Przeszłość, dzień mianowania…
Chłodniejsze powietrze, choć jeszcze nieostre jak zimowy wiatr, niosło ze sobą pierwsze oznaki końca pory zielonych liści. Promienie słońca przebijały się przez gęste, niskie chmury, rozlewając się po kamieniach i liściach bladym, rozproszonym światłem, które nie grzało już tak jak wcześniej. Ciepło wciąż jeszcze tliło się w skalnych szczelinach i pniach drzew, lecz coraz częściej ustępowało miejsca wilgoci i lekkiej, przenikliwej mgle unoszącej się o świcie.
Na drzewach pojawiły się pierwsze złote i rude liście — nieliczne, lecz wyraźne, jakby las sam badał, czy to już czas na zmianę. Nie spadały jeszcze gęsto, lecz te, które osunęły się na ziemię, szeleściły miękko pod łapami i znaczyły ścieżki barwnymi smugami. Wiatr, chłodniejszy i bardziej nieprzewidywalny niż latem, przemykał przez obozowisko z szelestem, niosąc ze sobą zapach wilgotnej kory, mokrej ziemi i sosnowej żywicy, który teraz był intensywniejszy, wyraźniejszy po niedawnych deszczach.
Wśród kotów Klanu Klifu panowała senna cisza, ale nie było to już leniwe, letnie znużenie — raczej spokojne skupienie, cisza przed zmianą. Większość odpoczywała w cieniu skalnych półek lub pod krzewami, nie dla ulgi przed upałem, lecz dla schronienia przed chłodniejszym powiewem. Światło było przygaszone, ale nie mroczne, jakby dzień nie mógł się zdecydować, czy chce być jeszcze pełnym życia końcem lata, czy już stonowaną, pachnącą liśćmi jesienią.
— Niebo, ukończyłaś już sześć księżyców i nadszedł czas, abyś podjęła się roli uczennicy. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojowniczki będziesz się nazywać Niebiańska Łapa. Twoim mentorem zostanie Przepiórczy Puch. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę.
Pod skalną półką, z której zwykle przemawiał przywódca, zgromadziły się koty Klanu Klifu. Ich futra falowały lekko pod wpływem chłodnego, jesiennego wiatru, a bursztynowe liście wirowały w powietrzu, niesione podmuchami, które zdawały się szeptać pradawne słowa przodków. Nad głowami kotów niebo było blade, przytłumione cienką warstwą chmur, zza których od czasu do czasu przebłyskiwał słaby promień słońca — jakby nawet niebo przyglądało się temu, co miało się zaraz wydarzyć.
Niebiańska Łapa — choć jeszcze przed chwilą zwana Niebem — stała wyprostowana, dumnie, tuż przed półką. Jej sierść, lśniąca i starannie wygładzona, odbijała światło niczym wypolerowany kamień na dnie potoku. Każdy szczegół jej postawy mówił jedno: była gotowa. Brązowe oczy, szeroko otwarte, błyszczały determinacją i nieskrywaną radością, choć jej wąsy ani razu nie drgnęły — panowała nad sobą jak doświadczona wojowniczka. Sprawiała wrażenie, jakby przez ostatnie sześć księżyców nie robiła nic innego, tylko wyczekiwała tej chwili. W przeciwieństwie do swoich sióstr, które przyjęły swoje uczniowskie imiona z mieszaniną niepewności i podekscytowania, ona zdawała się już znać swoją ścieżkę — a teraz wreszcie miała na nią wkroczyć.
Głos przywódcy odbił się echem od kamiennych ścian obozowiska, dźwięczny i spokojny, choć niosący z sobą doniosłość chwili. Wymówił jej imię z należytą powagą — Niebiańska Łapa — a dźwięk ten zawisł w powietrzu niczym echo fal uderzających o klify.
— Przepiórcza Wichuro, jesteś gotowa do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałaś od swojego mentora, Pochmurnego Promienia świetne szkolenie i pokazałaś swoją szybkość oraz… Energię. Staniesz się mentorką Niebiańskiej Łapy i mam nadzieję, że przekażesz jej całą swoją wiedzę, jeśli nie więcej.
Gdy przywódca ogłosił wybór mentorki, z tłumu wystąpiła Przepiórczą Wichurę. Jej spojrzenie, przyjazne, lecz pewne, spotkało się z oczami nowej uczennicy, a potem dotknęła nosem czoła Niebiańskiej Łapy w geście, który przypieczętował ich nową więź.
— Cześć, Niebiańska Łapo! — zawołała nagle Przepiórczy Puch, ledwie Judaszowcowa Gwiazda przeszedł do ogłaszania kolejnej ceremonii. Jej głos rozciął powietrze jak podmuch wiatru między skałami — radosny, melodyjny, nieco za głośny, jakby sama nie potrafiła zapanować nad własnym entuzjazmem. — Miło, naprawdę, miło jest mi ciebie poznać! Nie wiesz nawet, jak wiele ci pokażę… No, chyba że potrafisz przewidywać przyszłość!
Na końcu tych słów jej pysk wykrzywił się w szerokim, szczerym uśmiechu, który przypominał rozciągniętą tęczę po burzy — piękny, ale zaskakujący, niepasujący zupełnie do powagi chwili. Szybko zgięła ogon w kształt pytajnika, potrząsając nim lekko, jakby sama nie wiedziała, co zrobić z nadmiarem energii buzującym w jej łapach.
Niebiańska Łapa, która przez cały czas trzymała się sztywno i z godnością — z łapami ustawionymi równo, ogonem przy boku i brodą lekko uniesioną — nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego przejechała językiem po łapie, dostrzegając przy tym mały, niesforny pęczek sierści odstający tuż nad pazurem. Zmarszczyła lekko nos i wygładziła go w dwóch precyzyjnych ruchach, po czym uniosła wzrok, by lepiej przyjrzeć się swojej nowej mentorce.
Przepiórczy Puch z pewnością nie wyglądała jak typowa wojowniczka, którą Niebiańska Łapa sobie wyobrażała. Jej szylkretowe futro było rozczochrane w kilku miejscach, jakby kotka dopiero co wytoczyła się z gęstwiny krzewów — i wcale nie wyglądała na zmartwioną tym faktem. Między ciemniejszymi plamami na grzbiecie błyskały piórka — drobne, niepozorne, ale bez wątpienia należące do przepiórek. Czy to był żart? Symboliczna ozdoba? A może ślad po jednej z tych „wielu rzeczy”, które Przepiórczy Puch zamierzała pokazać?
Najbardziej uderzały jednak jej oczy — ciemnozielone, lekko zezowate, przez co zdawały się patrzeć w dwóch kierunkach naraz. A jednak błyszczały ciepło i żywo jak gwiazdy odbijające się w tafli jeziora tuż po zmierzchu.
Niebiańska Łapa nie wiedziała, co miała o niej myśleć.
Z jednej strony... to był przecież moment, na który czekała od pierwszego poranka, gdy zdołała samodzielnie wspiąć się na półkę skalną. Każdy jej dzień był planowany z wyprzedzeniem — od sposobu, w jaki czesała sobie futro językiem, po ilość ćwiczeń, które sama sobie narzucała w zabawie z siostrami. Nic nie pozostawiała przypadkowi. Nawet dziś, zanim ceremonia się rozpoczęła, obmyła każdą łapę po trzy razy, przycinając językiem każdy zbłąkany włosek, bo nie godziło się wkroczyć w nowy etap życia z sierścią wyglądającą na rozczochraną. Wiedziała, jak chciała wyglądać. Wiedziała, kim chciała się stać.
A teraz miała się uczyć od kotki, która wyglądała, jakby nie wiedziała nawet, gdzie zostawiła ogon.
"Czy to właśnie ona poprowadzi mnie ku perfekcji?" — zapytała samą siebie, mrużąc oczy. — "Czy to ta kotka pozwoli mi kiedyś zasłużyć na pozycję zastępczyni? A może... czy to z nią mam zbudować swoją ścieżkę do gwiazd?"
Myśl o tym, że Przepiórczy Puch mogłaby nie zrozumieć jej ambicji, była jak cierń pod skórą — niedostrzegalny, ale nie do zignorowania. Ale równie bolesna była myśl o tym, że być może... właśnie na tym polegało szkolenie. Że perfekcja nie zawsze przychodziła w najbardziej oczywistej formie.
Przepiórczy Puch nagle pochylała się ku niej z uśmiechem i błyskiem w oku.
— Zobaczysz, Niebiańska Łapo. Zrobimy z ciebie wojowniczkę, o jakiej ten klan jeszcze nie słyszał!
Niebiańska Łapa ledwo powstrzymała drgnięcie wąsa.
— To naprawdę… Miłe — odparła, ostrożnie dobierając słowa. — I naprawdę nie mogę się już doczekać. Jednak musiała zajść drobna pomyłka: Chyba nie ty powinnaś być moją mentorką.
Cynamonowa kotka jedynie się roześmiała.
— Tak? A kogo wybrał do tej roli Judaszowcowa Gwiazda, głuptasie?
Kiedy kolejne szkolenie z Przepiórką dobiegło końca, a wraz z wojowniczką znalazła się przy wejściu do obozowiska, Niebiańska Łapa odetchnęła cicho — tak cicho, że nawet najczujniejsze ucho nie wychwyciłoby tego dźwięku. Miała wrażenie, że przez cały czas wstrzymywała powietrze, jakby każdy jej wdech mógł coś zepsuć, zakłócić harmonię, którą tak bardzo pragnęła utrzymać.
Kiedy tylko Przepiórka, jej mentorka, odwróciła wzrok, zajęta rozmową z innym wojownikiem, Niebiańska Łapa wykorzystała tę krótką chwilę. Poruszała się ostrożnie, niemal z przesadną precyzją, jakby każdy krok musiał być idealnie wyważony. Miękka ściółka pod łapami tłumiła odgłos jej ruchów, lecz mimo to kotka czuła, że każdy szelest, każde drgnienie ogona rozbrzmiewa w ciszy obozu zbyt donośnie.
Zatrzymała się przed wejściem do legowiska medyczki. Cień poruszył się przy wejściu, a powiew chłodnego powietrza przyniósł ze sobą ostrą, gęstą woń ziół. Każdy inny kot skrzywiłby się zapewne z niesmakiem, ale Niebiańska Łapa nawet nie mrugnęła. Nie czuła zapachów — od zawsze — i czasami wydawało jej się, że przez to stoi jakby krok z boku od reszty świata. Dla niej barwy, dźwięki, faktury — to one niosły znaczenie.
Zawahała się chwilę, poprawiając postawę. Jej futerko było starannie wygładzone, żaden włos nie sterczał nie na miejscu; nawet ogon ułożyła tak, by wyglądał naturalnie, choć w jej ruchach widać było napięcie. Dopiero potem cicho mruknęła:
— Ćmi Księżycu?
Z półmroku wyłoniła się medyczka. Ćmi Księżyc wyglądała na zmęczoną — jej futro było w lekkim nieładzie, a na czole i policzkach widniały ślady ziół, które najwyraźniej przed chwilą rozcierała. Mimo to w jej spojrzeniu tlił się spokój, ten sam, który potrafił koić nawet najbardziej roztrzęsione serca.
— Niebiańska Łapo — przywitała ją z lekkim zdumieniem. — Co cię tu sprowadza?
Młoda kotka przestąpiła z łapy na łapę, spuszczając wzrok. Przez moment rozważała, jak najlepiej odpowiedzieć, jak dobrać słowa, by brzmiały uprzejmie, rzeczowo, nie zbyt dramatycznie. W końcu odezwała się cicho:
— Boli mnie gardło — przyznała. — Przez cały trening nie chciałam, żeby Przepiórka się martwiła. Pomyślałam, że lepiej, jeśli spojrzysz na to, gdy tylko wrócę do obozowiska.
Medyczka skinęła głową i podeszła bliżej, poruszając się z tą spokojną pewnością, jaką miały tylko koty, które widziały już zbyt wiele, by cokolwiek mogło je zaskoczyć.
— Hm. Nie wygląda na nic poważnego, ale nie zamierzam tego lekceważyć — mruknęła po chwili, nachylając się. — Otwórz pyszczek.
Niebiańska Łapa posłusznie uniosła brodę. Nawet teraz — kiedy jej gardło piekło, a mięśnie napięte były jak struny — starała się, by jej postawa była nienaganna. Nie chciała wyglądać na przestraszoną ani na dziecko. Chciała, by Ćmi Księżyc zobaczyła w niej przyszłą wojowniczkę, zdyscyplinowaną i dokładną.
Medyczka zajrzała jej do pyszczka, mrużąc oczy.
— Trochę podrażnione. Może przeciąg, może kurz. Albo stres — dodała ciszej, zerkając na nią uważnie. — W końcu bardzo stresujące jest bycie uczniem, prawda?
Na te słowa Niebiańska Łapa drgnęła lekko.
— Stres? — powtórzyła z udawanym oburzeniem, prostując się niemal odruchowo. — Nie, nie sądzę. Wydaje mi się, że jestem spokojniejsza niż kiedykolwiek.
Kącik ust Ćmi Księżyc uniósł się w delikatnym uśmiechu. Odpowiedziała jednak tylko krótkim:
— Oczywiście.
Potem sięgnęła po kilka liści, z wprawą oddzielając te, które były odpowiednio świeże. W jej ruchach było coś uspokajającego — rytm, który mógłby przypominać kołysankę.
— Weź to — powiedziała po chwili, podsuwając jej jeden z liści. — To złagodzi podrażnienie. I postaraj się mówić jak najmniej, dopóki nie poczujesz się lepiej.
Niebiańska Łapa skinęła głową, starając się nie okazać grymasu, gdy tylko zioła dotknęły jej języka. Ich gorzki smak rozlał się po pyszczku jak fala zimnej wody, ale zaraz potem poczuła przyjemne chłodzenie, które rozproszyło ból w gardle.
— Dziękuję — wymruczała w końcu cicho.
Gdy medyczka odwróciła się z powrotem do swoich ziół, Niebiańska Łapa jeszcze przez moment stała w wejściu. Czuła, jak napięcie powoli opuszcza jej ciało, a jednocześnie w jej wnętrzu tliła się znajoma niepewność. Czy naprawdę wyglądała na spokojną? Czy każde jej słowo, każdy gest był wystarczająco opanowany?
Poprawiła futro na szyi, raz jeszcze wygładziła ogon — i dopiero wtedy wyszła z legowiska, zostawiając za sobą zapach ziół i echo własnych, zbyt cichych myśli.
Przepiórka czekała na nią przed wejściem.
— Gdzie się podziewałaś? Przecież obiecałam ci, że jak tylko wrócimy do obozowiska, zrobię ci drobny wstęp do otwierania krabów — miauknęła energicznie, jak gdyby sama nie mogła się doczekać, aż zrobi coś nowego, aż pokaże, jak wiele nauczyła się przez wszystkie te księżyce spędzone na szkoleniu swoim własnym. — Oczywiście, wiem, że nie musimy zaczynać natychmiast… — powiedziała ściszonym głosem, manipulując swą tonacją tak, by sprawiała wrażenie nieco posmutniałej możliwością oczekiwania.
Przez chwilę patrzyła na mentorkę. Wiedziała, że, nawet jeśli nie widzi w niej swojego wymarzonego wzoru, nawet jeśli nie była to dla niej kotka, która faktycznie powinna obejmować funkcję jej mentorki, to powinna się jej słuchać, bo tego właśnie oczekiwało się od uczniów.
Pokiwała kilka razy głową, dając sobie samej kilka dodatkowych uderzeń serca, by skomponować faktyczną odpowiedź.
— Myślę, że najlepiej będzie przejść do tego wstępu jak najprędzej — miauknęła w końcu, po czym wykrzywiła pysk w delikatnym uśmieszku. — Byłoby… Naprawdę dobre już teraz posłuchać o tym, jak powinno to właściwie wyglądać.
Na drzewach pojawiły się pierwsze złote i rude liście — nieliczne, lecz wyraźne, jakby las sam badał, czy to już czas na zmianę. Nie spadały jeszcze gęsto, lecz te, które osunęły się na ziemię, szeleściły miękko pod łapami i znaczyły ścieżki barwnymi smugami. Wiatr, chłodniejszy i bardziej nieprzewidywalny niż latem, przemykał przez obozowisko z szelestem, niosąc ze sobą zapach wilgotnej kory, mokrej ziemi i sosnowej żywicy, który teraz był intensywniejszy, wyraźniejszy po niedawnych deszczach.
Wśród kotów Klanu Klifu panowała senna cisza, ale nie było to już leniwe, letnie znużenie — raczej spokojne skupienie, cisza przed zmianą. Większość odpoczywała w cieniu skalnych półek lub pod krzewami, nie dla ulgi przed upałem, lecz dla schronienia przed chłodniejszym powiewem. Światło było przygaszone, ale nie mroczne, jakby dzień nie mógł się zdecydować, czy chce być jeszcze pełnym życia końcem lata, czy już stonowaną, pachnącą liśćmi jesienią.
— Niebo, ukończyłaś już sześć księżyców i nadszedł czas, abyś podjęła się roli uczennicy. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojowniczki będziesz się nazywać Niebiańska Łapa. Twoim mentorem zostanie Przepiórczy Puch. Mam nadzieję, że przekaże ci ona całą swoją wiedzę.
Pod skalną półką, z której zwykle przemawiał przywódca, zgromadziły się koty Klanu Klifu. Ich futra falowały lekko pod wpływem chłodnego, jesiennego wiatru, a bursztynowe liście wirowały w powietrzu, niesione podmuchami, które zdawały się szeptać pradawne słowa przodków. Nad głowami kotów niebo było blade, przytłumione cienką warstwą chmur, zza których od czasu do czasu przebłyskiwał słaby promień słońca — jakby nawet niebo przyglądało się temu, co miało się zaraz wydarzyć.
Niebiańska Łapa — choć jeszcze przed chwilą zwana Niebem — stała wyprostowana, dumnie, tuż przed półką. Jej sierść, lśniąca i starannie wygładzona, odbijała światło niczym wypolerowany kamień na dnie potoku. Każdy szczegół jej postawy mówił jedno: była gotowa. Brązowe oczy, szeroko otwarte, błyszczały determinacją i nieskrywaną radością, choć jej wąsy ani razu nie drgnęły — panowała nad sobą jak doświadczona wojowniczka. Sprawiała wrażenie, jakby przez ostatnie sześć księżyców nie robiła nic innego, tylko wyczekiwała tej chwili. W przeciwieństwie do swoich sióstr, które przyjęły swoje uczniowskie imiona z mieszaniną niepewności i podekscytowania, ona zdawała się już znać swoją ścieżkę — a teraz wreszcie miała na nią wkroczyć.
Głos przywódcy odbił się echem od kamiennych ścian obozowiska, dźwięczny i spokojny, choć niosący z sobą doniosłość chwili. Wymówił jej imię z należytą powagą — Niebiańska Łapa — a dźwięk ten zawisł w powietrzu niczym echo fal uderzających o klify.
— Przepiórcza Wichuro, jesteś gotowa do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałaś od swojego mentora, Pochmurnego Promienia świetne szkolenie i pokazałaś swoją szybkość oraz… Energię. Staniesz się mentorką Niebiańskiej Łapy i mam nadzieję, że przekażesz jej całą swoją wiedzę, jeśli nie więcej.
Gdy przywódca ogłosił wybór mentorki, z tłumu wystąpiła Przepiórczą Wichurę. Jej spojrzenie, przyjazne, lecz pewne, spotkało się z oczami nowej uczennicy, a potem dotknęła nosem czoła Niebiańskiej Łapy w geście, który przypieczętował ich nową więź.
— Cześć, Niebiańska Łapo! — zawołała nagle Przepiórczy Puch, ledwie Judaszowcowa Gwiazda przeszedł do ogłaszania kolejnej ceremonii. Jej głos rozciął powietrze jak podmuch wiatru między skałami — radosny, melodyjny, nieco za głośny, jakby sama nie potrafiła zapanować nad własnym entuzjazmem. — Miło, naprawdę, miło jest mi ciebie poznać! Nie wiesz nawet, jak wiele ci pokażę… No, chyba że potrafisz przewidywać przyszłość!
Na końcu tych słów jej pysk wykrzywił się w szerokim, szczerym uśmiechu, który przypominał rozciągniętą tęczę po burzy — piękny, ale zaskakujący, niepasujący zupełnie do powagi chwili. Szybko zgięła ogon w kształt pytajnika, potrząsając nim lekko, jakby sama nie wiedziała, co zrobić z nadmiarem energii buzującym w jej łapach.
Niebiańska Łapa, która przez cały czas trzymała się sztywno i z godnością — z łapami ustawionymi równo, ogonem przy boku i brodą lekko uniesioną — nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego przejechała językiem po łapie, dostrzegając przy tym mały, niesforny pęczek sierści odstający tuż nad pazurem. Zmarszczyła lekko nos i wygładziła go w dwóch precyzyjnych ruchach, po czym uniosła wzrok, by lepiej przyjrzeć się swojej nowej mentorce.
Przepiórczy Puch z pewnością nie wyglądała jak typowa wojowniczka, którą Niebiańska Łapa sobie wyobrażała. Jej szylkretowe futro było rozczochrane w kilku miejscach, jakby kotka dopiero co wytoczyła się z gęstwiny krzewów — i wcale nie wyglądała na zmartwioną tym faktem. Między ciemniejszymi plamami na grzbiecie błyskały piórka — drobne, niepozorne, ale bez wątpienia należące do przepiórek. Czy to był żart? Symboliczna ozdoba? A może ślad po jednej z tych „wielu rzeczy”, które Przepiórczy Puch zamierzała pokazać?
Najbardziej uderzały jednak jej oczy — ciemnozielone, lekko zezowate, przez co zdawały się patrzeć w dwóch kierunkach naraz. A jednak błyszczały ciepło i żywo jak gwiazdy odbijające się w tafli jeziora tuż po zmierzchu.
Niebiańska Łapa nie wiedziała, co miała o niej myśleć.
Z jednej strony... to był przecież moment, na który czekała od pierwszego poranka, gdy zdołała samodzielnie wspiąć się na półkę skalną. Każdy jej dzień był planowany z wyprzedzeniem — od sposobu, w jaki czesała sobie futro językiem, po ilość ćwiczeń, które sama sobie narzucała w zabawie z siostrami. Nic nie pozostawiała przypadkowi. Nawet dziś, zanim ceremonia się rozpoczęła, obmyła każdą łapę po trzy razy, przycinając językiem każdy zbłąkany włosek, bo nie godziło się wkroczyć w nowy etap życia z sierścią wyglądającą na rozczochraną. Wiedziała, jak chciała wyglądać. Wiedziała, kim chciała się stać.
A teraz miała się uczyć od kotki, która wyglądała, jakby nie wiedziała nawet, gdzie zostawiła ogon.
"Czy to właśnie ona poprowadzi mnie ku perfekcji?" — zapytała samą siebie, mrużąc oczy. — "Czy to ta kotka pozwoli mi kiedyś zasłużyć na pozycję zastępczyni? A może... czy to z nią mam zbudować swoją ścieżkę do gwiazd?"
Myśl o tym, że Przepiórczy Puch mogłaby nie zrozumieć jej ambicji, była jak cierń pod skórą — niedostrzegalny, ale nie do zignorowania. Ale równie bolesna była myśl o tym, że być może... właśnie na tym polegało szkolenie. Że perfekcja nie zawsze przychodziła w najbardziej oczywistej formie.
Przepiórczy Puch nagle pochylała się ku niej z uśmiechem i błyskiem w oku.
— Zobaczysz, Niebiańska Łapo. Zrobimy z ciebie wojowniczkę, o jakiej ten klan jeszcze nie słyszał!
Niebiańska Łapa ledwo powstrzymała drgnięcie wąsa.
— To naprawdę… Miłe — odparła, ostrożnie dobierając słowa. — I naprawdę nie mogę się już doczekać. Jednak musiała zajść drobna pomyłka: Chyba nie ty powinnaś być moją mentorką.
Cynamonowa kotka jedynie się roześmiała.
— Tak? A kogo wybrał do tej roli Judaszowcowa Gwiazda, głuptasie?
Teraźniejszość…
Kiedy tylko Przepiórka, jej mentorka, odwróciła wzrok, zajęta rozmową z innym wojownikiem, Niebiańska Łapa wykorzystała tę krótką chwilę. Poruszała się ostrożnie, niemal z przesadną precyzją, jakby każdy krok musiał być idealnie wyważony. Miękka ściółka pod łapami tłumiła odgłos jej ruchów, lecz mimo to kotka czuła, że każdy szelest, każde drgnienie ogona rozbrzmiewa w ciszy obozu zbyt donośnie.
Zatrzymała się przed wejściem do legowiska medyczki. Cień poruszył się przy wejściu, a powiew chłodnego powietrza przyniósł ze sobą ostrą, gęstą woń ziół. Każdy inny kot skrzywiłby się zapewne z niesmakiem, ale Niebiańska Łapa nawet nie mrugnęła. Nie czuła zapachów — od zawsze — i czasami wydawało jej się, że przez to stoi jakby krok z boku od reszty świata. Dla niej barwy, dźwięki, faktury — to one niosły znaczenie.
Zawahała się chwilę, poprawiając postawę. Jej futerko było starannie wygładzone, żaden włos nie sterczał nie na miejscu; nawet ogon ułożyła tak, by wyglądał naturalnie, choć w jej ruchach widać było napięcie. Dopiero potem cicho mruknęła:
— Ćmi Księżycu?
Z półmroku wyłoniła się medyczka. Ćmi Księżyc wyglądała na zmęczoną — jej futro było w lekkim nieładzie, a na czole i policzkach widniały ślady ziół, które najwyraźniej przed chwilą rozcierała. Mimo to w jej spojrzeniu tlił się spokój, ten sam, który potrafił koić nawet najbardziej roztrzęsione serca.
— Niebiańska Łapo — przywitała ją z lekkim zdumieniem. — Co cię tu sprowadza?
Młoda kotka przestąpiła z łapy na łapę, spuszczając wzrok. Przez moment rozważała, jak najlepiej odpowiedzieć, jak dobrać słowa, by brzmiały uprzejmie, rzeczowo, nie zbyt dramatycznie. W końcu odezwała się cicho:
— Boli mnie gardło — przyznała. — Przez cały trening nie chciałam, żeby Przepiórka się martwiła. Pomyślałam, że lepiej, jeśli spojrzysz na to, gdy tylko wrócę do obozowiska.
Medyczka skinęła głową i podeszła bliżej, poruszając się z tą spokojną pewnością, jaką miały tylko koty, które widziały już zbyt wiele, by cokolwiek mogło je zaskoczyć.
— Hm. Nie wygląda na nic poważnego, ale nie zamierzam tego lekceważyć — mruknęła po chwili, nachylając się. — Otwórz pyszczek.
Niebiańska Łapa posłusznie uniosła brodę. Nawet teraz — kiedy jej gardło piekło, a mięśnie napięte były jak struny — starała się, by jej postawa była nienaganna. Nie chciała wyglądać na przestraszoną ani na dziecko. Chciała, by Ćmi Księżyc zobaczyła w niej przyszłą wojowniczkę, zdyscyplinowaną i dokładną.
Medyczka zajrzała jej do pyszczka, mrużąc oczy.
— Trochę podrażnione. Może przeciąg, może kurz. Albo stres — dodała ciszej, zerkając na nią uważnie. — W końcu bardzo stresujące jest bycie uczniem, prawda?
Na te słowa Niebiańska Łapa drgnęła lekko.
— Stres? — powtórzyła z udawanym oburzeniem, prostując się niemal odruchowo. — Nie, nie sądzę. Wydaje mi się, że jestem spokojniejsza niż kiedykolwiek.
Kącik ust Ćmi Księżyc uniósł się w delikatnym uśmiechu. Odpowiedziała jednak tylko krótkim:
— Oczywiście.
Potem sięgnęła po kilka liści, z wprawą oddzielając te, które były odpowiednio świeże. W jej ruchach było coś uspokajającego — rytm, który mógłby przypominać kołysankę.
— Weź to — powiedziała po chwili, podsuwając jej jeden z liści. — To złagodzi podrażnienie. I postaraj się mówić jak najmniej, dopóki nie poczujesz się lepiej.
Niebiańska Łapa skinęła głową, starając się nie okazać grymasu, gdy tylko zioła dotknęły jej języka. Ich gorzki smak rozlał się po pyszczku jak fala zimnej wody, ale zaraz potem poczuła przyjemne chłodzenie, które rozproszyło ból w gardle.
— Dziękuję — wymruczała w końcu cicho.
Gdy medyczka odwróciła się z powrotem do swoich ziół, Niebiańska Łapa jeszcze przez moment stała w wejściu. Czuła, jak napięcie powoli opuszcza jej ciało, a jednocześnie w jej wnętrzu tliła się znajoma niepewność. Czy naprawdę wyglądała na spokojną? Czy każde jej słowo, każdy gest był wystarczająco opanowany?
Poprawiła futro na szyi, raz jeszcze wygładziła ogon — i dopiero wtedy wyszła z legowiska, zostawiając za sobą zapach ziół i echo własnych, zbyt cichych myśli.
Przepiórka czekała na nią przed wejściem.
— Gdzie się podziewałaś? Przecież obiecałam ci, że jak tylko wrócimy do obozowiska, zrobię ci drobny wstęp do otwierania krabów — miauknęła energicznie, jak gdyby sama nie mogła się doczekać, aż zrobi coś nowego, aż pokaże, jak wiele nauczyła się przez wszystkie te księżyce spędzone na szkoleniu swoim własnym. — Oczywiście, wiem, że nie musimy zaczynać natychmiast… — powiedziała ściszonym głosem, manipulując swą tonacją tak, by sprawiała wrażenie nieco posmutniałej możliwością oczekiwania.
Przez chwilę patrzyła na mentorkę. Wiedziała, że, nawet jeśli nie widzi w niej swojego wymarzonego wzoru, nawet jeśli nie była to dla niej kotka, która faktycznie powinna obejmować funkcję jej mentorki, to powinna się jej słuchać, bo tego właśnie oczekiwało się od uczniów.
Pokiwała kilka razy głową, dając sobie samej kilka dodatkowych uderzeń serca, by skomponować faktyczną odpowiedź.
— Myślę, że najlepiej będzie przejść do tego wstępu jak najprędzej — miauknęła w końcu, po czym wykrzywiła pysk w delikatnym uśmieszku. — Byłoby… Naprawdę dobre już teraz posłuchać o tym, jak powinno to właściwie wyglądać.
[1894 słowa]
[przyznano 38%]
Wyleczeni: Niebiańska Łapa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz