Dzień wyglądał zwyczajnie. Do lecznicy weszło tylko parę kotów, Wiciokrzew wraz ze swoją uczennicą wyszli najpewniej po brakujące rośliny... Było naprawdę spokojnie. Po czasie już nawet Poranek stracił wiarę, że ktokolwiek zakłóci mu ten spokój i porządek. I, jak się później przekonał, nie powinien tego robić.
– Poranku…? Chwaście…? – piskliwy głosik zaszedł go od tyłu. Rudy kocur od razu się spiął, kątem oka spoglądając w stronę źródła tego dźwięku, a tam zobaczył Gołąbka, dziecko Gąski. – Czy możesz, proszę, zerknąć na tego ptaka? Chcę tylko wiedzieć, co mu jest! – zapytał kociak, ewidentnie przejęty. Chwast odwrócił się w jego stronę, przy okazji rozglądając się, czy w okolicy jednak nie ma Wiciokrzewu, Purchawki czy chociażby Mistral (której i tak pewnie by nie zawołał), by wyręczyli go z obowiązku pomocy Gołąbkowi. Poczuł, jak żołądek nieprzyjemnie mu się ścisnął, gdy zdał sobie sprawę, że został sam. Mimo to nie dał po sobie tego poznać i bez słowa podszedł do kociaka. Gołąbek pokazał mu rannego, który leżał na małym prowizorycznym posłaniu z mchu. Jerzyk nie wyglądał najlepiej i na miejscu małego kocurka Chwast zostawiłby go na pastwę i tak przesądzonego już losu. Kocię jednak nie wyglądało na kogoś, kto mógłby zostawić jerzyka i zająć się swoimi sprawami.
– Nie da się go uratować. Jest zbyt słaby – stwierdził uzdrowiciel, dalej wpatrując się w jeszcze żywe zwierzę. Na twarzy Gołąbka pojawił się grymas czegoś na wzór smutku.
– Na pewno? A można jakoś poprawić jego stan? Może nie miał pożywienia... – gdybał kociak, jak gdyby to mogło zmienić rzeczywistość.
– Na pewno nie ziołami. Co do kwestii wyżywienia, jest to możliwe. Wygląda na wychudzonego. Jest też dość mały – stwierdził rudy. – Możliwe, że nie był w stanie czegoś sobie znaleźć – podsumował, tylko po to, by w następnej chwili Gołąbek wziął ptaka ze sobą, możliwe, że deklarując się do dokarmiania tego stworzenia. Poranek jednak tym się już nie przejmował, czując ulgę, że kociak wrócił do swoich zajęć.
***
Gołąbek został jego uczniem. Dalej nie mógł w to uwierzyć, a strach ściskał go za gardło z każdą chwilą, gdy tylko myślał o tym zbyt dużo. Mimo to starał się zachowywać w miarę normalnie, jak na siebie. Nie mógł pozwolić, by ktokolwiek z jego otoczenia widział go w stanie, w jakim widział go już Derwisz. I chociaż żałował, że nawet ten starszy samotnik widział, co zrobił, był mu wdzięczny, za chęć niesionej pomocy. Gdyby nie on, Poranek nie wiedział, co by się z nim stało. Czuł się jak tykająca bomba, która w każdym momencie mogła wybuchnąć. Nienawidził tego uczucia, ale nie potrafił z nim walczyć, dlatego zgodził się na rozmowę z Derwiszem. "I niestety najpewniej nie jedną" – myślał, spoglądając na ranę na swojej łapie. Mimo krótkiej znajomości ze starszym samotnikiem, już zdążył się przekonać, że on nie odpuści tak łatwo, jakby chciał Poranek.
Westchnął cicho, spuszczając głowę. To wszystko go przerastało. Ale musiał zająć się nauczaniem Gołąbka, dlatego powoli wstał i stanął w wejściu do lecznicy, lekko wychylając głowę. Wzrokiem zeskanował otoczenie w poszukiwaniu swojego nowego ucznia. W końcu odnalazł młodego Gołąbka. Uczeń stał nad jakimś cudem jeszcze żywym jerzykiem, a przynajmniej Poranek myślał, że jeszcze żywym, skoro nie doszła do niego informacja o śmierci ptaka.
<Młody Gołąbku?>
[569 słów]
[6%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz