BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

28 kwietnia 2024

Od Ostowego Pędu DO Salamandry

Nie potrafił się pozbierać po śmierci Topikowej Głębiny. Może i nie byli ze sobą tak blisko, przecież poznali się, jak kocur z Klanu Nocy był już asystentem medyka, jednak dalej był jego jakby kuzynem. Wiele dla niego zrobił, co jeszcze bardziej utrudniło kremowemu zaakceptowanie myśli o jego śmierci. No bo jak to możliwe? Jeszcze ostatnio żył, pomagał mu i Obserwującej Żmii... Jednak już był w Klanie Gwiazdy. A Ostowy Pęd nie potrafił się z tą myślą oswoić. Od zgromadzenia minęło zaledwie kilka dni. Codziennie wojownik wychodził z obozu, by tylko zaszyć się w jakimś miejscu, z dala od pobratymców i zacząć płakać. By wreszcie uwolnić ten smutek, kłębiący się w nim każdego dnia. Nie robił tego w obozie. Nie chciał, by inne koty to widziały, a zwłaszcza jego dzieci. Nie chciał im się pokazywać w takim stanie. W końcu on miał być tym zawsze uśmiechniętym ojcem! By sprawić im trochę radości, mimo tego, że sam był smutny. Nie chciał, by Modliszka, Salamandra i Szafirka widzieli jego łzy.
Wrócił do obozu wczesnym wieczorem. Oczy miał jeszcze czerwone od płaczu, jednak nie przejmował się tym za bardzo. Musiał iść do żłobka, obiecał to swojej partnerce. Powolnym krokiem skierował się do kociarni, po drodze łapiąc jakiegoś królika ze stosu zwierzyny. Gdy tylko przekroczył próg żłobka, powitał go uśmiech Obserwującej Żmii. On jednak go nie odwzajemnił. Położył przed nią zwierzynę, a sam usiadł obok niej.
- Mam nadzieję, że dobrze ci minął dzień – mruknął cicho i oparł się lekko głową o czarną kotkę obok. Zamknął oczy. Jak on chciał się teraz nagle obudzić. Wtedy to całe zgromadzenie stałoby się tylko głupim snem. Topik dalej by żył. Jednak gdy znów otworzył oczy, dalej był w żłobku, ze swoją partnerką i dziećmi. Westchnął cicho i wtedy jego wzrok padł na stojącą przed nim i Obserwującą Żmiją Salamandrę. Jedną z jego córek. Mimo smutku i żalu uśmiechnął się. Miał nadzieję, że kocię nie zwróci uwagi na jego lekko czerwone od płaczu, pełne smutku spojrzenie. W końcu z tym nic nie mógł już zrobić.
- Hej Salamandro – przywitał się, lekko się podnosząc – Coś się stało? Może chcesz się pobawić? – zapytał, dalej uśmiechnięty.

<Salamandro?>

Od Salamandry Do Obserwującej Żmii

 Małe łapki energicznie naciskały brzuszek łapy by dokładnie wyżłopać mleko. Salamandra wraz z rodzeństwem oddawała się tej rozkoszy, do momentu gdy rodzeństwo nie usnęło z pełnymi brzuchami. Tortie ziewnęła potężnie i popatrzyła na swoją rodzicielkę, kocica czułym spojrzeniem opatulała każde z swoich kociąt.
— Mamusiuuu — wymiauczało niezgrabnie kocię — Ch-cę być t-aka jak t-y! — mruknęła uśmiechając się radośnie.
Kronikarka odwzajemniła czule uśmiech.
— I na pewno będziesz, moja ty mała Salamandro — miauknęła starsza, stykając się z młodziutką czołami. — już jesteś do mnie bardzo podobna.
— Na-na-naprawdę? — oczy kocięcia zaiskrzyły, nie pojmowała jeszcze roli matki, ale już wiedziała, kto będzie dla niej wzorem — A-a-a ma-mamusiu? Opowiesz m-mi jakąś fa-fajną historię?
— Oczywiście, kochanie — od razu zgodziła się tortie — kiedyś, nie tak dawno temu, była sobie kotka. Piękna, mądra i zaradna. Ale pewnego dnia jej życie stanęło na głowie. Przez zazdrosne, okropne koty musiała uciekać z dawnego domu — zaczęła opowieść.
Salamandra nadstawiła uszu, by uważnie słuchać tej opowieści.
— U-ciekać? — przechyliła mały łebek — To z-znaczy c-coś z-złego?
— To znaczy, że musiała jak najszybciej stamtąd odejść. W tym przypadku wbrew własnej woli, z powodów które były poza jej kontrolą — wyjaśniła kocięciu.
— Ahaaaa... — Próbowała zrozumieć, lecz nie szło jej to najlepiej. — A co było potem?
— Kotka głodowała, nie mając jedzenia, ciągle zmieniając kryjówki, w których spała po ciężkich dniach pełnych smutków i zmartwień. Poza dawniej bezpiecznym domem na nią i na jej małego synka, takiego jak ty, czyhały niebezpieczeństwa. Inne koty, zwierzęta, potężne burze i mróz — mówiła dalej, przypatrując się swej kochanej córeczce z niezwykłą troską.
— T-to inne koty mogą b-być złe? — zdziwiła się kotka, jej mały móżdżek nie był w stanie jeszcze tego pojąć.
— Niestety tak, moja droga. Inne koty mogą mieć cele, które nam szkodzą, albo po prostu być wredne, robiąc innym krzywdę dla własnej satysfakcji bez większego powodu oraz zabierając im to, co dla nich cenne — miauknęła, liżąc kociaka po głowie.
— A t-ty ma-mo jak r-robisz? — zapytała bardzo zaciekawiona tortie.
— Jeśli od czegoś zależało by moje, lub wasze skarbeńki wy moje, życie lub dobrobyt zrobiłabym wszystko, co tylko byłoby konieczne — miauknęła, opatulając małą ciaśniej ogonem. — kocham was — polizała koteczkę po łebku.
Malutka wtuliła się w ogon matki, przyjemne ciepło odgoniło od niej wszystkie złe i ponure myśli.
— Ja t-też by-ym z-zrobiła dla Cie-bie w-szystko! 
Kocica otarła się o policzek małej, mrucząc.
— Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że was mam.
— A my się cie-cieszymy ż-że ma-my ta-taką super ma-mamusię! — Wymruczała radośnie jeszcze bardziej wtulając się w ogon kocicy — A-a co-o by-było dalej w t-tej historii?
Szylkretka uśmiechnęła się, patrząc na swe rozkoszne kocię, po czym miauknęła:
— Pewnego jednak dnia, zdażył się cud. Podczas Pory Opadających Liści, gdy drzewa zrzucały swe korony, natrafiła na koty z dużej grupy żyjącej na polanach i wrzosowiskach, których żywiołem był wiatr. Kocica została zaprowadzona do ich liderki, która zgodziła się przyjąć ją i jej syna. Jakiś czas potem, kotka zajęła ważną pozycję w klanie, a jeszcze później... poznała pięknego, miłego kocura. Zakochali się w sobie na zabój, i żyli długo i szczęśliwe, wychowując trójkę swoich małych, przesłodkich kociąt.
Salamandra przekrzywiła łebek, skądś znała tę historię.
— T-to b-brzmi ja-jakbyś mówiła o-o-o nas! — Wymiauczała radośnie — To ma-mamusia się t-tu nie urodziła? — zdziwiła się.

<Żmijowa mamo?>

Od Rumiankowego Zaćmienia

 Ponownie nie został wybrany na pójście na zgromadzenie, co pokrzyżowało jego plany. Jak ma teraz sprawdzić, czy Pierzasta Czerń unika go specjalnie, czy przypadkiem? To było trudne zadanie. Jednak pojawił się u niego mały płomyczek nadziei. Przecież Margaretkowa Łapa szła na zgromadzenie. Może ona mogłaby spełnić jego małe zadanie. Jeśli tak, to wreszcie przekonałby się co dzieje się z jego ukochanym, co martwiło już go od wielu księżyców. A co jeśli Piórko nie żył? A co jeśli stało mu coś złego się w Klanie Wilka? Nie wybaczyłby tego sobie. Mógł wtedy przekonać go do dołączenia do Klanu Burzy, nie odpuszczać, gdy ten powiedział nie. Wtedy on i wojownik byliby u swych boków i byliby szczęśliwi ze sobą. Teraz w jego głowie nie pojawiłoby się tysiące możliwych scenariuszy odnośnie losów wojownika.
 Wrócił właśnie ze swą uczennicą z wyprawy po zioła i skierował się z nią do składzika z ziołami. W legowisku medyka nie było nikogo prócz tej dwójki, więc była to dobra okazja, aby prosić kotkę o małą przysługę.
 - Margaretkowa Łapo… Czy mogłabyś coś dla mnie zrobić? - Zapytał kocur, gdy układali oni medykamenty. Wzrok kocicy powędrował prosto na niego. - Nie jest to coś wielkiego, jednak jest to dla mnie ważne. - Tu przerwał na chwilę, aby poukładać słowa odpowiednio w głowie. - Jak dobrze wiesz, nie idę na zgromadzenie, dlatego też nie mogę tego osobiście zrealizować. Także proszę Cię o małą przysługę, jaką jest… dowiedzenie się o tym, gdzie przebywa Pierzasta Czerń. Nie widziałem go spory czas, a był to mój dobry przyjaciel z Klanu Wilka. Jeśli byś go spotkała na zgromadzeniu, to proszę, dowiedz się, jak się miewa.
 Cisza, która nagle nastąpiła, stresowała medyka. A co jeśli kotka się nie zgodzi? Co, jeśli zacznie zadawać więcej pytań? Jak się wytłumaczy z tego?
 - Pierzasta Czerń, tak? - Zapytała kocica, a ten potwierdził poprawność imienia kiwnięciem głowy. - Spróbuje się czegoś dowiedzieć, jednak nie obiecuję, że cokolwiek przyniosę. - Po tych słowach kocica powróciła do układania zebranych ziół.
 - Dziękuje. - Szepnął tylko Rumiankowe Zaćmienie i również powrócił do układania odpowiednio ziół.

*****

 Słowa, które przyniosła mu Margaretkowa Łapa, nie pomogły wcale. Niby wiedział więcej o tym, co się dzieje z czarnym kocurem, jednak rodziło to więcej pytań w jego głowie. “Piórko niczym piórko, został porwany przez wiatr. Gdzie teraz jest, tylko Wielcy Przodkowie wiedzą.” Podobno to były słowa, jakie powiedziała medyczka Klanu Wilka, gdy jego uczennica spytała o ukochanego Rumianka. Piórko nie przebywał teraz w Klanie Wilka i to było jedyne, co mógł wywnioskować ze słów nieznanej jemu kotki. Więc gdzie był? Uciekł ze swego klanu? To by tłumaczyło, czemu spotkania dwóch urwały się tak nagle. Ale dlaczego nie wspomniał mu o tym ani słowem? Przecież łączyła ich przynajmniej przyjaźń lub coś więcej, prawda? W takim razie czemu to od medyczki dowiadywał się, iż opuścił swój klan? Może wszystko, co kocur w jego wykazywał, to była zwykła gra? Niby wiedział więcej, jednak wydawało mu się, że wie coraz mniej o kocurze, którego kiedyś mógł nazwać ukochanym.

Od Cyrankowej Łapy

 Właśnie wróciła z swojego już kolejnego polowania na ryby, pogoda była piękna, ptaki śpiewały, słońce świeciło, a śnieg topniał. Wraz z Porankiem odłożyli swoje zdobycze na stos i udali się w swoje strony. Tego dnia złota chciała zrobić miłą niespodziankę swojej rodzinie, więc udała się do legowiska królowych, w którym rezydowały Mgliste Spojrzenie, Wirująca Lotka i Kotewkowy Powiew. Dla każdej z nich przyniosła po piórku, które zebrały do swojej kolekcji.
— Dzień dobry! — Przywitała się i skinęła łbem. Każdej z kotek wręczyła po prezencie i usadowiła się obok cioci Mgły — Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
— Ależ skąd — wymruczała Kotewkowy Powiew.
— Ani odrobinę — uśmiechnęła się Mgliste Spojrzenie.
— Co cię tu sprowadza? — zapytała ślepa kocica, w międzyczasie myjąc swoje kocię.
— Chciałam Cię odwiedzić — przyznała się — Zapytać jak u Ciebie, jak się czujesz i czy wszystko w porządku.
— To my może was zostawimy? — Zaproponowała Wirująca Lotka.
— Chyba oszalałaś! Nie będziesz teraz się pałętać po obozie w tak zaawansowanym stadium ciąży! — wypluła Kotewka.
— Ruch to zdrowie, a poza tym dajmy im trochę przestrzeni. Jest wyjątkowo piękna pogoda i nie zapowiada się na to, że będzie padać — wyjaśniła Lotka.
Kotewka naburmuszona w końcu przystała na propozycję siostry i niedługo po tym opuściły legowisko.
Mgliste Spojrzenie zwróciła łeb w kierunku złotej, ślepe spojrzenie spowodowało ciarki na karku uczennicy.
— Cieszysz się że wyszły. Wiem to. — oznajmiła.
— W-wiesz? — zapytała niepewnie.
— Tak, no mów co Cię trapi.
Cyranka położyła łapki pod ciałkiem, zwróciła wzrok na Cytrusa i obserwowała jak młody smacznie sobie śpi. Aż tęskno jej się zrobiło, za czasami gdy była kociakiem, za czasami kiedy ona, Kazarka i... Krakwek nie musieli się niczym przejmować. Ta myśl ją zabolała, nie pogodziła się z śmiercią brata.
— Miałaś brata, prawda?
Niebieska zatrzymała się na chwilę, sterczała tak w całkowitej ciszy, aż w końcu się odezwała.
— Miałam, to prawda.
— Jaki on był?
— Jaki był? — zastanawiała się — Był nieznośny, ale jednocześnie kochany, jak to brat.
— Tęsknisz za nim? — dopytywała dalej.
— Bardzo. Niestety Nastroszone Futro jest już przeszłością, nigdy go już nie widziałam, a teraz nawet nie było by mi dane go zobaczyć.
— Rozumiem... Ciociu Mgło, jak poradziłaś sobie po jego stracie?
— Byłam zajęta najzwyczajniej w świecie. Nie mogłam myśleć tylko o nim, niedługo potem przejęłam rządy w Klanie Nocy i resztę już słyszałaś... — wymruczała niechętnie. Cyranka nie miała zamiaru wzbudzać w ciotce nostalgicznych wspomnień, domyślała się jak bardzo ją to męczy, ale ona musiała wiedzieć jak się czuje.
— Ja... Tęsknie za Krakwkiem... Nie mogę pogodzić się z jego odejściem.
— Rozumiem, to naprawdę bolesne, ale wiec jedno. Masz kochającą rodzinę, skup się na nich a wszystko będzie tak jak należy. Tak jak ja się skupiam na moim kochanym Cytrusie — liznęła kocię czule po łebku. Cyranka zerknęła na Cytrusa, zastanawiała się jaki on będzie gdy dorośnie. Na pewno go ochroni, już nikt nie skończy tak jak skończył Krakwek.

[500 słów]

[przyznano 10%]

Od Cyrankowej Łapy CD. Kazarkowej Łapy

 Piorunujące spojrzenie starszej wojowniczki przeszywało wszystkich na wylot sprawiając wrażenie zimniejszego niż lód. Uczennica nie mogła już patrzeć na bezradność swojej siostry, której zrobiło jej się żal i postanowiła wystąpić na przód.
— To ja jestem za to odpowiedzialna, Bratkowe Futro — oznajmiła kryjąc tym samym swoją siostrę, która nerwowo spoglądała raz na wojowniczkę, raz na nią.
Starsza uniosła brew z niedowierzaniem, nie kupowała tego.
— I ty myślisz, że w to uwierzę? W takim razie obie stawicie się z samego rana przy ściętym pniu, dotrzymam wam towarzystwa — uśmiechnęła się cynicznie w ich stronę, by następnie odejść bez słowa. Młodzi nasłuchiwali czy Bratek była już na tyle daleko by ich nie słyszeć, Cyranka miała tylko nadzieję, że ściany krzewów są na tyle dźwiękoszczelne by nie przepuścić obelg ze strony uczniów na wojowniczkę.
— Ale maruda — zarzuciła nagle Karasiowa Łapa przerywając tym samym niezręczną ciszę po wizycie wojowniczki. Reszta uczniów skinęła twierdząco łbami.
— To co Kazarko? Czeka nas jutro dłuuuugi dzień — uśmiechnęła się próbując podnieść kotkę nieco na duchu. Siostra odwzajemniła uśmiech i usiadła by jakkolwiek ogarnąć swoje oblepione śniegiem futerko.

***

Następnego dnia z samego rana, tak jak nakazała Bratkowe Futro, Cyranka obudziła swoją roztrzepaną siostrę by udać się pod miejsce wyznaczone przez kocicę. Rozglądając się po legowisku widziała jak znaczna większość uczniów smacznie śpi, też by jeszcze poleżała, ale bardzo chciała wywiązać się z obowiązków. Puszysty śnieg pokrywał cały obóz, omal nie zasypując wejść do legowisk. Obok otulonego białym puchem pnia już czekała na nich marudna niebieska kocica.
— Nareszcie, już myślałam że będę czekała tu wieki! — prychnęła ozięble.
Siostry nie odezwały się, Cyranka jedynie spuściła wzrok załamana, przecież nie spóźniły się ani chwili.
— No cóż, ważne że jesteście. Proszę za mną, pokażę wam co jest do zrobienia.
Oprowadziła je po obozie wskazując na różnego rodzaju patyki, uschnięte liście, pióra walające się w śniegu — Posprzątanie tego wszystkiego to wasza działka, ja sobie usiądę obok i od czasu do czasu zerknę jak wam idzie — oznajmiła.
Cyrankowa Łapa zabrała się do roboty, zbierała wszystko na co się natknęła, by potem zebrać to w kupę, Kazarka też całkiem sobie radziła, a dzięki towarzystwu przynajmniej nie było nudno.
Bratek leniwie zerwała się na łapy, żeby sprawdzić czy wszystko jest zrobione jak trzeba, posłała im chłodne pełne podejrzliwości spojrzenie.
— I... Jak? — Dopytała niepewnie Kazarka.
— Hmm... Tak... Może być. Teraz mi pomożecie wymienić mech w legowisku starszyzny, miałam to zrobić sama, ale skoro mam już łapki do pomocy grzechem było by z tego nie skorzystać — przyznała się. Cyranka uniosła brew, grzechem? Oczywiście że wojowniczka zamierzała je wykorzystać do tej najgorszej roboty, jeszcze w taką pogodę, gdzie zaraz odmarzną jej łapy.
Kazarka nerwowo podreptała w stronę legowiska medyku, w którego składziku znajdował się zapas mchu. Razem zabrały tyle ile mogły i ruszyły do starszyzny.
Legowisko było prawie puste, tylko Trzcinowa Sadzawka chrapał w rogu, cioci Mgły już dawno tam nie było, bo spodziewała się kociąt i została przeniesiona do kociarni.
— Całkiem tu przytulnie — przyznała Cyranka rozglądając się po pomieszczeniu. Gąszcz bylic całkiem sprawnie utrzymywał ciepło, więc starszyzna miała bardzo przytulne miejsce do przezimowania.
— Jak będziemy stare, ja zaklepuję legowisko pod ścianą! — rzuciła nagle Kazarka, Cyranka prychnęła śmiechem.
— Dobrze, to ja na środku — zaproponowała.
— A ja chętnie zobaczę jak wymieniacie mech — zganiła je Bratkowe Futro. Złota położyła po sobie uszu, praktycznie zapomniała o obecności kocicy, zabrała w zęby stary mech i odrzuciła na bok zastępując go nowym, to samo uczyniła jej siostra. Wzrok wojowniczki spoczywał na nich do samego końca, aż pozwoliła im się rozejść. Przynajmniej ten jeden ciężki ranek mogły mieć już za sobą i resztę dnia spędzić na treningu.

<Kazarko?>
[614 słów]
[przyznano 12%]


Od Północnej Łapy

Krople deszczu, które rytmicznie opadały na ziemię, miały niemalże hipnotyzującą barwę dźwięku. Ich delikatne uderzenia zlewały się z głośnym szumem wodospadu, tworząc przyjemną symfonię, która wypełniała jaskinię po brzegi.
Północ wydawała się być całkowicie pochłonięta tym widowiskiem natury. Leżała tuż przy wyjściu z obozu, na plecach, z głową maksymalnie odchyloną w tył. Jej ciało przeciągało się leniwie, w miarę jak próbowała znaleźć jeszcze bardziej komfortową pozycję do obserwacji. Pogoda nie należała do najprzyjemniejszych, ani dla oka, ani dla jej treningów.
Czekała na pełne słońca dni, w których dalej mogłaby się doszkalać. Z pewnością była już bliska mianowania, skoro nie tak dawno jej siostra dostąpiła zaszczytu zostania wojowniczką. Jej nowe imię do najpiękniejszych nie należało. Rozczarowany Pysk brzmiał — ku ironii — dosyć rozczarowująco.
— Północna Łapo!
Zastrzygła uchem, niemalże od razu przewracając się na brzuch i podciągając łapy pod siebie, aby sprawnie wstać. Ruch ten był na tyle gwałtowny, że zachwiała się, czując ból w skroni. Niemalże od razu upadła, wzdychając z zaskoczenia. Na moment zrobiło jej się ciemno przed oczami, a sierść wzdłuż jej grzbietu zjeżyła się lekko.
Zacisnęła powieki. To już nie pierwsza taka sytuacja, gdy miewała te przejawy bezsilności, kończące się nieplanowanymi, dosyć bliskimi, spotkaniami z ziemią. Zdecydowanie bardziej wolała upadać na trawę, niż na kamienną, twardą strukturę, na której obecnie wylądowała.
— Hej, wszystko w porządku? — Usłyszała zmartwiony głos mentorki nad uchem. Czarna odchyliła pysk w tył, zadzierając podbródek w górę i przypatrując się szylkretce, która momentalnie westchnęła z niezadowoleniem. — Czy ty znowu jesteś chora?
Skrzywiła się obruszona. Jak to znowu? Owszem, była niedawno chora i dosyć długo zwlekała z odwiedzinami medyków, ale ją przynajmniej w późniejszym czasie ominęła ta okropna pandemia kaszlu, więc miała zaliczone, chociaż kilka księżyców w zdrowiu.
— Skądże, Delikatna Bryzo. Nonsens — zapierała się, chcąc wstać na potwierdzenie swych słów, jednak efekt był podobny do poprzedniego. Tym razem zrobiła to wolniej, ale łapy i tak nie były skore do współpracy, spychając ją ponownie na ziemię. — Ałć — wymamrotała speszona. — Może troszkę mi się kręci czasem w łepetynie, ale to drobny, niegroźny szczegół...
— Bagatelizowanie własnego zdrowia nie jest najlepszym pomysłem, szczególnie dla przyszłej wojowniczki. Kto cię będzie pilnował, gdy nie będziesz już pod moją opieką? — spytała, przystając bliżej niej, by tym razem Północ mogła się o nią oprzeć i jakkolwiek ustać.
Dymna mimowolnie położyła uszy po sobie. Miała już tyle księżyców na karku, że wstydem było, iż była pod czyjąkolwiek jeszcze opieką. Jedyne, co ją uspokajało, to towarzystwo reszty rodzeństwa w uczniowskim legowisku. Oczywiście kibicowała im z całego serca, by i oni ukończyli jak najprędzej swoje treningi, ale wolała nie być ostatnią, która będzie grzać siedzisko jako terminator.
Doczłapała się do medycznego zakątku, wsparta siłami mentorki. Czereśniowa Gałązka powitała ją z uśmiechem i od razu zajęła się badaniem, kierując ją na odpowiednie miejsce. Czarna mogła tylko obserwować, jak jasne futro Delikatnej Bryzy znika w przejściu.
Północ siedziała znużona, dogłębnie analizując każdą szczelinę w tym miejscu. Ot, kamienne ściany, stosik ziół i parę legowisk z mchu. Szło się tu jej zdaniem nabawić klaustrofobii. Co z tego, że kącik własny, skoro ciasny?
— Coś cię boli? — spytała medyczka, a czarna potrzebowała dłuższej chwili, by przetrawić, że jest to poważne pytanie, a nie próba sprowokowania jej do bójki czy też czegokolwiek podobnego.
— Nie, a ciebie? — odparła dla zabawy, ale surowy wyraz pyska kazał jej spoważnieć. — Może łeb. Czasem. Ostatnio dosyć często — rzucała wymijająco, przypatrując się drepczącej w stronę stosu medykamentów kotki. — Czy ja znowu będę musiała jeść te niedobre papki? — jęknęła z żalem. — Już wolałabym posilić się myszą, którą ktoś przeżuł i wypluł — stwierdziła, chociaż były to dosyć śmiałe słowa, bo oczywiście nie chciałaby tego jeść.
— Tak, te liście musisz zjeść. One akurat w smaku należą raczej do tych... bardziej zjadliwych — doprecyzowała, choć nie brzmiała na przekonaną, gdy podsuwała jej łapą kępkę roślin. — Na razie tyle wystarczy. Musisz na przyszłość przychodzić szybciej, a nie w momencie, gdy mdlejesz co krok.
Pochyliła się, niepewnie obwąchując owy okaz flory. Nie drażnił jej nozdrzy, toteż potencjalnie mogła uznać go za niegroźny. Uchyliła pysk i wystawiła język, samym jego koniuszkiem dotykając wierzchu liścia. Od razu spotkała się z gorzkawym smakiem, na co wzdrygnęła się, jeszcze bardziej krzywiąc pysk.
— Ble — wypaliła. — Muszę to jeść? — spytała, szczerze zniesmaczona.
— Jeśli chcesz być zdrowa, to tak.
Chciała. Ale nie kosztem czegoś tak niedobrego.
Po chwili pełnej wahań stwierdziła, że musi zrobić to szybko. Po prostu zgarnęła całą porcję leku do pyska, ignorując wyraźnie odczuwalną gorycz. Za takie poświęcenie, Klan Gwiazd powinien tu do niej zstąpić i jakimś nie do wyjaśnienia dla umysłu cudem ją natychmiastowo ozdrowieć.
Oczywiście nie obyło się bez jej marudzenia, gdy usłyszała, ile będzie musiała tu jeszcze zostać, żeby w razie co nie skonać pośrodku lasu na którymkolwiek z patroli. Z dalszym niezadowoleniem położyła się w wyznaczonym miejscu, krzyżując łapy i opierając na nich głowę.
Niemalże odliczała każdy swój oddech, nie mogąc się doczekać, jak wrócą jej siły i raz a porządnie ukończy swój trening.

Wyleczeni: Północna Łapa
[836 słów]
[przyznano 17%]

27 kwietnia 2024

Od Śnieżnego Wichru

*Chwila po próbie ratowania Mroźnej Łapy, przed zgromadzeniem*

Nie udało im się uratować Mroźnej Łapy. Było ich za mało. Śnieżny Wicher nie potrafił zrozumieć, dlaczego nikt inny nie skoczył na pomoc. W końcu to był jeden z członków klanu! Jeden z uczniów! Nie powinien umrzeć... W końcu miał całe życie przed sobą. Ale jednak. Oczywiście walka z dzikiem nie odbyła się bez zadrapań. Znów miał ranną łapę i musiał udać się do medyka. Przynajmniej mógł trochę tam odpocząć.
Leżał na legowisku z mchu, obserwując ruch w legowisku medyka. Nie licząc niego i innych walczących z dzikiem, był tam również Oszroniona Łapa i Szczurzy Cień. Van był z tego faktu bardzo zadowolony. Wreszcie zaprowadził ojca do medyka. Przynajmniej się bardziej nie rozchoruje. 
- Witaj Zapomniany Pocałunku – usłyszał po chwili głos jakiegoś kota i do legowiska weszła bura kotka, która od razu skierowała się w stronę Naparstnicowej Kołysanki.

