BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

30 sierpnia 2024

Od Bajkowej Stokrotki CD. Płomiennego Ryku

Nie wiedziało, czy się śmiać, czy płakać, na widok brata schowanego przed Ognistą Pięknością. Szybko jednak pokręciło głową, starając się wyglądać na kogoś poważnego.
- Wiesz, jest tym wszystkim podekscytowana – mruknęło Stokrotka – Może z nią o tym pogadaj? – zaproponowało, ale wzrok brata mówił dokładnie, że ten plan za nic nie wypali – W każdym razie nie możesz przecież tu siedzieć wiecznie, czy do narodzin kociąt – zauważyło.
- Nie zmienia to faktu, że chce odpocząć – odparł Płomyk, cofając się nieco dalej w cień. Bajkowa Stokrotka za to rozejrzało się, w poszukiwaniu Ogień. Idealnie wtedy kotka wyszła z legowiska, również się rozglądając. Bajka przeniosło wzrok na brata, który chyba nie był tym faktem zadowolony. Westchnęło cicho. Przydałoby się jakoś pomóc bratu, w końcu tego uczyła ich mama. Nawet jak kocur nie zawsze był przyjaźnie nastawiony do niego, czy Lilii. Odsunęło się od cienia, siadając gdzieś z boku, by być jak najbardziej na widoku. Ognista Piękność szybko zauważyła Bajkę. Z uśmiechem na pysku podeszła do niej. Ta odwzajemniła uśmiech. Mimo tego, że Płomienny Ryk może miał coś do swojej żony, ona lubiła z nią spędzać czas. W końcu się przyjaźniły.
- Cześć Ogień! – przywitała się wojowniczka.
- O cześć Stokrotko! – odpowiedziała młodsza – Widziałaś gdzieś mojego kochanego króliczka? Nie mogę go nigdzie znaleźć, a miał mi pomóc w wyborze imion dla maluchów. Słuchaj, on mnie w ogóle nie traktuje jak księżniczki! – poskarżyła się karmicielka, łapę teatralnie podnosząc lekko nad głowę, jak to robimy damy w opałach.
- Na pewno zacznie – zapewniła ruda – A co do jego pobytu, to go nie widziałam. Ale chyba wyszedł na patrol – skłamała, wstając – Niedługo wróci, ale ty nie powinnaś się przemęczać! Wracaj lepiej do żłobka, gdy tylko go spotkam, powiem mu, że na niego czekasz! – powiedziała, popychając lekko Ogień, w stronę legowiska – I sama też później przyjdę. Teraz muszę się jednak zająć treningiem z moim uczniem. Opowiem ci kolejną historię i przyniosę coś na ząb, ale teraz lepiej wracaj – mówiła, ciałem starając się zasłonić siedzącego dalej w cieniu Płomyka. Ta starała się protestować, ale w końcu się zgodziła.
- Tylko przyprowadź go prosto do mnie! – oznajmiła kotka, a Bajkowa Stokrotka się zgodziło. Gdy tylko młodsza zniknęła w żłobku, Stokrotka odetchnęło cicho. Ruszyło w stronę brata, który przyglądał się całej scenie.
- Masz szczęście, że cię nie zauważyła! A z twoim futrem to nie trudne – mruknęło Stokrotka, a Promienny Ryk zrobił wielkie oczy – Żartuje tylko. Chodzi o to, że widać nas często z daleka – wyjaśniło, ale mimo to brat nie wyglądał na przekonanego.
- Jesteśmy rudzi i powinniśmy się z tego cieszyć – przypomniał z odrazą wypisaną na pysku, a była ona skierowana do wcześniejszej wypowiedzi Bajki. A ono tylko kiwneło głową, nie mówiąc na ten temat żadnego słowa więcej. Nie uważało tak. Nie chciało być "lepsze" od innych. I przestało nawet tak się zachowywać. Stało się sobą, nie przejmując się opinią innych, a zwłaszcza rudych. Stawiało rudych i nierudych na równi. Mimo to czasem jeszcze czuło lekki strach, by sprzeciwić się w tej sprawie komuś z rodziny, a zwłaszcza babci. Często starało się udawać, że nie widzi rudej starszej, wyglądającej z legowiska, czy przy rozmowie z Pszczelą Łapą, podejrzliwie obserwując rozmowę. Czuło czasem, że nie pozbędzie się tego strachu. Zostanie z nim na zawsze. Jednak powoli znikał on z każdym dniem. A Stokrotka ze szczęściem to obserwowało, nawet jak czasem w to nie wierzyło. Nie było takie jak większość rudej rodziny. I nie chciało być. Mogło być sobą.
- Powiedziałam Ogień, że poszedłeś na patrol – oznajmiło, przerywając ciszę. Jego brat kiwnął głową. Gdy już był czas, by Stokrotka sobie poszło, ono usiadło na ziemi, obok Płomiennego Ryku.

<Bracie?>

Od Makowego Nowiu CD. Iskrzącej Łapy

Nie spodziewała się, że ten patrol wyjdzie tak okropnie. To była masakra. Przez chwilę myślała, że wszyscy umrą na miejscu, jednak maskowała swój strach. Do czasu, gdy jej uczennica została ranna, wtedy pokazał się w jakiejś części. Jasne, Iskrząca Łapa była córką samotniczki, na początku była dla niej miła, tylko z przymusu i tak dalej, ale dalej była ona jej uczennicą. Nawet jeśli nie popierała jej płaczu i ukazania emocji, nawet jeśli jej matką była ta koszmarna samotniczka.
Makowy Nów stała przed legowiskiem medyka. Przez uraz Iskrzącej Łapy, miały do tyłu z treningami. Westchnęła cicho. Po chwili podniosła głowę, którą wcześniej miała opuszczoną, ze wzrokiem wlepionym w ziemię i weszła do legowiska Cisowego Tchnienia. Wymamrotała jakieś słowa powitania i podeszła do Iskierki, leżącej na jednym z posłań.
- Witaj Iskrząca Łapo – padło z jej pyska, obserwując uważnie uczennicę, po chwili jednak przenosząc wzrok na jej ranną łapę – Jak łapa?
- Jak na razie wiem tylko, że nie jest złamana. – mruknęła Iskrząca Łapa, patrząc w oczy swojej mentorki. – Trochę boli, i nie mogę chodzić, ale da się żyć. Cisowe Tchnienie dała mi jakieś zioła, i już nie boli tak bardzo – oznajmiła, a Mak pokiwała głową, siadając na ziemi.
- Dobrze sobie poradziłaś z Dwunożnym – powiedziała jeszcze, przypominając sobie tamtą sytuację – Ale musisz pamiętać, by opanowywać strach i emocje – już chciała dodać, że to oczywiście Klan Wilka, jednak odpuściła to sobie. Uczennica w końcu była tego świadoma – Jak tylko wrócisz do zdrowia, musimy poćwiczyć walkę. Bez tego sobie nie poradzisz – wydedukowała. Może i Iskra zraniła Dwunożnego, jednak było to spowodowane najpewniej przypadkiem. Musiały poćwiczyć walkę, by więcej nie dochodziło do takich sytuacji. W końcu gdyby kotka nie trafiła w Dwunożnego, ten również mógłby ją zabić.
- Dzięki. Nie byłam po prostu przygotowana na ten atak, ale następnym razem będę! – uczennica chciała wstać i pokazać, że nie jest słaba, ale kiedy tylko wysunęła pazurki, zaraz zrezygnowała i tylko pisnęła boleśnie. Jedyne, co mogła zrobić, to pokazać swoje ostre ząbki, więc tak zrobiła – Już nie mogę się doczekać, aż wyzdrowieję, i będę mogła dalej trenować. – mruknęła entuzjastycznie. Makowy Nów odpuściła już sobie i się nie odezwała. Zamiast tego znów kiwnęła głową. Przynajmniej młoda chciała się uczyć i miała do tego zapał.
- Trzymam cię za słowo. Nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś może nagle zaatakować. Nawet w najmniej oczekiwanym momencie, trzeba być gotowym – pouczyła jeszcze. Przecież nie wiadomo było, ile uczennica spędzi w legowisku medyka, a choć małe przyswojenie nowej wiedzy dobrze jej zrobi. Iskierka chyba nie wiedziała działa, co odpowiedzieć, ponieważ po prostu uśmiechnęła się do mentorki i przytuliła ją lekko, tak, by nie ruszać unieruchomioną łapą. Makowy Nów za to chciała odsunąć się od młodszej kotki, by ta jej nie tuliła, jednak wtedy ta szepnęła jej do ucha:
- Bo przecież to Klan Wilka, tutaj trzeba być twardym, żeby przetrwać wszystko.
Liliowa spojrzała na uczennicę, która już chwilę później odsunęła się od niej. Jednak jej mówienie coś dało. Nawet jak Iskierka może nie do końca to rozumiała, a przynajmniej tak wyglądało to od strony Mak, to słuchała. I jakby czytała w jej myślach. Rozbawiło to nieco wojowniczkę, lecz na jej pysku jak zwykle nie było tego widać.
- Szybko się uczysz – mruknęła za to, a w jej głowie dalej rozbrzmiewały te słowa, "trzeba być twardym". Trzeba... Sama często sobie to powtarzała. Taki był Klan Wilka. A ona musiała się dostosować, jak chciała tu żyć. A gdzie indziej mogła? Wtedy tu była rodzina, teraz jej nie ma, ale jest kult i lojalność wobec klanu. Nawet jak nie podobały jej się niektóre rzeczy, była lojalna. Nawet jak uważała, że to wszystko sprawiło, że stała się... Zamknęła na chwilę oczy, przypominając sobie czas po śmierci Naparstnicy i tamtą walkę z samotnikiem. Stała się kimś, kim nigdy nie chciała. Kogo się bała, jak była kociakiem. Szybko potrząsnęła głową, wyrzucając wszystkie te myśli z głowy. Nie myślała o tym na co dzień, dlaczego więc teraz nagle zaczęła? Otworzyła oczy, a wzrok wbiła tylko w ziemię.
- Czy coś się stało? – Mruknęła nagle Iskra zmartwiona miną mentorki. Na jej pyszczku malowało się zakłopotanie, a nawet odrobina strachu. Jednak zanim Mak zdążyła jej odpowiedzieć, podeszła do nich Cis, z jakimiś ziołami. Położyła je przed Iskrą, a następnie zwróciła się zarówno do mentorki, jak i do czekoladowej.
- Łapa jest zwichnięta. Jak będziesz wypoczywać, to za kilka dni będziesz mogła wrócić do treningu, ale nie możesz od razu ciężko ćwiczyć, najpierw coś lekkiego – oznajmiła, patrząc raz na Iskrę i raz na liliową. Wojowniczka kiwnęła głową, a medyczka wróciła do swoich działań. Przynajmniej łapa nie była złamana, czy nie było z nią jeszcze gorzej.
- Nic się nie stało – odpowiedziała na ostatnie pytanie swojej uczennicy.
- Nie jedz tego. Dzięki temu twoja łapa nie będzie się ruszać – oznajmiła jeszcze medyczka.
- Dobrze Cisowe Tchnienie – powiedziała cicho najmłodsza z kotek, a następnie odezwała się, do Makowego Nowiu – Do zobaczenia – mruknęła i głowę położyła na posłaniu. Liliowa również powiedziała jakieś słowa pożegnania i widząc, że Iskrząca Łapa ma zamiar spać, wyszła z legowiska.

<Iskrząca Łapo?>
[817 słów]
[przyznano 8%]

Od Bajkowej Stokrotki CD. Dzwonkowej Łapy

Na słowa ucznia na pysku Bajkowej Stokrotki pojawił się uśmiech. Jak ono się cieszyło, że Dzwonkowej Łapie podobał się trening! Nigdy nie miało ucznia, więc było to dla Stokrotki duże wyzwanie, dlatego każde takie słowa, zwłaszcza z pyska właśnie podopiecznego, było naprawdę ważne. W końcu chciało, by treningi były jak najlepsze!
- Bardzo mi miło, że tak sądzisz – powiedziała wojowniczka, posyłając rudemu szczery i wdzięczny uśmiech – Zobaczysz, co będzie jutro – oznajmiła, już wymyślając, co będzie na kolejnym treningu. Jej uczeń również się uśmiechnął, a po chwili szybko pobiegł do swoich rodziców, by opowiedzieć im o treningu. Bajka odprowadziła go wzrokiem, myślami wędrując do Lwiej Paszczy. Na chwilę cały jej zapał i radosny blask zgasł. Westchnęła cicho i spojrzała w niebo. Robiło się coraz ciemniej, a gwiazdy powoli pojawiały się na niebie. Lwia Paszcza pewnie była jedną z nich. Na tę myśl Stokrotka doszła do siebie. Lekko się uśmiechnęła i ruszyła w stronę legowiska wojowników.
 
***
 
Minęło kilka dni treningów. Na razie wszystko szło dobrze i nie było tak trudne, jak na początku myślało Stokrotka. Nauka innego kota wydawała mu się bardzo trudna! I czasem była. Mimo to nie było to takie straszne.
Bajkowa Stokrotka leniwie otworzyło oczy, ziewając przeciągle. Dopiero chwilę później podniosło się z posłania. Zamrugało parę razy, by przyzwyczaić wzrok. Był ranek, czyli idealna pora na trening. Gdy tylko się ogarnęło, powoli wyszło z legowiska, zmierzając do legowiska uczniów. Na polanie było coraz więcej kotów, a cały obóz budził się do życia.
- Cześć Margaretko! – przywitała się Stokrotka, podchodząc do swojej siostry. Ta też się przywitała, jednak nie miała czasu na dłuższą rozmowę, ponieważ już chwilę później ruszyła w swoją stronę. Ruda zrobiła to samo. Wejrzała do legowiska uczniów, rozglądając się za Dzwonkową Łapą.
- Dzwonkowa Łapo – powiedziała, wreszcie zauważając kocura – Czas na trening.
Dzwonek przekręcił się na drugi bok, ale otworzył oczy.
- Już ranek? – zapytał zaspany.
- Chodź, dziś będziemy dużooo biegać – mruknęła wojowniczka i wyszła z legowiska. Usiadła przed nim, starając się cierpliwie czekać na swojego ucznia. Długo nie musiała, ponieważ rudy dość szybko znalazł się obok niej.
- Co dziś będziemy robić? Mówiłaś, że będziemy dużooo biegać! – dopytywał uczeń, wychodząc z obozu. Oba koty skierowały się w stronę wrzosowiska. Gdy tylko się tam znaleźli, Bajkowa Stokrotka usiadła na ziemi, by wytłumaczyć swojemu uczniowi, co będą robić.
- Dziś będą biegi długodystansowe! Jesteś szybki, ale tu nie chodzi o szybkość, ale o wytrzymałość. To jest bardzo przydatne, w dużej mierze przy walce – wyjaśniło Bajka i spojrzało na Dzwonkową Łapę, by się dowiedzieć, czy zrozumiał.

<Dzwonkowa Łapo?>
[411 słów]
[przyznano 4%]

Nowa członkini Pustki!


SADZAWKA
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Komplikacje po postrzeleniu przez kłusownika

Odeszła do Pustki!

Od Daglezjowej Igły

porą zielonych liści
Przewodzenie Owocowemu Lasowi było prostym zadaniem. Cieszyła się przyjemnym spokojem, który po napadach borsuków zagościł na ich ziemiach. Daglezja mogła także odetchnąć z ulgą, korzystając ze wszelkich wygód, które oferowało jej życie przywódcy. Szczególnie przyjemna i ciepła pora zielonych liści sprawiała, że najchętniej wylegiwałaby się w słońcu przez całe 3 księżyce, unikając wścibskich kociąt, dziwnych plotek i, oczywiście, Lśniącej Tęczy. Tylko nie byłoby w tym żadnej frajdy, gdyby musiała to robić w samotności. Jedna kotka nie odstępowała od niej nawet o krok i choć zwykle byłaby tym zirytowana, Daglezja nie mogła być bardziej wdzięczna losowi, niż teraz.
— Jak tu wygodnie — mruczała Sadzawka, rozpychając się na rześkiej trawie, przybierając fikuśne pozy, a przede wszystkim ciesząc się przenikającym przez listowie drzew słońcem. Tuż przy jej wyciągniętej łapie leżała Daglezjowa Igła, eksponując promykom swój brzuch. Zadrżały jej z rozbawienia wąsy. Zacisnęła zęby i z uśmiechem pochwyciła Sadzawkę, obejmując jej tułów, czego ta się w zupełności nie spodziewała. Udawanie wgryzła się w jej bok, udając groźnego przeciwnika, kiedy ta szamotała się, próbując wykaraskać z uścisku. W końcu odepchnęła przywódczynię silnym kopniakiem.
— Jak kociak — westchnęła z rozbawieniem. I właściwie, była to prawda. Daglezja przy niej faktycznie czuła się jak dzieciak. Mogła poczuć raz jeszcze, jak to jest być uczennicą bez żadnych zmartwień. Z pominięciem durnego mentora, irytujących bachorów i tego klanowego dziwaka…
Sadzawka pacnęła ją po pysku, rozpoczynając kolejną serię chichotów i udawanych ataków.

***

Nowa pora roku powitała ich z przygrzewającym grzbiety słońcem. Była miłym przedłużeniem zielonych liści, więc spędzała ją tak samo. Gdyby nie okazjonalny deszcz i powolnie żółknące korony drzew, nawet nie zauważyłaby, że lato się już skończyło.
Chciała wyjść z obozu w towarzystwie swojej przyjaciółki, jak zwykło jej robić. Zabrała Sadzawkę i już była w progu wyjścia, kiedy nagle drogę przesłonił jej Lśniąca Tęcza, podchodząc sztywnym krokiem, jak trup, co właśnie wypełzł z grobu. Samo zobaczenie jego durnowatego pyska wystarczyło, by wywołąć u kotki skrzywiony grymas.
— Daglezjowa Igło, Sadzawko, gdzie się wybieracie? — zapytał, na co Daglezja podniosła jedną brew. Nie zdążyła odpowiedzieć, bo w przeciągu uderzenia serca pyskiem w pysk stanęła przy Tęczy zastępczyni, prychając:
— A co cię to obchodzi?
— Wczorajszego wieczora umówiliśmy się, by przeanalizować sprawę statystyki dotyczącej ilości wojowników do zwiadowców w Owocowym Lesie — powiedział z powagą. — Nie możecie tak zaniedbywać swoich obowiązków — burknął, brzmiąc jak natrętny, konfidencki uczniak. O czym on w ogóle mówił, myślała Daglezja, przewracając oczami. Czy naprawdę zgodziła się na omawianie takich mysiomózgich spraw? W taką pogodę? Nie zamierzała wymieniać okazji do złapania paru (może ostatnich…) promieni słońca i spędzenia miło czasu na jakieś głupie widzimisię jej zastępcy.
— Jutro — zapewniła Daglezjowa Igła, chcąc jak najszybciej go spławić. Już miała iść dalej, lecz kocur zaczepił ją ponownie.
— Bylebyście nie szły do lasów w okolicach Konającego Buku — mruknął do nich niechętnie.
— Dlaczego niby? — odparła cięto Sadzawka.
— Nadal grasują tam psy, więc bym nie radził robienia tam schadzek. Chyba że nie przeszkadza wam bycie przerobionym na wronią karmę… — Zastrzygł uchem. — Już Owocowy Lasek, czy Upadła Gwiazda byłyby lepszymi wyborami.
— Hmpf! — wydała z siebie już zniecierpliwiona Daglezja. — Dobrze, dobrze, wystarczy. Umiemy sobie poradzić same. I możesz być spokojny, nie zamierzamy skończyć jako posiłek dla psów — mówiła z wyczuwalną irytacją. — Chodźmy już, Sadzawko! W tym tempie to zmierzch nas zastanie, zanim tam dojdziemy — mruknęła, w końcu mogąc opuścić obozowisko. Bura jeszcze rzuciła Lśniącej Tęczy jedno pełne odrazy spojrzenie i prędko dogoniła swoją towarzyszkę.
— Na osty i ciernie, co za wrzód na ogonie! Jakby nie mógł się odczepić, chociaż na moment — narzekała głośno, prawdopodobnie na tyle, by kocur mógł to usłyszeć. — Wystarczy usłyszeć ten jego parszywy głosik, a już dzień robi się gorszy.
— Ciekawi mnie, czy on od początku był taki wnerwiający…
— Och, uwierz mi, był! — zapewniła ją Sadzawka. — Jestem pewna, że zanim się jeszcze urodził, mentalnie był w starszyźnie… — zaśmiała się, drgając wąsami.

Choć zwykle robiła wszystko na przekór Lśniącej Tęczy dla zasady, tym razem (o dziwo) posłuchała się jego zalecenia. Faktycznie, Owocowy Lasek był dobrym równie dobrym miejscem. Położyły się – Daglezja pod gęstym, berberysowym krzewem, a Sadzawka wśród kęp zroszonej trawy. Musiały wykorzystać słońce, zanim się schowa na dobre trzy księżyce za grubą pokrywą chmur. Potrafiły to robić nawet przez kilka godzin, plotkując o wszystkim i o niczym, dementując lub potwierdzając stare pogłoski i obgadując każdego, kto zdążył im się nawinąć pod łapy. Bez względu, czy był to wojownik, stróż, uczniak, czy jakiś kociak – nikt nie był w stanie się przed nimi ukryć.
Jej uwagę przykuł dziwny, pochodzący z zarośli dźwięk. Dziwny szmer przez pierwsze uderzenia serca Daglezja próbowała zwalić na nieostrożną zwierzynę, lecz ten z każdą chwilą zdawał się bliższy i głośniejszy. Zerwała się na równe nogi, otwierając pysk, by skłonić przyjaciółkę do tego samego, ale w tamtej chwili szelest przemienił się w trzask łamanych gałęzi. Widziała tylko wysoką, smukłą postać, która chowała się w cieniu jabłoni i lśniący kij w jej ręku, jakiego koniec wymierzony był prosto w sylwetkę Sadzawki. A później tylko huk, od którego rdzawa miała wrażenie, że pękły jej uszy.
Wszystko było tak prędkie, że Daglezjowa Igła nie wiedziała, co się wokół niej stało. Momentalnie usłyszała głośny lament Sadzawki, która nawet nie zdążyła wstać, a już z powrotem leżała na ziemi. Widziała czerwony rozprysk, który skroplił źdźbła trawy i burą sierść jej towarzyszki. Nienaturalny rechot potwornego stworzenia dzwonił jej w uszach prawie tak samo głośno, co pisk wywołany nagłym rykiem strzelby. Wpatrywała się w to z przeszywającym ją od czubków palców po kępki futra na jej uszach strachem. Niezdolna do wykonania żadnego ruchu. Jak wryta.
Ocudził ją dopiero kolejny rozdzierający powietrze, rozpaczliwy krzyk. Ruda spojrzała raz na stojącą w oddali kreaturę, a raz na Sadzawkę, bojąc się następnego ciosu. Daglezja podbiegła do swojej zastępczyni, która zwijała się z okropnego bólu i po raz pierwszy w życiu zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć. Jej morskie oczy, zawsze tak pewne i bystre, były wypełnione głębokim lękiem.
— Durne… dwunogi… — wysyczała przez zaciśnięte zęby Sadzawka, wyprzedzając swoją przyjaciółkę. Nawet teraz kipiała w niej wściekłość. — Lisie serca… bez… krzty… — charczała z wielkim trudem.
— Wstań — przerwała jej Daglezjowa Igła, ocierając się o jej futro. Co uderzenie serca zerkała w stronę kłusowników, lecz ci wydawali się czymś rozproszeni. Mogły uciec. — Wszystko w porządku?
— A wygląda, jakby było? — spytała z warkotem, krzywiąc się od bólu. — Piecze… jak diabli… — mamrotała przez zaciśnięte zęby. Daglezja po raz kolejny trąciła ją nosem, stojąc prosto tak, by bura mogła się o nią oprzeć. Kocica podniosła się na drżące nogi, próbując wylizać ranę. Ruszyły i choć Daglezja najchętniej pobiegłaby przed siebie, jej kompanka uginała łapy, z każdym krokiem prawie pokładając się na ziemi.
— Musimy dojść do obozu. Nie rób tego teraz, Sadzawko — mruczała w zdenerwowaniu, popychając towarzyszkę, by szła szybciej. Ruda nie mogła przestać spoglądać w stronę dwunożnych, którzy ciągle czyhali na ich życia. Miała wrażenie, że celują lufami swych strzelb prosto w jej kark i tylko czekają na odpowiedni moment, by pociągnąć za spust. Śmierć nie nadchodziła, lecz mogła to zrobić w każdej chwili. A Daglezjowa Igła nie chciała jeszcze umierać.
Sadzawka wymamrotała coś niezrozumiale, lecz z sykiem bólu dorównała jej kroku.

***

Daglezja z trudem powstrzymywała się od wygryzania sobie kępek sierści. Wysuwała i wsuwała z powrotem pazury, chociaż przekonywała się, że wszystko będzie dobrze. A przynajmniej próbowała.
Nie była pewna, czy kiedykolwiek czuła o drugiego kota taką troskę. Nawet nie o Aksamitną Chmurkę, gdy patrzyła, jak jej własna siostra zostaje krwawo zbita na kwaśne jabłko. Może dlatego, że wiedziała, że Aksamitka na to wszystko sobie zasłużyła. Choć była jej bliska, była także mysim móżdżkiem, musiała to przyznać. Od dawna można było przewidzieć jej koniec. Sadzawka nie zrobiła nic. Poza tym… potrzebowała jej. Daglezjowa Igła nie wiedziała, komu innemu mogłaby zaufać na tyle, na ile zaufała właśnie swojej zastępczyni. Kto inny mógłby jej towarzyszyć tak długo i niezłomnie, jak ona? Miała już Sadzawkę u swojego boku tak długo, że nie wyobrażała sobie, by teraz zostać samą.
Potrząsnęła głową. Po co w ogóle się zamartwiała? Przecież zajęli się nią medycy. To była w końcu Sadzawka – kocica twarda jak skała, której nic nie mogło złamać. Jej ciało było równie silne, co wola – nie pozwoliłaby sobie teraz zginąć. Wylizała się już z wielu rzeczy. Dlaczego miałaby teraz sobie nie poradzić?
— Daglezjowa Igło? — Poczuła delikatne dotknięcie łapą jej grzbietu, przez co odwróciła łeb. Stała za nią Murmur, widocznie niepewna, co zignorowała przywódczyni. Dopiero odeszła od swojej pacjentki, zostawiając przy niej swojego młodego ucznia. Zresztą, ten dzień był wystarczająco stresujący dla nich wszystkich. Miała prawo wyglądać na poddenerwowaną.
— Tak? Coś w sprawie Sadzawki? Dochodzi do siebie? — pytała gorliwie, przez co medyczka położyła po sobie uszy.
— Sadz… Sadzawka, pomimo naszych prób, niestety… odeszła.
Murmur ucichła, zupełnie tak jak jej zszokowana liderka.
— Że co proszę? — wydukała, otwierając szeroko oczy. Przez chwilę milczała, jakby w oczekiwaniu, aż kotka jej powie, że to tylko żart, głupi, kiepski kawał. Ta jednak uciekła wzrokiem, wbijając go w ziemię. Daglezja wiedziała już, co to znaczyło, ale nie chciała w to wierzyć. Chciała uciec; cofnąć się o parę uderzeń serca wstecz, kiedy była pewna, że Sadzawka żyła.
— Naprawdę mi przykro — mruknęła ze szczerym współczuciem. Daglezjowa Igła poczuła, jak coś roztrzaskuje się w jej piersi, niewyobrażalnie kłuje, jak zęby wbite prosto w ciało. Na chwilę zabrakło jej powietrza – zupełnie tak, gdyby zaciskały się na jej gardle borsucze szczęki. — Jej obrażenia były bardzo ciężkie. Pocisk przebił jedno z jej płuc, być może i nawet trafił w inne organy. Gdyby przeżyła, byłby to cud. A nawet jeśli, byłaby przed nią bardzo długa kuracja…
Daglezjowa Igła nie słuchała jej już po paru pierwszych słowach. Początkowy szok i żal stopniowo zastąpił gniew, rosnący z każdym uderzeniem jej serca. Wcześniej spokojna przywódczyni napięła całe ciało, jak gdyby szykowała się do boju, i zjeżyła futro na swoim grzbiecie.
— Jesteście medykami czy bandą amatorów? — głośno warknęła. — To była wasza robota! Mieliście jedno, jedyne zadanie, a i tak nie mogliście sobie z nim poradzić! — wysyczała, swoim wybuchem przyciągając zaskoczone spojrzenia części znajdującej się w obozie kotów. Murmur odsunęła się od kocicy z odrobiną wymalowanego na jej pysku lęku.
— Zapewniam cię, Daglezjowa Igło, że próbowaliśmy wszystkiego…
— Łżesz! Jakbyście próbowali wszystkiego, Sadzawka nie byłaby martwa! — prychnęła przywódczyni. I ona powierzała takim głupcom swoje zdrowie? Jeszcze parę wschodów słońca temu pozwalała im leczyć swoje zadrapanie, by ci okazywali się bezużyteczni jak zdechłe lisy? — Zaprowadź mnie do jej ciała. Muszę… — Na chwilę przestała mówić, lecz gdy tylko kątem oka zauważyła stojącego w oddali Lśniącą Tęczę, jej turkusowe ślepia zapłonęły. To on odpowiadał za śmierć jej ukochanej przyjaciółki. To po to tak na nie napierał… wskazał im Owocowy Lasek… Nagle w jej głowie kilka rozrzuconych części połączyło się w całość. Taki był jego plan od początku! Zamierzał zabić je obie, przejąć jej stołek… Że też była tak głupia, by mu uwierzyć. To był zamach. Zamach! — Ty! — zawołała, przyciągając jego niewzruszone, kamienne spojrzenie. Nie czuł żadnej skruchy. Niczego nie żałował. Zupełnie, jakby wymienił się sercami z lisem. Podeszła do niego bliżej, odpychając od siebie medyczkę. — To wszystko twoja wina! Próbowałeś zabić nas obie! O wszystkim wiedziałeś! Jak możesz dalej patrzeć sobie w pysk? — ujadała jak rozjuszony pies, zbliżając się do kocura z każdym krokiem.
Lśniąca Tęcza cofał się, aż nie uderzył zadem o pień drzewa, z którego wszystko obserwowali zgromadzeni na nim uczniowie. Już niemal rzuciła się na niego z kłami, lecz w tamtej chwili drogę do niego zagrodziła jej swoim własnym cielskiem Świergot.
— Daglezjowa Igło, proszę, zachowaj spokój — powiedziała spokojnie, lecz dosadnie. — Odejście Sadzawki jest ogromnym ciosem dla całej naszej społeczności. To trudna sytuacja. Nie powinniśmy jednak pozwalać, by nasze emocje…
— Kim ty niby jesteś, by mówić mi, co mam robić?! — przerwała jej z wrzaskiem, powodując u liliowej zaskoczenie. Kocica odsunęła się nieznacznie od pyska Daglezjowej Igły, jakby się bała, że zaraz jej zęby wylądują na jej gardle. — Lśniąca Tęcza to morderca! Ma na swoich pazurach krew Sadzawki!
Większość owocniaków, którzy przyglądali się scenie, milczała. Wlepiali tylko oczy w swoją przywódczynię, bojąc się pisnąć jakiekolwiek słówko. Po jej ostatnim krzyku rozległo się jednak kilka cichych szeptów. Daglezjowa Igła prędko odwróciła głowę w stronę jednego z dźwięków, świdrując grupę kotów wzrokiem.
— A do was wszystkich – zamknijcie się, z łaski swojej! — wywarczała w jej stronę, uciszając każdego owocniaka. Zdawało się jej, że po jej wrzaskach zamilkł nawet i wiatr. — Choć ten jeden raz przestańcie paplać o wszystkim, co wam przyniesie ślina na język! — wysapała. Nie obchodziło jej teraz, jak wyglądała w oczach swoich współklanowców. Ignorowała zawzięcie wszystko, co próbował zasugerować jej w tej chwili zdrowy rozsądek. Gdyby tylko mogła, gdyby nie powstrzymywała ją Świergot, Lśniąca Tęcza byłby już tylko rozwleczoną, bezkształtną kupą sierści i mięsa. Postrzępioną tak, by nikt nie był w stanie dłużej rozpoznać w nim kota.
— Oszalałaś — powiedział cicho Tęcza, marszcząc biały grzbiet nosa. Daglezja na chwilę zamilkła, podnosząc do góry uszy. — Czy to jest właśnie ten przywódca, który ma stać na naszym czele? Ten, którego wybraliście sami? — prychnął, odwracając na chwilę łeb ku gapiom. — Zastrzelili ją dwunodzy! Nawet was nie tknąłem! Po co by mi była jej śmierć?!
— Nie masz nawet tyle honoru, by się przyznać. Możesz okłamać cały Owocowy Las, jeśli tylko sobie życzysz, ale nie mnie! Ja wiem wszystko!
— Masz czelność wypominać mi honor, kiedy na wszystkie koty wokół rzucasz bluzgami? — parsknął, podchodząc kilka kroków bliżej. Patrzyli sobie prosto we wściekłe oczy. — Może lepiej spójrz na swoją godność.
Daglezjowa Igła zasyczała, próbując podejść w jego stronę, lecz szybko złapała ją Świergot, zatrzymując w miejscu. Obróciła głowę, by zwyzywać ją prosto w pysk, lecz zamiast tego wypuściła głośno nosem powietrze. Nie. To nie było tego warte. Rozluźniła nieco spięte ciało, by wyskoczyć z objęć szamanki i stanąć za nią. Czuła na sobie spojrzenie każdego współklanowca, który rył nory w jej grzbiecie. Przez kilka uderzeń serca stała tak w bezruchu, ciężko oddychając, nie odrywając od Lśniącej Tęczy nienawistnego wzroku.
— Przygotujcie ciało Sadzawki do pochówku — mruknęła posępnie ze spuszczoną głową. Po chwili odwróciła się, z zamiarem zniknięcia w gałęziach drzew, w swoim legowisku. — Będę w nocy czuwać przy jej ciele.

***

Z chmur skapywały na jej kark chłodne krople deszczu. Zapadł świt, a ona nadal siedziała wśród traw, zgarbiona, zmokła i zziębnięta. Była sama przy świeżo usypanym grobie – towarzyszyło jej jedynie dudnienie spadających z nieba łez. W uszach Daglezji piszczało od krzyków, zarówno jej własnych, jak i tych zastępczyni, lecz jej umysł był cichszy niż kiedykolwiek. Kocica bezwiednie wpatrywała się w grób Sadzawki.
Nie umiała sobie tego poukładać. Nie minął nawet wschód słońca, a już jej nie było. Dopiero co z nią rozmawiała, patrzyła prosto w oczy, które teraz były zamknięte na wieki. I to wszystko przez jednego, podłego kota. Przez niego. Tak zgorzkniałe stworzenie, na którego choćby zerknięcie napawało ją odrazą. Jak śmiał to zrobić? Od początku wiedziała, że nie był niczym ponad kawałek zapchlonej skóry, lecz nawet ona nie wiedziała, jak ten mógł zrobić coś tak obrzydliwego. Obłudnego. Plugawego.
Zawsze chciał jej skraść władzę. Widziała w jego oczach tą kipiącą zazdrość, którą skrywał, zwykle za warstwą „miłości” do swej ojczyzny i chęci służenia jej aż po kres swych dni, lecz ona wiedziała, co było w nim naprawdę. Wiedziała, że pod tym wszystkim chowała się tylko podła potrzeba kontroli. Byle mógł tylko w końcu poszczycić się tym, że z nią wygrał, nareszcie ją pokonał, wdrapał się za jej kosztem na sam szczyt. Zacisnęła zęby. Pchlarz. Nie zasługiwał nawet, by na niego spojrzeć, a co dopiero na prawo do bycia członkiem jej klanu. A to, że jeszcze był jej zastępcą, przyprawiało ją o wymioty.
Wiedziała dobrze, jak Tęcza omamiał jej współklanowców, mydlił im oczy, byle wierzyli w jego niewinność. Byli ślepi i karmili się tym, co tylko im podawał, nawet jeśli było to wypełnione wijącymi się czerwiami. Nie zauważali ich. Nie chcieli. Ich mysie móżdżki nie były przygotowane na okrutną prawdę – okrutnego, bezdusznego mordercę wśród swoich. Oczywiście, że każdy z nich wolał uznać ją za wariatkę, której pająki wiły w mózgu gniazda… Lecz to ich oczy były zasnute grubą warstwą lepkich pajęczyn.
— Jeszcze cię, Sadzawko, pomszczę — wyszeptała cicho, przymykając oczy. Uniosła do góry podbródek, pozwalając, by woda spływała po jej pysku. Otrząsnęła się jednak po chwili, znów spoglądając na usypany z ziemi kopiec, pod którym skrywały się szczątki jej drogiej zastępczyni. — Nawet niebo płacze. Popiera, że twoja śmierć była błędem. To łasicze serce pożałuje, że kiedykolwiek podniosło na którąkolwiek z nas pazur. Przerobię go jeszcze na wronią karmę — wysunęła z sykiem szpony, zatapiając je w mokrej glebie. Nie mogła tego tak zostawić. Nie mogła pozwolić, by zabójca Sadzawki był bezkarny. By jego życie toczyło się dalej tak, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło.
Jeszcze nie wiedziała, jak to zrobi, ale była pewna – Lśniąca Tęcza za wszystko słono zapłaci. A ona tego wszystkiego dopilnuje. 

Wyleczeni: Daglezjowa Igła

Od Algowej Strugi Do Syczkowej Łapy

 Zeskoczyłam z pnia na szeleszczącą trawę, kierując swoje kroki w kierunku tymczasowego obozu kotów z Klanu Wilka. Nie byłam pewna, co dokładnie ich spotkało, w końcu babcia nie rozpowiadała szczegółów, a samemu trochę głupio się tak pytać kompletnego nieznajomego. No bo co mam powiedzieć, hej, co tam, jak się nazywasz, umarł ci ktoś niedawno, czemu? Już zielenina, po której idę teraz, ma więcej taktu. Z kotów kojarzyłam tylko Syczkową Łapę i jego siostrę, Zalotną Łapę, których spotkałam na zgromadzeniu. No, Syczkową Łapę spotkałam już wcześniej, a potem parę razy gdy przebywał na naszych terenach, czułam się więc przy nim bardziej komfortowo. Zapach obcych kotów stawał się coraz mocniejszy w miarę, gdy dochodziłam do ich kryjówki. Biedactwa... Ciekawe, czy Syczkowa Łapa akurat tam będzie, może wyszedł na polowanie i pogadam z kimś innym? Na wstępie rzucone mi było parę nieprzyjaznych spojrzeń, którymi się jednak jakoś zbytnio nie przejęłam. Mają prawo się czuć niekomfortowo w całej tej sytuacji i pewnie wizyta od wścibskiego kota nie pomaga. Nie mogą mi jednak nic zrobić, ha! To moja ziemia i to ja jestem księżniczką, niech będą wdzięczni! No... to by było niemiłe, nie będę od nich wymagać dozgonnej wdzięczności, trzeba sobie pomagać tak czy siak. Ale wolałabym, żeby co niektórzy nie jeżyli się tak na mój widok. Stanęłam nieco niezręcznie, nie chcąc wchodzić im między łapy, rozglądałam się jednak uparcie dookoła za jakimś znajomym pyskiem. Zamiast tego moje oczy napotkały te jakiejś ślicznej i drobnej szylkretki, którą ktoś w końcu popchnął, żeby porozmawiała ze mną i dowiedziała się, o co mi może chodzić. Zanim jednak zdążyła się odezwać usłyszałam od kotów obok ciche syknięcie: "Mysi móżdżku! Brązową księżniczce dajesz? Przecież oni ich nie lubią". Ruszyłam wąsikami, odrobinę rozbawiona, zaraz jednak zmartwiłam się implikacjami i zwróciłam w stronę kotki z najsympatyczniejszym wyrazem pyska, na jaki mnie było stać, żeby dodać jej otuchy. Postanowiłam także to ja odezwać się pierwsza. 
— Cześć, jak się nazywasz? Ja jestem Algowa Struga — powiedziałam. Czasami musiałam gryźć się w język, żeby nie powiedzieć nadal przypadkiem "Algowa Łapa".
— Lśniącą Szadź... — westchnęła cicho niemal przestraszona kotka. — Przepraszam.. księżniczko, czego tu szukasz, może mogę pomóc? — zapytała w końcu, nerwowo przełykając ślinę. No dobra, czyli jednak mnie tutaj nie chcieli. Kąciki pyszczka troszeczkę mi opadły z radosnego uśmiechu, nadal jednak patrzałam na nią przyjaźnie.
— Szukałam kogoś do wspólnego polowania, wiem gdzie kryje się najwięcej zdobyczy tutaj i w ogóle, więc pomyślałam, że to da obupólną korzyść. No bo ja będę miała kogoś do gadania, miłe polowanie, a drugi kot złapie więcej, prawda?
Lśniącą Szadź zastanowiła się chwilkę nad moimi słowami, pokiwała mi jednak w końcu głową, łagodnie odwzajemniając uśmiech, na co serce zabiło mi odrobinę szybciej. Na moją obronę, miała bardzo ładny uśmiech! Pewnie jej go zazdrościłam.
— To bardzo miłe, jeśli znasz jakiegoś kota od nas, który jest akurat w obozie, to mogę go zawołać. — Przekręciła głowę. — Może źle pamiętam, ale chyba widziałam ciebie raz z Syczkową Łapą? — zapytała.
Spojrzałam na nią lekko zakłopotana, ah, czyli ona nie chciała ze mną iść? Czemu?... Nie analizuj tego za bardzo Algo, może po prostu nie miała ochoty, albo była zmęczona, albo pomyślała, że to ty nie chcesz z nią iść! Teraz jednak wizja spotkania z kimś znajomym nie wyglądała źle, toteż nieco nieobecnie pokiwałam głową na jej propozycję. To ucieszyło ją jeszcze bardziej i zniknęła, by po chwili powrócić z niebieskim złotym kocurem, który jednak najwidoczniej się znalazł, a następnie ponownie usunęła się w cień. Ha, czy to jakaś cechą wilczaków, że tak nagle znikają i ich wypatrzeć nie można? Syczkowa Łapa spojrzał na mnie nieco zaskoczony, szybko jednak się poprawił i wymruczał powitanie, kiwając w dół głową.
— Tak, cześć! Miło, że byłeś w pobliżu. Chodźmy na polowanie! — Postanowiłam przejść od razu do sedna rzeczy, czując się z każdą chwilą troszkę bardziej niekomfortowo wśród obcych, podejrzliwych kotów. Możemy pogadać, jak już będziemy dalej.
Uczeń skinął na moją propozycję (wlaściwie to bardziej jakieś polecenie, chociaż powiedziałam to miłym tonem, więc nie wiem) i po chwili byliśmy już daleko od reszty wilczaków. Na szczęście dotrzymywał mi tempa, albo może to ja jemu dotrzymywałam? W każdym bądź razie, w pewnym momencie trucht zmienił się w bieg, a potem już nie chciałam zostać z tyłu i przegrać... przegrać właściwie nie wiem co, ale odpaliłam tryb treningowo-oh-gwiezdni-goni-mnie-lis i pognałam tyle, ile mnie łapy poniosły przez łąkę. W końcu jednak opadłam z sił, a źdzbła i różne kamyczki nieprzyjemnie zaczęły ocierać mi łapy, z urwanym tchem rzuciłam się więc plecami na trawę. Usłyszałam, jak po mojej prawej stronie źdźbła również się ruszają, a drugie ciało, stawiam, że Syczkowe, zwala się obok. ...Wygląda na to, że mamy podobną wytrzymałość, jeśli chodzi o bieganie. No, to dobrze, nie będzie potem kłótni, czy kontynuować polowanie, czy już je zakończyć. Zamknęłam oczy, oczekując oczywistego pytania ze strony drugiego kota.
— ..Po co to było? — wydusił w końcu kocur, zgodnie z oczekiwaniami. — Mieliśmy łapać zwierzynę..?
— Syczkowa Łapo, po co cokolwiek robimy? — Uśmiechnęłam się, zastanawiając się nad odpowiedzią na poczekaniu. Bo miałam ochotę pobiegać? Rozładować napięcie, energię? — Czasami trzeba. Złapiesz mysz, to znowu będziesz głodny. Złapiesz chwilę, to nie będziesz żałował na starość. Mysz nie ucieknie, znaczy, może ci uciec, ale wierzę, że umiesz polować, za to chwila... Minie i bam, nie ma jej. Lekko przygnębiające.
Znowu na chwilę zamilkłam, pozwalając sobie na uregulowanie oddechu.
— Ruch fizyczny często pomaga rozładować napięcia psychiczne, złość, strach.. przynajmniej mi. Oczyszcza głowę, przekierowuje energię z niepotrzebnego martwienia się na właściwe tory. ...W sumie, ciocia chyba nawet mówiła mi kiedyś coś podobnego, haha.
<Syczkowa Łapo?>

29 sierpnia 2024

Od Mandarynowego Pióra CD. Skowronkowej Łapy

Dawno nie myślała spokojnie. O wysypianiu się nawet nie mówiąc. Czuła, że jeżeli za chwilę nie pójdzie z tym do Medyka może się stać coś złego. Ale w legowisku medyków była Zimorodek. Jej siostra. Ta, która nie rozumiała. W sumie Alga też nie była lepsza. Do tego jeszcze Zmierzchająca Łapa. Jej koleżanka i jednocześnie uczennica. Czemu babcia dała jej od razu ucznia? Tak, rozumiała. Bycie księżniczką i ulubienicą zobowiązuje. Jednak czemu Pierzasty Wdzięk nadal nie może opuścić jej myśli. Ciągle tylko: więcej, lepiej i bardziej. Nigdy nie była wystarczająca. Czy ona nie powinna zginąć wtedy zamiast mamy? Nie wiedziała. Jednak i ona i Piórko nawiedzały ją w snach, nie dając jej spokoju.

***

Dzisiaj rano wstała wcześniej niż zwykle i jeszcze bardziej niewyspana. „Ogarnij się! Musisz szybko wyszkolić Zmierzchającą Łapę!” Nie miała siły. Poszła za legowisko wojowników, by ułożyć sobie futro. Była zbyt zmęczona, by płakać. Czy szkolenie uczennicy w tym stanie to dobry pomysł? Nie. Kiedy zobaczyła Zmierzchającą Łapę, podeszła do niej i powiedziała:
- Dzisiaj treningu nie będzie muszę się przejść.
Troska o stan mentorki widniała na pysku zielonookiej, jednak nie protestowała.

***

Przeszła się na granicę z Klanem Burzy. Chciała wiedzieć, czy ze Skowronkową Łapą wszystko dobrze. Na ostatnim zgromadzeniu nie było najlepiej. Kiedy go zobaczyła, od razu wszelkie głosy Piórka znikły z jej myśli, co wywołało u niej ulgę.
- Hej Skowronkowa Łapo wszystko w porządku?
- Moja siostra już ma się dobrze więc tak, a ty się dobrze czujesz? - zapytał, najwyraźniej powstrzymując się od dodania "nie wyglądasz najlepiej". O co chodzi? Przecież jej futro wyglądało jak zawsze? Jak patrzyła na swoje odbicie w wodzie, to też wszystko było dobrze*.
- Tak wszystko okej - mruknęła. - Chcesz się pouczyć walki?
Kocurek ochoczo pokiwał głową. Tak więc Mandarynka zaczęła tłumaczyć całą teorię i zaczęli ćwiczyć. Na początku wszystko było dobrze, tylko Skowronek niezbyt potrafił w nią trafić. W końcu, gdy wreszcie ją przygniótł, pogratulowała mu:
-Brawo Skowronkowa Łap...- ciemność. Nieprzytomność. Zemdlała.

<Skowronku? Ratuj!>
*Mandarynkowe Pióro nie wyglądała najlepiej a złudzenie było efektem omamów

Mżawka została adoptowana!

 
Mżawka

Nowe członkinie Klanu Gwiazdy!

 

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna odejścia: Starość

Odeszła do Klanu Gwiazdy!


Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna odejścia: Starość

Odeszła do Klanu Gwiazdy!

Od Siewczej Łapy

Nie porozmawiali. Przespała cały dzień wykończona własnymi emocjami. Wzięła może ich za dużo. Zniknęły myśli. Zniknął ból. Zniknęło wszystko. Leniwe kolorowe sny wypełniły jej głowę. Nie pamiętała już ich. Choć chciała.
Została obudzona przez Jaskółkę. Tyle emocji malowało się na jej pysku. Strach dominował. Znów znalazła się w legowisku medyków. Kręciło się jej w głowie. Kończyny odmawiały jej posłuszeństwa. Nieobecne oczy kręciły się po legowisku. Szepty. Szepty łaskotały ją w głowę.
— Myślisz, że to dziedziczne...? — niewyraźne słowa tak zabawne.
Obróciła się na grzbiet. Patrzyła jak jej łapki zwisają w powietrzu. Były tak ciężkie. Lecz niemal wyglądało jakby chodziła po suficie. Zamknęła jedno ślepie starając wyostrzyć sobie wizję.
— ...Jaskółka nie wykazuje... Obserwować...
— ...Klan Gwiazd... kara... wszystko jego wina... Stan...
Ciężka kończyna niemal uderzyła ją w pysk. Pisnęła zaskoczona.
— Wstałaś. — słowa były głośniejsze.
Spojrzała na matkę. Jej pysk był tak zmartwiony. Wyciągnęła w jej stronę łapkę. Chciała ją przytulić.
— Już, już. Oszczędzaj się, Siewko. — jej ciepło znalazła się zaraz obok.
Wtuliła się w nią zadowolona. Słyszała jak serce mamy bije nierówno. Próbowała jeszcze bardziej się pod nią zagrzebać. Być otulona ze wszystkich stron kotką.
— Kocham cię... — miauknęła sennie.
Ziewnęła i zamknęła ślipia. Usłyszała płacz, ale nie miała siły już zobaczyć co się dzieje.

* * *


Odwiedził ją mentor. Jego oczy były zaspane. Pełne smutku, żalu. Nie wiedziała co teraz myśli. Nie chciała próbować zgadnąć. Wszystko było takie ciężkie, a przecież miało być łatwiej. Wszystko się sypało, a przecież miało być w końcu dobrze.
Przerastało to ją. Nawet teraz. W tym stanie. Nie wiedziała jak przestać. Kiedy to zakończyć. I tak i tak było źle. Nieważne co zrobiła.
Usiadł koło niej. Liliowe futro opadło na kamień. Jasne kosmyki odróżniały się na tle szarości. Wpatrywała się w nie. Chciała znaleźć w nich odpowiedź na to wszystko co ją męczyło.
— Siewko... — zaczął, ale nie pozwoliła mu skończyć. Nie chciała tego słuchać. Nie mogła znieść jego cierpienia.
— Przepraszam... — szepnęła. — Naprawdę przepraszam.
Liliowy położył na niej łapę. Bała się na niego spojrzeć. Czuła jak powoli z niej schodzi efekt rośliny. Jak emocje wracają. Powoli zalewają ją na nowo. Nie chciała się z nimi mierzyć. Za każdym razem było tylko gorzej. Były tylko coraz straszniejsze.
— Mam coś dla ciebie.
Położył przed nią piórko. Małe. Trochę czarne. Nie była pewna czyje. Powąchała je. Pachniało morzem. Plażą. Piaskiem. Tęskniła za nimi. Za szumem wody. Za zachodami słońca. Za ich wspólnymi treningami.
— Siewki. — wyjaśnił liliowy.
Widząc jej wzrok, uśmiechnął się smutno.
— Nie mam pojęcia z czym się mierzysz. Ale, nie jesteś w tym sama. Jestem przy tobie. Ja. Twoja mama. Czereśnia, Jaskółka. Wszyscy naprawdę bardzo Cię kochamy. Nie chcemy Cię stracić. Pozwól sobie pomóc. Pozwól mi być twoją Siewką.
Poczuła łzy. Nie wiedziała jak ich powstrzymać. Poliki były takie ciężkie. Mokre. Nieprzyjemne. Żałosny odgłos wydobył się z jej pyska. Schowała go pomiędzy łapami. Poczuła jego dotyk. Delikatny. Miękki. Niczym matki. Przylgnęła bliżej mentora. Nie chciała być teraz sama.
— Ja... Ja też was nie chce stracić... — wydukała, próbując otrzeć lecące z niej gile.
Liliowy zamruczał, próbując ją uspokoić. Wyciszyć choć trochę stargane w niej emocje.
— Nie stracisz nas. Nieważne co by się działo. Będziemy przy tobie.