Patrzył jeszcze przez chwilę na Czyhającą Murenę z nienawiścią wypalającą jej w czole dziurę samym wzrokiem zanim prychnął i odwrócił się, by odejść. Nie miał po co z nią rozmawiać. Co miała zrobić, już zrobiła. Mleko się rozlało.
— Teraz to do niej sobie idź — mruknął na koniec, nawet nie odwracając głowy w stronę kotki, po czym zniknął w zaroślach.
***
Od tamtej walki, wyznania i narodzin jej dziecka, Szałwiowe Serce sam nie wiedział, co myśleć o swojej siostrze.
Po długich księżycach prowadzenia konfliktu, nadszedł jego koniec. Pogodzili się, było tak, jak kiedyś. W głębi serca czekał na to od dawna. W końcu ile można było trzymać do siebie urazę i napawać się nadmuchaną nienawiścią za rzecz, która była już przeszłością? Wspomnienie zauroczenia w Czereśniowym Pocałunku zdążyło zatrzeć się w umyśle Szałwiowego Serca. Nie wracał do niego. Niosło ze sobą tylko żenadę. Dawało mu dowód, że od dzieciństwa był już mysim móżdżkiem – zawsze dawał się ponieść miłosnym uniesieniom...
Czy można było powiedzieć, że Murena była taka sama? Jej oba związki można było odnieść do zdrady. Czereśnia była zdradą jego samego, a ten samotnik ich całego klanu. Nadal nie potrafił tego przetrawić. Po tym wszystkim, co doświadczyła ona i cała jej rodzina, po prześladowaniach i śmierciach tak wielu z nich, nadal była w stanie zaufać samotnikowi? I to aż tak, by zapałać do niego szczerym uczuciem, by wplątać się w romans, by... Miał gdzieś z tyłu głowy jedną, trafną zresztą myśl, że nie powinien jej oceniać. Sam chował przed klanem jeden sekret, potencjalnie nawet gorszy niż ten jej. Mógł poniekąd zrozumieć Murenę i to, co zrobiła.
...ale czy musiał być to czekoladowy samotnik?
Może to była hipokryzja. Może. Nie zamierzał się z tym spierać. Miał już przyczepione do siebie gorsze łatki niż ta hipokryty, mógł to znieść.
...ale czy naprawdę musiał...?
Nieważne. Potrząsnął głową, próbując odrzucić od siebie te myśli i delikatną odrazę, które w nim wywoływały. Nie powinien się tym aż tak przejmować. Mieli między sobą tajemnicę i nawet jeśli była ona okropna, miała pewien pozytywny element. W końcu znalazł coś, w czym mógł powiedzieć, że był od niej lepszy. Mogła mieć prostszy pysk, czarniejsze futro, lepsze techniki, umiejętniejsze łapy – to wszystko plamił jej paskudny romans. Jej dziecko, w którego żyłach płynęła krew krwiożerczego samotnika. Szałwiowe Serce, czego by mu nie zarzucić, miał jeszcze jakieś zasady.
I kiedy tak cicho chłeptał się tą myślą, zdawał sobie sprawę, jak bardzo krucha była jego teraźniejsza reputacja. Gdyby tylko ktoś poznał jego sekret...
Szedł w stronę kociarni, trzymając w pysku złowioną uprzednio przez siebie rybę. To było tylko między nimi. Tak, jak on nigdy nie chciałby, żeby jego prawdziwe życie miłosne wyszło na jaw, tak nie zamierzał robić złego swojej siostrze. Wystarczyła mu sama wiedza, że to się stało. Nie musiał jej nikomu ujawniać. To było tylko dla jego własnej satysfakcji.
— Cześć — miauknął, wypuszczając zdobycz. Klekotek leżał u jej boku. Nie poruszył się na widok jedzenia, choć Szałwiowe Serce podejrzewał, że już zbliżała się dla niego chwila obiadu. Nie wydawało mu się, by kociak specjalnie go lubił. Nie żeby dzieci za nim przepadały w ogóle. On też raczej chował się na ich widok niż do nich lgnął – zawsze zadawały mu dziwne, niewygodne pytania od których wolał trzymać się z daleka. — Złapałem dla ciebie... Dla was, znaczy się, posiłek. Młodemu chyba się przyda.
Czuł, że między nimi (przynajmniej z jego strony) wciąż było nieco niezręcznie. Chyba potrzebowali czasu, by w pełni zburzyć wybudowany między nimi mur...
<Mureno?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz