Zewsząd dochodziły do niego podniesione głosy. Piski wymienione z szeptami złożonymi z chaotycznej plątaniny słów powodowały u niego nagłe bóle głowy. Skrzywił się, z trudem odnajdując siły, by podnieść się do pionu. Był zmęczony po całym dniu polowań, a teraz świat rzucał mu pod łapy kłody, w postaci dziwnego zamieszania.
Nie mógł tego zignorować. Jako zastępcę musiał prędzej czy później udowodnić klanowi, że zasługuje na ten tytuł. To Niezapominajek wybrał go. Może nie dlatego, że był silny i nadawał się na tę pozycję. Nikt nie mógł przewidzieć, że ten rudy i płakliwy uczeń, wiecznie trzymający się na uboczu, dojdzie tak daleko. On sam uznałby to za nieudany żart.
Teraz jednak nie mógł tak myśleć. To, co się działo, nie było już jedynie wytworem wyobraźni, zamkniętym w jego głowie. Tkwił w rzeczywistości. Każdy ruch i każde słowo podlegało ocenie innych, a przede wszystkim stanowiło podstawę do wyśmiania go. Nie zwracali uwagi na to, co dobrego robił. Zamiast tego szukali nieustannie w nim wad, obserwowali go na tyle uważnie, by móc wyłapać każdego jego jedno potknięcie.
Zbliżył się do tłumu. Wojownicy wydawali się nie oddychać, zbyt przerażeni mającą przed nimi miejsce sytuacją. On sam ledwo co pojmował, co tak naprawdę się tu działo. Liderka trzymana przez wojowników była niecodziennym widokiem. Przysłuchiwał się słowom Trzcinowej Sadzawki, a następnie zamarł w bezruchu, słysząc powód owego zajścia.
Krucza zabiła.
Czarna zepchnęła z urwiska dwie kotki, które tak naprawdę w niczym jej nie zawiniły. Ani Bławatek, ani tym bardziej młoda i niedoświadczona uczennica, nie były konfliktowymi istotami. Serce zabiło mu szybciej, gdy zdał sobie sprawę, że prawdziwa morderczyni przez ten cały czas żyła między nimi, sprawiając pozory względnie zdrowej moralnie wojowniczki. Nikt jednak, kto zabił z powodu innego, niż w obronie własnego bytu, nie zasługiwał na tytuł zdrowego psychicznie.
Zaparł się w miejscu, gdy próbowała się bronić. To, o czym mówiła, to zwykły blef. Próbowała namieszać Niezapominajkowi w głowie. Jak zwykle chciała owinąć go wokół własnego pazura i zawładnąć nim w taki sposób, by to ona miała władzę absolutną.
W momencie, w którym van wyraził w swoich słowach bunt wobec jej postawy, ulga rozeszła się po ciele rudego. To wszystko wyglądało wręcz nierealnie, zmierzali bowiem do upragnionego pokoju. Byli coraz bliżej nowych terenów, a teraz, mieli szansę zacząć od nowa. Pozbędą się jej. Nikt nie będzie czuł już więcej lęku.
Nie wiedział, co wujek zamierzał z nią zrobić, ale po cichu liczył, że karma ją dopadnie. Mogłaby spaść w to samo miejsce, w którym skończyła wojowniczka wraz z córką. Czarna powinna poczuć to przerażenie i ból, kiedy w trakcie lotu w dół zdajesz sobie sprawę, że to twój koniec. Już nigdy nie będzie ci dane przytulić się do ukochanego kota, ani powiedzieć do niego, chociażby jednego, krótkiego „dziękuję”.
Rudzikowy Śpiew pomimo żalu, za śmierć pobratymców, zdołał się lekko uśmiechnąć. Otrzymał szansę na odbudowanie kontaktów z wujkiem. Na nowo będzie widział w nim przyjaciela i tym razem nie opuści go, choćby każdy wrogi klan chciał ściągnąć go do niewoli.
Spróbował przebrnąć się przez tłum, gdy wtem rozległ się zduszony okrzyk zaskoczenia. Krucza znalazła się zdecydowanie zbyt blisko Niezapominajkowej Gwiazdy. Van był wręcz bezwładny w jej łapach, gdy ta mierzyła wzrokiem zebranych wojowników.
— Ani kroku! Albo Niezapominajkowa Gwiazda skończy jak tamta dwójka! — ogłosiła, przyciskając pazury do jego gardła. — Jeden ruch, a wasz ukochany żałosny lider zadławi się własną krwią.
Rudy zadrżał, ledwo co wygrywając walkę z instynktem. W tej chwili miał ochotę rzucić się do jej gardła i zaciągnąć to wychudzone cielsko nad urwisko, z którego spadłaby szybciej, niż kamień rzucony na głęboką wodę.
Pochwycił jej spojrzenie. Żółte ślepia były zdziczałe i pełne nienawiści, kiedy patrzyła wprost na niego. Widział na jej pysku zadowolenie, gdy wysunęła pazury i przecięła sprawnie krtań lidera. Nie zawahała się.
Jego świat w tym momencie legł w gruzach. Przełknął ślinę, czując się na nowo jak to małe kocię, które samo nie da sobie rady. Zapragnął się naraz wycofać i jednocześnie ruszyć do przodu. Był rozdarty, strach ciągnął go z dala od tego miejsca, a zdrowy rozsądek kazał mu zostać. Czuł pieczenie pod powiekami, kiedy niczym w transie, rzucił się w jej kierunku.
Była osłabiona. Prosiła się wręcz o to, ledwo co trzymając się na własnych łapach. Przygniótł ją do ziemi, ignorując jej ciche syknięcie i spojrzenia wojowników zawieszone na jego grzbiecie. Sytuacja wydawała mu się niemal taka sam jak wtedy, gdy był uczniem i wyciągnięto go przed tłum, aby mógł dokonać publicznie kary na Puszystym Futrze. Wtedy odgryzł liliowej ucho. W tym przypadku czuł, że powinien odebrać czarnej znacznie więcej.
Wbił pazury w jej klatkę piersiową, przejeżdżając łapą w górę. Krew ściekła po ciemnym futrze, a następny cios zwiększył ilość czerwonej cieszy, z której pod ciałem kotki zaczęła formować się duża kałuża.
— Jesteś, byłaś i zawsze będziesz okrutną tyranką bez serca. Brutalna sadystka. — Te słowa wyszły z niego same, nawet nie myślał w tym momencie nad sensem tego, co mówił. Na widok jej uśmiechu, zjedzona niedawno piszczka podeszła mu do gardła. — Nie szczerz się tak bestio, nie zasługujesz na życie. Odebrałaś je innym zbyt wiele razy, by móc bezkarnie korzystać z własnego — syknął, choć jego ciało drgnęło, gdy głębiej wsunął pazury pod jej skórę. To szło za daleko, ale wiedział, że nie może się wycofać.
— S-skończeni idioci... Nie jesteście... nie jesteście w stanie docenić... tego wszystkiego co... co zrobiłam dla tego klanu — wydusiła z siebie, spluwając na niego krwią. Otrzepał się z niej, mocniej dociskając ją do gruntu. — W-właśnie... właśnie... sprowadziliście koniec na ten... klan.
Nie zamierzał z nią dalej rozmawiać. Nie chciał skazywać kogokolwiek na słuchanie jej głosu. Po prostu jednym, mocniejszym szarpnięciem, zakończył jej żywot.
Chwilę po tym odsunął się od niej. Nieruchome ciało, choć z pewnością pozbawione wszelkich funkcji życiowych, wydawało mu się zdolne do nagłe poruszenia się. Widział już na ostatnim zgromadzeniu wystarczająco wiele, by wiedzieć, co potrafią zrobić prawdziwe potwory.
Dolna szczęka zadrżała mu, gdy dostrzegł Niezapominajka. Żaden z wojowników do niego nie podszedł. Nawet medyk się nie ruszył, a przecież było to jego obowiązkiem. Miał mu pomóc, na pewno nie mogło być za późno. Van był na to za silny, nie mógł polec z powodu jednej furiatki.
Rudzik przywarł do jego ciała, dostrzegając z ulgą ruch klatki piersiowej. Ledwo co się unosiła i jeszcze wolniej opadała, ale była to dla niego pewna nadzieja.
— Trzymaj się, ta wariatka już ci więcej nic nie zrobi — wymamrotał, wypatrując w tłumie medyka. — Muchomorzy Jad zaraz się tobą zajmie, wytrzymaj tę chwilę i będziesz zdrów jak ryba — rzucił, uśmiechając się lekko.
Wzrok lidera ledwo co przesunął się na niego. Zielone ślepia nie miały w sobie żadnej iskry energii. Wyglądał marnie i bliżej było mu do trupa, aniżeli dumnego przywódcy, ale rudy zdawał sobie sprawę, że to kwestia czasu, nim znowu będzie przypominał dawnego siebie. Tego sprzed wojny, gdy jeszcze mogli normalnie rozmawiać, bez ciągłego nadzoru Kruczej.
— P-posłuchaj… — zaczął piskliwym głosem van, a wypowiedź przerwał mu własny kaszel. — Chcę, b-byś wiedział, że b-byłem z ciebie d-dumny i p-przepraszam…
Zaraz po tych słowach na nowo wydobył się z niego głośny charkot, a z pyska pociekła mu strużka krwi. Nim cętkowany zdążył unieść głos i zawołać medyka, ciało lidera zamarło w bezruchu.
Niezapominajkowa Gwiazda trafił na zasłużony odpoczynek.
Nie mógł tego zignorować. Jako zastępcę musiał prędzej czy później udowodnić klanowi, że zasługuje na ten tytuł. To Niezapominajek wybrał go. Może nie dlatego, że był silny i nadawał się na tę pozycję. Nikt nie mógł przewidzieć, że ten rudy i płakliwy uczeń, wiecznie trzymający się na uboczu, dojdzie tak daleko. On sam uznałby to za nieudany żart.
Teraz jednak nie mógł tak myśleć. To, co się działo, nie było już jedynie wytworem wyobraźni, zamkniętym w jego głowie. Tkwił w rzeczywistości. Każdy ruch i każde słowo podlegało ocenie innych, a przede wszystkim stanowiło podstawę do wyśmiania go. Nie zwracali uwagi na to, co dobrego robił. Zamiast tego szukali nieustannie w nim wad, obserwowali go na tyle uważnie, by móc wyłapać każdego jego jedno potknięcie.
Zbliżył się do tłumu. Wojownicy wydawali się nie oddychać, zbyt przerażeni mającą przed nimi miejsce sytuacją. On sam ledwo co pojmował, co tak naprawdę się tu działo. Liderka trzymana przez wojowników była niecodziennym widokiem. Przysłuchiwał się słowom Trzcinowej Sadzawki, a następnie zamarł w bezruchu, słysząc powód owego zajścia.
Krucza zabiła.
Czarna zepchnęła z urwiska dwie kotki, które tak naprawdę w niczym jej nie zawiniły. Ani Bławatek, ani tym bardziej młoda i niedoświadczona uczennica, nie były konfliktowymi istotami. Serce zabiło mu szybciej, gdy zdał sobie sprawę, że prawdziwa morderczyni przez ten cały czas żyła między nimi, sprawiając pozory względnie zdrowej moralnie wojowniczki. Nikt jednak, kto zabił z powodu innego, niż w obronie własnego bytu, nie zasługiwał na tytuł zdrowego psychicznie.
Zaparł się w miejscu, gdy próbowała się bronić. To, o czym mówiła, to zwykły blef. Próbowała namieszać Niezapominajkowi w głowie. Jak zwykle chciała owinąć go wokół własnego pazura i zawładnąć nim w taki sposób, by to ona miała władzę absolutną.
W momencie, w którym van wyraził w swoich słowach bunt wobec jej postawy, ulga rozeszła się po ciele rudego. To wszystko wyglądało wręcz nierealnie, zmierzali bowiem do upragnionego pokoju. Byli coraz bliżej nowych terenów, a teraz, mieli szansę zacząć od nowa. Pozbędą się jej. Nikt nie będzie czuł już więcej lęku.
Nie wiedział, co wujek zamierzał z nią zrobić, ale po cichu liczył, że karma ją dopadnie. Mogłaby spaść w to samo miejsce, w którym skończyła wojowniczka wraz z córką. Czarna powinna poczuć to przerażenie i ból, kiedy w trakcie lotu w dół zdajesz sobie sprawę, że to twój koniec. Już nigdy nie będzie ci dane przytulić się do ukochanego kota, ani powiedzieć do niego, chociażby jednego, krótkiego „dziękuję”.
Rudzikowy Śpiew pomimo żalu, za śmierć pobratymców, zdołał się lekko uśmiechnąć. Otrzymał szansę na odbudowanie kontaktów z wujkiem. Na nowo będzie widział w nim przyjaciela i tym razem nie opuści go, choćby każdy wrogi klan chciał ściągnąć go do niewoli.
Spróbował przebrnąć się przez tłum, gdy wtem rozległ się zduszony okrzyk zaskoczenia. Krucza znalazła się zdecydowanie zbyt blisko Niezapominajkowej Gwiazdy. Van był wręcz bezwładny w jej łapach, gdy ta mierzyła wzrokiem zebranych wojowników.
— Ani kroku! Albo Niezapominajkowa Gwiazda skończy jak tamta dwójka! — ogłosiła, przyciskając pazury do jego gardła. — Jeden ruch, a wasz ukochany żałosny lider zadławi się własną krwią.
Rudy zadrżał, ledwo co wygrywając walkę z instynktem. W tej chwili miał ochotę rzucić się do jej gardła i zaciągnąć to wychudzone cielsko nad urwisko, z którego spadłaby szybciej, niż kamień rzucony na głęboką wodę.
Pochwycił jej spojrzenie. Żółte ślepia były zdziczałe i pełne nienawiści, kiedy patrzyła wprost na niego. Widział na jej pysku zadowolenie, gdy wysunęła pazury i przecięła sprawnie krtań lidera. Nie zawahała się.
Jego świat w tym momencie legł w gruzach. Przełknął ślinę, czując się na nowo jak to małe kocię, które samo nie da sobie rady. Zapragnął się naraz wycofać i jednocześnie ruszyć do przodu. Był rozdarty, strach ciągnął go z dala od tego miejsca, a zdrowy rozsądek kazał mu zostać. Czuł pieczenie pod powiekami, kiedy niczym w transie, rzucił się w jej kierunku.
Była osłabiona. Prosiła się wręcz o to, ledwo co trzymając się na własnych łapach. Przygniótł ją do ziemi, ignorując jej ciche syknięcie i spojrzenia wojowników zawieszone na jego grzbiecie. Sytuacja wydawała mu się niemal taka sam jak wtedy, gdy był uczniem i wyciągnięto go przed tłum, aby mógł dokonać publicznie kary na Puszystym Futrze. Wtedy odgryzł liliowej ucho. W tym przypadku czuł, że powinien odebrać czarnej znacznie więcej.
Wbił pazury w jej klatkę piersiową, przejeżdżając łapą w górę. Krew ściekła po ciemnym futrze, a następny cios zwiększył ilość czerwonej cieszy, z której pod ciałem kotki zaczęła formować się duża kałuża.
— Jesteś, byłaś i zawsze będziesz okrutną tyranką bez serca. Brutalna sadystka. — Te słowa wyszły z niego same, nawet nie myślał w tym momencie nad sensem tego, co mówił. Na widok jej uśmiechu, zjedzona niedawno piszczka podeszła mu do gardła. — Nie szczerz się tak bestio, nie zasługujesz na życie. Odebrałaś je innym zbyt wiele razy, by móc bezkarnie korzystać z własnego — syknął, choć jego ciało drgnęło, gdy głębiej wsunął pazury pod jej skórę. To szło za daleko, ale wiedział, że nie może się wycofać.
— S-skończeni idioci... Nie jesteście... nie jesteście w stanie docenić... tego wszystkiego co... co zrobiłam dla tego klanu — wydusiła z siebie, spluwając na niego krwią. Otrzepał się z niej, mocniej dociskając ją do gruntu. — W-właśnie... właśnie... sprowadziliście koniec na ten... klan.
Nie zamierzał z nią dalej rozmawiać. Nie chciał skazywać kogokolwiek na słuchanie jej głosu. Po prostu jednym, mocniejszym szarpnięciem, zakończył jej żywot.
Chwilę po tym odsunął się od niej. Nieruchome ciało, choć z pewnością pozbawione wszelkich funkcji życiowych, wydawało mu się zdolne do nagłe poruszenia się. Widział już na ostatnim zgromadzeniu wystarczająco wiele, by wiedzieć, co potrafią zrobić prawdziwe potwory.
Dolna szczęka zadrżała mu, gdy dostrzegł Niezapominajka. Żaden z wojowników do niego nie podszedł. Nawet medyk się nie ruszył, a przecież było to jego obowiązkiem. Miał mu pomóc, na pewno nie mogło być za późno. Van był na to za silny, nie mógł polec z powodu jednej furiatki.
Rudzik przywarł do jego ciała, dostrzegając z ulgą ruch klatki piersiowej. Ledwo co się unosiła i jeszcze wolniej opadała, ale była to dla niego pewna nadzieja.
— Trzymaj się, ta wariatka już ci więcej nic nie zrobi — wymamrotał, wypatrując w tłumie medyka. — Muchomorzy Jad zaraz się tobą zajmie, wytrzymaj tę chwilę i będziesz zdrów jak ryba — rzucił, uśmiechając się lekko.
Wzrok lidera ledwo co przesunął się na niego. Zielone ślepia nie miały w sobie żadnej iskry energii. Wyglądał marnie i bliżej było mu do trupa, aniżeli dumnego przywódcy, ale rudy zdawał sobie sprawę, że to kwestia czasu, nim znowu będzie przypominał dawnego siebie. Tego sprzed wojny, gdy jeszcze mogli normalnie rozmawiać, bez ciągłego nadzoru Kruczej.
— P-posłuchaj… — zaczął piskliwym głosem van, a wypowiedź przerwał mu własny kaszel. — Chcę, b-byś wiedział, że b-byłem z ciebie d-dumny i p-przepraszam…
Zaraz po tych słowach na nowo wydobył się z niego głośny charkot, a z pyska pociekła mu strużka krwi. Nim cętkowany zdążył unieść głos i zawołać medyka, ciało lidera zamarło w bezruchu.
Niezapominajkowa Gwiazda trafił na zasłużony odpoczynek.
***
Wiedział, że klan ma wobec niego zbyt duże oczekiwania. Prawdopodobnie większość z nich była zbyt zdezorientowana i zszokowana zaistniałą sytuacją, by kwestionować jego umiejętności dowodzenia. On sam w nie wątpił, ale na ten moment musiał przełamać swoje wszelkie bariery i stanąć przed nimi z wysoko uniesioną głową.
Zdążył wypłakać się zaraz po tym, jak odsunęli ciało na bok. Nie był w stanie myśleć rozsądnie, gdy zdawał sobie sprawę, że świat po raz kolejny zabiera mu kogoś z rodziny. Przełykając głośno ślinę i po raz ostatni ocierając łzy spływające po jego policzkach, udał się w stronę zebranych wojowników.
Gdy ich wzrok spoczął na nim, zamarł. Nie wiedział, co powiedzieć, ani tym bardziej, co zrobić. Niby przygotował sobie wcześniej plan działania, ale na ten moment miał pustkę w głowie. Wszystkie zebrane myśli wyparowały z niego i pozostało mu działać spontanicznie i mówić prosto z serca.
— Klanie Nocy — zaczął, choć własny głos wydawał mu się na ten moment słaby. Po raz kolejny zaczerpnął głębszy oddech, przelatując wzrokiem po stojącej przed nim grupie. Szukał bliskich, a gdy spostrzegł ich, poczuł nagłą ulgę.
Wyprostował się, powtarzając sobie, że to tylko sen.
— Tragedia, która nas dzisiaj dotknęła, jest nie do opisania. Każdy zresztą widział i słyszał, co stało się nad urwiskiem i kto jest winny całemu zamieszaniu. Nie ukrywam, że ponieśliśmy ogromną stratę, żegnając tak nagle lidera, wspaniałą wojowniczkę i młodą, mającą jeszcze całe życie przed sobą uczennicę — wyznał, patrząc dyskretnie na Zdradziecką Rybkę. To w końcu jego niedawna ukochana i córka opuściły dzisiaj ten świat. — Nie jesteśmy jednak w miejscu, w którym możemy pozwolić sobie na wiele. Cała trójka zostanie pochowana na tych ziemiach. Oddajmy im więc należyty szacunek. Kłęki ich futer zabierzemy ze sobą na nowe tereny, przenosząc w ten sposób ich dusze ze sobą. Tam po raz kolejny odprawimy pogrzeb, zakopując to, co weźmiemy — oświadczył, zastanawiając się, czy jego słowa są dla tłumu zrozumiałe.
— A co z ciałem tej zdrajczyni? — spytał ostrzej Bażancie Futro. Rudzik słyszał żal w głosie kocura, a jednak spodziewał się, że spora część czuje wściekłość z powodu tego, jak kotka potraktowała ich wszystkich. Od dawna przestali być ślepi na jej dziwne zachowanie.
— Pozbędziemy się go. Nie jest godna miana członka Klanu Nocy, więc jej ciało może tu zostać. Co najwyżej nim ruszymy w dalszą drogę, będziemy mogli zrzucić je z urwiska. Trafi tam, gdzie jej miejsce — stwierdził, a potem zawahał się, nim na nowo otworzył pysk. — Każdy, kto czuję wobec niej gniew, może podejść w wolnej chwili i wyżyć się. Możecie poranić jej zwłoki tak, jak tylko chcecie. I tak nie są nic warte — stwierdził. — Chciałbym też, aby do końca naszej wędrówki zwracaliście się do mnie moim aktualnym imieniem. Na nowych terenach zadecyduję, co dalej.
Niektórzy pokiwali głowami, a inni wcale się nie odezwali. Nie przeszkadzało mu to. Wolał unikać konfliktów i niezgody między nim a resztą klanu.
Chciał już odejść. Dać sobie czas na zaakceptowanie nowej sytuacji, nim będą musieli ruszyć. Był zmęczony, ale nie zamierzał tego po sobie pokazywać. Teraz to on musiał zgrywać silnego. Powstrzymało go od tego jedno pytanie.
— A kogo zamierzasz wyznaczyć na swojego zastępcę?
Zamrugał kilkukrotnie. Udawał, że myśli, chociaż wybór był dla niego oczywisty.
— Trzcinowa Sadzawka — odpowiedział zwięźle. — Trzcinowa Sadzawka zostaje nowym zastępcą Klanu Nocy. Jeśli będziecie potrzebować pomocy, a nie będziecie mogli mnie znaleźć, to idźcie do niego — polecił, spoglądając na burego.
Ten jedynie uśmiechnął się lekko i skinął głową. A ten gest był najmilszym, co rudego dziś spotkało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz