienistą ścianę, robiąc sobie drobne rany na ciele, zwłaszcza na plecach. Niegdyś urokliwy, teraz mrożący krew w żyłach chłodny pysk przyszłego przewodnika rozmazał się, a świat natychmiastowo przybrał barwę niepokojącej czerni dla ucznia.
— Przedstawienie się skończyło.
Miękkie, tak ciepłe i rozkoszne słowa, które jeszcze zdążył przechwycić, należały do Kurzej Łapy.

***

Siedział w legowisku medyczki. Milknąca Łapa nie był jakoś ciężko ranny, pomyślał. Dramatyzował.
Wymienił parę słów z Łzawą Łapą. A tak naprawdę… była to bardzo długa rozmowa, która należała do jednych z przyjemniejszych. Czuł się dobrze w towarzystwie Łzawej Łapy. Nieważne, co inni mu mieli wmówić. Przecież była jego najlepszą przyjaciółką.
Ufał jej.
Pochylił się nad wciąż nieprzytomnym kuzynem. Gapił się na niego swoimi wielkimi, ciemnymi oczami. W nich nie można było rozróżnić koloru tęczówki od źrenicy. Zdawałoby się, że ślepia Kurczaka nie miały końca. Niczym bezkresna dziura.
Czemu właściwie tu siedział? Rozmawiał z Łzawą Łapą. Śmiał się z nią szczerze. Żartował z przegranego… mimo to go nie opuścił, odkąd wywlókł go bez żadnej pomocy z tunelów. Wykorzystał tę walkę do sprawdzenia głębiej tuneli, ale nadal nic nie znalazł. Nie wiedział, co dokładnie się tam kryło i jaka była liczba tych istot.
Na razie w lecznicy był tylko on i Milknąca Łapa.
— Halooo…! — miauczał co jakiś czas.
W końcu syn Echa raczył się obudzić. Czempion rozejrzał się po legowisku medyczki.

[368 słów + walka w tunelach]
<Milknąca Łapo?>

[7% + 5%]

12 września 2026

Od Kurzej Łapy CD. Nieboskłonnej Łapy

Widząc nadchodzące koty, nerwowo spoglądał na swojego mentora. Westchnął ciężko. Czemu akurat teraz przypomniał sobie o istnieniu Lotosowego Pąku...Widząc białą czuprynę kronikarza, skinął głową z szacunkiem w jego stronę.
— Dobry wieczór, Lotosowy Pąku — miauknął, zapominając o najważniejszej atrakcji tego wydarzenia. Nie, żeby się nią teraz jakoś przejmował. Kurza Łapa miał poważniejsze sprawy na głowie niż rozwydrzone pisklę porzucone na pastwę losu. Powinna im do teraz dziękować, że Klan Gwiazdy je odnalazł w samą porę i obdarował je życzliwością patrolujących Burzaków. Urokliwy młodzieniec rozejrzał się po wciąż niechlujnej, spalonej trawie. Po tylu księżycach nadal czuł okropny smród tego miejsca. Nie lubił wychodzić na zewnątrz. Przypominało mu to o tragedii, której prawie mógł zostać świadkiem.
— Lotosowy Pąku, Biały Strumieniu — zaczął dosyć formalnie — Nieboskłonna Łapa nie mogła nabrać w przeciągu jednego dnia tyle doświadczenia, co piętnastoksiężycowy uczeń. Czy na pewno powinna się ze mną uczyć? — zapytał, ostrożnie przeskakując z jednego albinosa na drugiego swoim kobaltowym okiem.
Pysk Nieboskłon pozostawał kamienny.
— Skoro jesteś już piętnasto księżycowym uczniem, to będziesz mógł pokazać, co umiesz jej i nam.
Szylkretka strzepnęła swoim puchatym ogonem, czekając na odpowiedź Kury.
Kurza Łapa nie sprzeciwił się słowom Lotosowego Pąku. Zaakceptował swój los, chociaż być może za bardzo dramatyzował. Być może Nieboskłonna Łapa jest w złym humorze i dlatego tak silnie zareagowała. Nie chciał jej umniejszać; nie chciał sobie psuć nocy.
Skinął posłusznie głową albinosowi i ukradkiem spojrzał na Białego Strumienia, po czym odchrząknął i zapytał:
— Co właściwie mam jej pokazać, Lotosowy Pąku? Czy mam zademonstrować ruchy bitewne, pozycje łowieckie, może teorię przed praktyką? — zaczął wymieniać.
Lotos spojrzał na Biały Strumień, zastanawiając się, co może być najbardziej przydatne.
— Z tego, co widziałem, wieczorny patrol nie upolował za wiele... Może nam się poszczęści. Kiedy dotrzemy na kolorową łąkę, pokażesz mojej uczennicy poprawną pozycję łowiecką i być może jeszcze coś. Zobaczymy.
Burka strzepnęła uchem. Po dłuższej chwili tajemniczo na pysku Nieboskłon pojawił się pogodny uśmiech.

<Nieboskłonna Łapo, jak ja cię dopadnę to ci nogi z du…>

Od Kurzej Łapy CD. Ośnieżonego Kryształu

Ostatnie zgromadzenie

Urokliwy młodzieniec wśród tłumu ujrzał pysk trochę znajomej kocicy. Nie zastanawiając się, podszedł do Ośnieżonego Kryształu. Po ich ostatnim spotkaniu wyrósł, rysy twarzy miał dojrzałe i szlachetne, futro miękkie i puszyste jak chmurka. Drugie czarne jak ocean w nocy oko zostało przykryte rdzawoczerwoną czupryną. Przyglądał jej się przez chwilę w ciszy, po czym przywitał ją skinieniem głowy i, choć nieco niepewnym z początku, to ciepłym, wręcz rozpalającym od środka uśmiechem.
— Dobry wieczór, znajomo — wydobyły się z niego słowa. Barwa głosu kocura była ciemna i przyjemna dla uszu, ciężko byłoby sobie zapomnieć o takim tonie. Najwidoczniej zakończył już etap dojrzewania. — Nazywam się Kurza Łapa, lecz za niedługo stanę się przewodnikiem Klanu Burzy. A ty, młoda pani? — zapytał i przechylił lekko na bok główkę.
Wtedy spojrzał w górę, na gwiazdy. W jego wielkich, oceanicznych ślepiach odbijała się droga mleczna.
— Piękną mamy dziś północ. Gwiezdni przodkowie są z nami nie tylko duchem podczas modlitw i snów, ale też w nocy, na jawie. Wtedy biegają beztrosko po srebrnej skórze. Nie uważasz, że to piękne?
— Piękne, prawda… — zgodziła się, skinąwszy lekko głową. — Uwielbiam, gdy Przodkowie dają nam znać o swoim istnieniu i naprawdę ciężko mi uwierzyć w to, że… — urwała na moment, po czym przełknęła ślinę i rozejrzała się po wyspie. — To znaczy… nie rozumiem, jak w Owocowym Lesie mogą wierzyć w coś innego. Słyszałeś o tej ich wierze, prawda?
Kurza Łapa wtedy zwrócił na nią swoją całą uwagę. Spoważniał.
— Owocowy Las nie dzieli dużo do przyjęcia prawidłowej religii, lecz nie mogę nic złego o nich powiedzieć. To moja rodzina i lojalni sojusznicy Klanu Burzy. Pokazali bardzo dobrze, że na drugim sojuszniku, Klanie Klifu, polegać nie można podczas kryzysów... — wymamrotał i westchnął ciężko, lekko kręcąc głową.
Urokliwy młodzieniec spojrzał kątem oka na resztę kotów, które wręcz ucztowały na Bursztynowej Wyspie. Plotki, no tak.
Przyszły przewodnik wrócił niepokojącymi oczami do swojej rozmówczyni.
— Nie możemy wymuszać naszej racji siłą. To nie leży w naturze wiernych Gwiezdnym przodkom.
— Jesteś pewny, że nie da się ich jakoś nawrócić? Co, jeśli kiedyś Klan Gwiazdy się na nich pogniewa za to, że wierzą w coś innego i ześle na nich jakąś… powódź czy coś innego. Czy przedstawiając im prawidłową wiarę, nie uchronilibyśmy ich od… zepsucia i zniszczenia? — zapytała, myśląc teraz o sytuacji w Klanie Wilka, a nie o Owocowym Lesie.
Słowa Ośnieżonego Kryształu zewnętrznie nie wywarły na nim mocnego wrażenia. Zachował spokojny wyraz twarzy, przez co kocica nie mogła odgadnąć jego uczuć.
— Droga znajomo — zaczął oficjalnie. — Owocowy Las to nie dzikusy, które składają koty w ofierze. Ich wiara z obserwacji reszty nie stanowi zagrożenia, a z czasem, jeżeli sytuacja polityczna w Klanie Burzy się poprawi i ustabilizuje, może Zawodząca Gwiazda lub zastępczyni Skrzydlata Płomykówka zadecydują o stopniowym nauczaniu Owocniaków. Nie, żeby pani klan działał z naszymi sojusznikami lub utrzymywał z nimi bardzo dobre stosunki, żeby się zamartwiać ich przyszłością i wiarą. To trochę pytanie wręcz... nie na miejscu, nie uważa pani?
— Cóż, przepraszam, Kurza Łapo, że mam w sobie odrobinę empatii… — odparła, odwracając od niego wzrok. — Uważam, że wszystkie klany powinny się o siebie nawzajem martwić i sobie pomagać. Nie rozumiem, dlaczego żyjemy tak podzieleni, skoro pod koniec dnia wszyscy i tak jesteśmy kotami. To chyba naturalne, że troszczę się o istoty takie same jak ja? Czy może według ciebie to dziwne, martwić się o kogoś, z kim relacja nie przynosi ci żadnych korzyści?
Srebrzysty rudzielec zmarszczył brwi. Poczuł się zaatakowany. Spiął mięśnie.
— Ośnieżony Krysztale, twoje wnioski zostały wyciągnięte zbyt pochopnie — zaczął ostrożnie, czując nagłą potrzebę wyjaśnienia swojego postępowania. — Martwię się o swoich sojuszników, lecz stosunki Klanu Wilka z Owocowym Lasem, nie owijajmy w bawełnę, nigdy nie były najlepsze.
Zmrużył oczy.
— Klan Burzy troszczy się o własnych, nieważne czy wyznają te same wartości. Dopóki mają nas, zagorzałych wierzycieli za przyjaciela, Gwiezdni przodkowie nie powinni ich karać za zwykłe, proste życie. Jak już mówiłem — przełknął nerwowo ślinę — Jeżeli zajdzie taka potrzeba i chęć z ich strony, mogą przyjąć naszą religię, ale nie muszą. Wtedy mogą wyznawać własną. I nie jest to nic złego, droga Wilczaczko — mówił spokojnie, powoli. Jakby uczył młode kocię podstaw życia i kociej filozofii.
Westchnął ciężko.
— Jak już zauważyłaś, ten temat nie jest lekki, a poruszenie go przy innych Owocniakach może wywołać pełno kontrowersji i plotek, a wtedy Klan Wilka by pławił się w złym świetle na międzyklanowej arenie politycznej oraz ogólnie jako społeczność. Niech pani zważa na słowa — ostrzegł ją, widocznie martwił się o kotkę pomimo różnicy zdań.
— Powinniśmy zatem zmienić temat. Albo...
Ściszył głos i pochylił się do kotki.
— Albo spotkajmy się po zgromadzeniu. Bez zbędnych oczu, uszu i nosów można do woli się wypowiadać.
Słodki szept młodzieńca pozostał w umyśle Wilczaczki, gdy ten odsunął się z promiennym uśmiechem.
Na pysk Wilczaczki wślizgnęło się zakłopotanie.
— Nie uważam, bym powinna zostać zaciągnięta na dno wraz z całym Klanem Wilka za to, że martwiłam się losem Owocowego Lasu. Czy to zachowanie, które naprawdę uchodzi wśród innych za karygodne? Nie wiedziałam, czy Klan Gwiazdy akceptuje fakt, że Owocniaki mają odmienną wiarę, ale skoro zapewniasz mnie, że Gwiezdni Przodkowie nie są im przeciwni, to jestem już uspokojona i nie będę więcej poruszać tego tematu — oznajmiła. — I nie musimy spotykać się poza zgromadzeniem. Dowiedziałam się już wszystkiego, na czym mi zależało.
Nie odezwał się od razu. Potrzebował chwilę na przeanalizowanie sytuacji, po czym skinął jej głową.
— W takim razie muszę pani opuścić. Niech Gwiezdni mają cię w swojej opiece.
Wtedy powoli odwrócił się do niej tyłem i znikał w tłumie.
— To do zobaczenia, Kurza Łapo — mruknęła do niego na pożegnanie.

<Ośnieżony Krysztale?>
[910 słów] 

[18%]

Od Kurzej Łapy

Czupryna rudzielca śmiesznie podskakiwała, kiedy stąpał dziarsko po zniszczonej trawie. Lekki, naturalny uśmiech przystrajał urokliwego młodzieńca, gdy ten wiódł dziwnie pustym wzrokiem po burzackich terytoriach. Przy jego boku szedł jeden z Wielkiej Trójki, Biały Strumień — nocny przewodnik. Dumny z osiągnięć ucznia, mimo to na razie postanowił zachować swoje uczucia dla siebie. Zapewne nie chciał zbytnio rozczulać otwarcie podopiecznego. Zwłaszcza w takim ważnym momencie.Musiał czuć się dobrze z wiadomością dzwoniącą mu w głowie: “Następnej nocy zabiorę cię do Przodków”. Syn zdrajczyni wreszcie rozpocznie swoją pierwszą rozmowę w świecie Gwiezdnych. W końcu przeprosi ich osobiście za szkody matki. Miał nadzieję, że wybaczą jego rodzinie.
Wkrótce mieli wejść do podziemi. Kurza Łapa zastanawiał się, czy nie jest za duży, w końcu sporo urósł w okresie uczniowskim. Przerastał teraz własnego mentora. Rysy młodzieńca stały się bardziej dojrzałe i szlachetniejsze. Mimo to, patrząc na drzewo biologiczne Klanu Burzy, partnerek musiałby najpewniej szukać w sojuszniczych klanach… lub nawet poza nimi. W każdym, razie nie spieszyło mu się do zostania ojcem. Miał sporo czasu i wcale nie musiał tworzyć rodziny. Nikt mu przecież nie będzie groził, aby ją zakładał w te pędy, racja?
Przyszły przewodnik tuż po albinosie wszedł w dosyć szeroki tunel. Było ciemno i mokro, lecz kocur już przywykł do takich warunków. Nigdy nie był w tym podziemnym labiryncie, dlatego zdawał się przede wszystkim na mentorze i próbował zapamiętać drogę powrotną.
Wreszcie znaleźli się w miejscu docelowym. Sadzawka lśniła nikłym blaskiem, a krystaliczna woda odbijała się na suficie. Ściany nosiły na sobie pradawne malunki, zapewne mówiły one o dawnych czasach i wydarzeniach. Kurza Łapa był pod wrażeniem. Chwilę mu zajęło oglądanie historycznych rysunków, aby zdać sobie sprawę, że nie po to tu przyszedł. Wrócił do Białego Strumienia. Mentor poinstruował go, co zrobić, aby się skontaktować z przodkami. Przyszły przewodnik kiwnął mu głową i posłusznie wykonał polecenie. Zaskoczyło go brak jakiegokolwiek stresu w sobie. I tak nigdy nie należał do kotów emocjonalnych i przesadnie empatycznych.
Nie wyczuwał w sadzawce magii lub duchowej aury, czym nie za bardzo się przejął. Nie poczuł też żadnego zawrotu głowy, jedynie uczuł lekkie zmęczenie.
Położył się przed sadzawką. Zamknął oczy i odpłynął w gwiezdny świat z tylko jedną myślą.
“Wkrótce przywita przodków.”

[363 słów]

[7%]

Od Kurzej Łapy CD. Białego Strumienia

Nagle albinos złapał trop, podnosząc uszy do góry, by lepiej zlokalizować zająca.— Czujesz? Słyszysz jego małe łapki? Jest nieopodal — wyszeptał.
Czekał w skupieniu na następne ruchy ucznia, będąc gotowym, by wraz z nim otoczyć ofiarę i pozwolić Kurzej Łapie zanurzyć w niej swoje kiełki. Kurza Łapa prędko pokiwał energicznie głową i wysunął pazury. Był gotów.

***

Cóż… polowanie nie poszło najlepiej. Nie, żeby Kurza Łapa się spodziewał pięciu zajęcy skaczących beztrosko przed jego pyskiem, lecz… nie złapał nawet skrawka futra. Przyszły przewodnik nie zdążył nawet zlokalizować chytrej zdobyczy, zanim ta przejrzała jego niecne zamiary i odskoczyła szybko w stronę nory. Ze spuszczoną głową wymamrotał pod nosem przeprosiny i zaproponował za to przeszukanie po zmroku obozu. Była to jakaś rekompensata.
Biały Strumień dotknął ogonem boku swojego zdołowanego ucznia. Posłał mu pełne wyrozumienia spojrzenie.
— Następnym razem będzie lepiej.
Kurza Łapa skinął słabo głową. Miał przynajmniej już jakieś doświadczenie.
Ruszyli więc do spalonego obozu w celu przeszukiwań. Biały Strumień bardziej stał z boku, obserwując poczynania swojego ucznia.
Wchodząc pod pień, przywitać miała go masa wspomnień za kociaka, a za to nadeszła… jego nikła pamięć. Zupełnie nic nie pamiętał! To tak, jakby w życiu Kurzej Łapy etap żłobka nawet nie istniał. Kojarzył tylko rude i białe futro matki oraz twarz Perłówki, choć dosyć niedokładnie. Po prostu wiedział, że coś tam było, ale nie umiał tego adekwatnie określić. Poza tym przypomniała mu się ostatnia poważna rozmowa z własną siostrą. Przy okazji pod koniec konwersacji zdołał wziąć i przynieść zioła dla medyczek. Wrócił do obozu ze znalezionym ogórecznikiem i burzą mózgu w głowie. “Głosowanie było sprawiedliwe”, powiedział wtedy. Czy naprawdę wierzył we własne słowa, czy może chciał tylko dodać sobie i siostrze fałszywej otuchy?
Zaglądając pod zużyte posłania, czuł się dziwnie. Nie powinien tego robić. Czemu myszkował w rzeczach zmarłych? Dlaczego właściwie zatrzymał kamienie należące do Dryfującego Fluorytu? — Nagle natchnęły go głębokie wyrzuty sumienia. Musiał je oddać.
Szybko zakończył przeszukiwania i zarządził powrót. Nie, żeby Biały Strumień miał coś przeciwko temu. W drodze powrotnej wyglądał, jakby chciał przyszłemu przewodnikowi coś wyjawić…

<Biały Strumieniu?>

[334 słowa]
[polowanie na zające]

[7% + 5%]

23 sierpnia 2026

Od Kurzej Łapy CD. Nieboskłonnej Łapy

Kurza Łapa przykucnął obok uczennicy Lotosowego Pąku i zaczął zajadać królika, raz po raz oblizując pysk.
— Uczysz się na przewodnika, prawda? — zaczęła mimowolnie.
Rudzielec nie sprawiał wrażenia zainteresowanego, zajmując się łapczywie skubaniem zająca, ale kotka kontynuowała:
— Jestem Nieboskłonna Łapa. Jak Cię zwą? — dodała po chwili, a jej jasne ślepia uważnie obserwowały kocura.
Czuł na sobie jej wzrok aż za dobrze. Oblizał się po raz ostatni, kończąc posiłek. Resztę zająca, której zostało sporo, łapą podsunął do przyszłego kronikarza, z którą akurat raczył siedzieć obok. Pozwolił sobie na moment ciszy, przyglądając się kotce. Urokliwy młodzieniec ze szlachetnymi rysami pyska przechylił główkę na bok. Miał piękne, zadbane, długie futro, które lśniło w blasku promieni słonecznych przedostających się przez niedoskonałości kamiennego sufitu. Długa grzywka opadała mu na prawe oko, z kolei w lewym nie można było rozróżnić koloru tęczówki od źrenic. Ślepia Kurzej Łapy sprawiały wrażenie tak głębokich, jak zimny ocean od strony Klanu Nocy. Ciekawym elementem były jego wygięte w śmieszny, słodki sposób uszy, wywinięte wręcz do tyłu w niby napięty łuk.
Przystojny uczeń nie odzywał się od paru sekund. Młoda kotka również nie raczyła wziąć ponownie głosu, zapewne zbyt uraczona jego... osobistym wdziękiem, jeśli jakikolwiek posiadał, oprócz wyglądu zewnętrznego. Emanował przytłaczającą tajemniczością, jakiej Nieboskłonna Łapa jeszcze nie zdążyła doświadczyć w tym jakże krótkim życiu.
— Moje imię brzmi Kurza Łapa — wymamrotał po tak długiej ciszy, po czym uciekł wzrokiem w bok. — Twoja jedna z sióstr szkoli się u boku Śniącego Obserwatora. Aspiruje na bycie kolejnym przewodnikiem...
Wstał bez trudu z kamiennych płyt. Wysoki srebrzysty rudzielec patrzył przed siebie, mówiąc:
— Ty szkolisz się na kronikarza... szkolisz się pod okiem Lotosowego Pąku.
Obrócił się do niej płynnie, wręcz hipnotyzująco.
— Pamiętaj, iż to jeden z dzieci Wielkiego Pawia. Darz go respektem.
Przez dłuższą chwilę obserwowała go w ciszy.
— Nie rozkazuj mi. Każdego będę szanować i dążyć respektem, jeśli będzie ku temu... Racjonalny powód.
Błękitnooka przerwała na chwilę, oglądając Kurzą Łapę od góry do dołu, podczas gdy mimika na jej pyszczku pozostawała kamienna.
— Czym jest ów Wielki Paw? — zapytała, owijając swój puchaty ogon wokół chudych łap.
Nieboskłonna Łapa nie sprawiła na nim dobrego wrażenia, mimo to jej agresja i paranoja nie miały żadnych szans w starciu z obsydianowym umysłem Kurzej Łapy. Jej słowa spełzły po nim niczym woda po kaczce; nie udało jej się uchwycić żadnej pożądanej emocji. To wciąż był smarkacz ledwie dorastający mu do pięt, w przenośni, jak i tutaj, na żywo.
— Ruszając z takim postanowieniem i humorkiem... daleko nie zajdziesz, Nieboskłonna Łapo — miauknął, kręcąc głową niczym zawiedziony rodzic. Poza tym czuł się trochę przybity faktem, iż podzielił się z nią dobrowolnie jedzeniem, którego w tych czasach brakowało, a ona... je odtrąciła. Może trzeba ją zagłodzić, pomyślał chłodno. Fluoryt najwyraźniej nie nauczyła ich żadnych manier. Będzie musiał z nią porozmawiać na temat tych trzech przybłęd, które zaczną ponownie siać tu zamęt.
A Kurza Łapa do tego nie dopuści.
Ten rudzielec, niestety ze zdrajczyni ciała stworzony, postanowił sobie jedno: w tym klanie, pod jego pieczęcią i bystrym umysłem zdolnym do wykrycia ziarn kłamstw i chaosu, nigdy więcej nie pozwoli kotom na zdradę własnych pobratymców i zamach na życie przywódcy, w dodatku swoich krewnych. Poprzysiągł sobie. Musiał mieć w takim razie obie, jeśli nie całą trójkę na oku. Kto wie, może Mroczna Puszcza powoli się odradza w żywych kotach.
Uniósł brwi, przyglądając się młodej duszy. Pytanie młodszej uczennicy nie wzbudziło w nim wielu uczuć. Wciąż na jego pysku pozostawał dziwnie odtrącający chłód. Nie chciał teraz się z nią przekomarzać czy też łapać ją za słowa. Powinna znać prawdę i wiedzieć do kogo odnosić się w końcu z szacunkiem.
Urokliwy młodzieniec usiadł przed nią i zaczął przyjemnym dla uszu głosem:
— Pewnego razu, za panowania Obserwującej Gwiazdy, na terenach Klanu Burzy pojawił się biały... paw. Stworzenie pełne wdzięku, w dodatku z unikatowym kolorem pióra od razu zwróciło na siebie uwagę patrolu, a w szczególności medyków oraz kronikarzy, w tym samą liderkę. Nie zabili pawia, lecz zaczęli się nim opiekować, próbując utrzymać przy życiu i dowiedzieć się o nim jak najwięcej, a nawet spróbować porozumieć, co niestety skończyło się jedynie na rozszyfrowaniu gestów i zachowania wielkiego ptaka. Klan Burzy traktował stworzenie jako dar zesłany przez Klan Gwiazdy, który potrafił leczyć choroby duszy. Czasem po poproszeniu pawia o dobre polowanie, łowy były obfite. Niestety, biały paw zakończył swój żywot już wiele księżyców temu, a w tym samym czasie narodziła się wielka trójka wyjątkowych kociąt składająca się z Lotosowego Pąku oraz Białego Strumienia, którzy teraz pełnią rolę kolejno kronikarza i przewodnika. Wśród części klanu panuje przekonanie, że rodzeństwo, odznaczające się charakterystycznym, białym umaszczeniem i niecodziennej barwy oczyma, nosi w sobie moc Klanu Gwiazdy przekazaną właśnie przez tego ptaka. Była jeszcze ich siostra, asystentka medyczki o imieniu Wełnista Mszyca. Podczas pożaru zagubiła się i najprawdopodobniej zmarła przez wycieńczenie.
Istota przymrużyła oczy.
— Hm... Dziękuję za opowiedzenie mi tej historii, Kurza Łapo. Przepraszam natomiast za odrzucenie podarowanego mi jadła, ale... Raczej nie dojadam resztek po innych, chyba że to ktoś wyjątkowo bliski.
Kurza Łapa tylko kulturalnie skinął łbem kotce, po czym wstał i wziął zająca. Bez chwili zastanowienia wręczył go swojej siostrze, Perłówkowej Łapie, która była akurat niedaleko. Wrócił do uczennicy migiem.
— Biały Strumień to mój mentor, a Lotosowy Pąk twój. Oboje mają w sobie moc Klanu Gwiazdy. Przy nich zważaj na swoje słowa — ostrzegł. — Niektórych nieszczęśników za okłamanie i próbę przekonania na złą stronę albinosów... później spotkała kara śmierci. Nie chciałabyś należeć do tego grona, czyż nie?
Sierść na karku kocicy mimowolnie lekko się podniosła, gdy kotka wbiła pazurki swoich łap w zbitą ziemię.
— Nie próbuj mi grozić, Kurza Łapo. — odparła ostrzegawczo. — Trzymaj się z dala od moich sióstr. Nie pozwolę, aby cokolwiek im się stało. — dodała po chwili, strzepując swoim puszystym, szylkretowym ogonem.
Kurza Łapa zdziwiony uniósł brwi do góry. Skąd to nagłe oburzenie? Patrzył na małą istotkę chaosu grożącą jemu, uczniowi jednego z albinosów. Westchnął ciężko.
— Oprócz swoich sióstr to nikogo nie znasz, tak? — zaczął miękko, niczym matka do dziecka. Zrobił jeden krok do przodu. — Ścisz tony, Nieboskłonna Łapo. To jest zwykłe nieporozumienie — wyjaśnił spokojnie urokliwy młodzieniec, wyraźnie znudzony czy też zmęczony tym wybuchowym, emocjonalnym charakterem młodego przyszłego kronikarza. Nie miał wprawy z takimi charakterami. Nikt z jego grona nie był aż tak niestabilny, jak ta kotka. Przy niej musieli pewnie chodzić na wąsach.
— Nieboskłonna Łapo, przepraszam, że tak to odebrałaś. Nikomu nie grożę, a ty... powinnaś zacząć myśleć nad tym, co zaraz powiesz. Twoja lekkomyślność może sprowadzić na ciebie wiele nieszczęść — mówił delikatnie, nie chcąc sprowadzić na sobie większego gniewu paranoicznego dziecka. — Poza tym...
Szybko zmienił temat i wskazał na wyjście z piwnicy.
— Jako przeprosiny... mogę cię nauczyć, jak się poluje na zające w nocy. Lub zaprosić na przechadzkę w nocy. Nie jestem przyzwyczajony do trybu takiego jak reszta. Ty też zapewne będziesz trenować w nocy na zewnątrz. To znaczy, że będziemy się szkolić o podobnych porach — zauważył i słodko się uśmiechnął, jak to na jego przystało. Chcąc nie chcąc, pomimo wieku i powagi Kurza Łapa często jest uznawany za słodziaka lub... cokolwiek można uznać za "istotę". Rzadko kiedy widziany jako coś pomiędzy.
— Proszę, nie gniewaj się — dodał ciszej, nie odrywając z niej wzroku.

<Nieboskłonna Łapo, nie wierzę, że akurat ty zostałaś wybrana na kronikarza… aż mi szkoda twojego mentora, wiesz?>

[1173 słowa]

[23%]

09 sierpnia 2026

Od Kurzej Łapy CD. Białego Strumienia

Los chciał, aby mały uciekinier został uczniem albinosa, którego miał prawo poznać wcześniej na… dość nielegalnej wędrówce. Żadnej myśli za tymi oczami nie było, gdy Królicza Gwiazda kazał mu wystąpić. Świadomość powagi tej sytuacji jeszcze nie sięgała umysłu młodzika. Nie zdołał jej w pełni ukształtować.
Na “groźbę” swojego mentora tylko skinął głową. Niepewnie usiadł koło niego. Patrzył, jak jego siostra dostaje zwykłe życie. Kurzą Łapę jednak nie za bardzo obchodziła różnica między tym a tym. Raczej zamartwiał się, gdzie będzie spał.
Nie zdawał sobie wtedy sprawy, co teraz na niego czekało.

***

Podczas ostatniego zgromadzenia…

Odchodząc od Firmamentowej Łapy, srebrzysty rudzielec natknął się na własnego mentora. W szacunku skinął mu łbem na powitanie i przybliżył.
— Dobry wieczór, Biały Strumieniu! — miauknął, a lekki uśmiech wkradł się na jego wiecznie chłodny pyszczek.
Przewodnik wiele dla niego znaczył.
Obrzucił ucznia spojrzeniem czerwonych oczu. Poruszył wąsami, pusząc nieco sierść.
— Dobry wieczór — odpowiedział łagodnie. — Jak Ci się podoba zgromadzenie klanów?
Zamyślił się.
— Nooo... dobrze. Chociaż nasi sojusznicy są trochę niekompetentni. Ostatnio jedna z Klifiaczek chciała mnie nabrać na przyniesienie jej zwierzyny. Powinni zainwestować w lepszych mentorów, takich jak ty!
Przewodnik westchnął, gdy słuchał, jak uczeń obgadywał z nim mieszkańców Klanu Klifu.
Słysząc komplement, poruszył ogonem i uniósł brew.
— Nie przymilaj mi się tak, nie ominie Cię sprzątanie wejść do tuneli — odpowiedział. — Może nie masz szczęścia do poznawania nowych kotów?
Prychnął na słowa Białego Strumienia.
— Albo to koty są pechowe.
Przewrócił oczyma na słowa mentora.
— No i... seeerio znowu muszę? — wymamrotał, patrząc na niego swoją tajną techniką, którą wypracował na przestrzeni księżyców; zwana też "słodkimi oczkami". — Za każdym razem jak sprzątam te wejścia... mam wrażenie, że coś mnie obserwuje…
— Być może. Mało rozmawiam z Klifiakami.
Przewrócił oczami na wypowiedź rudego.
— A Ty znowu o tym... — westchnął. — Sprawdzaliśmy je tyle razy... na nic nie wpadliśmy, pamiętasz?
Młodszy zmarszczył brwi.
— Naprawdę tam coś jest. Niby jakim sposobem Lotosowy Pąk mógł zostać ugryziony przez szczura? — ściszył głos. — Przecież był śnieg... pożar…
Starszy uniósł brwi.
— Może kilka skryło się w tunelach. Jeśli chcesz, spróbuj je wyłapać. Przewodnicy nie trenują polowań, ale życzę powodzenia — odparł. — Akurat skontrolujesz wejścia.
Zmroziło go na wypowiedź mentora.
— Ale…!
— Im więcej ich sprzątniesz, tym sprawniej będzie Ci to szło — odpowiedział. — Po mianowaniu jeszcze mi podziękujesz.
Gapił się na niego pustym okiem. Czy on nie zdawał sobie sprawy, ile ich tam mogło być? Zwłaszcza że do tej pory tak głęboko nie wchodził do tuneli. Ostatnim razem dalej zapuścił się, biorąc ze sobą nieświadomego zagrożenia Milknącą Łapę... Co on sobie właściwie wyobrażał? Nic tam nie było, a mimo to...
— Dobra. Jeszcze ci przyniosę ich zęby jako trofeum! — powiedział odważnie, przyjmując to wyzwanie.
Albinos się skrzywił.
— Zęby? — powtórzył sceptycznie. — Nie lepsze będą ogony?
— Ogony szybko się zepsują.
Biały Strumień zrobił chwilę przerwy, patrząc na ucznia.
Kurza Łapa wiedział, iż jego mentor nie był wcale taki głupi. Po prostu nie mieli jasnych dowodów wskazujących na faktyczne istnienie populacji szczurów w tunelach.
— Aha — zaczął biały kocur ponownie. — Tylko nie daj się ugryźć jak Lotos. Ponoć piekielnie boli i lubi wdać się zakażenie.
Po odpowiedzeniu uczniowi, wstał, by powoli odejść ku reszcie Klanu Burzy.
Srebrny rudzielec niczym cień podążył wiernie za albinosem. Nie, żeby to było zadziwiające. Od ich pierwszego spotkania tak się złożyło, że Kurza Łapa został wyciągnięciem łap nocnych tego, który nie mógł wyjść za dnia.

***

Ranek; kilka godzin po zgromadzeniu…

Cudowny dzień, aby wybrać się na szukanie skarbów wraz z ciotką, Ostatnim Pożarem. Tak naprawdę oboje się do siebie nie odzywali i tylko szli w małym odstępie, zmierzając w tym samym celu do legowiska wojowników w spalonym obozie. Grzebiąc, szukali nawet pod posłaniami. Nie byli aż tacy źli w myszkowaniu, ale ruda kocica tym razem nie umiała niczego znaleźć. Kurza Łapa również nie znalazł ważnych przedmiotów w legowisku wojowników.
Postanowił zrobić sobie przerwę. Usiadł w spalonym obozie i obserwował pływające po niebie i nurkujące w chmurach ptaki. Po bezczynnym leżakowaniu postanowił wspomóc niestabilną emocjonalnie krewną w dalszych poszukiwaniach.
Podczas dalszego szukania, Kurza Łapa pod stertą przypalonego mchu znalazł dwa... Gładkie, szare z charakterystycznymi, jasnymi paseczkami, płaskie kamyczki! Ciekawe do kogo należały? Po zapytaniu Ostatniego Pożaru ciotka odpowiedziała, że być może znalazł przedmioty bliskie sercu Dryfującego Fluorytu.
Postanowił zatrzymać te piękne drobiazgi. Kto wie, może się jeszcze przydadzą w niedalekiej przyszłości? Skoro Fluoryt tu nie zaglądała, być może jej nie zależało na nich aż tak bardzo. Może później jej odda. Wziął je w zawiniątko niezbyt elegancko, po czym ruszył w stronę Groty Pamięci.
Wchodząc do piwnicy, zobaczył stojącego w centrum albinosa. Uczeń najpierw schował kamyczki pod swoim posłaniem, po czym ruszył do przewodnika. Czy oczekiwał rudzielca?
— Dzień dobry, Biały Strumieniu — przywitał się kulturalnie i skinął mu głową. — Czy jest coś ważnego do zrobienia? — zapytał młodzieniec.
Nagle coś mu wpadło do głowy.
— Czy za niedługo będę mianowany? — zadał kolejne pytanie, a jego ciemne oczy zalśniły. Naprawdę chciałby już przestać spać w tym syfie, jak to się określało inaczej “legowiskiem uczniów”.
Miał nadzieję, że Białemu Strumieniowi nie chodziło o polowanie na szczury.

<Mentorze?>
[Event w Klanie Burzy: przeszukiwanie starego obozu]

31 lipca 2026

Od Kurzej Łapy CD. Łzawej Łapy

Przez krótką chwilę Łzawa Łapa wpatrywała się w brudną ściółkę, po czym ponownie zwróciła pysk ku Kurzej Łapie.
— Ale skoro już tu jesteśmy... — zaczęła niby od niechcenia, a jej głos stał się odrobinę cichszy. — Co właściwie o nim sądzisz? O Milknącej Łapie.
Na jej pysku wciąż gościł uprzejmy uśmiech, choć w błękitnych oczach pojawiło się coś znacznie bardziej uważnego.
— Według mnie bywa strasznie irytujący — westchnęła teatralnie, po czym lekko przewróciła oczami. — Wiem, wiem... to mój brat i pewnie nie powinnam tak mówić, ale chwilami naprawdę nie da się z nim wytrzymać. Wszystkim się przejmuje, ciągle się waha, a kiedy tylko pojawia się coś nowego, od razu wygląda tak, jakby miał zaraz uciec.
Urwała na moment, pozwalając, by pomiędzy nimi zapadła krótka cisza.
— Taki już jest... trochę tchórzliwy.
Słowa opuściły jej pysk miękko, niemal ze współczuciem, jakby nie próbowała go oczerniać, lecz jedynie podzielić się czymś, co od dawna ją martwiło.
Spojrzała przelotnie w stronę wejścia do legowiska, a kiedy ponownie odwróciła się ku rozmówcy, na jej pysku pojawił się cień złośliwego rozbawienia.
— Czasami odnoszę wrażenie, że wciąż zachowuje się jak kociak, chociaż wszyscy mówią do niego "uczniu". Naprawdę zastanawiam się, czy był gotowy na mianowanie.
Po chwili jednak wzruszyła lekko barkami, jakby właśnie powiedziała coś zupełnie nieistotnego.
— Ty natomiast wydajesz się zupełnie inny. Ledwie zamieniliśmy kilka zdań, a już sprawiasz wrażenie znacznie bardziej pewnego siebie i... szczerze mówiąc... o wiele lepiej wychowanego!
Uśmiechnęła się do niego ciepło, pozostawiając komplement zawieszony pomiędzy nimi.
Kurza Łapa mimowolnie spiął mięśnie na pierwsze pytanie uczennicy. Ciało przyszłego przewodnika w pierwszych chwilach widocznie wyrażało dyskomfort, choć na twarzy rudzielca pozostał wykalkulowany chłód, jak na niego przystało. Kurza Łapa tę zmianę w jej błękitnych oczach spostrzegł. Zmrużył oczy, zaintrygowany nowo poznaną istotą.
Trudno było dojrzeć na pysku młodzieńca jakikolwiek zarys silnych emocji. Kobaltowe, zmrużone oczy wierciły swoim przeszywającym spojrzeniem dziurę w uczennicy Wdzięcznej Firletki. Nie otworzył od razu pyska. Pozwolił Łzawej Łapie skończyć swoją kwestię do powiedzenia, zanim przyszła kolej na jego słowa. Nieśmiało skinął szybko głową na komplement, nie umiejąc skryć swojego słodkiego zawstydzenia. Zamrugał i spojrzał w bok, analizując dźwięki kotki pozostawione w jego myślach.
— Ty... też jesteś pewna siebie — próbował odwzajemnić jakkolwiek komplement, ponieważ czuł, iż wypadało. — Nadawałabyś się naprawdę na wojowniczkę.
Wcześniejsze słowa kotki pozostawiały w nim jakiś posmak obawy przed synem Zawodzącej Gwiazdy. Nie mógł się w rzeczywistości o nim wypowiedzieć... nie znał Milknącej Łapy.
Mimo to tony przyszłej medyczki wydawały się przyjemne, tak kuszące do spełnienia. Przecież był jeszcze pustym naczyniem do zapełnienia. Zwykłym stawem bez wody, czekający na nawodnienie. Jeżeli miałby wyrazić się o tym kocie, określiłby go tak, jak słyszał od innych.
— Milknąca Łapa... tchórz... irytujący... — wymamrotał, grzebiąc łapką po czarnym piachu. Starał się pozbierać myśli, ale za każdym razem wracał do komplementu Łzawej Łapy. Tak naprawdę pierwszy raz ktokolwiek powiedział o nim coś pięknego bez takiej potrzeby. Nic teraz nie osiągnął, nikogo nie zbawił, a jednak ta o to stojąca przed nim kotka określiła go czymś, o co nigdy nie walczył.
— Ja... — zaczął cicho i ostrożnie, jakby rozmawiał nie z córką samego przywódcy, lecz z damą rozdającą karty. Osobą, której właściwie nie znał i musiał zachować czujność za wszelką cenę. Tylko przed czym? Przecież to była uczennica medyczki. Odepchnął na bok myśli niepewności. Nie mógł pozwolić, aby Łzawa Łapa zawiodła się na nim. Przecież określiła go pewnym siebie. Nie mógłby tak po prostu jej stracić. Okazałby się... fałszywy i niewychowany.
Anielska postać granatowookiego zdawała się kontrastować z obecnym otoczeniem. Od pewnego czasu było ponuro i za cicho. To tak, jakby pogoda i sytuacja Burzaków zwiastowała ciszę przed burzą. Czyhające zagrożenie po chwilowym odpoczynku. Sprawiedliwego fałszu po słodkiej, złudnej prawdzie. "Fałszywe poczucie bezpieczeństwa, tsk!", pomyślał Kurza Łapa z obrzydzeniem.
Zapomniał, co dokładnie chciał powiedzieć. Stał tak z otwartym pyszczkiem i nerwowo spoglądał na obserwatorkę. Musiał improwizować. Nie wiedział dokładnie czemu, ale wszystko podpowiadało mu... zgodzenie się z nią.
Powoli kiwnął jej głową.
— Tak, Milknąca Łapa stara się, ale nie za dobrze mu to wychodzi. Może powinien jeszcze zostać w żłobku... lub zostać odesłany do Owocowego Lasu z powrotem. Może wcale nie zamierzał do nas iść...
Podświadomie wierzył, że wtedy Łzawa Łapa go czymś wynagrodzi. Wymusił się na krótki, słodki uśmiech, zanim powrócił do lodowatego wyrazu. Nawet jeśli nie wyglądał na emocjonalnego, wszystkie uczucia buzowały w umyśle bądź w innych częściach ciała. Trudno było rozgryźć nadto spokojnego ucznia, ale może Łzawa Łapa będzie kluczem do jego zamkniętego dotąd dla reszty pobratymców świata?
Mówiąc do uczennicy Wdzięcznej Firletki, srebrzysty kocurek chciał coś dodać od siebie. Sądził, że taka nagła zmiana zamieszkania mogła być faktycznie trudna... ale czy to faktycznie się sprawdzało, patrząc na przyszłą medyczkę? Koteczka pławiła się w ich wysokich trawach. Kurza Łapa zgadywał, że pewnie też się obraca w niezłym, plotkarskim towarzystwie. Nie zdziwiłby się raczej, gdyby zwróciła uwagę Śpiewającego Raniuszka. Opinii może głębszych nie posiadał do tej pory, ale faktycznie widział, co się działo wokół niego. To dawało mu przewagę. Miał zawsze coś pod łapą i w razie niepewności mógł sięgać po słowa innych wojowników, które mu zapadły w głowie i nie chciały dotąd wyjść. Może oczekiwały, aż nadejdzie moment, gdy uczeń przewodnika je właściwie wykorzysta w świecie śmiertelników.
Słysząc, że uczeń przyznał jej rację, Łzawa Łapa nie była w stanie powstrzymać szerokiego uśmiechu, który niemal natychmiast rozjaśnił jej pysk. W błękitnych oczach uczennicy pojawił się charakterystyczny błysk zadowolenia.
— Cieszę się, że podzielasz moje zdanie — miauknęła miękko, a jej ogon lekko poruszył się z zadowoleniem. — Czasami naprawdę trudno znaleźć koty, z którymi można szczerze porozmawiać. Większość tylko kiwa głową albo udaje, że wszystko jest w porządku, nawet kiedy doskonale wiedzą, że coś im nie pasuje.
Przez kilka uderzeń serca przyglądała się Kurzej Łapie, zanim jej spojrzenie ponownie powędrowało ku posłaniu.
— A tak właściwie... — zaczęła po chwili. — Z kim zwykle spędzasz czas?
Przechyliła lekko głowę, a na jej pysku wciąż utrzymywał się łagodny uśmiech.
— Wiesz, tak poza Perłówkową Łapą.
Kurza Łapa patrzył na nią zmieszany. Wsłuchiwał się w jej miękki głos, który zdawał się go przybijać z każdym nowym słowem, choć starał się to wybitnie ukrywać na zewnątrz. Nie był wtedy pewny czy całkowicie się zgadzał z tym, co powiedział. Jako odpowiedź nieco się tajemniczo uśmiechnął.
Uciekł kobaltowymi, pustymi oczami. Łzawa Łapa wydawała się intrygująca. Mimowolnie zaczął się cieszyć, iż ją zadowolił. Ten szeroki uśmiech i błysk w oku coś w nim pozostawił. Nie wiedział tylko, gdzie go zaprowadzą te słowa zgody z przyszłą medyczką. Nie był pewien czy...
Zostały wybity z myśli przez Łzawą Łapę. Rozchylił usta i spojrzał na nią, widocznie zaskoczony. Chwilę mu zajęło zaznajomienie się z pytaniem. Przełknął ślinę i zmrużył oczy. Kiedy srebrny rudzielec zbierał myśli, przez ten czas panowała między nimi cisza. Wzrok Kurzej Łapy opadł na dół. Cisza... nie była ona... nieprzyjemna, przynajmniej dla Kurzej Łapy. Czuł się wtedy całkowicie wysłuchany i niezignorowany jak w dzieciństwie, zanim zyskał gram świadomości. Łzawa Łapa na niego czekała. Doceniał to.
— Ja... Hm. Śniący Obserwator i Biały Strumień wzięli mnie pod swoje skrzydło, a z drugim miałem już w dzieciństwie interakcję i nocną wyprawę. Moja rodzina mnie wspiera — zaczął, mówiąc jak o dawno znanych faktach, a nie nowym odkryciu. Uniósł kobaltowe, przeszywające oczy powoli, uważnie przyglądając się uczennicy spod wachlarza gęstych rzęs. — Dotąd nie miałem potrzeby szukania więcej. Wystarczało mi to, co życie mi dało naturalnie. Nie z przymusu — miauknął bez zawahania. Czując się pewniej, słodki uczeń przewodnika usiadł przed nią i również przechylił główkę w tą samą stronę, co ona. Czerwona czupryna zasłaniała prawe oko Kurzej Łapy, który nie odrywał od niej wzroku. Pragnął poznać jej reakcję na jego słowa.
— ...Ale czasem warto poszerzać horyzonty. I dobrze poznawać koty takie jak ty, Łzawa Łapo. Pewne siebie.
— Ach... — miauknęła cicho, a jej uszy drgnęły z wyraźnym zadowoleniem. — W takim razie bardzo się cieszę, że mogłam zostać twoją pierwszą prawdziwą koleżanką. Hihi.
Na jej pysku ponownie rozkwitł łagodny, serdeczny uśmiech. Cicho westchnęła, a napięcie, którego nawet wcześniej nie była świadoma, powoli opuściło jej barki.
Kurza Łapa wyprostował się i odwzajemnił słabiej chwilowy uśmiech. Skinął jej głową, potwierdzając słowa pierwszej prawdziwej koleżanki. Kątem oka zauważył zmianę w jej pozie, ale nie umiał tego zinterpretować.
— Więc... co teraz, Łzawa Łapo? — miauknął i uniósł jedną brew. — Czy ty masz innych przyjaciół? — zapytał miękko.
Oplótł łapy swoim płomiennym, futrzastym biczem i nie spuszczał z niej wzroku. Nie wiedział jak podtrzymać rozmowę z uczennicą medyczki. Właściwie... czy ona właśnie przyszła tu na pogawędkę?
— Mhm! — miauknęła z entuzjazmem, energicznie kiwając głową. — Całkiem sporo! Część z nich pewnie kojarzysz stąd, ale druga mieszka w zupełnie innym miejscu. W Owocowym Lesie! Hah... a skoro już o tym mowa. Wiedziałeś, że należę do miotu sojuszniczego?
Rozchylił usta w zaskoczeniu. Tak naprawdę nigdy się nie zastanawiał nad pochodzeniem rówieśników poza tym, że byli z Owocowego Lasu... po prostu pewnego dnia przyszli do żłobka, a Kurczątko nie miał okazji za bardzo się z nimi bawić i kwestionować Burzackiej krwi.
— Aha... Musiało to być super doświadczenie... — wymamrotał pod nosem, wyraźnie zaintrygowany. — Czyli Zawodząca Gwiazda miał dzieci z jedną z kotek naszych sojuszników za drogą grzmotu? — zgadł. Musiał w takim razie odwiedzić kiedyś to miejsce.
Ziewnęła krótko, po czym skinęła głową.
— Coś w tym guście — parsknęła śmiechem. — A ty jesteś synem Ostatniego Pożaru, co nie?
Kocur nie zareagował od razu.
Chciał najpierw rzec, iż Ostatni Pożar to była tylko jego niby ciotka, ale...
Przełknął ślinę.
— No... — wymamrotał ze słabym uśmiechem. — Nie ma takiej dużej różnicy między nami, prawda? — dodał pewniej Kurza Łapa.
Drgnęła lekko, przez moment lustrując wzrokiem kolegę, jak gdyby chciała w jego futrze wypatrzeć wszelkie różnice między nim a ognisto-rudą wojowniczką.
— No, powiedziałabym, że jesteście do siebie naprawdę podobni. Tylko uszy są nieco inne... — uśmiechnęła się, po czym ziewnęła krótko.
Uciekł wzrokiem w bok.
— Nooo... — wymamrotał. — Może mój tata takie miał... — dodał zakłopotany.
Czemu właściwie ją okłamał? Przecież kochał swoją mamę. Musiał! W końcu to była jego mama. Bez niej nie byłoby Kurczątka i Perłówki.
Lecz wtem odezwały się głosy przeszłości, cytujące Rudzikowe Skrzydełko bez ani grama litości mówiąca do nieświadomego malca, jakim to głupcem był. Odkąd znalazł czas na zbieranie wiedzy i świadomości o otaczającym go świecie, zdał sobie sprawę, że Rudzik od początku z niego szydziła. Czy naprawdę nie miał... potencjału?
Może ciotka by go bardziej zrozumiała niż własna matka.
Niby-ciotka.
— Eh, już trochę długo tu siedzimy, co? — mruknęła.
Spojrzała po raz kolejny na posłanie.
— Firletka miała mnie pouczyć o ziołach i te sprawy... — miauknęła, spoglądając błagalnie na kolegę. — Mógłbyś to za mnie dokończyć? Błaaagaaam...!
Widząc, jak koleżanka zmieniła temat, próbując zapomnieć o wstydliwej przeszłości, postanowił dostosować się do jej pytania. A raczej... błagania? Kurza Łapa zmarszczył brwi, patrząc to na posłanie z obrzydzeniem, to na Łzawą Łapę zmieszany.
— ...Wiesz co, może lepiej byłoby wyrzucić tę papkę... czegoś. Nie znam żadnego kota, który w tym by chciał zamieszkać. No, chyba że twój brat by nie zauważył, gdzie sadza swój zadek — zachichotał, drwiąc pewnie o Zewie.
Nie odpowiedział konkretnie na pytanie, ponieważ sam nie chciał do tego posłania przykładać łapy. Czułby się tak brudny, że przez cały dzień siedziałby w lodowatej wodzie.
Nagle światło oświecenia sprowadzone z samego Klanu Gwiazdy uderzyło w jego głowę przez dziury w legowisku uczniów, drążąc w Kurzej Łapie niewidzialną dziurę prowadzącą do miejsca przechowującego wiedzę i pamięć.
Stamtąd wziął się też ten nikczemny pomysł. Uznał, że Łzawa Łapa na pewno go za to pochwali.
— Hmm... a może by tak... Milknąca Łapa powinien zaraz przyjść.
I zaczął błagać wszechstronnych gwiezdnych, aby ich bezcenna wiedza jego następne myśli skierowała do głowy uczennicy medyczki bez potrzeby wymawiania następnych słów.
Przez kilka uderzeń serca milczała. Ogon drgnął jej niespokojnie, a uszy lekko przywarły do głowy.
— Och... Czy ja właśnie spotkałam swoją bratnią duszę? — miauknęła z błyskiem w oczach.
Zaskoczony pozytywną odpowiedzią otworzył buzię, po czym ją zamknął.
Łzawa Łapa właśnie go pochwaliła? Określiła... "bratnią duszą". Kurza Łapa, choć na zewnątrz wydawał się opanowany, w środku nie umiał zapanować nad myślami.
— Hihi...! Naprawdę chcesz to zrobić?
Kiwnął pewnie głową do uczennicy z lekkim uśmiechem.

***

Po pożarze…

Srebrzysty kocurek wycofał się ze społeczności. Rzadziej spędzał swój cenny czas na powierzchni, poświęcając się intensywnym, surowym treningom pod okiem samego z Wielkiej Trójki albinosa. Biały przewodnik zaraził go swoją oschłością, robiąc z niego swoją małą, rudą kopię. Młodzik rzadko kiedy zmierzał do tuneli bez mentora. Nawet Śniący Obserwator ostatnio przestawał ćwiczyć z Kurczakiem. Kocurek pewnego razu jasno się wyraził, iż chciał tylko jednego mentora – owego albinosa.
Odkąd tereny Klanu Burzy się spaliły, Kurza Łapa wydawał się zagubiony. Po rozmowie z ciotką jego wzrok stawał się w pewnych momentach nieobecny, jakby nie żył w tej rzeczywistości; jakby nie należał do tej wersji zdarzeń. Specjalnie omijał legowisko minarów szerokim łukiem, częściej zaglądając do medyczek; a właściwie to tylko do uczennicy Wdzięcznej Firletki. Czasem też go widziano z siostrą lub resztą kuzynów.
Po odbytym treningu z albinosem postanowił, iż pójdzie znów na szukanie ziół w starym obozie. Chciał zacząć znowu od wieży, ale wchodząc do spalonego domu, spojrzał od razu na legowisko wojowników. Przełknął głośno ślinę i podreptał w stronę spalonego i popsutego miejsca. Kurza Łapa, przeszukując ponownie legowisko wojowników, nie znalazł nic wartego uwagi. Zasmucony wrócił do obozu z pustymi łapami. Przez śnieg i pożar głodowali.
Obecnie siedział w centrum. Przyzwyczaił się do mroku panującego w tych zimnych komnatach. Kobaltowe oczy się przymykały co jakiś czas, zapewne był zmęczony.
— Hej! Kurza Łapo! — zawołała uśmiechnięta Łzawa Łapa, podchodząc do ucznia. — Jak tam? Co u ciebie?
Słysząc znajomy głos, poderwał się i zlustrował kotkę wyjątkowo miękkim wzrokiem. Zatrzepotał rzęsami zaskoczony. Przez chwilę trwała między nimi cisza, zanim kocur pokręcił szybko głową i odchrząknął.
— Ja... dzień dobry, Łzawa Łapo — zaczął nazbyt oficjalnie i skinął głową uczennicy. — A w sumie to dobrze. Za niedługo będę mógł zapewne przystąpić do tego całego sprawdzania, czy mogę zostać przewodnikiem. Poza tym księżyc temu jakaś Klifiaczka chciała mnie nabrać na wspólne łowienie zwierzyny. Oczywiście sojuszniczka nie wykazała się zbytnią, zaskakującą inteligencją. Być może Klan Klifu powinien zainwestować w lepszych nauczycieli wiedzy o kocim społeczeństwie...
Kurza Łapa, jeśli mu się było dobrze przyjrzeć, nabrał dużo muskułów. W kobaltowych oczach o dziwo można było zauważyć doświadczenie i pewność siebie, której wcześniej brakowało srebrzystemu przy ich pierwszym spotkaniu.
— A u ciebie? Wdzięczna Firletka wciąż ci każe czyścić te piękne legowiska uczniów? — zażartował ładny uczeń. — A może dzięki temu szybciej zostaniesz medyczką od Milknącej Łapy? — dodał z uśmieszkiem, mrużąc przy tym wielkie oczy. — Jemu raczej się nie spieszy... ostatnim razem jak go zabrałem do tuneli to o mało, co się nie zabił. Gdyby Zawodząca Gwiazda to usłyszał, nie byłby pewnie zadowolony z postępów syna.

<Łzawa Łapo?>

[Event Klanu Burzy: Przeszukiwanie starego obozu]