***
 *Dalej przed zgromadzeniem*

 
Jego łapa miała się już lepiej, lecz została mu blizna. Czasem jeszcze musiał chodzić do legowiska medyka na kontrolę i ten dzień właśnie dziś nadszedł.
- Powinno być dobrze, jednak nie nadwyrężaj jej – odparła córka Gęsiego Wrzasku, po sprawdzeniu stanu jego łapy. Chciała coś jeszcze powiedzieć, jednak wtedy przerwał jej jakiś inny kot, jeden z pacjentów, a była to Chryzantemowa Krew. Van spojrzał na nią. Nie wyglądała za dobrze.
- Dziękuję Naparstnico – odparł, dając jej tym samym znak, by mogła zająć się innymi kotami, a naprawdę było ich sporo, jak na Porę Nowych Liści. W legowisku nie licząc niebieskiej, był też Wroni Trans i Ostra Kostrzewa. Śnieżek nie był pewny, dlaczego tyle kotów teraz choruje. Może to przez te częste ulewy?
- Pozbierać zioła? – zaproponował kocur – Widzę, że masz łapy pełne roboty.

Wyleczeni: Oszroniona Łapa, Szczurzy Cień, Zapomniany Pocałunek, Chryzantemowa Krew, Wroni Trans, Ostra Kostrzewa.

Nowa członkini Pustki!

 

LILIA

 Powód odejścia: Decyzja opiekuna
Przyczyna odejścia: Choroba nerek


Odeszła do Pustki!

Od Rumiankowego Zaćmienia

 Legowisko medyka ponownie się zapewniło, mimo zakończenia się Pory Nagich Drzew. Z początku zawitała do nich Koniczynowa Łąka, skarżąca się na ból brzucha, a niedługo po niej pojawił się Szepcząca Pustka wraz z jego mentorką, Lwią Paszczą. Gdy tylko podał odpowiednie zioła rudej przewodniczce, to zajął się rudą wojowniczką. Jego uczennica za to zajęła się kleszczem u liliowego kocura. Wszystko zajęło dość sporą ilość czasu, jednak poszło bez większych przeszkód. Kiwnął głową do Margaretkowej Łapy, dając jej znać, że wychodzi, a sam poszedł w stronę legowiska starszych. Miał się udać z Konwaliowym Powiewem na krótki spacer i spędzić miło czas ze starszym. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz spędził w taki sposób czas z ojcem. Może, gdy jeszcze był jeszcze uczniem? Możliwe. Wchodząc do legowiska starszyzny, przywitał się z Gronostajową Bryzą i Kurzą Pogonią, które również przebywały w legowisku. Swój wzrok pokierował na liliowego kocura, który leżał na jednym z posłań. Gdy tylko dostrzegł medyka, to skierował swój wzrok na niego, a na jego pysku zagościł uśmiech.
 - Rumiankowe Zaćmienie, jak dobrze Cię widzieć. - Powiedział starszy, wstając z legowiska, aby podejść do szylkreta. - Już nie mogłem się doczekać twego przyjścia.
 - Również nie mogłem się doczekać spotkania z tobą. - Rzucił medyk, a gdy starszy znalazł u jego boku, to dwójka kocurów wyszła z legowiska, a po chwili znaleźć się poza obozem. - Miło spędzić czas z tobą. Powinienem Cię i mamę odwiedzać częściej, póki Klan Gwiazdy nie zabierze was do siebie.
 - Tym nie musisz się przejmować Rumianku, jeszcze zostało nam dużo czasu na tej ziemi. Poza tym jesteś już dorosły i posiadasz rodzeństwo. Z pewnością razem dacie sobie radę po naszym odejściu.
  - Jednak bez was to nie będzie to samo. - Medyk westchnął. - Nie wyobrażam sobie Klanu Burzy bez was. A co jeśli…
 - Nie zamartwiaj się tym teraz. Ja i Różana Przełęcz jeszcze tu jesteśmy, więc nie musisz myśleć do przodu, tylko aby przynieść sobie stres.
 - Masz rację tato. Przepraszam. - Powiedział kocur, a swój wzrok wbił w ziemię.
 - Nie masz za co przepraszać. Każdy ma swe obawy, jednak wiedz, że wszystko z pewnością potoczy się dobrze. Nie ma się czym przejmować, prawda?
 Reszta spaceru przebiegła szybko. Dwójka kocurów spędziła miło czas, a gdy medyk odprowadzał starszego do jego legowiska, to kątem oka dostrzegł, jak jego uczennica podawała zioła Malwowemu Rozkwitowi. Żegnając się z liliowym kocurem, wtulił się w jego futro. Dobrze było mieć kogoś takiego u swego boku.

Wyleczeni: Koniczynowa Łąka, Malwowy Rozkwit, Lwia Paszcza, Pusty Łeb

Od Mrocznej Wizji

To było dziś. Dziś miała oficjalnie wstąpić do kultu i otrzymać symbol w postaci naderwanego ucha. Musiała jednak czekać do nocy. Czas się dłużył. Złapała chudą mysz i położyła ją na stercie. Rozkazała kilku uczniom, żeby wymienili jej legowisko. Uczynili to z podkulonymi ogonami. Bali się jej? Świetnie. Słońce przesuwało się na niebie powoli, ale w końcu zaszło. Kiedy koty poszły spać, cały kult zebrał się, aby wyruszyć. Błagam Mroczna Puszczo, niech mi się uda.
*****
Szli parami. Mrocznej Wizji towarzyszyła Jadowita Żmija. Kotki co chwilę smakowały powietrze. Mroczna Wizja rozglądała się zdenerwowana. Nagle coś zobaczyła.
- Jadowita Żmijo, tam. - wyszeptała wskazując łapą na wychudzoną kotkę. Będzie ją łatwo zabić.
- Halo? Jest tu ktoś? - zawołała piskliwym głosikiem. Mroczna Wizja zdała sobie sprawę, że samotniczka nie mogła mieć więcej niż piętnaście księżyców.
- My jesteśmy. Nazywam się Mroczna Wizja, a to jest Obserwująca Żmija. Podejdź. Nie skrzywdzimy cię. Jeśli chcesz możemy zabrać cię do bezpiecznego miejsca. - powiedziała. Przerażona samotniczka podeszła bliżej. Była taka chuda…
- N-nic mi nie zrobicie? - wyszeptała drżącym tonem.
- Z nami będziesz bezpieczna, obiecuję. Chodź, musi ci być zimno. Z naszą rodziną się ogrzejesz. Mieszkamy w miejscu osłoniętym od śniegu, z kilka podobnymi kotami. Mamy jedzenie. Chodźmy już, bo zamarzniemy na tym śniegu. - powiedziała Mroczna Wizja ciepłym tonem. Samotniczka rozpłakała się.
- Nazywam się Płatek… Moja rodzina została zamordowana przez borsuka. Muszę sobie radzić sama… Jestem taka głodna… - płakała. Mroczna Wizja podeszła do niej i przytuliła ją.
- Ci… Już dobrze. Chodź z nami. Zaopiekujemy się tobą. - powiedziała Mroczna Wizja. Płatek oparła głowę na jej ramieniu i przylgnęła do niej całym ciałem. Wojowniczka poczuła, że samotniczka drży. Z smutku, z zimna, ze strachu, z roztrzęsienia, a może z wszystkiego na raz? Powoli zaczęła prowadzić kotkę w stronę wielkiego kapłana. Płatek jej zaufała… Dotykała jej futra, aby się ogrzać. Szła za nią nie wiadomo gdzie. Serce Mrocznej Wizji zamarło. Prowadziła ją na pewną śmierć. Kotka była słaba, ale… Chciała żyć. Mroczna Wizja ją zdradziła. Im bliżej była reszta kultu, tym ciężej jej się szło. Naprawdę muszę ją zabić? Dotarli.
- Czy to jest twoja rodzina? - zapytała Płatek.
- Tak. Zaopiekujemy się tobą. Zaraz zabiorę cię to ciepłego legowiska, ale najpierw musimy coś zrobić. Chodź za mną. - Mroczna Wizja polizała kotkę po uchu i zaprowadziła ją do środka kręgu. Mroczna Wizja nie do końca wiedziała, co ma teraz zrobić. Zabić ją od razu?
- Mroczna Wizjo, zabij ją. - powiedziała kapłanka. W oczach Płatek zobaczyła niedowierzanie, potem strach i ból. Samotniczka próbowała uciekać, ale była uwięziona. Mroczna Wizja zaczęła się śmiać. Skoczyła na samotniczkę.
- Mroczna Wizjo… Nie rób tego. Ufam ci… - wychrypiała. Płatek była taka słaba, że nawet nie miała siły walczyć. Nie rób tego… Ufam ci… Wojowniczka rozerwała jej gardło. Płatek upadła. Nie żyła.
- Ja, Wielki Kapłan kultu Mrocznej Puszczy, naznaczam cię w imię naszych przodków. Czy jesteś gotowa przyjąć na siebie nasze znamię jako dowód inicjacji? - zawołała doniośle.
- Jestem gotowa. - powiedziała mocnym głosem.
- Zatem otrzymasz ode mnie znak, który pozostanie z tobą aż do śmierci i zawsze będzie przypominał ci o przynależności do kultu. - po wypowiedzeniu tych słów oderwała jej kawałek lewego ucha. Poczuła pieczenie, ale to było nic w porównaniu z dumą, którą właśnie odczuwała.
- Tej nocy, zgodnie z wolą Mrocznej Puszczy, przyjmujemy cię oficjalnie jako pełnoprawnego członka naszej grupy. Wierzymy, że będziesz wiernie służyć naszym przodkom i działać na rzecz kultu, abyśmy nigdy nie upadli. - wygłosił formułkę, a następnie odcisnął trochę krwi Płatka na jej czole.
- Mroczna Wizja! Mroczna Wizja! - usłyszała wiwaty. Była kultystką. Dziękuję, Mroczna Gwiazdo.