Był przecież zajęty; czy nie umiała tego dostrzec? Czy nawet w momencie, w którym wykonywał swoje obowiązki (może nie priorytetowe, ale na pewno należące do medyka) nie mógł mieć chwili spokoju i wolności od jednej lub drugiej kotki? Co było aż tak ważne, aż tak niecierpiące zwłoki, że miał rzucić wszystko, czym się wcześniej zajmował, i paść na kolana przed starszą, aby podarować jej siłę obu swoich łap, klarowność całego swojego umysłu i całe zaangażowanie, na które jest w stanie się zmusić mimo parszywego humoru? Aby się dowiedzieć, musiał wynurzyć się zza zakrętu. Lubił siedzieć w ukrytym kącie, gdzie często umykał czujnemu wzroku pozostałych mieszkanek legowiska nawet na całe poranki czy popołudnia. Lubił tę chwilę spokoju, gdzie mógł mątać łapami między ziołami, które w końcu przestały być dla niego takie uporczywe i gryzące w nos. Tylko wtedy nie miał ochoty wiecznie przewracać oczami i uderzać ogonem w posadzkę. Tym razem odchylił się do tyłu i zadarł łeb, a przed oczami ukazała mu się ta mała, wiecznie zasmarkana Fląderka, która niedawno obmazała mu całą pierś w zielonkawych, ciągnących się glutach. Wąsy mu zadrgały na to obleśne wspomnienie.
— No ile można cię prosić! — pogoniła go ponownie, ignorując głośne westchnięcie, które wydarło mu się z pyska. Na pewno nie przypadkowo. — I jak już masz się tak ślimaczyć, to weź gwiazdnice i nieco wrotyczu. Ale ruszaj tymi patykowatymi łapami!
Zrobił, co mu kazano. Postarał się nawet faktycznie nieco pośpieszyć. Nie z jakiejś ogromnej troski do czekoladowego odrzutka, ale raczej dla swojego świętego spokoju, który od jakiegoś czasu bardziej był narażony na zakłócenia. A o tym, co będzie w Porze Nagich Drzew, nie chciał nawet myśleć. Złapał do pyska długą łodygę z białymi kwiatkami, a następnie sięgnął po tę upstroszoną żółtymi, bardziej okrągłymi. Z nimi wyskoczył do głównej części, gdzie Fląderka zanosiła się kaszlem, a Róża wyglądała na faktycznie przejętą.
Zrobił, co mu kazano. Postarał się nawet faktycznie nieco pośpieszyć. Nie z jakiejś ogromnej troski do czekoladowego odrzutka, ale raczej dla swojego świętego spokoju, który od jakiegoś czasu bardziej był narażony na zakłócenia. A o tym, co będzie w Porze Nagich Drzew, nie chciał nawet myśleć. Złapał do pyska długą łodygę z białymi kwiatkami, a następnie sięgnął po tę upstroszoną żółtymi, bardziej okrągłymi. Z nimi wyskoczył do głównej części, gdzie Fląderka zanosiła się kaszlem, a Róża wyglądała na faktycznie przejętą.
— No nareszcie! Jednopłetwej szprotki byś nie złapał przy takim tempie! I pomyśleć, żeś się na wojownika szkolił, ty guzdrało. — Zmusił się do zachowania kamiennego wyrazu pyska. Zielonooka nie bywała często aż tak drażliwa i uszczypliwa, chociaż wielu uważało ją ogólnie za mniej przyjemną w obyciu z dwóch kotek, które zamieszkiwały lecznice. Klekoczący Bocian ogólnie za nią bardziej przepadał, ale to głównie ze swojej ogromnej niechęci do Gąbczastej Perły, nie do sympatii skierowanego szczególnie do Różanej Woni. Ona zwyczajnie wyrządziła mu mniejszą krzywdę. Przynajmniej w oczach księcia.
— Potrzebujesz jeszcze czegoś? — zapytał, aby ukryć drgające z zdenerwowania wąsy. Unikał kierowania wzroku na czekoladową mordkę.
— Już mi chcesz uciekać? Nie ma opcji. Chodź tu — poleciła ponownie. Biały ulegle usiadł obok. Ciemna łapa trzymała zasmarkany pyszczek nieco w górze. — Fląderko, otwórz jeszcze raz.
— Już mi chcesz uciekać? Nie ma opcji. Chodź tu — poleciła ponownie. Biały ulegle usiadł obok. Ciemna łapa trzymała zasmarkany pyszczek nieco w górze. — Fląderko, otwórz jeszcze raz.
Ciałko szylkretki drgało, kiedy z całej siły próbowała powstrzymać się przed kasłaniem, kiedy dwójka medyków siedziała zaraz przed nią. W końcu rozwarła szczęki i ponownie pokazała widocznie podrażnione i przebarwione gardło.
— Przyjrzyj się — zwróciła się do asystenta. Klekotek nachylił się bliżej i zajrzał głęboko do pyska czekotki. Swoją jasną łapą nieco podniósł jej głowę i przytrzymał dolną żuchwę, nakazując, aby rozwarła ją jeszcze nieco bardziej. Błotne ciałko trzęsło się; niewiadomo, czy ze strachu, upokorzenia czy zwyczajnie jako objaw poważnej choroby. — Widzisz, ile plam? Choroba już dawno się rozpoczęła. Co to za kaszel?
— Zielony... Ale jeśli przyszłaby nieco wcześniej, pewnie jeszcze byłby mniej doskwierający — mruknął, puszczając pysk Fląderki. Od razu odwróciła ją od medyków, aby zakaszleć paskudnie.
— Tak. A co gorsza, jeśli spojrzymy w drugą stronę, to gdyby nie przyszła jeszcze przez kilka wschodów słońca, wynosilibyśmy to małe błotne ciałko z obozu, aby wróciło tam, skąd przyszło — pogroziła Róża, próbując złapać kontakt wzrokowy z przestraszoną koteczką. — Ale na szczęście przyszła. A teraz ty podaj jej zioła. Ja pójdę przejść się po obozie, aby dowiedzieć się, czy ktoś inny jeszcze nie ma problemu z kaszlem.
— Przyjrzyj się — zwróciła się do asystenta. Klekotek nachylił się bliżej i zajrzał głęboko do pyska czekotki. Swoją jasną łapą nieco podniósł jej głowę i przytrzymał dolną żuchwę, nakazując, aby rozwarła ją jeszcze nieco bardziej. Błotne ciałko trzęsło się; niewiadomo, czy ze strachu, upokorzenia czy zwyczajnie jako objaw poważnej choroby. — Widzisz, ile plam? Choroba już dawno się rozpoczęła. Co to za kaszel?
— Zielony... Ale jeśli przyszłaby nieco wcześniej, pewnie jeszcze byłby mniej doskwierający — mruknął, puszczając pysk Fląderki. Od razu odwróciła ją od medyków, aby zakaszleć paskudnie.
— Tak. A co gorsza, jeśli spojrzymy w drugą stronę, to gdyby nie przyszła jeszcze przez kilka wschodów słońca, wynosilibyśmy to małe błotne ciałko z obozu, aby wróciło tam, skąd przyszło — pogroziła Róża, próbując złapać kontakt wzrokowy z przestraszoną koteczką. — Ale na szczęście przyszła. A teraz ty podaj jej zioła. Ja pójdę przejść się po obozie, aby dowiedzieć się, czy ktoś inny jeszcze nie ma problemu z kaszlem.
Medyczka pozostawiła go samego z chorą. Klekoczący Bocian wgapił się w kępki ziół, które położył na ziemi. Przysunął je łapą bliżej i czekał na jakąś reakcję ze strony szylkretki. Kiedy nie nadeszła ona przez dłuższą chwilę, odchrząknął. W końcu odezwał się.
— Zjedz te kwiaty, przeżuj mocno i połknij wszystko — polecił, przysuwając je wspólnie z wrotyczą. Wstał i już chciał odejść, aby przywlec jakiś mniejszy kawałek mchu. Zioła były paskudne. Wiedział o tym i nawet Fląderce nie życzyłby, aby nie mogła ich nieco popić.
— A-a... te żółte kwiaty też? — zapytała, a jej głos był szorstki od chrypy i ataków kaszlu.
— Zjedz te kwiaty, przeżuj mocno i połknij wszystko — polecił, przysuwając je wspólnie z wrotyczą. Wstał i już chciał odejść, aby przywlec jakiś mniejszy kawałek mchu. Zioła były paskudne. Wiedział o tym i nawet Fląderce nie życzyłby, aby nie mogła ich nieco popić.
— A-a... te żółte kwiaty też? — zapytała, a jej głos był szorstki od chrypy i ataków kaszlu.
— Tak — rzucił krótko.
— Wszystkie..? — dopytała, a wąsy zadrgały mu z irytacji.
— Wszystkie..? — dopytała, a wąsy zadrgały mu z irytacji.
— Jeśli chcesz wrócić do miejsca, o którym mówiła Różana Woń, to tak. Jeśli chcesz zostać w Klanie Nocy, zjedz dwa kwiaty — powiedział, patrząc na nią z góry. Chociaż wrotycz nie była aż tak szkodliwa, najpewniej dla kota tak osłabionego chorobą mogła być nawet zabójcza. Fląderka skuliła się, ale wykonała polecenia. W tym czasie Klekoczący Bocian przyciągnął w jej kierunku mokry mech, który wcześniej przyniosła do legowiska Słodka Łapa. Usiadł nieco dalej, bliżej wejścia, gdzie mógł obserwować, co się dzieje w obozie. Co jakiś czas widział zielonooką medyczkę, która wypytuje wszystkich o ich samopoczucie. W końcu on też zwrócił się do chorej, aby poruszyć ten temat.
— Zaraziłaś kogoś? — Ton był niemal oskarżający.
— Zaraziłaś kogoś? — Ton był niemal oskarżający.
— N-nie... Nie wydaje mi się... Starałam się unikać innych — wydukała.
— Przynajmniej tyle — burknął i na moment odwrócił się znów w stronę spokojnego, otulonego słońcem obozu. Co jakiś czas za nim rozbrzmiewało pokasływanie. Ignorował je przez dłuższy czas, ale w końcu dodał jeszcze: — Wiesz, że jeśli przyjdziesz tu wcześniej, to zmarnujemy na ciebie mniej ziół? Ledwo co wylazłaś po ataku wydr, a teraz znów spędzisz tu kilkanaście wschodów słońca… — rzucił, nie odwracając się do niej pyskiem.
<Flądera?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz