W końcu jednak nastał dzień, w którym musiał się przemóc. Nie mógł już milczeć.
Pierwszy raz to właśnie Złocista Łapa miał mu pomóc z własnym obowiązkiem utrzymania się w czystości. Najczęściej robiła to mama, czasem Pani Kotewka, ale nie on...
Uczeń trzymał go delikatnie, nie chcąc sprawić mu bólu, ani zrobić krzywdy. Na początku kociak siedział spokojnie, mając nadzieję, że cała pielęgnacja będzie trwała może kilka chwil, ale kiedy po raz kolejny został ostrożnie przekręcony na drugi bok, zawarczał cicho. Sam dźwięk był niemal niesłyszalny, ale samo drżenie jego ciała sprawiło, że kocur zawahał się.
— Och przepraszam, coś cię zabolało, Klekotku? — zapytał spokojnie, chociaż w jego głosie słychać było faktyczną nutkę strachu.
— Mm... nie... — mruknął niezadowolony.
— To, co się stało? Powiesz mi? Jeśli mi powiesz, będziemy mogli coś na to poradzić i rozwiązać ten problem. Jeśli jednak faktycznie coś ci dolega, coś cię boli, może pójdziemy razem do Różanej Woni, co ty na to? — Głos kocura był miły, ale to nie wystarczyło.
— N-nie chce. — Wyślizgnął się spomiędzy łap Widlika i rozejrzał się po żłobku. Kotewkowy Powiew zajmowała się czyszczeniem maluchów Borówkowej Słodyczy wspólnie z samą wojowniczką, która niedawno wróciła do obozu. Zazdrość ukłuła księcia. Odwrócił się i zaczął dokładnie rozglądać się po kociarni. Chodził pośpiesznie, zaglądając w każdy kąt. Dwie starsze kotki co jakiś czas spoglądały na niego, ale dopóki nie robił sobie krzywdy, były w stanie zaakceptować to typowe, dziwaczne zachowanie. Kotem, który nie był, okazał się uczeń piastunki, który podniósł się i zaczął dreptać za maluchem w jedną i w drugą stronę, próbując zrozumieć bez pytań, czego ten tak naprawdę szuka. W końcu poddał się i zaczął:
— A mógłbym pomóc ci jakoś inaczej? Widzę, że próbujesz coś znaleźć. — Klekotek odwrócił się z lekko skwaszoną mordką.
— Mamę... — mruknął, a następnie rzucił okiem na Borówkę, jakby chciał zaznaczyć wszelkie niesprawiedliwości, jakie krył ten świat.
— To, co się stało? Powiesz mi? Jeśli mi powiesz, będziemy mogli coś na to poradzić i rozwiązać ten problem. Jeśli jednak faktycznie coś ci dolega, coś cię boli, może pójdziemy razem do Różanej Woni, co ty na to? — Głos kocura był miły, ale to nie wystarczyło.
— N-nie chce. — Wyślizgnął się spomiędzy łap Widlika i rozejrzał się po żłobku. Kotewkowy Powiew zajmowała się czyszczeniem maluchów Borówkowej Słodyczy wspólnie z samą wojowniczką, która niedawno wróciła do obozu. Zazdrość ukłuła księcia. Odwrócił się i zaczął dokładnie rozglądać się po kociarni. Chodził pośpiesznie, zaglądając w każdy kąt. Dwie starsze kotki co jakiś czas spoglądały na niego, ale dopóki nie robił sobie krzywdy, były w stanie zaakceptować to typowe, dziwaczne zachowanie. Kotem, który nie był, okazał się uczeń piastunki, który podniósł się i zaczął dreptać za maluchem w jedną i w drugą stronę, próbując zrozumieć bez pytań, czego ten tak naprawdę szuka. W końcu poddał się i zaczął:
— A mógłbym pomóc ci jakoś inaczej? Widzę, że próbujesz coś znaleźć. — Klekotek odwrócił się z lekko skwaszoną mordką.
— Mamę... — mruknął, a następnie rzucił okiem na Borówkę, jakby chciał zaznaczyć wszelkie niesprawiedliwości, jakie krył ten świat.
<Złocisty?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz