BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

29 września 2025

Od Guziczka CD. Kurki

Po mianowaniu
Guziczek tak naprawdę… Nie tego się spodziewał po treningu na zwiadowcę. Czekał na jakieś wspinaczki, skakanie po drzewach, poznawanie tego małego królestwa kotów. Chociaż może wcale nie tak małego… Nadal nie wiedział, co jest Owocowym Lasem, wiedział tylko o innych klanach, ale nigdy nie zainteresował się szczególnie ich historią. Nie chciał słuchać, chciał ich już wszystkich zobaczyć! Poznać, porozmawiać. Może zdobyć trochę przychylności… Wizja tego, jak zostanie wielkim kotem, władcą ich wszystkich była strasznie przyjemna. To takie jego malutkie marzenie… Ale Miłostka była nudna! Na razie w życiu nie zrobili niczego ciekawego, tylko chodzili i gadali. Czasem, kocur wspinał się na jakieś niższe drzewo, ale on już chciał biegać w koronach! Dlatego, gdy znów wrócili z nudnego jak… Sam nie wiedział co, treningu to chciał więcej przygód. Tyle dobrze, że Miłostka puszczała go bez problemu poza obóz, więc mógł sobie sam biegać. Szedł do legowiska totalnie niechętnie, ale głód przezwyciężył chęć wybiegnięcia, nim jeszcze dobrze do obozu wszedł. Zaraz jednak, widząc znane liliowe futro, totalnie zapomniał o głodzie. Od zaczęcia treningu nie rozmawiał wiele z Kurką, często się mijali. Tym bardziej że Kurka był starszy i już robił dużo ważniejsze i na pewno ciekawsze rzeczy. Ale teraz miał go tylko dla siebie, bo też niedawno musiał wrócić z treningu! Podszedł do niego najciszej, jak potrafił i rozłożył się na jego plecach, jakby było to najwygodniejsze łóżko świata.
— Kurkaaaaa... Nudzi mi się — jęknął niezadowolony.
— Nie masz treningu? — Kurka pacnął młodszego łapą, na co ten ciężko westchnął. Chociaż w sumie westchnął ciężko na pytanie…
— Właśnie skończyłem. I mi się teraz nudzi — pomarudził, ześlizgując się na ziemię. — Chodźmy coś zrobić!
— Ale co?
— Nie wiem. — zastanowił się chwilę. — Możemy iść pomęczyć Czerwca?
— Czerwiec jest na patrolu. Wychodził, jak wracałem.
— No dobra — prychnął. Ten to miał ciekawie... — No, to chodźmy znaleźć coś ciekawego do roboty, a nie siedzimy tutaj! — Wstał i popchnął towarzysza zachęcająco.
— Okej, okej! — Kurka również wstał.
Zanim jednak gdziekolwiek poszli, Guziczek zauważył, że na policzkach towarzysza futro było zmierzwione i nie pasowało do ułożonej już reszty. Zmarszczył brwi i liznął liliowe futerko, aby je ułożyć. Zaraz jednak speszył się i już odbiegł kawałek dalej.
— No chodź! Pozwiedzamy trochę — miauknął, nie zerkając w tył.
— Już idę. — Kurka dogonił towarzysza i zaraz pobiegli bliżej wyjścia. Teraz przynajmniej nikt ich nie złapie.
— Twój mentor pozwala ci wyjść? Pozwiedzamy coś na zewnątrz?

<Kurko?>
[389 słów]

[przyznano 8%]

Od Lulkowego Ziela do Śnieżnej Mordki

TW: opisy uzależnienia, myśli rezygnacyjne

Las tego dnia był zupełnie spokojny. Nie słychać było śpiewu ptaków czy cichego przemykania płochliwej zwierzyny. Nawet wiatr zamilkł zupełnie, pozostawiając gałązki drzew w stagnacyjnym bezruchu. Pomimo pełnego rozkwitu trwającej w najlepsze Pory Zielonych Liści, całe otoczenie wydawało się... martwe. I puste. Jakby całe życie z niego uleciało, skryło się w bezpiecznych chłodach norek, jam i dziupli, uciekając przed okrutnym skwarem i bezlitosnym słońcem. Jedynie gady spoczywały nieruchomo na ciemnych skałach, rozkoszując się nieznośną dla innych aurą, pochłaniając ciepło całością swych malutkich ciałek. Nie sprawiało to jednak, że wojownicy Klanu Nocy mogli w spokoju się relaksować.
Pozostało jeszcze sporo pracy — chociaż odbudowa obozu powoli, acz zdecydowanie zbliżała się do końca, wciąż brakowało jeszcze kilku istotnych elementów, aby móc ją sfinalizować. Elementów takich, jak choćby tych będących obecnie w posiadaniu jednego z ogrodników. Lulkowe Ziele przemieszczał się powoli po suchej, leśnej ściółce, z pyszczkiem wypełnionym sztywnymi patykami. Kora, gałązki, zbrązowiałe igły i nieliczne liście skrzypiały pod ciężarem jego łap z każdym krokiem, wszem i wobec informując okoliczną zwierzynę o jego obecności — nie to, żeby cokolwiek to zmieniało. Nawet najbardziej wytrawny łowca nie zabłysnąłby swoimi umiejętnościami w takim skwarze — a już na pewno nie z pyskiem wypchanym po brzegi drewnianym balastem. Nie wspominając już o tym, że Lulek się do owej grupy na pewno nie kwalifikował. 
Podczas tej samotnej wędrówki starał się jakkolwiek pozbierać swoje rozbiegane myśli. Ostatnimi czasy czuł, jakby zawartość jego mózgu płynęła — porywiście, burzliwie, gwałtownie. Niczym rzeka podczas roztopów, która z każdą warstwą zanikającego lodu powiększa swoje koryto, rozlewając niespokojne wody wszędzie dookoła, nieświadoma zniszczeń i cierpienia, za które jest odpowiedzialna. Z małą różnicą.
Lulkowe Ziele doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Zauważał zmartwione spojrzenia Pierzastej Kołysanki za każdym razem, gdy mijał ją na wyspie, odpowiadając wyłącznie skinieniem dwukolorowego łba i kręcąc nim na propozycje wspólnego posiłku. Widział smutne oczy Szepczącej Łapy, kiedy raczył go jedynie zdawkowymi odpowiedziami, odpychał go od siebie zawsze, gdy ten starał się nawiązać z nim jakąś nić porozumienia. Był tak do niego podobny... I to była chyba jego jedyna przewina. Bo za co innego mógł go nienawidzić?
Poza wyspą też nie było najlepiej. Nie umknął mu zaskoczony, trochę zraniony pyszczek Tojadowej Kryzy. Nie powinien dziwić się bratu — przyszedł do niego pochwalić się radosną nowiną, cały w skowronkach, niemalże latając dookoła jak radosny, kolorowy ptaszek. A co zrobił Lulek? Odpowiedział mu krótkim "to dobrze", po czym prędko wrócił do własnych spraw. Rosiczkowa Kropla przyszła go niedawno odwiedzić — przyniosła kolorowe kamyczki i żabotkę, wykonaną znacznie staranniej niż ich dziecięce bohomazy, kilka księżyców temu porwane przez powódź. Podziękował, a potem po prostu odszedł. Ze Żmijowcową Wicią i Wężynowym Splotem nawet nie rozmawiał. Unikał ich jak ognia. Sam ich widok przypominał mu o tym, że był gorszy. Słabszy. Wolniejszy. Mniej zwinny. Niezdarny. Głupi. Bezużyteczny. Potrzebny tylko wtedy, gdy bury kocur chciał sobie napompować i tak zbyt wielkie ego — albo wtedy, gdy szylkretka potrzebowała porady. Nie był dobrym doradcą, ale najwyraźniej sprawdzał się na tym polu lepiej od reszty rodzeństwa. Poprzeczka w tym przypadku była niestety zawieszona zbyt nisko, aby uznać to za jakiekolwiek wyróżnienie. 
Była jeszcze matka.
Doskonale wiedział, kiedy rozmawiali po raz ostatni, podczas powodzi. Nie czuł potrzeby ponownej konwersacji. 
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gnił. Nie fizycznie — metaforycznie. Gnił od środka, jak owocowy miąższ powoli zamieniający przyjemną słodycz na odrzucającą gorycz. Czy sam już niedługo tak skończy? Jak ohydne, robaczywe plony, których sama obecność psuła resztę zbiorów? Których jedynym właściwym przeznaczeniem było wylądowanie w kompostowej masie, by użyźnić glebę i pozwolić na wzrost ich bardziej wartościowym pobratymcom?
Chyba nie znał odpowiedzi na to pytanie. A może znał, ale odmawiał przyznania tego przed samym sobą? Widzenie siebie jako nieudacznika, zbędnego balastu dla klanu w oczach innych było czymś zupełnie innym niż samodzielne uzmysłowienie sobie tego, czyż nie?
Być może dlatego był tak zgorzkniały. Obrzydliwy. Wstrętny dla innych. Toczyły go czerwie, tłuste, białe larwy nienawiści. A on, niczym zgnilizna, niczym pleśń — przenosił to wszystko na innych. Wyrzucał swoje zepsute wnętrze na zewnątrz. Pokazywał je światu. Nie z dumą, z obrzydzeniem. Ale nie potrafił być inny.
Od powodzi coś w nim pękło. Przestawiło się. Wypadło i nie potrafiło wrócić na prawidłowe miejsce. Coś się zmieniło. 
On się zmienił. 
Powinien być wdzięczny, że tego dnia przeżył, że nie stracił nikogo bliskiego, że odzyskał Rosiczkę. Powinien pielęgnować każdą chwilę z rodziną. Celebrować każdy kolejny dzień, bo następnego mógł się już nie obudzić. Ale nie potrafił się do tego zmusić.
Żył w drętwej monotonii, od ziarenka maku do ziarenka maku. Tylko one pozwalały mu zagłuszyć pędzące, dudniące myśli. Zdawało mu się, że jego głupia głowa już dawno powinna wybuchnąć od nadmiaru podszeptów, obrazów, zwidów i mar, którymi raczyła go zawsze, gdy błogi, senny stan ustępował, bezlitośnie przypominając mu o szarej codzienności. 
Efekty ziaren trwały coraz krócej. Lepsza świadomość opuszczała go znacznie częściej, w najmniej spodziewanych momentach — podczas prac w ogrodzie, rozmów, zbierania ziół. I znacznie częściej łapał się na tym, że jedyne o czym w tych momentach myślał, było jak najszybsze zakończenie tego cierpienia. W ten lub inny sposób. 
Nie był na tyle głupi, aby nie rozumieć, co to znaczyło.
Dokładnie w takim nastroju znajdował się teraz. Taszczył te durne patyki, męczył się w upale, a do tego myślał. Zbyt intensywnie, zbyt szybko, zbyt chaotycznie. Chciał to wszystko posklejać. Naprawić. Złożyć w całość, znaleźć ten brakujący fragment, który zagubił się gdzieś w mętnych falach niedawnej katastrofy. Ale nie mógł.
Stanął w miejscu, zaciskając oczy i zagryzając patyki. Czuł, jak łapy się pod nim trzęsą i uginają. Ledwo w ogóle się na nich wlókł. Każdy najmniejszy ruch mięśni bolał, palił, powodował, że miał ochotę skulić się w ciasny kłębek i odciąć od wszystkiego i wszystkich. Cokolwiek, co pozwoliłoby mu odpocząć od tego cierpienia.
Na drżących łapach wszedł do obozu, oddychając ciężko. Nie wiedział sam, czy to był efekt upałów, czy swojej przypadłości, przed której nazwaniem mentalnie się powstrzymywał. Liczył na to pierwsze. Podszedł do kociarni i odłożył patyki na stos, chcąc chwilę odsapnąć przed kontynuowaniem pracy. Rozejrzał się po obozie. Obserwował grupę wojowników, w pocie czoła wtaczających do obozu skały. Na czele stał Dryfująca Bulwa, gdzieś w tłumie dostrzegł też Świteziankowe Jezioro. Algowa Struga była obok, wydając polecenia i koordynując całe przedsięwzięcie. Prawie było mu ich szkoda. Może naprawdę by im współczuł, gdyby głowy nie rozsadzał mu nieznośny, pulsujący ból. W tym momencie naprawdę chciał, aby jego mózg zwyczajnie stopił się i wypłynął, na wsze czasy odcinając go od wszystkich nieprzyjemnych bodźców. 
Westchnął cierpiętniczo, po czym wstał z suchej, piaszczystej gleby, patrząc na leżące na stosie patyki tak, jakby co najmniej same były winowajcami obecnej sytuacji. Niechętnie schylił się ku nim, biorąc jeden z nich do pyszczka i zaczynając swoją żmudną robotę, na którą absolutnie nie miał ochoty w obecnej chwili. Umacniał ścianki żłobka, zabezpieczając go na wypadek powtórki z ostatniego armagedonu. Nagle poczuł jednak czyiś wzrok na swoich plecach. 
Odwrócił łebek, a jego żółte ślepia spotkały się ze wzrokiem błękitnych tęczówek Śnieżnej Mordki. Od razu poczuł, jak jego ból głowy się nasilał. Czy ten trajkoczący mysi móżdżek nie miał lepszego miejsca do przebywania w tej chwili? Los dzisiaj zsyłał mu najcięższe bitwy do stoczenia, czyż nie? Odpłacał się pięknym za nadobne...
Kotka przywitała się z nim — nie tak entuzjastycznie jak zapamiętał jej powitania z innymi — po czym, jak gdyby nigdy nic, podeszła do kupy badyli i wybrała sobie jeden. 
— Będziemy umacniać ściany, hm? Fajowo! — miauknęła, przechylając łebek na bok, z głupim uśmiechem przylepionym do mordki.

< Śnieżna Mordko? >

Event: Umocnienie ścian żłobka, Wtoczenie kłody na zwierzynę

Od Księżyca do Wróżki (Wełnistej Łapy)


Odsunął się nieco, chichocząc i odganiając dziwną, łaskoczącą rzecz łapką.
– Pffft, hihi, ha! Zostaw – prychnął, machając łapą – Nie mogę zobaczyć nic czołem.
W odpowiedzi usłyszał chichot, jednak łaskotania zaprzestano, a kotka zdawała się usiąść na przeciwko niego. Kocurek wyciągnął łapkę, zgadując, że piórko zostało położone gdzieś w pobliżu i wcale się nie mylił. Już po chwili w jego łapie wylądowało drobne pierze. 
– Piórko – stwierdził po chwili, gdy już się uspokoił i mógł spokojnie wybadać łapami co miał przed sobą. Nie było to trudne, teksturę i kształt miało łatwe do rozpoznania.
– Łabędzie piórko – doprecyzowała. – Czy coś ci przypomina w dotyku? – dopytała.
– Futro...? – zastanowił się przez chwilę, dopiero po chwili odpowiadając – Gładkie futro.
– Podobne jak futerko Lotosa i Białego. – potarła łapką pysk, czego widzieć nie mógł, a jedynie usłyszał jakieś lekkie... "szuranie"? 
– A twoje nie? – zdziwił się lekko. Z tego co wiedział, cała trójka rodzeństwa była bardzo do siebie podobna. Racja, mieli inne rysy pyska i inaczej pachnieli i chodzili, jednak wciąż byli podobni... a dla osób które mogły korzystać z oczu, zdawały się czasem niemal jednakowe. 
– Moje jest bardziej puchate, nie uważasz? Bliżej mu chyba do... Nie wiem czego.
– Ale przecież są jeszcze puchate piórka – zauważył – Na przykład taki puch co jest w legowiskach. No i też jesteś bardziej fajna jak piórko więc też można porównać – próbował jakoś wypowiedzieć swoje myśli, chociaż niezbyt mu szło. No i był jeszcze puch z królika i puch z ostu, więc było naprawdę miłych w dotyku rzeczy! Nagle poczuł, jak jego pyszczek został uchwycony w dwie cudze łapki, należące najpewniej do Wróżki, która pogniotła mu lekko policzki. 
– Ty za to przypominasz dmuchawiec. Myślę, że gdyby mama nie nazwała cię Księżyc to nazywałbyś się właśnie tak.
– Naprawdę? – przekrzywił nieco główkę na bok, opierając się bardziej na jednej z trzymających go łap – A dmuchawce są fajne?
– Tak. Są śliczne. Są taką kulką małą, która pomaga w spełnianiu życzeń.  Wystarczy w nie dmuchnąć i nasze marzenia się spełnią. – tłumaczyła – Tylko trzeba poczekać na odpowiednią porę, aż pojawią się na polanach.
– Czy jak się we mnie dmuchnie, to też spełnię życzenie? – spytał, trochę żartem. Nie był fanem wizji w której wszyscy na niego dmuchają.
– Możemy sprawdzić. – zaproponowała, uwalniając jego pysk z puchatej klatki.
– Ok, to dmuchaj – ścisnął mocno oczy i się nieco skurczył, czekając na wielki podmuch który miał nastąpić, jakby miał być siły i rozmiaru co najmniej małego huraganu, chociaż w rzeczywistości dmuchnięty został jedynie w pysk. 
– Już. – oznajmiła.
Otworzył ślepia (nic to nie dało) które zamknął w obawie przed podrażnieniem. 
– I co, dzieje się coś już?
– Nie. – pokręciła łebkiem - Moje życzenie wymaga trochę czasu.
– Ale to nie sprawdzimy, czy rzeczywiście spełniam życzenia – zauważył nieco zgaszony. Ale może to i lepiej, nikt nie będzie na niego dmuchać bo nie będą mieli dowodu czy działa czy nie. Ale chciałby, wciąż chciałby wiedzieć czy umiałby spełniać życzenia. 
– Sprawdzimy, sprawdzimy. – starała się podnieś kocię na duchu – Nie będziemy musieli zbyt długo czekać. – miauknęła tajemniczo, nie decydując się wyjawić, jakie było jej życzenie. W tym jednak momencie usłyszeli czyjś głos i Wróżka zajęła się tłumaczeniem po co przyszli do Wędrującego Nieba, a już po chwili byli zaopatrzeni w kilka ciekawych rzeczy. 

┈◦☽⭒┈𝄪⚪𝄪┈⭒☾◦---

Ciężko mu było trzymać się ogona Wróżki i jednocześnie nieść w pysku kilka ususzonych roślinek, w taki sposób, by nie zabarwić nimi z pomocą śliny puchatej białej kity. Z początku chciał iść samodzielnie, by odciążyć nieco kotkę, jednak szybko przekonał się, że chodzenie po nieznanym terenie nie należy do najłatwiejszych, przez co kotka nie dość, że musiała nieść większość rzeczy, to jeszcze trzeba było zaciągnąć Wędrujące Niebo do pozostawienia kilku rzeczy przed wejściem do żłobka. 
– Mamy barwniki! –  zawołał kocurek, wypluwając z pyska kilka łodyżek z zasuszonymi, niebieskimi kwiatami. –  Ale tszeba je zrobić...
– Trzeba przynieść wody... I przydałoby się kilka kawałków kory do mieszania... I jeszcze... – miauknęła kotka, obserwując przyniesione rzeczy. Jako, że Wędrujący jej powiedział co mają zrobić, aby uzyskać barwniki, zaczęła rozstawiać przedmioty, które starszy zostawił w wejściu do kociarni. Jako najstarsza z grupy, rozdzieliła zadania między kocurkami, którzy po przyniesieniu jej reszty potrzebnych rzeczy wspólnie zaczęli przygotowywać kolorową ciecz.
– Gdzie są niebieskie kwiatki...? – wymamrotał niebieski, próbując łapą wymacać rośliny które miał przed sobą i je jakoś rozpoznać po teksturze – Jakie są jakie.... 

<Wróżka?>

28 września 2025

Od Miodowej Kory CD. Dąbka

Miodowa Kora widział, że Dąbek miał pięć księżyców i już miał dużo siły, szarpiąc zwierzynę z jego pyska, myślał, że jego pysk też urwie. Spojrzał na syna, który zrobił słodkie oczka w jego stronę po tym.
– Już dobrze, pójdziemy do lasu tylko we dwoje. Tylko nie mów mamie.
Był duży, więc wyglądał na ucznia, ale nadal miał pięć księżyców, więc musiał być w żłobku.
Dąbek bez wahania upuścił ptaka zadowolony. Spojrzał pytająco na ojca.
– Jak to nie mówić mamie? Dostałbym karę?
Czekoladowy kocur przekrzywił łebek.
– Możliwe.
A jego partnerka by go udusiła, liliowy nie chciał kłótni z tego powodu, więc wolał to zachować w sekrecie.
– Jednak nie zamartwiaj się, bo teraz idziemy poza obóz.
Nie chciał dłużej nad tym myśleć i wyszedł ze swoim synem z obozu w teren pełen drzew.
– Dobra!
Byli już poza lasem, więc wojownik postanowił go przygotować na mianowanie na ucznia, został tylko Dąbkowi jeden księżyc, by nim zostać. Musiał przeżyć za wszelką cenę i on jako jego ojciec dopilnuje tego.
– Dobrze, to co wiesz o terenach poza obozem?
Chciał zacząć od łatwiejszych pytań, żeby nie zniechęcić czekoladowego kocura.
Dąbek usiadł wygodnie i spojrzał się pytająco na ojca. Wojownik nie wiedział czemu jest aż tak skrzywiony z powodu tego pytania.
– No, na naszych terenach jest las – odpowiedział syn Miodowej Kory, jakby to była najoczywistsza oczywistość, przy okazji rozglądając się po otaczających ich drzewach.
Było tutaj przytulnie.
– A wiesz coś może o zwierzynie, która występuję w naszych lasach?
To było podchwytliwe pytanie, na które kociak na pewno nie będzie znał odpowiedzi. Przynajmniej może się dowie, że poza obozem są nie tylko myszy i króliki.
– To, co jest na stosie zwierzyny, to biega po lesie – odpowiedział kociak wymijająco.
Liliowy popatrzył na drzewo.
– Nie tylko to, poza obozem mamy też zwierzynę, która może rozszarpać kota. Do takich stworzeń należą sowy, podczas próby będziesz musiał najbardziej na nie uważać. Są aktywne nocą, więc gdy cię zobaczą, to od razu użyją swoich szponów i ostrych dziobów, by cię rozszarpać! Oczywiście sowy żyją pojedynczo, więc nie zaatakuje cię całe stado. Nie tylko ptaki są drapieżne. Mamy też ssaki, z którymi nie warto zadzierać, nie są gigantyczne, ale umieją niejednego kota załatwić. Są to kuny, wyjątkowo agresywne, lisy, które rozpoczynasz po ich rudym futrze, i borsuki.
Na chwilę przestał gadać, nie umiał tak opowiadać monotonnie, dlatego nie chciał, by mu język zdrętwiał od tego gadania.
– Czyli Tygrysek też jest lisem?
Zaśmiał się pod nosem.
– Albo ten Warczący Lis, który sam padł ofiarą lisa?
Kocur zrobił poważną minę, trochę się zawiódł na Dąbku, że wyśmiewał śmierć innego kota. Jego syn chyba to zauważył, bo było widać po nim skruchę.
– Znaczy, żal tak młodego istnienia...
Dąbek odkaszlnął.
– To nie powód do żartów, jak spotkasz wściekłego lisa, to odechce ci się żartować. Dlatego noc, której w lesie doświadczysz, będzie twoim sprawdzianem, czy przetrwasz i zostaniesz uczniem. Bowiem przeżywają tylko najsilniejsi, a ty masz taki być tego dnia.
Za księżyc syn Miodka, będzie musiał stać się dumą rodziny, dlatego młodzieniec będzie musiał o tym pamiętać.
Jego czekoladowy syn zrobił niechętną minę i powoli pokiwał głową.
– Dobrze, ojcze – odparł, niczym wzorowy syn.
– Będę najlepszy z najlepszych. Schowam się na drzewie w samej koronie albo wespnę się na jedno z iglastych drzew, świerki wydają się bardzo kolczaste i niedostępne z zewnątrz. Dam jakoś radę.
Cieszył się, że jego syn brał to na poważnie, luzackie podejście mogłoby go zabić.
– Myślę, że świerk jako kryjówka to dobry pomysł. Widzę, że się ode mnie czegoś nauczyłeś, jak byłeś pierwszy raz w lesie.
Jak Dąbek był z nim kilka księżycy temu, poza lasem, pierwszy raz to ledwo co słuchał, dobrze, że z wiekiem się to zmienia.
– Jak będziesz uczniem, to zabiorę cię do Czarnych Gniazd. To tereny które zdobyliśmy na zwycięskiej wojnie z Klanem Klifu.
Dąbek słuchał z podekscytowaniem ojca.
– Teraz też chętnie bym zobaczył Czarne Gniazda, daleko są?
– Tak, Czarne Gniazda nie są blisko, a nie chciałbym cię brać daleko, bo ktoś by zauważył, że dłużej cię nie ma w żłóbku i byłoby już po wycieczce. Dlatego musisz poczekać jeden księżyc, wtedy pójdziemy tam legalnie – odparł wojownik.
– No dobra.
Dąbek kopnął kamień, który niedaleko leżał jego łapy.
– Czy coś jeszcze robimy? Wspinamy się na drzewa albo przynajmniej na ten świerk?
Liliowy wojownik, myślał przez chwilę nad propozycją kocura, wspinanie się po drzewach wydawało się mniej narażone na ryzyko niż takie wyjście z daleka od obozu. Dąbek jak się nauczy wejść na taki świerk, to mu się to przyda za jeden księżyc.
– Wiesz synu, to dobry pomysł, znajdziemy dla ciebie jakiś świerk do wspinaczki.
Wojownik zaczął szukać jakiegoś drzewa świerkowego, wśród sosen trochę długo im to zajęło, ale w końcu znaleźli gęste drzewo świerkowe.
– To możesz spróbować się po nim wspiąć, tylko pamiętaj, żeby użyć do tego pazurów. Będziesz miał lepszą przyczepność podczas wspinaczki.
Dąbek bez wahania wysunął pazury i wcisnął je w korę świerka.
Miodek przyglądał się wspinającemu się synowi, sądził na początku, że Dąbek najwyżej wespnie się na drugą gałąź i szybko zejdzie, ale jego syn wspinał się coraz wyżej, a on tylko patrzył. Nic nie robiąc, aż w końcu Dąbek wystawił swoją głowę między gałęziami. Miodowa Kora się przestraszył.
– Nie ruszaj się stąd! Już idę po ciebie!
Kocur zaczął się wspinać do syna po świerku.
– Nie jestem już małym kociakiem, dam radę zejść sam!
Czekoladowy srebrny kocur fuknął.
Miodowa Kora wspiął się i stanął na gałęzi obok niego, która zaczęła się uginać pod ich ciężarem. Ani jeden, ani drugi nie byli wcale tak lekcy.
– Nie zniesiesz mnie na dół, bo ci pysk urwie. – Zauważył młody, zeskakując, na gałąź niżej.
– Nie zamierzam cię znosić! Będę cię asekurować, byś zszedł bezpiecznie na dół. W górę łatwo wejść, ale zejść już nie jest tak prosto. Za mną!
Kocur zszedł niżej i czekał aż Dąbek, też zacznie schodzić, przynajmniej jak jemu synowi łapa się uwinie, to go złapie.
Dąbek nic nie odpowiedział.
Prędko skoczył na gałąź, na której stał jego ojciec, potem na jeszcze niższą i niższą, wyprzedzając tym Miodową Korę, nie słuchając g.
– Widzisz, tato, dobrze sobie radzę, nie musiałeś się mart-
Nie zdążył dokończyć, kiedy w połowie zdania, poślizgnął się na gałęzi i spadł z drzewa prosto na mech.
Wojownik miał nadzieję tylko, że bezpiecznie zejdą, zobaczył, że Dąbek go wyprzedził bez jego pozwolenia. Jego syn mówił, że radzi sobie dobrze, dopóki nie spadł z drzewa, serce liliowego kocura biło szybko, a jego wyraz zbladł.
– Na Klan Gw-
Przerwał w połowie zdania, gdy widział, że Dąbek wylądował na mchu. Przypomniało mu się jeszcze, że nie mógł mówić głośno o klanie gwiazdy, bo jeszcze ktoś by to usłyszał i by miał problem z kultem w ich klanie.
– Na Klan Wilka... – dokończył, mówiąc do siebie po czym zszedł szybko do syna. Widział, że nic mu nie jest, ale wściekłość przeszła jego całe ciało.
"Co on sobie na Klan Gwiazdy myślał?!" – mówił sobie w myślach, a gdy wychwycił kontakt wzrokowy ze swoim synem to nie oszczędził on słów.
– Pająki zasnuły ci mózg?! Co ty sobie myślałeś! Powinieneś mnie był posłuchać, ale nie! Wolałeś się wygłupiać przy gałęziach niczym durna zwierzyna łowna! Gdyby nie ten mech, to byłbyś martwą miazgą połamanych kości. Miałeś szczęście....
Patrzył na niego dość surowo. Myślał, że to już koniec ich wycieczki, Dąbek powinien w sumie być już w żłobku ze swoim rodzeństwem.
– Wracamy do domu – powiedział stanowczo, kierując się w stronę obozu. Nie wymienił nawet już spojrzenia z własnym synem, tylko miał nadzieję, że będzie mu posłuszny i wróci do matki.
Kocurek położył po sobie uszy, podczas tego głośnego monologu ojca.
– Jesteś przewrażliwiony, koty tak nie kończą. Spadłem na cztery łapy. – Spojrzał na wściekłego ojca. – No, mniej więcej.
Miodowa Kora popatrzył na niego i przewrócił oczami. Czy on nie miał jakiejś większej świadomości? Gdzie jego instynkt przetrwania, wyparował z urodzeniem?
– Nie więcej, nie wyglądało to na profesjonalne spadanie! Mogło ci się stanąć coś poważniejszego. Żyję już długo na tym świecie, więc mam od ciebie więcej rozumu.
Tym bardziej liliowy myślał, tym zadawał sobie bardziej pytania, czy on w tym lesie przeżyje, czy może coś mu wydłubie oczy za nim znajdzie kryjówkę.
– Dam radę! Tylko się potknąłem!
Prychnął, również denerwując się na ojca.
– Wcale nie było najgorzej jak na pierwszy raz.
Ojciec Dąbka westchnął ciężko.
– Życzę ci za to, żeby drugi raz też był udany. A teraz na serio jest późno, trzeba iść.
Powiedział Miodowa Kora, a za nim do obozu poszedł jego syn.

Od Tiramisu

Tiramisu znał już kilka podstaw, których nauczył go Trójoki Zając, ale wciąż nie było to nic szczególnego. A na dodatek na pierwszy trening przykleiła się do nich Kocimiętka, która nagle też zapragnęła rozpocząć naukę. Srebrny czuł się… trochę zazdrosny, choć starał się tego po sobie nie pokazywać, by wciąż uchodzić za elegancika. Mimo wszystko bał się, że ruda kiedyś go prześcignie, że będzie wiedziała więcej, umiała lepiej. Oczywiście, powtarzał sobie, że to on jest najlepszy, ale… brakowało mu dowodów. W jaki sposób mógłby pokazać, że wciąż jest wyżej od zielonookiej?
Rozmyślając nad tym, przypomniał sobie o pewnym samotniku – Kiełbasie. To właśnie on pomógł mu pozbyć się tego obrzydliwego kleszcza, a także zaradził ranom Trójokiego Zająca. To musiało oznaczać, że znał się na medycynie. Miał dodatkową wiedzę, która czyniła go ważniejszym. Może, za odpowiednią opłatą, zgodziłby się podzielić nią także z młodzikiem?
Tiramisu rozejrzał się dookoła, aż w końcu dostrzegł kremowego samotnika. Dumnie uniósł ogon i ruszył w jego stronę.
— Dzień dobry, Trójoki Zającu — powitał go, skłaniając głowę. Następnie usiadł i lekkim ruchem ogona wskazał, by tamten zrobił to samo. Po krótkiej chwili ciszy kontynuował:
— Wiesz, polowanie, tropienie i walka są naprawdę świetne… ale czuję, że to dla mnie za mało.
Przełknął ślinę i spuścił wzrok na łapy pręgowanego, celowo przybierając smutny wyraz pyska.
— Ja nie chcę być tylko zwykłym, szarym samotnikiem z podstawową wiedzą. Chcę czegoś więcej! — podniósł głowę, mówiąc z determinacją. Zając zamyślił się na moment, po czym mruknął:
— Czego więcej? — zapytał niepewnie, pochylając się nad srebrnym, jakby jego odpowiedź miała być wielką tajemnicą. Tiramisu wyprostował się gwałtownie, odsunął lekko i wypalił:
— Chcę uczyć się medycyny! Przecież pamiętasz Kiełbasę, prawda? Może zaprowadzisz mnie do niego? Jestem pewien, że zgodziłby się poopowiadać mi trochę o ziołach i chorobach. Wtedy nie musielibyście za każdym razem wędrować tak daleko, kiedy wbije wam się cierń w łapę. Ja mógłbym wam pomagać! — dodał z dumą, szczerząc swoje bielusieńkie ząbki.
— Hm… może rzeczywiście masz rację. Mam tylko nadzieję, że Kiełbasa nie będzie miał nam za złe, że zawracamy mu głowę… — zamyślił się zielonooki. Tiramisu uśmiechnął się pod nosem, po czym wstał i musnął futrem bok Zająca.
— Skądże! Jestem pewien, że taki samotny staruszek ucieszy się z towarzystwa. Ja pomogę mu, on pomoże mnie. Wszyscy będą zadowoleni.
Kremowy skinął głową, po czym także się podniósł.
— Więc kiedy chcesz wyruszyć? — spytał, zerkając na niebo. Było jeszcze bardzo wcześnie, a w Porze Zielonych Liści słońce i tak zachodziło późno.
— Teraz.

***

Kilka dni później, Tiramisu odbywa trening z Kiełbasą

Tiramisu szedł po mieście u boku Kiełbasy, którego oczy uważnie lustrowały otoczenie. Futro starego samotnika było napuszone, a poszczerbione uszy sterczały czujnie. Echo ich kroków odbijało się od murów, aż w końcu srebrny, zirytowany, prychnął:
— Więc… czego dokładnie szukamy? Kręcimy się w kółko już od dłuższego czasu! — burknął, zadzierając brodę. Kiełbasa zerknął na niego z ukosa, mrużąc ślepia.
— Cierpliwości, młodzieńcze. Jeśli naprawdę chcesz zdobyć wiedzę medyka, musisz nauczyć się wytrzymałości. Nie każde zioło rośnie pod łapą. Czasem trzeba szukać całymi dniami.
Tiramisu poczuł, jak coś ściska mu gardło. Powoli zaczynał żałować tej decyzji. Nie chciał uczyć się od jakiegoś śmierdzącego starucha! Chciał tylko być lepszy od Kocimiętki – i to właśnie zazdrość trzymała go w miejscu, choć najchętniej odwróciłby się na pięcie i odszedł.
— No tak, ale czego właściwie szukamy? Może zacząłbyś mi tłumaczyć jakieś podstawy? Chcę znać medycynę, a nie każdy zakamarek tego miasta — przewrócił oczami.
— Golteria — odpowiedział nagle Kiełbasa. — Szukamy golterii. Dobrze goi rany, a do tego działa jako antidotum na trucizny. Ma błyszczące, zielone liście i czerwone jagody.
Srebrny przytaknął, starając się zapamiętać każde słowo. Po jakimś czasie obaj opuścili miasto i skierowali się ku niewielkiemu lasowi. Pomarańczowooki zaczynał się niecierpliwić. Od początku treningu nie znaleźli niczego. Po co więc wędrowali tak daleko? Czy naprawdę właśnie tutaj miała rosnąć ta cała golteria?
Kiedy wkroczyli między drzewa, Tiramisu zaczął rozglądać się uważnie. I nagle dostrzegł – roślinę z błyszczącymi, ostrymi liśćmi i jaskrawoczerwonymi jagodami. Doskoczył do niej i już miał chwycić ją w pysk, gdy nagle rozległ się krzyk:
— Stój! Zostaw to!
Młody wzdrygnął się i odskoczył od rośliny. “O co chodzi temu staruszkowi? Postradał zmysły, czy po prostu mi zazdrości?” – pomyślał z pogardą. Kiełbasa podszedł, obwąchał zioło i westchnął ciężko.
— To ostrokrzew. Trujący. U dorosłych kotów wywołuje różne paskudne objawy, ale nie zabija. Młodzik w twoim wieku nie miałby już tyle szczęścia. — Delikatnie odepchnął Tiramisu od krzewu.
— Pff, oczywiście, że to wiedziałem — wymamrotał srebrny pod nosem, starając się ukryć poczucie zawstydzenia. Nie chciał przyznać przed sobą, że o mało co nie pomylił ostrokrzewu z właściwym ziołem. “To było zamierzone. Chciałem otruć tego starucha…” – wmawiał sobie, unosząc uszy. Rozejrzał się, ale Kiełbasy nigdzie nie było. Serce Tiramisu zabiło szybciej, nim zmarszczył brwi i prychnął, udając, że wcale go to nie rusza. Otrzepał futro i zaczął węszyć w powietrzu, próbując złapać jego trop. Po chwili zorientował się, że chyba się zgubił.
— Kiełbaso? Wiem, że tu jesteś! No pokaż się, staruszku! — zawołał, strosząc sierść. — To naprawdę głupie! Mieliśmy zbierać zioła, a nie bawić się w kotka i myszkę! — dodał, rozglądając się nerwowo. Nagle z góry spadł na niego kamyk. Spojrzał w górę i dostrzegł parę błyszczących oczu.
— Wspinaj się, żwawo! — zawołał Kiełbasa. — Zbierzemy trochę liści dębu. Jak się je wysuszy i przeżuje na papkę, dobrze zapobiegają infekcji.
Tiramisu podszedł niepewnie do pnia. Szybko sobie jednak przypomniał, że nigdy nie wspinał się na drzewa. Mimo to wysunął pazury i instynktownie spróbował podciągnąć się w górę. Doszedł mniej więcej do połowy, a tam utknął. Stracił rozpęd, nie potrafiąc wykonać następnego ruchu. Przytulił się kurczowo do kory.
— Coś się dzieje? Ja tu na ciebie czekam! — charknął z góry Kiełbasa. Srebrny przełknął ślinę, czując, jak łapy ześlizgują mu się po pniu. “Zdrajca! Chce mnie tylko upokorzyć! Tacy mentorzy powinni zginąć!” – pomyślał, po czym odczepił się od drzewa i runął nieelegancko na twardą ziemię. Poczuł ból w łapie, ale szybko się podniósł, udając, że nic się nie stało. Zaczął gorączkowo wylizywać zmierzwione futro, a gdy spróbował oprzeć się na chorej łapie, przeszył go ostry ból. Zagryzł jednak język i nie wydał z siebie żadnego dźwięku.
Po chwili Kiełbasa zeskoczył z drzewa, trzymając w zębach kilka liści.
— Halo? Żyjesz, młodzieńcze? — zapytał, po czym od razu zauważył, że Tiramisu nie stawia ciężaru na jednej łapie. — Zrobiłeś sobie coś?
— Nie twoja sprawa! Nic mi nie jest, wszystko w porządku — odburknął srebrny, odwracając wzrok.
— Skoro tak mówisz — mruknął Kiełbasa, wzruszając ramionami. — Dziś nam się nie poszczęściło. Nie znaleźliśmy nic wielkiego, więc wracamy. Jutro spróbujemy jeszcze raz. Tylko następnym razem słuchaj, jak coś do ciebie mówię. Nie będę powtarzał w nieskończoność.
Tiramisu tylko niechętnie kiwnął głową.

***

Dotarł w końcu do miejsca, w którym mieszkał wraz z piątką innych kotów. Starał się iść tak, jakby wszystko było w porządku. Co chwilę delikatnie naciskał na swoją łapę, by nikt nie zauważył, że kuleje. Ból przeszywał łapę przy każdym dotknięciu gruntu, ale mimo tego Tiramisu unosił dumnie brodę i udawał, że nic się nie stało. “Niech sobie nie myślą, że jestem słabeuszem!” – myślał, upewniając się, że nikt nie trzyma wzroku na jego obolałej kończynie choć uderzenie serca za długo. Oprócz tego jego futro było gładko wylizane, choć gdzieniegdzie wciąż sterczało po upadku. Na to jednak miał wytłumaczenie. “Przecież wieje wiatr!” – powtarzał sobie w głowie.
Gdy już miał wejść do posłania, podbiegła do niego Kocimiętka. Zatrzymała się przy nim, mrużąc oczy.
— Czemu tak dziwnie stawiasz łapę? — zapytała podejrzliwie. Srebrny parsknął na jej słowa i machnął ogonem, próbując ją odgonić, niczym upierdliwą muchę.
— Bo ja w przeciwieństwie do ciebie, staram się chodzić elegancko! — rzucił, próbując brzmieć obojętnie. Kocimiętka zmarszczyła brwi.
— Nie wiedziałam, że poruszanie się jak przejechany szczur jest teraz uznawane za elegancję! — dodała, po czym wzruszyła ramionami i tracąc zainteresowanie srebrnym, poszła dalej.
Łapa kocura pulsowała coraz mocniej. Odwracając wzrok od swojego posłania, postanowił usiąść w cieniu, starając się nie obciążać zranionej kończyny.

[1280 słów do treningu medyka]

[przyznano 26%]

Od Szałwiowego Serca CD. Kuniego Strumyczka

dawno
— Nie spodziewałam się, że tak szybko jakiegoś otrzymasz, patrząc na to, że nie tak dawno ukończyłeś własne szkolenie. Zawsze zastanawiało mnie, jak to jest kogoś uczyć... a więc, jak się czujesz z rolą mentora?
Szałwiowe Serce wzruszył ramionami.
— Jeśli oczekujesz czegoś niesamowitego, cóż, lepiej się nie nastawiaj — zaśmiał się lekko. — Znaczy, nie żebym narzekał, ale to całkiem męcząca i odpowiedzialna robota. Przecież praktycznie wychowujesz młodego kota — mruknął i spojrzał na chwilę w bok. Wzrokiem szukał swojej uczennicy tam, gdzie wcześniej słyszał uczniowski gwar. W końcu dojrzał jej białe futro, leżące gdzieś z tyłu. Nie angażowała się w uczniowskie zapasy. Wrócił spojrzeniem na swoją rozmówczynię. — Borówkowa Łapa to dobra uczennica. Szybko pojmuje nowe rzeczy, jest zdeterminowana do nauki, mądra i pokorna... Nie sprawia mi problemów i jestem za to wdzięczny. Trochę się już nasłuchałem opowieści o niesfornych uczniach.
— Chciałabym przynajmniej zobaczyć, jak to jest — westchnęła. 
— Jeśli lubisz spać do późna, to mało przyjemnie — odpowiedział żartobliwie. Widział, jak Kuniemu Strumyczkowi drgają z rozbawienia wąsy.
— Na szczęście nie należę do popielic, więc chyba nie będzie to dla mnie taki problem — miauknęła z sugestią. Natychmiast zrobił udawanie oburzoną minę.
— Hej, nie przesadzajmy! Nie jest ze mną jeszcze tak źle. — Cofnął pysk, jak gdyby się zdziwił lub czegoś brzydził, co dodawało jego gestom dramaturgii. — Niektórzy chrapią w legowiska do Wysokiego Słońca. Ja mam jeszcze resztki jakiegoś taktu!
— Tja... — odparła, tylko go podjudzając.
— Ty też nie jesteś taka święta! Jakbym chciał zliczyć na palcach wszystkie momenty, gdy to ja się zbierałem wcześnie na polowania czy patrole, a ty leżałaś do góry brzuchem, to bym potrzebował kolejnych dziesięciu par łap... 
Teraz to ona przybrała rolę zdenerwowanego aktora.
— Wcale nie! Zresztą, nawet jeśli, ja w identycznej sytuacji potrzebowałabym chyba setki łap! — powiedziała głośno, podnosząc się na przednich łapach tak, że patrzyła na niego z góry. Szałwiowe Serce parsknął i przewrócił oczami. 
— Hmpf! — Ustawił łeb bokiem do niej, zamykając oczy. Udawał focha. — No dobra. Wygrałaś — mruknął cicho, wracając do poprzedniej postawy. Kotka, chichocząc, zrobiła podobnie.
— Tak myślałam — dodała na koniec z uśmiechem.

***

kilka księżyców temu
Jego życie ponownie popadało w rutynę, za którą właściwie tęsknił. Nie potrzebował ani tych walk, ani tych katastrof, by jego życie było wystarczająco żywiołowe i trudne do okiełznania. Już wieloma myśli zaprzątał sobie umysł – Łuną, zmarłym ojcem, skłóceniem z bliskimi, kwestiami rodziny królewskiej, tamtym dziwacznym snem... Był wdzięczny za obowiązki, którymi mógł zająć głowę, by odegnać wszystko, co mąciło jego spokój. Gdy pracował, nie myślał, a przynajmniej nie aż tyle. Mógł całą swoją frustrację, cały smutek i całą gorycz przelać na te durne... Głazy.
Było to lepsze niż jakiekolwiek patrole i polowania. Na nich musiał zachowywać ciszę, przynajmniej względną. Przy tej pracy ciszy nie było. Z pysków towarzyszy i jego samego wciąż wydostawały się sapnięcia, bolesne jęki czy wyzwiska w stronę ciężkich, denerwujących obiektów nieożywionych, które za nic nie chciały się ich słuchać. Wszyscy wspólnie narzekali na żmudność tej roboty. Nie żeby przesadzali... Bądź co bądź, wtaczanie głazów na wyspę, gdy trzeba było przeprowadzać je przez wodę, to było wyzwanie, na które gotowi byli tylko najsilniejsi. One wcale nie współpracowały. Wolały leźć na dno, ku głośnemu niezadowoleniu ich grupy, która cały wschód słońca potrafiła przeznaczyć na ciągnięcie kamienia tylko po to, by ten umościł się wygodnie w mokrym mule. Czasem zachowywały się łagodnie i wracały na swoje poprzednie miejsce. Nieraz jednak spadały w dalsze odmęty rzeki, nieraz zupełnie chowając się w toni. Nikt nie był na tyle silny i brawurowy, by próbować je stamtąd wydostać. Trzeba było iść po nowy głaz i znów zaczynać tę męczarnię. Plusy? Gdy praca na dany dzień była skończona, ledwo stał na nogach. Jedynym, co był w stanie zrobić, to wycieńczonym pacnąć na legowisko i otulony w królicze skórki zasnąć w parę uderzeń serca.
Słońce już przygotowywało się do zmierzchu, gdy Mandarynkowe Pióro dała im znak do odpoczynku. Wtoczyli. Jutro zajmą się przestawieniem go w odpowiednie miejsce. Zmęczony Szałwiowe Serce powłóczył w centrum obozowiska, które nadal wyglądało dość... Surowo. Można było wyczuć, że prace zaczęły się dopiero niedawno i lista zadań do wykonania była naprawdę długa. Tym razem nie skierował się prosto na posłanie, a do sterty ze zwierzyną. Bez większego przebierania zgarnął z niej jedną srebrną rybę, walnął się na ziemię i zaczął ją jeść jak największy delikates.
— Wszystko dobrze, Szałwiowe Serce? — zapytała siedząca nieopodal kotka, której obecności nawet nie zauważył. Na chwilę przerwał przeżuwanie posiłku, by na nią spojrzeć.
— Dobrze — miauknął w odpowiedzi. Zmęczenie było wymalowane nawet w jego uśmiechu. — Po prostu te prace w obozowisku są... Wyczerpujące — dodał, wzdychając.
Kuni Strumyczek pokiwała delikatnie głową. Nie mógł jej zarzucić nieróbstwa. Wprawdzie wojowniczka nie zajmowała się sprawami tak ciężkiej, dosłownie, wagi, ale nieraz widział, jak pomagała choćby Kotewce w umocnieniu ścian żłobka. Zresztą, nie oceniał nikogo, jeśli pracował; każda para łap, która się czymś zajmowała, a nie leżała wywrócona do góry, była dla niego wyjątkowo cenna.
— Nie chciałabym musieć pracować z tymi głazami — powiedziała po chwili ciszy, po czym położyła się na ziemi przed kocurem w pozycji bochenka, owijając ogon wokół swojego boku.
— Cóż — westchnął — ktoś musi to zrobić, nie? Ciesz się, że chociaż odbębniam tę robotę za ciebie...
— Cieszę się, uwierz mi — zapewniła, delikatnie się uśmiechając. — Wolałam zająć się trochę mniejszymi kamieniami, niż te wasze... Układałam je tu dziś z Pluskającym Potokiem. Myślisz, że stoją równo? — spytała, przez co rozejrzał się wokół. Fakt, coś się zmieniło. Teraz ta wyrwa w ziemi, otoczona skałkami, wyglądała nieco lepiej, niż przedtem. Właściwie, dobrze, że ktoś wpadł na taki pomysł. Teraz miało się co tu nagrzać, a dzięki temu też było na czym się wylegiwać, jak już przyjdą gorętsze dni.
— Myślę, że chcę spać — zaśmiał się Szałwiowe Serce i ruszył po kolejny kęs. Kawałki mięsa i wnętrzności rozbryzgały się nieco wokół niego. Nigdy nie potrafił utrzymać porządku przy posiłku... — Nie no, jest ładnie, naprawdę. Chcę to zobaczyć za parę księżyców, jak wtedy będzie to wyglądać — wymruczał pomiędzy mlaśnięciami.
— Obiło mi się o uszy, że ogrodnicy chcą posadzić tu jakieś rośliny, ale nie pamiętam dokładnie. — Ponownie umilkła na parę uderzeń serca. Ciszę między nimi przerywały tylko odgłosy jedzenia. Nagle uszy Kuny wyprostowały się, jakby zauważyła coś ciekawego. — Czy to ukleja?
— Co – a, że ryba? Wiesz co, nie mam pojęcia, łapałem na szybko — tłumaczył i w połowie zdania zdał sobie sprawę, że jedzenie samemu przy rozmowie z drugim kotem było trochę niegrzeczne. Pokręcił głową, jakby karcił się w myślach. — Jeju, przepraszam, że nie zapytałem, powinniśmy się podzielić. Tylko no, z tego już niedużo zostało... — wymruczał, spoglądając raz na kotkę, a raz na swój posiłek.
— Nie ma sprawy — odpowiedziała od razu. — Jadłam niedawno, nie jestem głodna. No i bałabym ci zabrać cokolwiek spod nosa, patrząc na to, jak pałaszujesz — dodała, na co się zaśmiał.
I znów ucichli. Teraz to milczenie zdało mu się nieco niekomfortowe. Szukał w głowie tematu, który mógł zacząć, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Aż do czasu... 
Gdyby pewnie pomyślał chwilę dłużej, zdałby sobie sprawę, że to nie był taki dobry pomysł. Szałwiowe Serce jednak już sporo razy przekonał się, że nie umie samego siebie w niczym zatrzymać, szczególnie, kiedy to coś jest okropnie głupie.
— A ten... Pamiętasz, słyszałaś na pewno te wszystkie plotki o Siwej Czapli, nie...
Kotka otworzyła nieco szerzej oczy. Spojrzała na niego tak, jakby bezgłośnie dawała mu znak do mówienia dalej.
— Ty się w nim nie kochasz, prawda? — parsknął śmiechem, choć wyraźnie ściszył trochę głos na wypadek, gdyby kocur był w pobliżu. Jego przyjaciel dla niej zupełnie stracił głowę. Chociaż w ogóle nie dziwiło go, jak Czapla mógł się zakochać w kotce takiej jak Kuni Strumyczek, tak (mimo dobrej nadziei, oczywiście!) nie widział, by miał za wysokie szanse... To pytanie było nieco niemiłe w jego stronę, ale hej! To Czapla tak długo nie chciał mu wyjawić, kim była ta tajemnicza dama serca, tylko chichotał sobie z Kijanką! Miał prawo jeden raz uszczypnąć go w nos. — W sensie! Nie żebym oceniał... Ale on jest świrnięty z lekka...

<Kuna?>

Wykonane zadania:
— Wtoczenie na wyspę głazów
— Wniesienie na wyspę kamieni, mających otaczać źródełko wody i wzmacniać jego ścianki

Od Czerwca CD. Guziczka

Czerwiec właśnie wracał do obozu z patrolu. Liczył na trochę spokoju. Zresztą chciał się spotkać z Miodunką. Ostatnimi czasy przebywali ze sobą coraz częściej. Czekoladowy z każdym takim spotkaniem pałał do niej mocniejszą przyjaźnią i vice versa. Przynajmniej tak mu się wydawało. Niestety nie doszedł do celu podróży, bo znany mu kociak ponownie zaczął nękać go swoją obecnością. Liczył, że gdy Guziczek zostanie uczniem, to będzie miał mniej czasu, by go nękać. Niestety, przeliczył się. Westchnął bezgłośnie, a następnie spojrzał na młodzika. Ten oczywiście musiał się pochwalić tym, że został uczniem. Przewrócił oczami, a następnie skomentował młodszego. W swojej wypowiedzi nie mógł ominąć tematu psot ucznia. Przyszły zwiadowca, tak? Czy naprawdę będzie musiał znosić tego dzieciaka, gdy ten skończy swój trening? Cóż za los.— Pomarzyć sobie możesz o wspólnym treningu. Od marzeń jeszcze nikt nie umarł — odparował. Nie miał zamiaru niańczyć tego dzieciaka. Zresztą miał własnego ucznia. To mu wystarczyło. — Zresztą mam inne plany na popołudnie i nie mam czasu zabawiać twojej kociej osoby — dodał. Rozmowa z Miodunką była zdecydowanym priorytetem. Potem musiał porozmawiać jeszcze z bratem, bo od księżyców nie zamienił z nim ani jednego słowa. Byli co prawda rodzeństwem, ale w oczach Czerwca, Hiacynt był po prostu słaby. Sam fakt późniejszego mianowania był tego dowodem, nie wspominając już o innych czynnikach. To on był dumą rodziców. To on był tym, który dbał o dobre imię rodziny. To on się przykładał do swoich obowiązków. Nie jasny kocur.
— Zmykaj, dzieciaku — dodał i posłał mu naglące spojrzenie.
— Nie — odpowiedział Guziczek, na co pręgowany zmrużył pomarańczowe ślepia.
— Powiedziałem coś — mruknął chłodno. Niespodziewanie w ich kierunku szła Miodunka. Czerwiec uniósł nieco wzrok. Zastanawiał się, czy kotka kierowała się do nich.

<Guziczku? Zostawisz mnie?>

Od Psotki (Nietoperzej Łapy) CD. Drobnej

Przeszłość

Drobna? Ciekawe imię. Takie delikatne i urocze. Oczywiście Psotka podobało jej się o wiele bardziej, ale trudno było porównywać coś z dwóch różnych kategorii, prawda? Zresztą nie jej oceniać czyjeś imię. Coś musiało spowodować, że tak nazywała się jaśniejsza i tyle. Chociaż w porównaniu z nią, ciemna miała nieco inną posturę ciała. Być może to był powód? Ewentualnie składało się na to o wiele więcej czynników, niż mogła wymyślić.
— Miło poznać — wymruczał cichutko Psotka. Poza tym imię nie było żadnym wyznacznikiem. Słyszała od pewnej wojowniczki, że liczyło się wnętrze, cokolwiek to znaczyło. Tak czy inaczej, nie miała ochoty się nad tym za bardzo zastanawiać. Przynajmniej nie w tym momencie. Oczka jej błysnęły na odpowiedź młodszej. Miała koleżankę i kogoś do zabawy. Nie musiała polegać tylko i wyłącznie na swoich nudnawych, ale i oczywiście kochanych siostrach.
— Zatem witam cię moja koleżanko w skromnych progach — dodała Psotka i uśmiechnęła się ciepło. Co lubiła robić? Och, sporo tego było. Na pewno lubiła zmienność. Uwielbiała, gdy coś się działo.
— Dużo rzeczy. Lubię bawić się kulką mchu, psocić, zwiedzać świat czy słuchać, jak i opowiadać historyjki. Poważnie mogłabym tak wymieniać i wymieniać — miauknęła z ekscytacją w ślepkach. Może udałoby jej się zarazić Drobną zamiłowaniem do psot? Przecież to było fajne!
— Ale jak na początek to możemy się tym pobawić. Poczekaj chwilkę — szepnęła starsza, a następnie oddaliła się. Wróciła po chwili z kulką mchu i położyła ją przed Drobną. Chciała, by to młodsza zaczęła. W końcu była młodsza i z pewnością wolałaby zacząć. Samej Psotce to nie robiło różnicy. — Zacznij, Drobna — wymruczała cicho i zaczekała na ruch koteczki.

<Drobna? Zaczniesz meczyk?>

Od Słoty CD. Kory

Usłyszawszy odpowiedź małej Kory, Słota wyprostowała się, rozluźniając mięśnie. Ogon nie machał jej na boki, a uszy nie były spłaszczone. Dopiero teraz zorientowała się, że tak naprawdę była od niej starsza i odrobinę większa. Jak mogła wcześniej to przeoczyć? Może to właśnie dlatego towarzyszka odpowiadała jej z opóźnieniem, niżeli jakby zapytała kogoś starszego? Zrzuciła na nią sporą ilość informacji, chociaż nie martwiła się tym nadto. Dodatkowo – mimo różnicy wieku, bursztynooka wydawała się naprawdę mądra oraz cierpliwa, co nie było często spotykane u kociąt, a już na pewno nie u Słoty. W dodatku fakt, iż jej nie przerwała ani razu przez cały ten czas, sprawiał, że rudej aż chciało się mówić dalej. Ciepłe promienie wpadające do zagłębienia oświetlały miękką ściółkę, kropiąc na grzbiet karmicielki. Brązowooka pokiwała głową, Zalotka była bardzo kochana. Kora odsunęła się o krok, przyznając, że jej słowa i poczynania są niezwykle ważne, w szczególności dla niej.
— Tak, najważniejsze wręcz — przytaknęła, spoglądając już bardziej wyrozumiale na młodszą koleżankę z legowiska. Nawet uśmiechnęła się odrobinę, pusząc sierść na piersi. Po chwili usłyszała dalszą część wypowiedzi. Otworzyła oczka szerzej i zamrugała parę razy. Może i by mogła… ciekawe, jak wyglądałoby to spotkanie i co ważne – co pomyślałaby sobie o koteczce Zalotna Krasopani? — Wiesz, myślę, że byś mogła, to wcale nie taki głupi pomysł — odparła, poruszając spokojnie ogonkiem. Słota rozciągnęła się, wysuwając, a następnie chowając pazurki. — Jestem ciekawa, o czym nam dzisiaj opowie… Nikt nie opowiada tak wspaniałych historii, jak moja mama — przyznała dumnie, ponownie ją chwaląc. Mogłaby robić to całymi dniami.
— Hej, a znasz mojego brata, Cienia? — dopytała z błyskiem w oku. Może nawiązywał jakieś znajomości i dlatego go tak często nie było? Chodził sobie, gdzie chciał i nie rozmawiał z nią za bardzo. Serce ścisnęło jej się na myśl, że brat woli inne towarzystwo od niej. Nie podobało jej się to, ale może Kora wiedziała coś, czego ona nie? — Jest typem samotnika, lubi sobie samemu wszędzie chodzić, a jeszcze bardziej cieszy go ignorowanie mnie — pożaliła się koleżance, teatralnie gestykulując łapkami. Mówiła to z taką pewnością, chociaż dla niektórych mogłoby się to okazać zupełną nieprawdą. — Ostatnio się pokłóciliśmy, bo nie chciał mnie słuchać — dodała, spoglądając na bursztynooką. Ciekawe czy stanie po jej stronie?

<Co o tym myślisz, Koro?>

Od Cisowego Tchnienia CD. Dąbka (Dębowej Łapy)

Cisowe Tchnienie spojrzała na kociaka.
— Rodzice wiedzą, że tu jesteś?
— Oczywiście! Powiedziałem wszystkim w żłobku, że idę wymienić mech — Dąbek odpowiedział grzecznie. Normalnie wzięłaby takiego kociaka za kark i odprowadziła do rodziców, żeby się upewnić, ale to nie był jakiś tam zwykły kociak. To był jej wnuk! Nic się nie stanie jak pobędzie tu chwilę z nią. Uśmiechnęła się lekko.
— Niech ci będzie, ale następnym razem przyjdź z mamą albo inną karmicielką. Dobrze?
— Jasne — przytaknął na słowa kocicy. — Wkurzyłem trochę Wilgę, dlatego uciekłem sam, zanim mama mnie złapała, jednak w innych okolicznościach przyszedłbym z kimś. Widziałem, że często rozmawiasz z Miodową Korą. Jest super tatą, nikt w obozie nie ma takiego ojca, jak ja mam!
Uśmiechnęła się, zupełnie ignorując fragment o kłótniach między kociakami. To już sprawa Iskrzącej Nadziei i Miodowej Kory. Ona sama nigdy nie miała rodzeństwa, więc nie mogła mu nic poradzić.
— Och tak, Miodowa Kora to mój syn — powiedziała, kiedy skończyła moczyć mech. Dziwne, że kociak nic o tym nie wiedział. Może dlatego, że ciągle przesiaduje tutaj i nie ma czasu ich zbytnio odwiedzać? Czy nie była wystarczająco dobrą babcią? Nie przejmowała się tym, że już miała wnuki. Dla niej szczerze lepiej było mieć już święty spokój i przygotować się na wieczny odpoczynek. Co prawda miała dopiero osiemdziesiąt księżyców, ale życie w Klanie Wilka było okropnie męczące. Czuła się, jakby miała przynajmniej dziewięćdziesiąt. Rozwiała przykre myśli. Rozmawia teraz z wnukiem, musi przynajmniej jemu zapewnić szczęśliwe dzieciństwo. Kocurek uśmiechnął się szerzej.
— To super! Pewnie też jesteś świetną mamą, dlatego Miodowa Kora jest świetnym ojcem! — zamruczał. Była zaskoczona. Dąbek naprawdę tak myślał? Może nie była jednak do niczego… Chociaż… jaki to ma sens, jeżeli Miodowa Kora nie był jej biologicznym synem? Okłamywała go… nie była dobrą matką. Nie była też dobrą babcią…
— Jaki był Miodowa Kora, jak był w moim wieku?
Nie chciała powiedzieć kociakowi, że jego ojciec był słaby i chorowity. To mogłoby go zasmucić. Zamiast tego powiedziała po prostu:
— Nie był takim urwisem jak ty.
— Jestem jedyny w swoim rodzaju! — kociak wyszczerzył kiełki. — Muszę jeszcze za niego trochę nabroić.
Zamruczał i złapał mokry mech, z zamiarem wyjścia z lecznicy. Cis poczochrała go delikatnie łapą po łebku. Rodzina była jedyną rzeczą, która poprawiała jej teraz humor.
— Baw się dobrze!

***

— Do widzenia, Blade Lico — pożegnała białego kocura, który wyszedł z lecznicy z okładem na łapie. Nic dziwnego, że ostatnio leczyła dużo użądleń. Była Pora Zielonych Liści. Pszczoły panoszyły się wszędzie.
Nagle do lecznicy wszedł jej wnuk – Dębowa Łapa. Był już uczniem. Położył przed nią wiewiórkę.
— Proszę, babciu, to dla ciebie.

<Dąbku?>

Wyleczeni: Blade Lico