Coraz chętniej wyściubiała nos poza obóz. Zresztą, trudno było nazywać obozem miejsce, w którym przyszło im teraz żyć. Żywiczna Kropla wciąż nie potrafiła przywyknąć do nowej rzeczywistości klanu i nic nie wskazywało na to, by miało się to w najbliższym czasie zmienić. Pod ziemią legowiska wydawały jej się ciaśniejsze, nawet jeśli niektóre z nich były znacznie przestronniejsze od tych, w których mieszkali wcześniej.
Może po ostatnich wydarzeniach nie powinna była samotnie włóczyć się po otwartych polanach, jednak czy pod ziemią rzeczywiście było bezpieczniej? W końcu nawet obóz, który miał zapewniać im schronienie, stał się miejscem tragedii. Łatwiej było jej odetchnąć na świeżym powietrzu, gdzie przynajmniej widziała, co ją otacza i nie musiała obawiać się, że ktoś niespodziewanie wyłoni się zza jej pleców.
Otwarte tereny Klanu Burzy miały swoje zalety i wady. Trudno byłoby ukryć się na nich przed potencjalnym zagrożeniem, ale z drugiej strony równie trudno było przeoczyć zbliżającego się intruza. Wystarczyło zachować czujność, obserwować okolicę i nie zapuszczać się bezmyślnie w miejsca, z których nie dałoby się szybko uciec. Przynajmniej tak próbowała sobie tłumaczyć, że samotne spacery wcale nie były aż tak nierozsądne.
Kiedy śnieg ostatecznie ustąpił, odsłaniając wilgotną ziemię, coraz częściej można było natknąć się na pierwsze kwiaty. Żywica już dawno porzuciła swoje zamiłowanie do zbierania wszystkiego, co tylko wpadło jej w oko, ale wciąż nie potrafiła przejść obojętnie obok wyjątkowo pięknych okazów.
Najczęściej trafiała na przebiśniegi, które przebijały się przez resztki śnieżnej pokrywy. Ich delikatne, białe płatki niewątpliwie miały swój urok, lecz Żywica nie potrafiła docenić ich tak, jak być może powinna. Biel zbyt mocno przypominała jej śnieg, a przecież właśnie od niego wszyscy tak bardzo pragnęli odpocząć. Miała już serdecznie dosyć chłodu i zmarzniętych łap, dlatego z nadzieją wypatrywała intensywniejszych barw, które zwiastowałyby, że ciepła pora naprawdę zagościła na ich terenach.
Tego dnia nie zamierzała zbliżać się do granic. Naiwnością byłoby wierzyć, że każdego razu natknie się na samotnika gotowego opowiedzieć jej o miejscu pobytu brata, a najlepiej od razu zaprowadzić ją do niego. Nawet gdyby jakimś cudem udało jej się odnaleźć kogoś, kto znał Bursztyna, wcale nie oznaczało to, że uzyskałaby odpowiedzi, których szukała.
Co więcej, sama nie była już pewna, czy rzeczywiście chciałaby go zobaczyć.
Trzymała się więc niezbyt daleko obozu, od czasu do czasu grzebiąc łapą w ziemi i rozglądając się za czymś, na czym mogłaby zawiesić wzrok. Nie szukała niczego konkretnego.
Nie minęło wiele czasu, nim natrafiła na kogoś, kto najwyraźniej również uznał ten dzień za doskonałą okazję do spaceru.
Żywica przystanęła, skupiając spojrzenie na szarobrązowym futrze poprzeplatanym rudymi łatami. Rozpoznała Krokusową Kruchość, z którą zdarzało jej się już odbywać wspólne patrole. Ich znajomość nie wykraczała jednak poza kilka zdawkowych powitań i pożegnań, wymienianych przy okazji spotkań w obozie lub podczas wykonywania klanowych obowiązków. Żywica wiedziała o niej niewiele więcej niż to, że była siostrą Srebrzystej Równonocy. Znajomej zdarzało się czasem wspominać o Krokus w rozmowach, ale ruda nie potrafiła przypomnieć sobie, czego dokładnie dotyczyły te opowieści. Najwyraźniej nie poświęcała im wówczas zbyt wiele uwagi.
Teraz jednak zainteresowała się tym, co robiła jej towarzyszka. Tuż obok jej łapy leżały dwie barwne rośliny.
Żywica zatrzymała się na kilka kroków od niej i przez moment po prostu patrzyła. Dopiero gdy zielone ślepia Krokus napotkały jej spojrzenie, zdała sobie sprawę, jak osobliwie musiała wyglądać. Stała bez ruchu, wpatrując się w drugą wojowniczkę od dłuższej chwili.
Odchrząknęła cicho, próbując otrząsnąć się z zakłopotania. Nie chciała, by Krokus pomyślała sobie o niej coś nieprzyjemnego. Wystarczająco niezręcznie było podchodzić do kogoś, z kim dotąd nie zamieniło się więcej niż paru słów, a jeszcze gorzej byłoby zostać uznaną za dziwaczkę, która bez powodu śledzi innych wzrokiem.
Jej uwagę ponownie przyciągnęły kwiaty leżące przy łapie kotki. To wydawało się bezpiecznym tematem.
— Um... Często zbierasz tutaj kwiaty? — wypaliła w końcu, przerywając ciszę, która zdążyła już nieprzyjemnie się przeciągnąć.
Krokusowa Kruchość strzepnęła uchem i spuściła wzrok na swoje znaleziska.
— Och, dawno tego nie robiłam, ale poza Porą Nagich Drzew zdarza mi się to dość często — odpowiedziała.
Żywiczna Kropla pokiwała głową ze zrozumieniem, może odrobinę zbyt gorliwie, jakby chciała w ten sposób udowodnić, że doskonale pojmuje sens jej słów.
— Ach, no tak — wymamrotała. — A co właściwie potem z nimi robisz? Zbierasz je gdzieś albo przechowujesz?
Zrobiła krok w jej stronę, próbując lepiej usłyszeć odpowiedź. Szum wiatru i jej niezbyt niezawodny słuch sprawiły, że nie wszystkie słowa Krokus docierały do niej wyraźnie. Dopiero gdy się przesunęła, zauważyła, że wyraz pyska starszej wojowniczki nieco się zmienił. Krokus nie patrzyła już na nią, lecz na jej łapę.
Żywica zmarszczyła brwi, a następnie odruchowo cofnęła się o pół kroku. Podniosła kończynę i dopiero wtedy dostrzegła, co zrobiła.
Prosto pod jej łapą leżał zdeptany kwiat.
Miał wyjątkowo piękny, głęboki odcień fioletu, który wyróżniał go spośród otaczającej zieleni. Teraz jednak płatki były przygniecione do ziemi, a delikatna łodyżka wygięła się pod ciężarem jej ciała. Żywica przez moment wpatrywała się w zniszczoną roślinę, jakby samo uporczywe przyglądanie się mogło sprawić, że kwiat znów się wyprostuje.
Poczuła, jak ciepło napływa jej do uszu. Nie była pewna, czy powinna od razu przeprosić, czy może najpierw sprawdzić, jak bardzo Krokus była niezadowolona. Na szczęście starsza wojowniczka nie wyglądała na szczególnie rozgniewaną. Wręcz przeciwnie, na jej pysku pojawił się lekki uśmiech, w którym Żywica dopatrzyła się nawet odrobiny rozbawienia.
To wcale jednak nie poprawiło jej samopoczucia. O wiele łatwiej byłoby znieść wyraźną naganę niż świadomość, że ktoś może uważać jej niezdarność za zabawną.
— Raczej wymieniam je na te, które mam już w futrze — wyjaśniła Krokus, przechylając lekko głowę. — Czasem zabieram kilka do swojego posłania, ale niestety szybko się gubią.
Żywica dopiero teraz zauważyła, że w sierści kotki rzeczywiście tkwiły drobne kwiaty. Całość sprawiała wrażenie przemyślanej, choć zarazem swobodnej kompozycji, jakby Krokus po prostu wybierała te rośliny, które najbardziej jej się podobały i umieszczała je tam, gdzie akurat znalazło się dla nich miejsce.
— A właściwie czego tutaj szukasz? — zapytała po chwili szylkretka. — Oddaliłaś się od patrolu czy sama też coś zbierasz?
— Chciałam po prostu rozprostować łapy. Nie przepadam za tym całym siedzeniem pod ziemią — przyznała Żywica, odruchowo zerkając w stronę obozu, którego wejście pozostawało niewidoczne z tego miejsca. — I... lubię patrzeć, jak zmienia się przyroda. Każda pora jest piękniejsza od poprzedniej, dopóki nie nadchodzi Pora Nagich Drzew.
Na samą myśl o długich, zimnych księżycach, przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Nie miała pojęcia, jak można było tęsknić za porą, podczas której ziemia twardniała od mrozu, rośliny zamierały, a każdy spacer kończył się powrotem do obozu z lodowatymi łapami.
Nie potrafiła zapomnieć o zdeptanej roślinie. Przeniosła ciężar ciała z jednej łapy na drugą, czując się coraz bardziej niezręcznie. Krokus nie robiła jej wyrzutów, ale to wcale nie oznaczało, że Żywica mogła po prostu zignorować własną wpadkę.
— Cóż... Nie wiem, czy chciałaś zebrać ten kwiatek, ale... — zaczęła, po czym urwała na moment, szukając odpowiednich słów. — Jeśli wybaczysz mi tę zniewagę, mogę poszukać z tobą kolejnego. Nawet ładniejszego.
Sama nie była pewna, czy propozycja zabrzmiała przekonująco. Nie znała Krokus na tyle dobrze, by wiedzieć, czy ta w ogóle miała ochotę na jej towarzystwo, a tym bardziej na wspólne poszukiwania kwiatów. Może wolała spędzać czas w samotności i nie potrzebowała, by ktoś kręcił się jej pod łapami? Żywica nie chciała narzucać się ze swoją obecnością, ale równocześnie nie zamierzała odchodzić bez spróbowania naprawienia szkody.
— Mogę też porobić za asekurację — dodała nieco żywiej, próbując obrócić całą sytuację w żart. — Gdyby ktoś jeszcze chciał ci coś zadeptać...
Dopiero po wypowiedzeniu tych słów uświadomiła sobie, jak niedorzecznie to zabrzmiało. Przecież nie mogła obiecać, że uchroni wszystkie kwiaty przed łapami nieuważnych kotów, skoro sama właśnie udowodniła, jak łatwo o taki wypadek. Mimo to uśmiechnęła się nieśmiało, licząc, że Krokus dostrzeże w jej propozycji przede wszystkim dobre intencje.
<Krokus?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz