Parę księżycy temu…
Spojrzenia reszty klanu skupiały się właśnie na niej. Uniosła z dumą bródkę. Gdzieś z tyłu głowy przebiegła jej myśl, że dwójka jej braci jest pewnie w tym momencie równie interesująca co ona… Ale szybko ją odgoniła.
— Werwo — zaczęła gadać Mandarynkowa Gwiazda, patrząc na nią z góry. Oczy szylkretki zabłysnęły z zadowoleniem; dobrze zrobiła, pchając się jako pierwsza (ignorując przy tym prychnięcia Narcyza, gdy wychylał się zza niej). — Ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczennicą. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, nazywać się będziesz Narwana Łapa. Twoim mentorem zostaną Kijankowe Moczary; mam nadzieję, że przekaże ci on całą swoją wiedzę.
Mało dyskretnie wbiła spojrzenie w stojącego przed nią wojownika. Czarno-biały kocur z łapami jak gałązki i uszami przypominającymi spore liście słuchał kolejnych słów liderki, zanim pochylił łeb w stronę Werwy i popatrzył na nią, wyczekując czegoś. Zmarszczyła brwi. Czego ta tyczka od niej chciała? Dopiero szturchnięcie z tyłu przywołało ją do rzeczywistości i wysunęła się do przodu, stykając się nosem z nowym mentorem.
***
Treningi z Kijankowymi Moczarami były znośne. Chłop nie był taki sztywny, jakby się tego spodziewała po starszym wojowniku – wręcz przeciwnie, lekcje z nim mijały w lekkiej, momentami żartobliwej atmosferze. Kocur nie brał do siebie jej nierzadko obraźliwych słów… A przynajmniej tak się jej wydawało. Kto wie, może znosi ją tylko dlatego, że jest jego uczennicą. Nie miała zamiaru dociekać.
Zajęcia były wymagające, jednak podobało jej się to. Jeszcze piękniej było wtedy, gdy coś wychodziło jej za pierwszym razem! Lubiła momenty, w których mogła się wykazać.
Jednak… Stojąc tak na brzegu rzeki, z chłodną wodą obmywającą jej łapy, jej pewność siebie zdawała się gdzieś uciekać. Kijanka, niewzruszony (jak zazwyczaj) brodził parę kroków dalej, zanurzony po brzuch.
— Nie utopię się?
Na jej pysku widniał grymas. Wbiła pazury w muł, podnosząc wzrok na mentora.
— Nie utopisz się — odparł wojownik, ukazując kły w lekkim uśmiechu. — Chodź, tu rzeka jest w miarę płytka. Najwyżej napijesz się łyk czy dwa wody, zanim załapiesz, o co chodzi.
Zmrużyła oczy i wydęła policzki.
— Na pewno?
— Na pewno.
Wyciągnęła łapę do przodu i zrobiła jeden długi krok do przodu. Później następny.
— Gdy stracisz grunt pod łapami, musisz zacząć nimi machać — zawołał do niej Kijanka. — Zachowaj spokój i wczuj się w rytm!
Jeszcze jeden krok… I nagle dno uciekło jej spod łap. Jej głowa zanurzyła się pod powierzchnią, a do nosa zaczęła wdzierać się woda. No, wcale się nie utopi! Parsknęła i zaczęła się szarpać. W którymś momencie jej tylna łapa napotkała muł – z całej siły odepchnęła się i wystawiła pysk ponad taflę.
— Łatwo- — parsknęła, plując rzeczną wodą — łatwo ci mówić!
Po chwili rzucania się w wodnych odmętach jej łapy, tak jak mówił to łaciaty, złapały jakiś rytm. Cwana tyczka…
— Dasz radę tak na drugi brzeg?
Odkaszlnęła i wystawiła przemoczony pysk jak najwyżej nad powierzchnię, jak tylko umiała.
— Dam radę!
…no, łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Jej ruchy nadal były dość nieskoordynowane, i zdecydowanie nałykała się więcej wody, niż kiedykolwiek widziała w kałuży przed żłobkiem, ale przynajmniej poruszała się do przodu! Mniej więcej. Trochę zygzakiem, trochę zbaczając z drogi, ale udało jej się dopłynąć na tyle daleko, aby jej łapy ponownie dotknęły mulistego dna.
Z ciężkim westchnieniem rozluźniła mięśnie i spojrzała z ukosa na Kijankę, który czekał na nią na płyciźnie.
— Brawo — miauknął, beztrosko wychodząc z wody i otrzepując sierść. — Jak na pierwszy raz, to jesteś całkiem dobra! To teraz co, szybkie zwiedzanie naszych terenów?
Zmrużyła ślipia.
— Prawie się utopiłam! Ledwo co, a musiałbyś zaciągać moje ciało do obozu jak jakiś przemoczony kołtun.— Uniosła łapę i przyłożyła ją do piersi. — Moja matka byłaby zrozpaczona…
Nie, wcale by nie była. Albo może? Położyła po sobie uszy, wzrokiem uciekając w bok, na plamę słońca odbijającą się od falującej tafli. A może przejmowałaby się bardziej, gdyby to na przykład Narcyz zniknął?
Przechyliła łeb w bok… Nie. Chyba nikt nie wolał Narcyza od niej. O Kasztanku już nawet nie wspominając.
Wzruszyła ramionami, otrząsając się, po czym wyskoczyła na brzeg i stanęła parę kroków przed mentorem.
— Ale skoro nalegasz — miauknęła i odwróciła się do niego zadem. — No, to w którą stronę?
[675 słów + nauka pływania]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz