Dlatego zmagał się z poszukiwaniem odpowiedzi sam, na swój sposób. Zdecydował się nawet na opuszczenie przeznaczonego mu legowiska, gdy jego mama zniknęła, aby odpocząć trochę od natłoku kociąt, obiecując im przysłanie opiekuna - który się nie pojawił. Wtedy to zdecydował sprawdzić swoje umiejętności skradania się, które nabył po paru zabawach z nim związanych, i przekradł się do otworu prowadzącego w ogromny, otwierający się przed nim świat. Wodospad nie spływał przez mroźną pogodę. Natomiast jeśli już jakaś kropelka z topiącego się lodu kierowała się w dół, nie trafiła na niego, więc nie przekonał się na razie do możliwych nieprzyjemności związanych z takim wyglądaniem na zewnętrze. Pozostawał bardzo ciekawy, zresztą pewnie jak każdy malec. Ponadto błogo nieświadomy.
On jednak trzymał w sobie ogromne pokłady tej całej ciekawości pomieszanej z niechęcią do zadawania pytań. Czuł potrzebę sprawdzenia samemu. Chciał postawić tam łapę sam oraz nie musieć zabiegać o uwagę kota, który możliwie pomyśli o nim jedynie negatywnie. Naprawdę cenił sobie reputację bardziej niż chęć posiadania tej wiedzy. Chociaż granica była cienka! Aż wyjrzał przez ramię, zastanawiając się, czy pytanie musiało być takim złym pomysłem. Niemniej, nie złapał kontaktu wzrokowego z żadnym obecnym w obozie kotem. Uznawszy to za znak, iż nie warto zajmować się pytaniem, przysunął się jeszcze bliżej do krawędzi.
Oczyma pojmował cały horyzont w możliwym zasięgu, lecz był pewien, że ląd biegł dużo dalej niż to, co może zobaczyć z tej perspektywy. Bezmyślnie podniósł się na łapach, próbując tym samym zobaczyć, chociażby zarysek dalszych terenów. Na jego nieszczęście, nie dostrzegł niczego, co mogłoby być odkryciem, ponieważ byłoby niemożliwe, chociażby dla dorosłego, a co dopiero młodziaka. Widział wyłącznie to, o czym mówiła mu mama i starsi - kawałek dalej lśniły w słońcu Pory Nagich Drzew wody bezkresnego morza; wyspa, której nazwa wypadła mu z głowy, piętrzyła się niedaleko; kawałek dróżki rysował się w oddali niczym obietnica. Znał te historie, ale nie mógł oprzeć się chęci przeżycia na własnej skórze tego, o czym opowiadały - dotknięcia wody, zasmakowania powietrza, no i przede wszystkim poczucia zapachu pozwalającego zapamiętać.
Ni stąd, ni zowąd, okropne zimno uderzyło go prosto w czubek głowy! Zachwiał się na łapach i aż musiał przywrzeć do gruntu w strachu, że poleci w przód oraz roztrzaska się na skalnych elementach. Najpierw czuł się głupkowato, wtem obok niego pojawił się inny kot. Po przyjemnym aromacie przychodzącym razem z nim, mimo oszołomienia, poznał go od razu. To Komosa dostąpił do jego boku, z piskiem:
— Hej, Kaczorku! — nim jego pysk opuściły kolejne słowa, on też niemal doświadczył przyprawiającego o dreszcze prysznica. Zaskoczony odgłos wyrwał mu się z gardła i rudawy brat natychmiast zobaczył, jak chciał skoczyć do przodu w ucieczce przed uczuciem. Pomysł na zaradzenie wypadkowi wpadł mu do łebka od razu, bo nie mógł pozwolić kotu ot, tak spaść. Do zapobiegania musiał działać z zawodową szybkością. Czym prędzej ustał na jego tylną łapę, gdyż ogon miał zbyt krótki.
Tak, spotkało się to tym razem z sykiem bólu. Decyzja jednak była z perspektywy pręguska zupełnie uzasadniona i pozwoliła przytrzymać tamtego przed jakimkolwiek ruchem, choć potem odskoczył w tył z prędkością światła. Widać było oburzenie w jego mince.
— To nie było miłe! — zaprotestował głośno.
— Proszę, troszkę ciszej! — powiedział przesadnie miło. — Ktoś usłyszy i każe nam wracać do żłobka albo naskarży mamie! — Myśl o rodzicielce dowiadującej się o niebezpiecznej sytuacji sprawiła, że młodego przebiegł dreszcz. Koteczka martwiła się już wystarczająco na co dzień bez podobnych wieści… to popchnęło go do decyzji o przyłożeniu łapki do pyszczka towarzysza zaczynającego wylewny monolog. Trzeba przyznać, iż działał naprawdę sprawnie, a do tego sprytnie. Aczkolwiek rozejrzał się dookoła nieco nieporadnie. Nie wiedział czego szukać w otoczeniu, które jakimś cudem zdawało się jedynie w ciszy obserwować poczynania dwójki. Nie chciał dopuścić kogokolwiek do podejścia za blisko, więc aby uniknąć takiej sytuacji, zdecydował się działać czym prędzej, jak najbardziej sprawnie.
— Wielkie dzięki… nie mogłeś zrobić nic lepszego niż zdeptać mi łapę, a potem przytknąć mi tą — zająknął się tamten. — Tą… tą swoją… — próbował sklecić w emocjach zdanie, co szło mu opornie. Kaczorek czekał bez zważania na problemy, widział już oczami wyobraźni podchodzącego do nich wojownika. — Przytknąć mi tą swoją futrzastą łapę prosto do buzi?! — rzucił ostatecznie urażony kocur. Gdy mógł przestać myśleć o poprawnej budowie wypowiedzi, naburmuszył się.
Kaczorek nie był najlepszy w socjalnych interakcjach, zwłaszcza tych pospiesznych, dlatego uśmiechnął się niezręcznie. — Przepraszam — był szczery i w wygłosie słowa zachowywał tą sztywną, zwyczajową dla niego uprzejmość. Aż dziwne, iż odnosił się do brata w ten sposób, jednak nie mógł inaczej, i nie miał czasu o tym rozmyślać. — Przecież wiesz, że nie chciałem... no ale chodźmy stąd. Już się na nas patrzą. — Nerwowość wstępowała w jego ciało, zabierając ekscytację.
<Przecież wiesz, że nie chciałem. Komoso?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz