Po usłyszeniu plotki o swoim pochodzeniu
__________
Zderzenie z nowymi realiami było bolesne, a także odbiło się echem w jego życiu. Po spotkaniu z Pszczelim Lilakiem wycofał się, metaforycznie rzecz biorąc. Zaczął silnie myśleć i analizować wszelkie wydarzenia, które mogły kryć za sobą choćby krztynę prawdy o tym, skąd pochodził. Czuł się dziwnie śpiąc obok Morświnowej Płetwy, a nawet zaczął unikać dłuższego spędzania czasu przy jej boku, pomimo miłości, jaką ją darzył. Zdawała mu się nie odpowiednia, zupełnie nie pasująca do tego miejsca. Skoro nie ona była jego matką, tylko opiekunką, czy nie powinien traktować jej z nieco większym dystansem? Ból głowy dopadał go na samo wspomnienie pogmatwanych rzeczy mogących być, równie dobrze, jak też nie być, rzeczywistością.
Wychodzenie od zawsze było u niego skreślone. Teraz jednak nie unikał go z premedytacją nasiloną o parę dodatkowych stopni, a zamiast tego często godził się na odwiedziny do starszych bez ówczesnej prośby o to. Powodem było uniknięcie przebywania blisko kota, względem którego nie wiedział, jak się zachować. Nikt nie mógł podać mu reguł takiej relacji, bo mało kto przeżywał podobne! A zresztą nie pokusiłby się o pytanie… Królowa oczywiście to zauważyła, ale jej nieśmiała natura kłóciła się z otwartym przyznaniem się do widzenia tejże zmiany, dodatkowo zważywszy na to, iż była praktycznie przekonana o jej pochodzeniu. Co innego mogło wywołać u niego tak silną reakcję, niżeliby rozniesiona po całym obozie plotka o jego osobie? Osobie, która nie cierpiała uwagi i kochała swoją grupę z całego, drobnego serca noszonego w piersi.
— Chciałbyś pójść ze mną do Drzemiącego Serca? — zapytała przyjaźnie liliowa, liżąc swojego “syna” pomiędzy uszami. Dzień był chłodnawy, ale cichy i wypełniony oczekiwanymi roztopami, przynoszącymi nadzieję na nadejście cieplejszych dni. Kaczorek zamruczał przez odczuwaną troskę, dając kotce złudne poczucie szansy na zgodę co do wspólnego wyjścia. Wtem powstrzymał się siłą od wydawania odgłosów, po czym bez ostrzeżenia wstał z miejsca w pośpiechu, zaraz po przypomnieniu sobie o istocie sytuacji.
— Umówiłem się z... — zająknął się. — Umówiłem się z Roświetloną- Rozświetlonym… — począł się miotać po kłamstwie, jakie starał się złożyć. Nie pamięć względem imion… szlag by to! Nie dało się kłamać z takim utrudnieniem. Zapatrzył się w przestrzeń, panicznie szukając imienia, jakie zaczął wypowiadać.
— Rozświetloną Skórą? — spróbowała pomóc mama i, jak to mama, dokładnie odgadła to, co miał powiedzieć. Poczuł się przez to zawstydzony sobą.
— Tak, dokładnie… wybacz — wydukał, jeżąc się mimowolnie. Pragnął po prostu zapaść się pod ziemię. To miłe spojrzenie Morświnowej Płetwy, dokładające do jego niedoli i jeszcze chęć przytulenia się do niej ciasno oraz pozostania w ciepłym legowisku, nie pomagało w odwróceniu się i podtrzymaniu swej wypowiedzi. Ona zdecydowała się chyba mu w tym pomóc, wyrozumiała i tak głęboko świadoma jego zachowań. Bez dwóch zdań wiedziała o kłamstwie, lecz poddała się mu.
— Może innym razem — odrzekła niejasno, pozwalając na swobodę w dacie i ogólnym sposobie wydarzeń, jakie proponowała. Pręguskiem zawładnęły emocje, bo słowa te były faktycznie zapewniające; uspokoił się wbrew własnej woli. Nie mógł wytrzymać tej miłości, jaką dostawał od kogoś, kogo nie chciał obdarzyć podobną. Pchany strachem rozklejenia się, odwrócił się i żwawym tempem opuścił jamę, pozostawiając kocice w tyle. Korciło go odwrócenie się, aczkolwiek nie zrobił tego. Tak było po prostu lepiej dla nich obydwu. Dopiero gdy przemknął poboczem na podwyższenie prowadzące do miejsca przebywania starszyzny, pozwolił sobie zwolnić.
__________
Przez szukanie jakiegokolwiek zajęcia, które mogło umilić mu bycie świadkiem wykładu o wierze swojego klanu, zaczął przesuwać oczyma po legowisku. Na początku, gdyż następnie sięgał dalej, poza skalny brzeg: gdzieś do centrum obozu. mijało się tam tyle pysków, że już powoli nie rozpoznawał, kto był kim. Czy to asystent medyka? Nie, czekaj… to mianowany medyk. Tam spaceruje jeszcze jakiś uczeń… przecież to Firmamentowa Łapa, niedawno zmieniający ścieżkę nauki. Zanim zdołał dojrzeć więcej, pojawili się kolejni do rozszyfrowywania i zaniedbał swoje zajęcie. Wszak takie przypominanie to o dużo za dużo dla niego.
— Klan Gwiazdy od zawsze nas prowadzi. Daje życia przywódcom. Dba o to, abyśmy żyli godnie. Jak można ot, tak zaniedbać tradycję? — wywód był kontynuowany mozolnie w tle rozmyślań Kaczorka. Niespodziewanie, przed wzrokiem mignęło mu futro, jakie od paru ładnych dni rozpamiętywał; jedyne rozpoznawalne bez problemu. Migoczący Nieboskłon przecinał centrum wzdłuż, a jego niebiesko-białe futro kryło się w szarościach głazów.
Decyzja o ruchu zapadła bez przemyślenia tego. Ponownie jak poprzednio - bez ostrzeżenia. Przed uderzeniem serca siedział, potem przesuwał się już przez wyjście z legowiska jak gdyby nigdy nic. Rzucił za siebie rozemocjonowane: — Przepraszam, muszę już iść! — wówczas wszelki ślad po nim zniknął z przestrzeni, żeby zakręcić się w obrębie przebywających na poniżej znajdującej się centrum Klifiaków. Ujrzawszy wskakującego na skalne półki zmiękczone mchem, nie miał obaw przed podążaniem jego śladem. Legowiska wojowników były miejscem nie dla niego, lecz był zdolny spróbować, jeśli miało to oznaczać potrzebną konfrontację.
__________
Kociak zaczął już dyszeć. Wspinaczka była zdecydowanie trudniejsza, niż myślał i zmęczył się wchodzeniem raptem czterech płyt. Oddychał głośno, wbijając spojrzenie prosto w tamtego. Utrzymywali kontakt wzrokowy w ciszy przez dłuższy moment.
— Co Ty tu robisz? — wypalił w końcu wojownik.
Kolejny odcinek ciszy, rozciągającej się pomiędzy nimi, podczas gdy obydwoje nie wiedzieli co powiedzieć. Nie ten przyjemny rodzaj spokoju, bezgłos ujmujący. Głusza będąca prawie hałasem przez to, jak rozbrzmiewała w uszach falami, porównywalna do dzwonienia. Wyłącznym odgłosem było przesunięcie na mchu.
— Opowiedz mi — nieskładnie wypadło z pyska rudego.
Odgadnięcie co miał w umyśle nie było trudne. Migoczący Nieboskłon chyba zdecydował się nie próbować swoich sił w czymś niepewnym. Znów drgnął na posłaniu, zmieniając swoje ułożenie, właściwie nie do końca wiadomo czemu. Może z emocji… może chęci odwrócenia się od niezaproszonego rozmówcy… Bez tłumaczenia siebie, jedynie zwiesił łeb nisko oraz zamknął oczy, zabierawszy głos:
— Opowiedzieć ci? Niby o czym? — jego oskarżycielski ton rezonował w każdej sylabie wypowiedzenia.
Pręgusek zamrugał parokrotnie, jakoby słowa usłyszane nie miały najmniejszego logicznego sensu. Naprawdę był to problem personalny z brakiem zrozumienia przez potok przelewający się mu w głowie. Odpowiedział niewcześniej niż po niekomfortowym milczeniu.
— Opowiedz mi, co wiesz o naszym — zawahał się. Dobranie pasującej definicji w posiadaniu jeszcze okrojonego słownictwa było pewnego rodzaju wyzwaniem. Parokrotnie przemielił słowo na języku dla pewności o jego zgodności ze znaczeniem. Nadto - przez to wszystko, niechybnie zapomniał o swojej grzeczności. — Pokrewieństwie.
<Wypowiesz się, Migoczący Nieboskłonie?>