Oh, to się dopiero porobiło… Ojeju, jeju…
Powietrze w obozie było ciężkie — medyk czuł, że z łatwością mógłby się nim zadławić, gdyby nie przykładał uwagi do prawidłowego oddychania.
Blade promienie słońca rzucały cienie na zgromadzone koty — nienaturalnie długie, ciemne kształty rysowały się na ścianach Skruszonej Wieży, w której jeszcze chwilę temu udzielał pomocy Pozłacanej Pszenicy.
Ojeju, jeju… biedne, biedne…
Czekot podniósł nieznacznie wzrok, niemal nieśmiało. W jego umyśle odtworzył się obraz martwych korpusów Rozkwitającej Szanty oraz Koziego Przesmyku. Zmierzwione futro, poraniona skóra…
Martwe ślepia łypały na niego, jakby z wyrzutem, jakby zarzucając mu jakieś niepojęte grzechy…
Skowronek zacisnął odruchowo powieki i skulił się na ziemi, przykładając łapy do skroni, jakby to miało mu jakoś pomóc uporać się z natarczywymi myślami, niczym gęsta, lepka pajęczyna oplatającymi jego umysł. Uchylił pysk, aby wziąć kilka urywanych, płytkich oddechów. Jego klatka piersiowa była ciężka — z trudem mógł oddychać. Czyżby…?
Każdy szept wiatru niósł za sobą cichy syk, gwiezdni pochylali się nad nim, jęczeli mu do ucha, wyli, zawodzili… Ojeju, jeju… Na Klan Gwiazdy, co on narobił?
No właśnie, nie wiedział…
A jednak natrętne myśli wciąż świtały w jego umyśle, jakby na siłę wciskając mu poczucie winy pod łapy…
Nie mógł tego znieść dłużej, zaraz nie wytrzyma…
Serce waliło mu jak młotem w piersi, we wnętrzu coś go szarpnęło gwałtownie za wnętrzności, jakieś dziwne ciepło rozlało się po jego ciele, mimo, iż na zewnątrz miał dreszcze.
Wziął kolejny haust powietrza w chwili, w której usłyszał stanowczy głos Zawodzącego Echa. Gwałtownie podniósł wzrok znad ziemi, otwierając szeroko oczy.
— Zawodzące Echo? — Niepewny głos Skowronka przebił się przez huk rozmów. Dotąd siedział w całkowitym milczeniu i z oddali przysłuchiwał się debacie; dopiero teraz wreszcie się odezwał — w jego oczach malowało się czyste przerażenie, wzrok błądził po tłumie kotów, a ogon drgał nerwowo.
— Jeśli w jakiś sposób... przyczyniłem się do śmierci któregoś z kotów... chciałbym zostać ukarany — przerwał, aby przekręcić nieznacznie głowę i rzucić krótkie spojrzenie za obóz. Przełknął żółć nagromadzoną w gardle i poruszył się niespokojnie, a jego żałośnie wyglądająca sylwetka zarysowała się pod zjeżonym futrem.
Polanę niemal natychmiast przeszyły wściekłe syki, na które omal nie podskoczył ze strachu. Zatrząsł się, gdy czyjś ostry warkot rozbrzmiał mu koło ucha i rozejrzał się z lękiem po obozie. Rozpętało się istne piekło.
Jakiś kot zaczął krzyczeć, ale słowa przerwał mu szloch; inni wojownicy rzucali w jego stronę obelgami i jeżyli sierść, zarzucając łbami i smagając ogonami powietrze. Poczuł na sobie szorstkie łapy innych — popychali go, szturchali, uderzali… A on stał w przerażeniu, skulony jak kociak, ze wzrokiem wlepionym przed siebie, jakby obawiał się spojrzeć w oczy innym.
Zawodzące Echo zrobić krok do przodu i wykrzyczał jakieś polecenie, prawdopodobnie starając się uspokoić podjudzone koty. Na nic się to jednak zdało, a zanim zdążył ponownie zabrać głos, Kminkowy Szum rzucił się do przodu — w jego oczach widniała taka furia, że Skowronek omal nie wyskoczył z własnej skóry, gdy zrobił krok do tyłu, potykając się o własne łapy w przerażeniu.
— Uspokójcie się. To oczywiste, że to nie mógł być on… — Stonowany głos Wędrującego Nieba poniósł się po polanie, ale nikt już nie słuchał.
— Sam się przyznał! — wrzasnął Kminkowy Szum, gwałtownie uderzając łapą w medyka i sprawiając, że omal nie upadł na ziemię. — Parszywiec! Sam go zabiję, gołymi łapami!
Klatka piersiowa Skowroniego Odłamku unosiła się i opadała gwałtownie. Jego szeroko otwarte oczy zaszkliły się, ale nie odważył się odezwać. Skulił się tylko bardziej, jakby starając się uchronić najważniejsze organy przed uderzeniami pobratymców.
Przecież zasłużył…
Kolejne, mocne uderzenie w żebra sprawiło, że na moment powietrze opuściło jego płuca, a przeraźliwy ból przeszył całe ciało kocura. Ktoś z oddali wzniósł kolejny, pełen nienawiści okrzyk:
— Od dawna wiedziałam, że całkiem postradał zmysły!
Inne koty zawtórowały mu, czyjeś pazury niby przypadkiem przeorały jego bark…
Głowa go bolała, dźwięki dookoła rozmywały się w jeden, drażniący skowyt, słońce świeciło zbyt mocno, zbyt jasno, trawa pod łapami była zbyt szorstka…
Ojeju, jeju… Co on narobił…
Przecież był wtedy nieopodal miejsca zbrodni… Podejrzewali go… Może coś zrobił? Może słyszał krzyk, ale go zignorował?
Na Klan Gwiazdy, na Klan Gwiazdy…
Musiał uciszyć te natarczywe głosy, drażniący jazgot, pełne zawodu szepty…
“Winny! Winny!”
Nim zdążył się zorientować, łzy strugami spływały mu po polikach, żłobiąc mokre koryta w białej sierści. Zepsuł, zepsuł…
Szloch wydobył się z jego piersi, bardzo cichutki, niemal nieśmiały.
Z oddali dobiegł go czyjś głos — może to ktoś z rodziny starał się go wybronić przed innymi, może usłyszał płacz matki, a może to tylko kolejne oszczerstwa rzucane w jego stronę…
Ktoś nadepnął mu na ogon, ktoś popchnął z jednej strony, ktoś z drugiej… Zachwiał się w lewo, przepchnięto go w prawo; Kminek naskoczył na niego, zwalając z nóg i warcząc wściekle; poczuł mocny cios w kark, czyjeś pazury wbiły się w jego łapę… wkrótce całkiem zginął w tym chaosie, niemal dusząc się wśród wściekłych pobratymców.
Bolało, oj wszystko bolało…
Nie miał już siły podnieść się z ziemi — każdy oddech łączył się z przerażającym kłuciem w klatce piersiowej, powieki ciążyły mu niesamowicie, a umysł był spowity gęstą mgłą.
Przez chwilę leżał tak w milczeniu, z trudem oddychając. Ból ogarniał całe jego ciało, każdy zmysł — do tego stopnia, że wkrótce przestał zwracać uwagę na otaczające go koty.
Ktoś nachylił się nad nim; tym razem jego ruchy były o wiele spokojniejsze, jakby nie do końca przesiąknięte nienawiścią.
— Wybacz, Skowroni Odłamku… — wymruczał Wędrujące Niebo, zanim nachylił się nad nim i zatopił zęby w jego szyi.
Medyk napiął mięśnie i drgnął nieznacznie, a po chwili poczuł, jak silne szczęki kronikarza wyrywają resztki życia z jego piersi.
W oddali usłyszał pełne nienawiści okrzyki.
Czy… czy poniósł już karę?
Uchylił pysk, ale nie wydobył się już z niego żaden dźwięk. Chciał przeprosić… Za późno.
Poczuł nagłą błogość — ból momentalnie ustąpił, a ciężkie powieki opadły na oczy. Czyżby… był w raju?
[*]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz