BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łza x Zew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łza x Zew. Pokaż wszystkie posty

14 lipca 2026

Od Łzawej Łapy CD. Milknącej Łapy

Łzawa Łapa wsunęła się do legowiska uczniów z taką swobodą, jak gdyby należała do niego od zawsze, choć doskonale wiedziała, że właściwie, to wchodzi tu dopiero pierwszy, może drugi raz. 
Nigdy nie czuła potrzeby, by zaglądać do brata. 
Większość dni spędzała u boku Wdzięcznej Firletki, ucząc się nazw ziół, porządku panującego w medycznym legowisku oraz obowiązków, które z każdym kolejnym wschodem słońca stawały się coraz większą częścią jej życia. W legowisku medyka zawsze ktoś z nią rozmawiał. Mentorka cierpliwie odpowiadała na każde pytanie, Wełnista Mszyca od czasu do czasu pokazywała jej coś nowego, a chorzy, którzy przychodzili po pomoc, niemal zawsze spoglądali właśnie na nią, kiedy siedziała obok medyczki.
Ciężkie westchnienie wyrwało się z pyska Milknącej Łapy niemal natychmiast, gdy tylko dostrzegł jej sylwetkę.
Och.
Już sama ta reakcja sprawiła jej drobną satysfakcję!
Skoro wzdychał na jej widok, oznaczało to, że wiedział, iż nie przynosi ze sobą niczego dobrego.
— Czego chcesz? — prychnął, unosząc ku niej znużone spojrzenie. — Przyszłaś ponabijać się z brata? A może Wdzięczna Firletka wysłała cię do brudnej roboty?
Łzawa Łapa przechyliła lekko głowę, a na jej pyszczku rozkwitł ciepły, serdeczny uśmiech, który dla większości kotów wyglądałby zupełnie niewinnie.
— Hm...? Ach, przyszłam zobaczyć, co u ciebie, Milcząca Fajtłapo.
Celowo zaakcentowała przezwisko, wymawiając je powoli i z wyraźną przyjemnością, po czym z uwagą zaczęła obserwować jego pysk. Chciała zobaczyć, jak zareaguje. Dowiedzieć się, czy udało jej się w niego uderzyć, czy też nie wywołała na nim żadnego wrażenia. Czy jej odpowie? Czy może po prostu to przemilczy, jak to miał w zwyczaju robić?
Im dłużej się temu przyglądała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że wymyśliła naprawdę udane przezwisko. Pasowało do niego idealnie!
— Widzę, że nie cieszysz się z moich odwiedzin... Czy coś się stało?
Na jej pysku nadal gościł ten sam ciepły uśmiech, choć z każdą kolejną chwilą coraz trudniej było ukryć błysk złośliwej satysfakcji, który zatańczył w błękitnych oczach. Patrzyła na brata z wyczekiwaniem, niemal delektując się jego zniechęceniem.
Nie zapomniała.
I była niemal pewna, że nigdy nie zapomni.
Wystarczyło jedno spojrzenie na Milknącą Łapę, aby przed oczami ponownie stanęła jej ceremonia mianowania. Nadal pamiętała dumę rozpierającą jej pierś, gdy całe zgromadzenie patrzyło właśnie na nią, a Zawodzące Echo wypowiadał jej nowe imię. Chciała zobaczyć, jak ojciec do niej podchodzi, by pogratulować jej obranej ścieżki, życzyć jej powodzenia. To przecież miał być jej moment…
A jednak została kompletnie pominięta, jak gdyby jej sukces nie był szczególnie ważny. To Zew miał okazję poczuć radość, to pewnie on słyszał szczere gratulacje i czuł się wyróżnionym.
To wspomnienie nie chciało jej opuścić.
Za każdym razem, gdy do niego wracała, czuła, jak coś nieprzyjemnie zaciska się w jej piersi, a rozdrażnienie powoli ustępowało miejsca potrzebie odegrania się. Nie potrafiła zmienić przeszłości, lecz mogła sprawić, że brat również zapamięta tamten dzień.
I właśnie dlatego tutaj przyszła
Chciała zobaczyć, jak brat opuszcza uszy. Jak spuszcza wzrok. Jak choć przez chwilę czuje się równie mały, jak ona czuła się wtedy.
— Ach, no tak! — parsknęła śmiechem, jakby nagle przypomniała sobie coś wyjątkowo zabawnego. — Przecież ty niemal płakałeś przed swoim mianowaniem!
Pochyliła się nieco bliżej, a jej głos stał się znacznie cichszy i bardziej poufny, dzięki czemu pozostali uczniowie nie mieli szans dosłyszeć ani jednego słowa.
Nie zamierzała jeszcze psuć sobie całej zabawy!
Znacznie ciekawsze było obserwowanie, jak niepewność powoli narasta w jego oczach.
— Mały Zew siedział skulony na końcu żłobka i wyglądał tak, jakby bał się wyjść przed cały klan. Pamiętasz? Myślałam nawet, że za chwilę schowasz się pod jakimś posłaniem.
Zaśmiała się ponownie, a śmiech zabrzmiał… lekko i melodyjnie.
Niemal niewinnie.
— Wielki syn zastępcy bał się zostać uczniem. Musisz przyznać, że brzmi to dość komicznie, prawda, braciszku?
Delikatnie musnęła ogonem jego bark, a gest ten przypominał czułe szturchnięcie, choć oboje doskonale wiedzieli, że nie kryła się za nim żadna serdeczność.
— Byłoby naprawdę przykro, gdyby wszyscy się o tym dowiedzieli, nie uważasz? W końcu syn zastępcy powinien być odważny. Powinien wzbudzać podziw. Powinien dawać innym przykład, zamiast trząść się jeszcze przed rozpoczęciem szkolenia.
Mówiąc to, od niechcenia przeniosła wzrok na siedzących nieopodal, czekających na swoich mentorów Perłówkową Łapę i Kurzą Łapę, którzy byli całkowicie pochłonięci własną rozmową.
Uśmiechnęła się pod nosem.
— Ciekawe, co pomyśleliby, gdyby dowiedzieli się, że ich kolega tak bardzo bał się własnego mianowania... — zamruczała, po czym ponownie spojrzała bratu prosto w oczy. — Pewnie byliby zaskoczeni... Chociaż kto wie. Może bawiłoby ich to równie mocno, jak bawi mnie.
Urwała na moment, pozwalając ciszy zawisnąć pomiędzy nimi, po czym uśmiechnęła się jeszcze pogodniej niż wcześniej.
— Ale spokojnie — odezwała się w końcu łagodnym, niemal troskliwym tonem. — Na razie nikomu nic nie powiedziałam.
Celowo zaakcentowała ostatnie dwa słowa, jak gdyby właśnie ofiarowała mu coś niezwykle cennego. Brzmiała przy tym niemal serdecznie, a ktoś przysłuchujący się rozmowie z daleka mógłby nawet odnieść wrażenie, że uspokaja zdenerwowanego brata.
Łzawa Łapa wiedziała jednak, że najskuteczniejsze groźby nie brzmiały jak groźby.
— To zależy tylko od ciebie, czy tak pozostanie — dodała miękko, nie odrywając od niego spojrzenia. — Byłoby przecież okropnie, gdyby taka Perłówkowa Łapa albo Kura Łapa zaczęli zastanawiać się, czy mogą ufać komuś, kto najpewniej boi się nawet własnego cienia.
Na moment uniosła wzrok ku pozostałym uczniom, po czym z cichym mruknięciem ponownie spojrzała na brata.
— Chociaż... może przesadzam. — Wzruszyła lekko barkami, jakby naprawdę rozważała taką możliwość. — W końcu każdy ma prawo wiedzieć, z kim dzieli legowisko. Nie sądzisz?

<Milcząca Fajtłapo?>

[879 słów]

[18%]

09 lipca 2026

Od Zewu (Milknącej Łapy) CD. Łzy (Łzawej Łapy)

Przeszłość

Niebieskooki potomek zastępcy klanu leżał zwinięty na samotnym posłaniu, które przez niego samego zostało ulokowane w ciemniejszej, bardziej odosobnionej części żłobka. Ślepia Zewu bez większego zainteresowania śledziły ruchy innych mieszkańców żłobka, będąc jego cichym obserwatorem niżeli samym mieszkańcem — nie czuł w żadnym stopniu tej przynależności, jakiej zdążył doświadczyć w Owocowym Lesie. W Klanie Burzy wszystko było obce, nawet jeśli minęło już sporo wschodów słońca od dnia, kiedy to Purchawka osobiście przyprowadziła dwójkę kociąt do ich ojca. Sam Zawodzące Echo dość często odwiedzał ich w żłobku, nawet jeśli jego wizyty ograniczały się tylko do chwilowego pobytu w norze. Najczęściej wtedy Łza od razu przerywała wszystko, co wcześniej robiła i ochoczo podbiegała do kocura, by skraść jego uwagę, która była tak cenna dla koteczki.
Obraz ten często wywoływał w młodziku coś na wzór obrzydzenia — niewielki grymas zakradał się na jego dymnym pysku. W żadnym stopniu nie rozumiał postępowania siostry, nie rozumiał, co jest tak wyjątkowego w posiadaniu uwagi innych kotów. Uważał to za coś zbędnego, niepotrzebnego do życia, w końcu da się przetrwać bez bycia w centrum uwagi. Ba, nawet łatwiej wtedy jest przetrwać, nikt nie patrzy na twój najmniejszych ruch, nie planuje wykorzystać potknięć, nie ocenia z każdej możliwej strony. Miał nadzieję, że jego atencyjna siostra kiedyś się na tym przejedzie, niczym na błocie w czasie deszczowej pory opadających liści.
Dryfujący Fluoryt właśnie opuszczała żłobek, a uwaga Zwiewnego Maku najwidoczniej przestała być tak ważna, gdyż niebieskooki poczuł na sobie wzrok siostry. Ciężko westchnął, doskonale wiedząc, co może to oznaczać — kolejna zaczepka testująca jego reakcje na słowa koteczki. Odkąd opuścili Owocowy Las, Łza co jakiś czas kierowała w jego stronę słowa, mające wywołać u niego jakąś reakcję, lecz on przez większość czasu jedynie mrukliwie coś jej odpowiadał lub kompletnie ignorował. Może i nie było to zachowanie najlepszego brata pod słońce, jednak nie miał zamiaru udawać kogoś miłego dla Łzy, która odkąd pamiętał, zawsze musiała posiadać atencję innych, czy to matki, ojca, czy kogokolwiek innego.
— I cooo... Zewie? Nie nudzi ci się tu...? — zamruczała przeciągle. — Taki samotny... bez żadnych znajomych…
Kocur nawet nie musiał przenosić na nią wzroku, by wiedzieć, że z każdym kolejnym słowem jej uśmiech jedynie się powiększa. W pierwszych dniach pobytu w Klanie Burzy może by ta prowokacja jakoś wpłynęła na niego, zabolała, lecz teraz słowa siostry traktował jako jakiś nieprzyjemny, uciążliwy dźwięk pokroju latającej muchy lub komara nad uchem, których bzyczenie z czasem wwierca się w czaszkę.
Leniwie zamrugał, unosząc wzrok na kotkę, stojącą tuż nad nim, by przez parę uderzeń serca przyglądać się jej. Była to chwila, kiedy Łza miała także uwagę brata, lecz ta szybko się kończyła, będąc przenoszona na coś innego, w tym przypadku na wejście do żłobka. Czasem, kiedy tylko wystarczająco wytężył wzrok i słuch mógł dostrzec na ziemi sunące cienie przechodzących kotów lub szmery rozmów. Zdarzało się również, że do nory dobiegały radosne śmiechy uczniów, którzy żywo gawędzili o szkoleniu, swoich mentorach czy jakichkolwiek innych błahych sprawach.
— Nie znudziło Ci się to jeszcze? — spytał znużonym głosem, by dopiero po chwili na nowo skierować spojrzenie na Łzę. — Nie wystarcza Ci uwaga Burzaków? — kontynuował, przy okazji samemu przechylając głowę w bok, może nieco w zbyt przesadzony sposób, lecz jego to nie obchodziło.

«★»

Odkąd Zew został uczniem, zaczął spędzać noce w legowisku mieszczącym się naprzeciwko żłobka, w którym dotychczas mieszkał z siostrą. Teraz zamieszkiwał norę z większą ilością kotów, gdyż oprócz jego w norze znajdowało się dziewięciu innych Burzaków noszących imię z członem Łapa. Najstarszymi była trójka kotów, która przybyła do klanu z pewnych powodów — Gasnąca Łapa dawniej należał do Klanu Klifu, a Kameliowa i Tojadowa Łapa do Klanu Nocy. Dymny kocur nie znał zbytnio szczegółów ich losów, a sam nie miał zamiaru wypytywać o przeszłość, od której się odcięli.
Wraz z kolejnym słabym podmuchem wiatru, zwinął się w ciaśniejszy kłębek, ubolewając nad faktem, iż odziedziczył po ojcu krótki ogon, który obecnie był zbędny. Nie mógł jak siostra zasłonić się nim czy też dać pod łapy, aby bezpośrednio nimi nie stać na coraz to chłodniejszej ziemi w obozie i poza nim.
Ciche kroki niepewnie rozbrzmiewały w norze, niosąc ze sobą również szelest długiej sierści sunącej po ziemi. Kremowy kocur zatrzymał się przy posłaniu zajmowanym przez swojego ucznia, w ciszy czekając, aż ten wybudzi się ze snu i będą mogli rozpocząć kolejny dzień treningów. Brązowooki jednak po dłuższej chwili oczekiwania na dymnego, szturchnął go lekko łapą, nie chcąc, czekać nie wiadomo ile, aż syn zastępcy łaskawie wstanie.
Niebieskie ślepia od razu zostały skierowane na postać wojownika, który jedynie ruchem głowy dał znać, by młodszy podążał za nim. Dymny bez zbędnego ociągania, podniósł się z legowiska, by następnie skierować swoje kroki za Cyklonowym Okiem, który w międzyczasie zdążył już dotrzeć do przysłoniętego krzewami wyjścia z nory. Milknąca Łapa nieco przyspieszył swe kroki, by przed wejściem do legowiska uczniów zrównać krok z mentorem.
Większość obozu jeszcze spała, chłonąc panującą ciszę. Jedynymi kotami, które już były na łapach to brązowooki wojownik, jego uczeń i Poczciwy Szakłak z Gasnącą Łapą. Zew nie musiał nikogo pytać, by wiedzieć, że pomiędzy tą dwójką starszych kocurów coś jest i to zapewne więcej niż przyjaźń. Lekki uśmiech wkradł się na jego dymny pysk, ukradkiem chłonąc widok pary Burzaków — z jakiegoś powodu cieszył się, że ktoś taki jak Poczciwy Szakłak i Gasnąca Łapa znaleźli kogoś bliskiego, kogo zapewne mogli nazywać partnerem. Zapewne, gdyż uczeń nie kojarzył, by ktokolwiek w klanie rozmawiał o ich dwójce, jak o parze zakochanych w sobie kotów.
— Dzisiaj zaczniemy od patrolu granicznego z Poczciwym Szakłakiem i Gasnącą Łapą — oznajmił kremowy, dając znak pozostałej dwójce, by ruszyli jako pierwsi. — W międzyczasie zapewne któryś z nich przy nadarzającej się okazji zapoluje na królika lub inną piszczkę. Ważne byś wtedy uważnie obserwował ruchy polującego, ponieważ później będę chciał z tobą poćwiczyć umiejętność polowania — dodał Cyklonowe Oko, ruszając za kocurami. Milknąca Łapa przytaknął i u boku mentora, opuścił obóz głównym tunelem.

«★»

Kiedy tylko wrócili z patrolu, Milknąca Łapa skierował swe kroki do legowiska uczniów, gdzie od razu padł na swoje posłanie. Nie spodziewał się, że zwykłe wyjście poza obóz w ramach sprawdzenia granic będą się wiązać z szaleńczymi biegami. Jego młode ciało nie było przygotowane jeszcze na taki poziom wysiłku, łapy już dawno odmówiły współpracy i jedyne, o czym teraz marzył to spokój na kolejne dni, aż w końcu każda cząsteczka ciała przestanie krzyczeć istnym bólem.
Już miał oddać się zasłużonej drzemce, gdy do jego uszu dotarły dobrze znane kroki. Łzawa Łapa z jakiegoś powodu zawitała swym jestestwem w legowisku uczniów. Ciężkie westchnienie wyrwało się z pyska dymnego. Odkąd siostra została uczennicą medyczki, nie musiał z nią obcować na co dzień, więc przez większość czasu miał spokój od niej i jej prowokacji w swoim kierunku.
— Czego chcesz? Przyszłaś się ponabijać z brata? — prychnął, podnosząc na nią znużony wzrok. — A może Wdzięczna Firletka wysłała Cię do brudnej roboty, co? — dodał z wyższością. Nie miał zamiaru dalej być jakimś popychadłem swojej atencyjnej siostry, a jedynym sposobem na obronienie się przed tym było pierwszemu zaatakowanie.

<I co powiesz na to Łzawa Łapo?>
[1148 słów]

[23%]

25 czerwca 2026

Od Łzy CD. Zewu

Na jej pysku pojawił się szeroki, niemal złośliwy uśmieszek, który próbowała ukryć pod pozorem zwykłej satysfakcji, lecz błysk triumfu w oczach zdradzał znacznie więcej, niż sama chciałaby przyznać. Obserwowała, jak jej brat w końcu odchodzi od Purchawki, a wraz z każdym jego krokiem coś przyjemnie rozlewało się po jej wnętrzu, ponieważ przestrzeń przy matce, jeszcze przed chwilą zajęta przez kogoś innego, należała teraz wyłącznie do niej. Nie chodziło nawet o samo miejsce. Chodziło o uwagę. O spojrzenia. O czułość. O świadomość, że przez najbliższe kilka chwil nie będzie musiała dzielić się nimi z nikim. Z wysoko uniesioną głową podreptała w stronę matki, starając się wyglądać przy tym możliwie niewinnie, choć ogon poruszał się za nią w sposób zdradzający znacznie większe zadowolenie, niż powinna odczuwać z tak błahego zwycięstwa. Gdy tylko znalazła się obok Purchawki, natychmiast przytuliła się do jej boku, jakby od dawna właśnie tego potrzebowała, po czym pozwoliła, by dymna kotka zajęła się jej futrem.
Szorstki język matki przesuwał się po jej sierści z matczyną czułością, choć bez szczególnej dokładności, ponieważ Purchawka zdawała się bardziej skupiona na samym geście niż na faktycznym uporządkowaniu futra. Łzie było to jednak całkowicie obojętne. Gdyby naprawdę zależało jej na wyglądzie, dawno sama doprowadziłaby sierść do porządku. Teraz chodziło o coś zupełnie innego.
Chodziło o to, że matka patrzyła na nią.
Że poświęcała jej czas.
Że jej uwaga należała wyłącznie do niej.
Przymknęła oczy i posłała Purchawce kilka wyjątkowo czułych spojrzeń, które mogłyby uchodzić za przejaw szczerego przywiązania, gdyby nie fakt, że co kilka chwil zerkała ukradkiem w stronę brata. Za każdym razem, gdy dostrzegała go choćby kątem oka, przez jej spojrzenie przebiegał cień niechęci, szybki i trudny do zauważenia, lecz wystarczająco wyraźny, by zdradzić, że zwycięstwo nie przyniosło jej pełnego zadowolenia.
Ponieważ sam fakt jego istnienia wciąż ją drażnił.
Przez krótką chwilę trwała w bezruchu, pozwalając Purchawce wykonywać swoją pracę, aż nagle drgnęła lekko, jakby właśnie przypomniała sobie o czymś niezwykle ważnym. Jej oczy natychmiast rozbłysły, a pyszczek rozjaśnił się w sposób niemal teatralny.
— Dziękuję, mamuś! — miauknęła wysokim, przesadnie wdzięcznym tonem, po czym zerwała się na łapy z taką energią, że niemal wyrwała się z objęć Purchawki.
Dymna kotka zamrugała zaskoczona.
— Przecież... ledwo zaczęłam — zauważyła, marszcząc lekko brwi. — Łzo.
Kotka przekrzywiła głowę, jakby sama nie rozumiała, skąd bierze się to zdziwienie.
— Uhh... przecież powiedziałam, że to ma być tylko szybki przegląd!
Wypowiedziała te słowa z taką pewnością siebie, jakby naprawdę miała miejsce podobna rozmowa, choć w rzeczywistości niczego takiego nie pamiętała nawet sama Łza. Nie miało to jednak większego znaczenia. Najważniejsze było to, że przez chwilę znajdowała się w centrum uwagi.
Purchawka zastrzygła uszami.
— Niby kiedy...?
— Niby teraz!
Jej odpowiedź padła natychmiast, niemal zanim matka skończyła mówić. Na pyszczek wrócił niewinny uśmiech, a oczy rozbłysły figlarnie, przez co wyglądała bardziej jak rozbrykane kocię niż ktoś, kto właśnie bezczelnie wymyślił coś na poczekaniu.
— Idę bawić się z Zewem, Mordogończykiem i tą... no... Psianką!
Nie mogła przecież pozostać niezauważona przez rodzeństwo, co nie?

***

Odkąd opuściła Owocowy Las, jej życie zdawało się rozkwitać niczym rośliny podczas pory Nowych Liści, kiedy nawet najbardziej zaniedbane krzewy pokrywają się świeżą zielenią, a powietrze przesycone jest zapachem nowego początku. Jeszcze niedawno zmuszona była nieustannie dzielić uwagę Purchawki pomiędzy siebie, Mordogończyka i Psiankę, przez co niemal każdego dnia musiała walczyć o spojrzenia, pochwały oraz najdrobniejsze oznaki zainteresowania, które dla innych mogły wydawać się czymś nieistotnym, lecz dla niej stanowiły najcenniejszą nagrodę. Teraz jednak wszystko wyglądało inaczej, ponieważ nie musiała już obserwować, jak matka poświęca czas komuś innemu, ani słuchać, jak Psianka zostaje obsypana ciepłymi słowami, ani patrzeć, jak Mordogończyk przypadkiem przyciąga uwagę samym swoim istnieniem.
Być może uczucie ulgi wynikało też z faktu, że Purchawki również tutaj nie było… Jednak Łza nie zamierzała poświęcać podobnym rozważaniom zbyt wiele czasu, gdyż znacznie bardziej interesowały ją przyjemniejsze aspekty nowego życia. Miała przecież Zawodzące Echo, z którym mogła spędzać długie godziny, chłonąc każdą chwilę jego uwagi, a także Zewa, którego obecność okazywała się wyjątkowo wygodna właśnie dlatego, że niemal nigdy nie próbował szczególnie konkurować z nią o zainteresowanie innych kotów.
Jej brat wydawał się wręcz stworzony do pozostawania w cieniu — odkąd opuścili dawny dom, sprawiał wrażenie jeszcze bardziej zamkniętego w sobie niż kiedykolwiek! Chodził cicho, odzywał się niewiele i niemal zawsze wyglądał tak, jakby myślami znajdował się gdzieś bardzo daleko od miejsca, w którym rzeczywiście przebywał. Dla Łzy było to jednocześnie zabawne i irytujące — nie potrafiła zrozumieć, jak można nie pragnąć uwagi innych, jak można nie próbować wyróżniać się na tle otoczenia i jak można dobrowolnie rezygnować z bycia w centrum wydarzeń.
Przez chwilę przyglądała mu się z ukosa, podczas gdy na jej pysku powoli rozlewał się rozbawiony uśmiech, a w oczach pojawiał się charakterystyczny błysk zwiastujący kolejną zaczepkę. Uwielbiała obserwować reakcje innych kotów, szczególnie wtedy, gdy sama była ich przyczyną, dlatego też niemal odruchowo zaczęła szukać słów, które mogłyby wywołać choćby najmniejsze poruszenie.
— I cooo... Zewie? Nie nudzi ci się tu..? — zamruczała przeciągle, celowo wydłużając ostatnie sylaby, podczas gdy jej ogon poruszał się leniwie za plecami.
Przechyliła głowę lekko na bok, a jej uśmiech stał się jeszcze szerszy.
— Taki samotny... bez żadnych znajomych...
Choć słowa te mogły brzmieć jak niewinna prowokacja, w rzeczywistości obserwowała go z niezwykłą uwagą, próbując wychwycić choćby najmniejsze drgnięcie uszu, zmianę spojrzenia albo napięcie mięśni — najbardziej interesowała ją nie sama rozmowa, lecz reakcja, którą mogła wywołać. Jeśli rzeczywiście cierpiał z powodu samotności, chciała zobaczyć, jak bardzo go to zaboli.

<Zewiee?>

19 czerwca 2026

Od Zewu CD. Łzy

Przeszłość

Kocurek uwielbiał momenty, kiedy to język rodzicielki powolnymi ruchami sunął po jego dymnej sierści. Czuł, że te chwilą są tylko jego i nikt nie może mu ich zabrać — no może poza Łzą, która była idealnym przykładem atencjuszką. Zastrzygł uchem, kiedy to głos koteczki głośno rozbrzmiał w żłobku, chcąc zwrócić na siebie uwagę szamanki, będącej skupionej na pielęgnacji jego czarno białego okrycia. Nieco niechętnie uchylił swe powieki, prezentując niebieskie ślepia, które od razu spoczęły na sylwetce siostry. Ta toczyła wymianę zdań z Purchawką, aż końcowo wyszło na korzyść Łzy. Kocur na to jedynie machnął lekko swym krótkim ogonem. Nie rozumiał zbytnio postępowania swej matki, przecież gołym okiem było widać, jak niebieskooka wszystkich rozstawia po kątach, wręcz manipuluje innymi, by osiągnąć swój cel, jakim było bycie przez nią w centrum uwagi innych. Zew nie lubił, kiedy to uwaga Purchawki była poświęcana komuś innemu z rodzeństwa, zwłaszcza Łzie. Kocurek nie wiedział, z czego bierze się aż taka niechęć do tej jednej siostry, lecz rzadko kiedy zaprzątał tym swoją kocięcą główkę.
— Zewiee… — przeciągnęła z wyraźnie słyszalnym zniecierpliwieniem. — Możesz się nieco pospieszyć?
Głos koteczki był niczym cierń, wbijający się w skórę. Próbował ignorować obecność biało czarnej, chcąc w pełni skupić się na chwili z Purchawką, która powróciła do wylizywania jego dymnej sierści. Jedna z dolnych powiek minimalnie drgnęła na pytanie ze strony młódki, jednak postanowił je zignorować.
— Zewieee… — ciągnęła dalej niebieskooka, nie mając zamiaru odpuścić. Kocurek doskonale wiedział, że ta stara się na nim wywrzeć presję, by samemu przerwać dotychczasową pielęgnację. Jednakże on nie zamierzał również odpuścić.
Dopiero lekkie pacnięcie łapą w nos sprawiło, że uległ. Ciężko westchnął i oswobodził się z uścisku szamanki, by niemal od razu na jego miejsce wskoczyła kotka, nieumiejąca nawet paru uderzeń serce poczekać na własną kolej, która i tak, by nastąpiła. Dymny jedynie przewrócił niebieskimi ślepiami na ten widok i skierował swoje kroki do Psianki, która rozmawiała z Modrogończykiem nad kulką mchu.

<Zadowolona jesteś z siebie Łzo?>

22 maja 2026

Od Łzy do Zewu

Pora Zielonych Liści rozlała się nad lasem miękkim, niemal sennym spokojem, pod którego ciepłem nawet najbardziej poszarpane gałęzie zdawały się oddychać wolniej, jakby sama ziemia po długich księżycach chłodu i wilgoci wreszcie pozwoliła sobie na odpoczynek. Korony drzew były ciężkie od soczystych liści, przez które światło przesączało się cienkimi smugami złota, drgającymi na ziemi przy każdym poruszeniu wiatru. W powietrzu unosił się zapach świeżej zwierzyny, rozgrzanej kory oraz wilgotnego mchu, a cały obóz zdawał się funkcjonować w rytmie leniwego, ciepłego popołudnia, podczas którego nawet rozmowy na polanie brzmiały ciszej niż zwykle.
Żłobek pozostawał jednak światem odrębnym od reszty obozowiska — miejscem cieplejszym, spokojniejszym i odgrodzonym od codziennych trosk miękkim półmrokiem oraz ciężkim zapachem mleka, mchu i futra wielu śpiących obok siebie kotów. Mech rozłożony w legowiskach był miękki i sprężysty od ciągłego ugniatania małych łapek, a przytłumione oddechy królowych oraz kociąt mieszały się z odległym echem obozowego gwaru, tworząc jednostajny, kołyszący rytm, który sprawiał, iż czas zdawał się płynąć tutaj wolniej.
Łza siedziała nieco z boku, obserwując pozostałe kocięta z uwagą, której nie próbowała specjalnie ukrywać, choć jednocześnie nie była ona całkowicie otwarta. Jej spojrzenie przesuwało się po Pierścieniu, Smoku i Mordor powoli, niemal analitycznie, jakby próbowała ocenić nie tyle ich samych, ile miejsce, jakie zajmowali w tej małej przestrzeni żłobka.
Byli dziwni.
Nie potrafiła jeszcze dokładnie wyjaśnić dlaczego, lecz w jej dziecięcym umyśle różnica pomiędzy nimi a nią samą wydawała się czymś oczywistym, niemal naturalnym. Ich futerka nie były równie piękne, oczy nie błyszczały równie jasno, a ruchy były za to znacznie bardziej… Niezgrabne.
Jej ogon poruszał się wolno po podłożu, odmierzając rytm myśli, które pojawiały się i znikały w jej głowie z tą charakterystyczną dla młodych kotów gwałtownością. Przez chwilę rozważała nawet, czy nie podejść bliżej trójki kociąt, lecz szybko doszła do wniosku, że musiałaby wtedy dostosować się do rozmowy, która już trwała bez niej, a to oznaczałoby konieczność dzielenia się uwagą.
Nie podobała jej się ta perspektywa.
Właśnie wtedy jej wzrok przesunął się dalej i zatrzymał na Purchawce.
Dymna kotka leżała niedaleko wejścia do żłobka, a jej sylwetkę miękko oplatały złote smugi światła wpadającego pomiędzy gałęziami osłaniającymi wejście. Purchawka zajęta była pielęgnacją Zewu, którego futro wygładzała cierpliwymi, spokojnymi ruchami języka. W jej zachowaniu nie było przesadnej czułości ani demonstracyjnej troski — raczej coś naturalnego i stałego, co przypominało rytm codziennych czynności powtarzanych od tak dawna, że stały się niemal odruchem.
I właśnie ten obraz przyciągnął uwagę Łzy mocniej niż cokolwiek innego.
Jej ślepia rozbłysły subtelnie, gdy obserwowała matkę pochyloną nad bratem, a w jej wnętrzu pojawiło się znajome ukłucie niezadowolenia, którego jeszcze nie potrafiła nazwać. Nie chodziło nawet o samą zazdrość — bardziej o nieprzyjemne wrażenie, że przez krótką chwilę centrum uwagi przesunęło się na kogoś innego.
To należało naprawić.
Podniosła się więc z miejsca i ruszyła ku Purchawce lekkim, starannie kontrolowanym krokiem, który w jej własnym odczuciu wyglądał znacznie dostojniej, niż powinien wyglądać chód tak małego kocięcia. Łapki stawiała wyraźnie, lecz nie gwałtownie, jakby chciała zostać zauważona jeszcze zanim wypowie choćby jedno słowo.
— Mamuś… — zaczęła cicho, pozwalając, by jej głos wtopił się w spokojny rytm żłobka niczym delikatne mruczenie.
Purchawka drgnęła jednym uchem, jednak nie odwróciła się od razu, nadal zajęta wygładzaniem futra Zewu.
Łza zatrzymała się bliżej, a jej ogon zakołysał się wolniej.
— Mamuś — powtórzyła nieco wyraźniej, tym razem z odrobiną większego nacisku, choć nadal zachowywała pozory cierpliwości.
— Mh — mruknęła Purchawka, nie przerywając pracy.
Przez moment Łza jedynie się jej przyglądała. Jej spojrzenie przesunęło się po grzbiecie Zewu, po spokojnym wyrazie pyska matki, po ruchach języka wygładzającego futro brata, aż w końcu coś w niej wyraźnie się napięło.
— PURCHAWKO! — wyrwało się z niej nagle, głośniej i ostrzej, niż zamierzała, a mała łapka tupnęła o ziemię z oburzeniem, które w jej własnym odczuciu było całkowicie uzasadnione.
Purchawka wreszcie odwróciła głowę, a w jej spojrzeniu pojawiła się znajoma mieszanina cierpliwości i lekkiego zmęczenia, które zna każda królowa spędzająca całe dnie wśród kociąt.
— Tak, Łzo?
Natychmiast, niemal odruchowo, młoda kotka wyprostowała się odrobinę, jakby sama rozmowa wymagała odpowiedniej postawy i przygotowania.
— A moje futerko też mogłabyś wyczyścić? — zapytała, tym razem ze słodkim niczym cukierek tonem.
Nie było w tym realnej potrzeby. Jej futro wyglądało zupełnie dobrze, a ona sama doskonale o tym wiedziała. Chodziło raczej o sam gest — o uwagę, którą Purchawka poświęcała właśnie komuś innemu
Purchawka spojrzała na nią spokojnie, po czym wróciła do pielęgnacji Zewu.
— W porządku. Tylko skończę pielęgnować twojego brata.
Łza przechyliła głowę, obserwując tę odpowiedź z wyraźnym namysłem, podczas gdy jej ogon lekko uderzył o mech.
— Musisz? — zapytała pozornie niewinnie. — On już wygląda na całkiem… gotowego.
Przerwała na chwilę, po czym uniosła lekko własny ogon.
— A mi chyba coś wplątało się w futerko. Tutaj. Przy końcówce.
Mówiła swobodnie, niemal mimochodem, lecz jej spojrzenie ani przez moment nie skupiło się na ogonie. Cały czas obserwowała Purchawkę, jakby próbowała ocenić, czy matka dostrzeże ukrytą pod słowami prośbę o uwagę.
— Przecież jeszcze niedawno sama biegałaś po całym żłobku bez żadnych problemów — zaczęła spokojnie, lecz urwała, gdy Zew wydał z siebie cichy, niezadowolony dźwięk.
Łza natychmiast to zauważyła.
Jej uszy drgnęły lekko, a spojrzenie przesunęło się ku bratu tylko na ułamek chwili, nim znów wróciło do matki, jakby chciała upewnić się, że uwaga rozmowy nadal pozostaje skupiona na niej.
— To było wcześniej — odpowiedziała szybko, niemal natychmiast znajdując uzasadnienie. — Teraz coś mogło się zaplątać.
Purchawka przyglądała jej się jeszcze przez moment, po czym po raz kolejny przejechała językiem po futrze Zewu.
— Dobrze. Zaraz sprawdzę.
Łza uśmiechnęła się szeroko, wyraźnie usatysfakcjonowana, następnie spojrzała na brata i lekko zmarszczyła nos.
— Zewiee… — przeciągnęła miękko, choć z wyraźnie słyszalnym zniecierpliwieniem. — Możesz się nieco pośpieszyć?

<Zew?>