Ugh.
Dobra. Nie ważne. Nie idzie mi po prostu. Ale zacznie iść. Wiem to. Wszystko jest do wypracowania. Trzeba tylko czasu i determinacji. A ja mam i to i to.
Na dziś z Kurką zaplanowany miałem tego typu właśnie trening. Byłem dziś dość zaspany. Zmęczony. Niby tak mam codziennie. Ale gdybym pospał choćby chwilkę dłużej, równie dobrze mógłbym w ogóle nie wstawać, a dzień uznać za stracony. Tak to dokładnie działa.
Siedziałem na środku obozu, czekając na mojego mentora. Codziennie na niego czekam. Ale nie dlatego, że się spóźnia. Tylko dlatego, że ja, by uniknąć spóźnienia, jestem tu o wiele wcześniej… Czuję, że mam zaległości. Zaległości trzeba nadrabiać. Tak. Muszę je nadrobić.
— Dzień dobry, Borowiku — oznajmił Kurka lekko zachrypniętym głosem. — Co my dziś mamy…?
— Walka. Walka dziś. Tak. Będziemy…walka. Walczyć, znaczy.
— Ah tak, tak, racja…
Kurka ziewnął. Przekręciłem lekko głowę na bok.
— Chodźmy. Chodźmy, no. Już. Już — powiedziałem niecierpliwie i podskoczyłem lekko, wyprężając ogonek.
Nie ma co zwlekać. Dzień ledwo się zaczął, ale zaraz przecież się skończy. Więc trzeba iść. No i poszliśmy. Dowlekliśmy się na małą polankę w lesie. Zdaje mi się, że mogłem ją już wcześniej widzieć…
— Tego miejsca ci jeszcze nie pokazywałem, Borowiku. Tutaj będziemy ćwiczyć walkę.
Aha. Czyli jednak pomyłeczka.
Kurka zaczął tłumaczyć mi podstawy. Podstawowe pozycje. Podstawowe ataki. Podstawowe techniki samoobrony. Było tego dużo. I było to według mnie bez sensu. Walka – jak wynika z moich źródeł - jest chaotyczna i bezcelowa. Wspinaczka na drzewa? Okej. Bo to fajne dość. Tropienie? Też. A walka? Ugh. I tyle.
— Dobrze, Borowiku. Spróbuj mnie zaatakować. Nie wysuwaj na razie pazurów.
— Um…
Zamrugałem. Rozejrzałem się niepewnie na boki.
To jest strasznie żenujące… Czuję się nieswojo atakując tak ważną w moim życiu figurę jak mój mentor. Ja nigdy bym się nie ośmielił tak potraktować jakiegokolwiek starszego kota.
Zrobiłem dwa małe kroczki w jego stronę, a potem machnąłem łapką dwa razy. Nawet go nie dotknąłem. Nawet nie miałem zasięgu. Skrzywiłem się.
Kurka uniósł lekko brwi i uśmiechnął się zachęcająco.
— No, dalej! Wyobraź sobie, że jestem… wściekłym lisem!
— Wściekłych lisów się nie atakuje. Wchodzi się na drzewo i czeka, aż same odejdą. Bo są wściekłe i groźne i jak ugryzą, to można się rozchorować.
Kurka westchnął i przewrócił oczami, lekko rozbawiony z jakiegoś nieznanego mi powodu. Wściekły lis to nie zabawa. W końcu sam dawał mi właśnie takie rady w trakcie poprzednich treningów…
— Racja… No to może inaczej… Broń się!
Nawet nie drgnąłem, gdy mentor znienacka na mnie skoczył. Nie zareagowałem. A po chwili już leżałem na plecach, przyciśnięty do ziemi. Zmarszczyłem lekko brwi w konsternacji.
— Um. Ale że jak...? Którą techniką...?
— Sam miałeś wybrać, Borowiku! — powiedział z niedowierzaniem.
— Mogłeś mnie uprzedzić… — mruknąłem.
Niefajnie. Zjeżyło mi się futerko.
Kurka westchnął. Odsunął się ode mnie i usiadł.
— W prawdziwej walce przeciwnik nie da ci forów, Borowiku. Będziesz musiał liczyć tylko na siebie i swoje umiejętności.
— Nie mam żadnych umiejętności — stwierdziłem.
— Iii właśnie po to jestem tu ja! Zobaczysz, załapiesz to w lot! Dalej, wstawaj! Przed nami duuużo pracy!
No to wstałem. Jak mówią, że mam wstać, to wstaję.
* * *
W końcu, spóźnieni na posiłek, wróciliśmy do obozu. Mój mentor był wyraźnie zmęczony, wyraźnie zmęczony byłem i ja. A to nietypowe. Z reguły w takich sytuacjach nawet wyglądam nie inaczej niż zwykle…
Pożegnał się ze mną, mówiąc ciche "do jutra". Chciałem odpowiedzieć tym samym, ale gdy otworzyłem usta, moje gardło nie wydało żadnego dźwięku. Nie miałem siły.
Doczołgałem się do legowiska i gniewnie skuliłem się na moim posłaniu, chowając pyszczek w ogonku. Całkiem opuściły mnie zapał i determinacja. A potem zasnąłem.
Leżałem tak długo. Ominął mnie posiłek. Wieczór. Noc. Ja leżałem. Rozmyślałem.
Aż się wkurzyłem.
Nie. Nie. Koniec. Dosyć tego.
Tak nie może być. Tak nie może być.
Nie mogę leżeć i leżąc nie robić tym samym nic.
Otworzyłem oczy, marszcząc brwi. Nie raziło mnie światło, lecz kłuło w oczy zimno gwiaździstej nocy. Podniosłem się zdecydowanie na cztery łapki i opuściłem legowisko, nie oglądając się na nic ani na nikogo. Moja determinacja powróciła i dała mi całkiem nową energię do działania. Łapki oraz moja urażona duma poniosły mnie z powrotem na tamtą polanę. Znalazłem ją bez trudu, choć wcale konkretnie jej nie szukałem.
I trenowałem.
Szło mi źle. A nawet niedobrze. W kółko powtarzałem zapamiętane sekwencje oraz ruchy mojego mentora, analizowałem efektywność, kolejność, siłę. Zmęczenie nie miało znaczenia.
Prychnąłem z frustracją, gdy po raz kolejny zostałem powalony na ziemię. Zmierzyłem zdecydowanym spojrzeniem miejsce, gdzie na ziemi zmaterializowały się i skupiły moje ograniczenia i słabości. Metaforycznie. To nie był tylko trening, była to istna walka o dominację wewnętrznych sprzeczności.
Muszę być najlepszy. Najlepszy w tym, w czym mogę być.
To nie tak, że przez moje niskie poczucie własnej wartości odczuwam potrzebę udowodnienia wszystkim – łącznie ze mną – czegoś odwrotnego. Ja po prostu chcę być najlepszy. Czuję, że mogę.
Najpierw obrona. Muszę się bronić, bo jestem malutki. Tak jak mówił Kurka.
Broń się.
No to się broniłem.
Zacząłem od podstaw. Odskoki i przewroty w bok. Znalazłem sobie pierwszego przeciwnika – drzewo o szerokim pniu. Skakałem wokół niego, próbując zrobić jak najmniejszą liczbę skoków by je okrążyć, w jak najkrótszym czasie. Najpierw w lewo. Potem w prawo. Potem na przemian. Potem zacząłem wplatać między skoki przewroty.
Skok w lewo. Przewrót w prawo. Przewrót w przód. Skok w tył. Powtórz.
Cztery elementy sekwencji to liczba optymalna do zapamiętania.
Turlałem się i skakałem wokół drzewa, a turlałem się i skakałem tak długo, aż… zrobiło mi się niedobrze…i potem…
Ale to, co było, jest nieważne! Liczy się to, co być może. A może być tylko lepiej.
Następnie, gdy te ruchy wydały się w miarę opanowane, przeszedłem do kontrataku. Do zemsty. Na wszystkich, którzy kiedykolwiek sprawili, że w siebie zwątpiłem.
Na drzewach.
Za cel i uosobienie tych wszystkich drzew obrałem sobie jedno, z widocznym na pniu wcięciem. W nie właśnie próbowałem celować. Wybijałem się z ziemi i starałem się wbić moje pazurki jak najbliżej celu.
Spiąłem się do pierwszego skoku i odbiłem się od ziemi, wysuwając pazurki. Nie udało mi się wbić, udało mi się za to po raz kolejny w ostatnim czasie przetestować wytrzymałość mojej czaszki. Jak na razie się trzyma.
Powtórz.
Aż w końcu wszystkie elementy, których nauczyłem się tego dnia, połączyłem w jedną, długą sekwencję uników i ataków.
Powtórz. Powtórz.
Wystarczy. Jest…dobrze.
* * *
[1222 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz