Nie mógł uwierzyć własnym uszom. Nie wierzył w to, że był właśnie świadkiem szokującej rozmowy między Rokitnikiem a Wiciokrzewem. Jak to Osetek nie żyje… Nie, to nie mogła być prawda, nie mogła! Zwiadowca poczuł, jak nagle grunt osuwa mu się spod łap. Przecież ten uczeń na to nie zasługiwał. To on mu pomógł się pozbierać po traumatycznych przeżyciach, a teraz on sam doświadczył śmierci i to z łap pobratymca. Może młodszy nie urodził się w Owocowym Lesie, lecz to nie powinno mieć znaczenia, był częścią tej społeczności. W takich momentach niczym się nie różnili od zwykłych dzikich zwierząt.
Z każdym uderzeniem serca, te już kolejny raz w jego krótkim życiu rozpadało się na kawałki. Tyle razy powstawało na nowo, lecz czy tym razem będzie podobnie? Ból w klatce narastał, a jemu coraz ciężej było oddychać, czuł, jakby się dusił. Coś przygniatało jego płuca, nie pozwalając na zaczerpnięcie głębszego oddechu. W tym czasie na jego pysku malowało się wiele emocji, jak ból, smutek, złość. Były tak silne, że dopiero dźwięk kroków liliowego uzdrowiciela ściągnął go na ziemię. Nie chcąc wyjść na kogoś wścibskiego, oddalił się od legowiska starszyzny. Nie wiedział, gdzie zmierzał, lecz był pewien tego, że zabójca taki jak Ziemniak musi ponieść konsekwencje. Wymierzanie sprawiedliwości na własną łapę nie było rozważne, jednak Czajka chyba nigdy nie grzeszył rozwagą. Było tak za młodu i jest tak obecnie, szczególnie jeśli w grę wchodził ktoś mu bliski. Może nie był z Osetkiem jakimiś najlepszymi przyjaciółmi, lecz to on zainteresował się jego niedawnym stanem, pozostając nieugiętym w przypadku spożycia ziaren maku.
Brązowooki zdawał sobie sprawę, że nie może wyjść na środek obozu i rzucać oskarżeniami na lewo i prawo, lecz gorycz cisnących mu się słów, paliła go w gardle i język. Nawet przełykana ślina nie była w stanie zmyć nieprzyjemnego posmaku w pysku zwiadowcy. Przez myśl mu nie przeszło, by próbować wyzbyć się gorzkiego smaku poprzez spożycie jakiejś piszczki z pobliskiego stosu. Uważałby to za marnotrawstwo zwierzyny, o którą starała się reszta Owocniaków na patrolach.
Początkowo kierując się jak najdalej od legowiska starszyzny, nieobecnym wzrokiem omiótł polanę, na której koty żyły własnym tempem, nie będąc świadomymi, iż pośród nich żyje morderca niedoszłego uzdrowiciela. Czajka nie był pewny czy któryś z obecnych kociaków ze żłobka chciałoby wstąpić w szeregi uzdrowicieli, lecz możliwe, że niedługo zabraknie kotów w tejże profesji. W teorii jeszcze stróżowie posiadali minimalne wyszkolenie medyczne, jednakże w cięższych przypadkach, jak ostatnia epidemia, która została opanowana tylko dzięki podróżnym uzdrowicielom, to mogą niedługo nadejść dość ciężkie czasy dla Owocowego Lasu. Z tego, co pamiętał to na patrolu, w którym sprowadził Derwisza, Jaskra i Jeżogłówkę, brał udział Ziemniak i już wtedy kocur był niezbyt zadowolony z decyzji, jaką podjął młodszy wraz z Pszczółką. W tamtym momencie wojownik zbytnio nie przypadł do gustu solidowi, lecz nie spodziewał się, że czekoladowy będzie w stanie pozbawić życia jednego ze swoich.
Brązowooki nieco nieobecny miał się właśnie skierować do drzewa, gdzie legowisko mieli zwiadowcy, chcąc to wszystko poukładać w głowie. Jednak niespodziewanie tuż przed nim przemknęła sylwetka żółtookiego wojownika. Dokładnie tego samego, który był odpowiedzialny za brak Osetka w Owocowym Lesie. Czajka nie wiedział, co w niego wstąpiło, lecz wystarczyło jedno uderzenie serca, by nagle się w nim zagotowało. Pazury niebieskiego wysunęły się, sierść nastroszyła, a z gardła wydobyło się złowrogie miauknięcie. Nieco zdziwiony tym dźwiękiem Ziemniak spojrzał na mniejszego, lecz nie był w stanie bardziej zareagować, gdyż już po chwili leżał plecami na ziemi powalony impetem, z jakim Czajka rzucił się na niego.
— Morderca! — zaczął krzyczeć, młócąc przednimi łapami po ciele starszego pod sobą. Ten nie pozostawał mu dłużny i zadrapał zwiadowcę po prawej stronie pyska, by następnie zrzucić z siebie przeciwnika. Oboje zjeżeni z wysuniętymi pazurami i uszami przyciśniętymi do czaszek stali naprzeciwko siebie, mierząc się wzrokiem. Po paru uderzeniach serca rzucili się do gardeł, w powietrzu zaczęły latać niewielkie strzępki wyrywanej sierści. Nim jednak polała się bardziej krew, kocury zostały rozdzielone przez zebranych wokół nich Owocniaków. Mimo tego rozjuszony Czajka ciągle próbował się wyrwać, chcąc ponownie dopaść wojownika w swoje białe łapy.
— To tu się dzieje? — spytał donośnym głosem obecnie jedyny zastępca Pieczarki, Czereśnia. Dumnym krokiem wkroczył pomiędzy szamoczących się ku sobie członków Owocowego Lasu, by następnie zmierzyć ich po kolei zmrużonymi żółtymi ślepiami. Najpierw spojrzenie padło na Ziemniaka, a dopiero po chwili na zawiadowcę, który, gdy napotkał oczy czekoladowego, zdał sobie sprawę, w jakiej znajduje się sytuacji. Czereśnia był ojcem Czerwca, więc teraz już oficjalnie zawiódł jako uczeń swego dawnego mentora. Przyniósł mu hańbę, zawód.
“Czyli jednak to on miał rację od początku, nie nadaje się na zwiadowcę…” — pomyślał ponuro, przywołując w pamięci dawne słowa Czerwca, które rzadko kiedy dawały mu spokój, szczególnie po młodzieńczym wybryku. Dziś jedynie utwierdził pręgowanego, że jednak nie powinien mu wybaczać.
Smętnie zwiesił głowę, mając wrażenie, że wszystko dookoła rozgrywa się jak przez mgłę. Słowa zastępcy i innych zlewały się w jeden dźwięk, który mimowolnie wpadał jednym uchem, a wypadał drugim. Nic się teraz nie liczyło, oprócz tego, jak bardzo utwierdził dawnego mentora w jego słowach i przekonaniach na swój temat. Starał się, jak mógł, aby naprawić wszystko do stanu sprzed sytuacji, która przez księżyce się za nim ciągnęła, lecz najwidoczniej Wszechmatka chciała inaczej.
“Proszę, przebacz mi ten wybuch i atak na pobratymca, lecz musiałem…” — błagał w myślach, kierując słowa do mistycznej, nieomylnej postaci, w którą wierzyła spora większość Owocowego Lasu.
“On zabił… Zabił Osetka i to tylko dlatego, że tego Rokitnik chciał…” — kontynuował, jakby to miał zmyć z niego wszystkie winy. Czuł się brudny, skażony swym postępowaniem. Mimowolnie opuścił wzrok na swoje łapy. To był błąd. Zamiast ujrzeć piękne, nieco przybrudzone białe skarpetki, zobaczył krople szarłatu oraz niewielkie kępki czekoladowej sierści wojownika pomiędzy pazurami.
«★»
Kiedy tylko emocje między kocurami nieco opadły, Czereśnia zadecydował o zajęciu się osobiście tą sprawą, mając zamiar rozwiązać to od razu. Zastępca zaczął od zwiadowcy, gdyż według innych to on rozpoczął szarpaninę. Czajka jak przez mgłę pamiętał pytania zadawane przez czekoladowego. Jego umysł znajdował się w istnym natłoku myśli, które coraz bardziej się kumulowały, obdzierając go z resztek racjonalnego myślenia. Czuł się tak… obco w swoim ciele, jakby to było jedynie pustą skorupą dla duszy, która została skalana goryczą, winą i wstydem.
Kolejny w kolejce do zdania relacji był wojownik, a następnie ktoś ze starszyzny — Czajka przyznał przed zastępcą, że to przez przypadek usłyszana rozmowa obecnie nieprzytomnego uzdrowiciela z Rokitnikiem była przyczyną ataku na domniemanego mordercę. Niebieski nie wiedział, co się teraz z nim i Ziemniakiem stanie, lecz niemal pewne było, że oboje poniosą konsekwencje swoich czynów. A przynajmniej takie domysły snuł młodszy, zapominając na ten czas, że Pieczarka była bardzo wyrozumiałą liderką, co raczej nie każdemu Owocniakowi odpowiadało. Resztę czasu brązowooki niezbyt kontaktował ze światem zewnętrznym, więc nie wiedział dokładnie, jak potoczyły się dalsze wydarzenia po potwierdzeniu zeznań przez świadków całego zamieszania. Nie obchodziło, że inne koty znane z plotkowania mogły podłapać temat, najważniejsze dla niego było teraz to, jak bardzo zawiódł Kajzerkę, zmarłego Orzeszka, Czerwca, Guziczka, Gąskę czy nawet Osetka. Gorycz na nowo zaczęła go palić w gardle, kiedy to słuchał werdyktu Pieczarki, co do jego i Ziemniaka losu.
Własnym uszom nie wierzył, kiedy uznano, że wojownik zostanie więźniem, a jemu samemu nie zostaną postawione konsekwencje za wszczęcie bójki na środku obozu. Może sam tego podświadomie pragnął, kiedy to faktycznie był niewinny i kara nie powinna go spotkać. Ignorując całe zbiorowisko, które zwołała liderka, skierował swoje kroki w stronę wyjścia — czuł, że to jedyne słuszne wyjście. Lepiej będzie, jeśli zniknie, a problemy ciągnące się za nim same znikną z Owocowego Lasu, podążając jego śladem. Nie wiedział, czy ktoś za nim poszedł, czy nie, jednakże nie miało to znaczenie, nic, by nie odwiodło myśli Czajki od odejścia ze społeczności. Nic go tu już zbytnio nie trzymało — Orzeszek zmarł, Kajzerka niedługo podzieli jego los, Gąska miała na głowie dwójkę kociąt, Guziczek miał Kurkę, a on? Pozostał sam.
Nawet nie zauważył, kiedy jego łapy pokonały Konający Buk i podążały właśnie wzdłuż rzeki, w której księżyce temu utonął liliowy wojownik. Nie chcąc już nigdy do tego wracać myślami, skupił się na dalszej drodze, gdyż miał przed sobą do pokonania Drogę Grzmotu. Ścieżka, po jakiej poruszały się Potwory, nie była mu obca, gdyż właśnie przy niej na terenie Owocowego Lasu spotykał się z czarną wojowniczką Klanu Burzy. Myślał wtedy, że jej obecność pozbawi go wszelkich trosk, a nawet może będą dla siebie kimś więcej niż tylko przyjaciółmi z różnych społeczności, jednak kocur nie był w stanie zrewanżować się takim samym czy nawet podobnym uczuciem wobec Zwiewnego Maku, jakim ona sama go darzyła.
Czekając na właściwy moment, przyczaił się przy drodze, a następnie, kiedy miał pewność, że żaden Potwór go nie stratuje, ruszył ile sił w łapach. Parę uderzeń serca później był już po drugiej stronie na terenach, które nie należały do żadnego klanu, a samotnicy mogli czuć się bezpiecznie, żyjąc tutaj bez obaw, że jakiś klanowicz ich pogoni. Od dzisiaj Czajka miał dołączyć do tego typu kotów, sam, zdany na los i własne umiejętności — może było głupotą odchodzić z Owocowego Lasu w czasie pory opadających liści, jednak czuł, że gdyby został choćby dzień dłużej, nie wytrzymałby, nie dając rady znieść palących spojrzeć czy cichych szeptów, które sprawiały, że czuł się ponownie obco wśród Owocniaków.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz