Od kilku dni czuł okropny ból w uchu. Na szczęście zapamiętał co nieco z lekcji Wiciokrzewu i za pomocą kilku ziół udało mu się wyleczyć infekcję. Gdyby nie jego przybrany ojciec, pewnie miałby duży problem! Świetliki zostały pozbawione medyków, więc nie miałby kto mu pomóc. Ciekawe, czy reszcie też coś dolega. Mógłby im pomóc, choć zbliżała się już Pora Nagich Drzew, a składzik wiał pustkami odkąd Jarzębina i Stroczek zniknęli. Krótko mówiąc, wszyscy, którzy się ostali, byli w głębokiej…
Osetek westchnął ciężko. Leżał na swoim posłaniu, a w jego klatce piersiowej narastało poczucie zmęczenia i samotności. Wszystko wydawało się teraz takie żmudne. Świetliki niby wciąż żyły razem, polując, by nie umrzeć z głodu, ale większość traktowała się nawzajem jak nieznajomych. Nie można już było mówić o żadnej grupie — byli tylko zwykłymi samotnikami, którym przyszło się dzielić skrawkiem terenu. Lisi Oset nie miał nawet znajomych. Jedynym, z kim jeszcze rozmawiał, był Mglisty Sen, ale poza nim… nikomu tak bardzo nie ufał.
Postanowił więc przejść się nad granicę z Klanem Nocy. Dawno nie widział tej pięknej szylkretki ani liliowego kocura. Może rozmowa z nimi pomogłaby mu się trochę rozluźnić i poukładać myśli? Może sam mógłby… dołączyć do ich przynależności? Teraz już nie czułby poczucia winy z powodu odejścia ze Świetlików, bo Świetlików już nie było. Musiał znaleźć jakiś sposób na to, by przetrwać mrozy, a przyczepienie się do Nocniaków wydawało się najrozsądniejszą opcją… W końcu do Owocowego Lasu nie wróci. Chyba spaliłby się ze wstydu. Jak mógł zniknąć na tak wiele księżyców? Dlaczego po prostu nie wrócił do obozu, tylko został samotnikiem? Był złym Owocniakiem. Nie nadawał się tam.
Przechadzając się wzdłuż rzeki, usłyszał nagle czyjś głos. Nie zrozumiał słów, bo skupiał się na czymś innym, lecz zaraz podniósł głowę.
Na drugim brzegu dostrzegł Konwaliową Mieliznę. Jego serce na moment zabiło szybciej, a źrenice zwęziły się do szerokości igieł. To niemożliwe, że akurat trafił na liliowego kocura! Już kilka razy tędy przechodził przez ostatnie dni i nie było po nim nawet śladu!
— Nie wierzę, to ty! — odparł, podchodząc bliżej koryta wody. — Długo cię nie widziałem. Zastanawiałem się, czemu już tu nie przychodzisz, wiesz? — mówił dalej, poruszając wąsami z rozbawienia. Może i nie przyjaźnili się jakoś bardzo, ale dla Osetka każda interakcja, nawet ta najmniejsza, była teraz na wagę złota. Czuł się samotny, a zobaczenie znajomego pyska było dla niego największą nagrodą. — Coś ci się stało przez te księżyce? Złamałeś łapę, czy coś? — zażartował, przechylając głowę.
Wyleczeni: Lisi Oset (Ostowa Łapa)
Osetek westchnął ciężko. Leżał na swoim posłaniu, a w jego klatce piersiowej narastało poczucie zmęczenia i samotności. Wszystko wydawało się teraz takie żmudne. Świetliki niby wciąż żyły razem, polując, by nie umrzeć z głodu, ale większość traktowała się nawzajem jak nieznajomych. Nie można już było mówić o żadnej grupie — byli tylko zwykłymi samotnikami, którym przyszło się dzielić skrawkiem terenu. Lisi Oset nie miał nawet znajomych. Jedynym, z kim jeszcze rozmawiał, był Mglisty Sen, ale poza nim… nikomu tak bardzo nie ufał.
Postanowił więc przejść się nad granicę z Klanem Nocy. Dawno nie widział tej pięknej szylkretki ani liliowego kocura. Może rozmowa z nimi pomogłaby mu się trochę rozluźnić i poukładać myśli? Może sam mógłby… dołączyć do ich przynależności? Teraz już nie czułby poczucia winy z powodu odejścia ze Świetlików, bo Świetlików już nie było. Musiał znaleźć jakiś sposób na to, by przetrwać mrozy, a przyczepienie się do Nocniaków wydawało się najrozsądniejszą opcją… W końcu do Owocowego Lasu nie wróci. Chyba spaliłby się ze wstydu. Jak mógł zniknąć na tak wiele księżyców? Dlaczego po prostu nie wrócił do obozu, tylko został samotnikiem? Był złym Owocniakiem. Nie nadawał się tam.
Przechadzając się wzdłuż rzeki, usłyszał nagle czyjś głos. Nie zrozumiał słów, bo skupiał się na czymś innym, lecz zaraz podniósł głowę.
Na drugim brzegu dostrzegł Konwaliową Mieliznę. Jego serce na moment zabiło szybciej, a źrenice zwęziły się do szerokości igieł. To niemożliwe, że akurat trafił na liliowego kocura! Już kilka razy tędy przechodził przez ostatnie dni i nie było po nim nawet śladu!
— Nie wierzę, to ty! — odparł, podchodząc bliżej koryta wody. — Długo cię nie widziałem. Zastanawiałem się, czemu już tu nie przychodzisz, wiesz? — mówił dalej, poruszając wąsami z rozbawienia. Może i nie przyjaźnili się jakoś bardzo, ale dla Osetka każda interakcja, nawet ta najmniejsza, była teraz na wagę złota. Czuł się samotny, a zobaczenie znajomego pyska było dla niego największą nagrodą. — Coś ci się stało przez te księżyce? Złamałeś łapę, czy coś? — zażartował, przechylając głowę.
<Konwaliowa Mielizno?>
Wyleczeni: Lisi Oset (Ostowa Łapa)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz