Jakiś czas temu
Po kłótni z Tęczową Łapą Kawcza Łapa niezbyt miał z kim rozmawiać. Nicość wiedział, że powinien przeprosić za to, że go poniżył, mimo to nie zamierzał zrobić tę stronę całkowicie nic. Był jednym z mniej ciekawych Wilczaków, a skoro obraził się za kilka głupich słówek czy żartów, to znaczy, że nie zasługiwał na jego przyjaźń, ani tym bardziej na miano prawowitego Wilczaka. Czarny kocur spotkał się więc z nowym problemem. O ile brak Tęczy go nie obchodził, o tyle brak kumpla, któremu mógłby pomarudzić o swoim ojcu czy też o tym, jak beznadziejnie szły mu polowania, już trochę mu przeszkadzał. Czuł, że treningi, o które ciągle wypraszał Księżyca, dają mu psychicznie w “kość”. Tak bardzo skupił się na tym, aby jak najszybciej zostać wojownikiem, że zapomniał o tym, że powinien posiadać życie społeczne. Księżyc postanowił wyruszyć dziś na większe polowanie, co znaczyło, że mógł mieć spokój na prawdopodobnie cały dzień. I byłoby tak do momentu, w którym nie podszedł do niego Bzycząca Łapa. Nicość uśmiechnął się krzywo na widok towarzysza z legowiska.
— Idziesz z nami na polowanie — stwierdził czekot.
Czarny uniósł brwi.
— Przesłyszałem się czy może jednak faktycznie było to stwierdzenie? — zamrugał.
— Rozbity Księżyc mówił, że powinieneś poćwiczyć znowu wspinaczkę przed swoim mianowaniem. Ponoć nadal nie jesteś w tym wystarczająco dobry — odparł z uśmiechem na pysku.
Nicość westchnął.
“Co też ten przygłup wymyślił?” pomyślał, drapiąc się za uchem.
— A po kiego grzyba? — mruknął zirytowany. — Dla niego nie będę wystarczająco dobry w niczym. Nigdy — dorzucił, odwracając wzrok.
Bzyczek otworzył pyszczek, tak jakby chciał coś powiedzieć, ale jednak się zawahał. Nicość znał go dosyć długo, więc było to czymś dla niego nowym. Nie byli może przyjaciółmi, ale spędzili ze sobą wystarczająco dużo księżyców, aby zielonooki zrozumiał, że czekoladowemu rzadko kiedy zamyka się pyszczek. Zmarszczył nosek, wyczekując na jakieś słowa z jego strony.
— No wypowiedz żeś się wreszcie — burknął w końcu.
— Właściwie to jutro masz być mianowany. I to… Księżyc tak chciał. Zachwycał się, jaki to jego uczeń jest bystry i umiejętny — mruknął niepewnie, lecz z uśmiechem.
Nicość przymknął na moment oczy.
“No tak, czasem zapominam, że mimo wszystko widzi we mnie syna. Jakież to denerwujące” pomyślał, wzdychając pod nosem.
— Dobra, niech będzie — odmruknął w końcu.
— Co ty myślałeś, że masz jakiś wybór? — parsknął Bzyczek. — Ja całkiem dobrze sobie radzę ze wspinaczką. W razie czego też cię poduczę.
Nicość kiwnął głową. Może od zawsze miał przyjaciół, ale nie przywiązywał go nich szczególnej uwagi?
Następnego dnia
Kawcza Łapa siedział przed legowiskiem uczniów, czekając na zebranie. W końcu z legowiska przywódczyni wyszła szylkretowa kotka. Czarny kocurek zmrużył oczy, zastanawiając się, kiedy zacznie mówić. Weszła na Miejsce Przemówień, a uczeń zaczął się powoli zastanawiać czy Zalotna Gwiazda planuje może coś takiego jak śmierć. Na ten moment wyglądała na dosyć niezniszczalną, co w jej wieku było czymś niezwykle imponującym. Kocurek stawił się w wyznaczonym miejscu, czekając, aż przywódczyni wybierze odpowiedniego dla niego kandydata spośród kotów z tłumu, który mógłby być równie dobry w byciu wojownikiem. Nicość nie był więc zdziwiony, gdy przed swoimi oczami nie ujrzał żadnego z uczniów, lecz białe, długie futro z niebieskimi oczami. W tamtej chwili brakowało uczniów w podobnym wieku i o podobnych umiejętnościach, co znaczyło, że musiał wziąć udział w pojedynku z własnym mentorem i zarazem ojcem. Kawcza Łapa uniósł wzrok, aby ujrzeć ciepły uśmiech Rozbitego Księżyca, który przyglądał mu się z wielką jak zawsze, irracjonalną dumą. Nów wysunął pazury, naprawdę wierzył, że bieluch ni zamierza dać mu forów. Było zresztą dokładnie tak, jak sądził. Biały walczył zaciekle, jednak walka od zawsze była jego słabością, o czym czarny uczeń wiedział od samego początku treningów. Obojgu nie brakowało sprytu, co zapewne mogłoby zaważyć na zwycięstwie Nicości, gdyby nie większą siłą, której Księżycowi natomiast brakowało. Ojciec i syn. W jakiś sposób się dopełniali, zielonooki był tego bardzo świadomy. To, czego nie potrafił on, potrafił Rozbity Księżyc i na odwrót. Razem tworzyli świetny duet. Pojedynek trwał dosyć długo, jednak ostateczną wygraną dostał uczeń. Spojrzał na ojca, wycierającego krew znad nosa. Jego uśmiech zbladł. Czarny kocurek nie martwił się tym jakoś szczególnie, choć zauważył, że ostatnio bieluch był jakiś inny, dziwniejszy niż zwykle. Nie miał jednak czasu na dłuższe rozmyślania o futrzastym, gdyż właśnie miała się odbyć jego ceremonia.
Kawka uniósł głowę, wpatrując się w oczy Zalotki. Nie była aż tak przerażająca, jak sądził, ale z pewnością jej nie lubił.
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódczyni Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Kawcza Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam — miauknął Nicość, wypinając pierś.
— Zatem mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Kawcza Łapo, od tej pory będziesz znany jako Kawcza Nicość. Klan ceni twój spryt i lojalność oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka — mruknęła przywódczyni.
Kawcza Nicość kiwnął głową, a następnie rozpoczęło się wiwatowanie. Zielonooki szukał wzrokiem białego kocura, jednak nie był w stanie nigdzie go dojrzeć. Wzruszył ramionami, zastanawiając się, po co właściwie miałby go szukać. Nie miał litości dla Kwadry, więc on również nie powinien przejmować się jego byle ranką na nosie.
[857 słów]
[17%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz