*krótki czas po śmierci Pokrzywowego Wąsa*
Gdyby nie powszechny brak śniegu, pewnie zaczynałyby się pierwsze roztopy. Nie było nawet czego roztapiać, bo te nieliczne, słabe zaspy, które zdążyły już zlepić się z drobnych śnieżynek dawno przeobraziły się w błoto. W gruncie rzeczy było w tym coś urokliwego, że te drobinki śniegu nigdy nie zginęły. Wciąż istniały... inaczej, w innej formie, w innym wyobrażeniu, ale były.
Być może podobnie stanie się po śmierci. Ciało wsiąknie w ziemię i spoi z tym, co ją tworzy, dając środowisko do życia innym zwierzętom. Stając się jednością z własnym tworzywem. Za jakiś czas nie będzie już pamiętane, ale czy to miało znaczenie? Ważne, że istniało.
Takie myśli towarzyszyły mistrzyni podczas pobytu w legowisku medyka. Och, miała dużo czasu, by myśleć. Gapiąc się nieprzerwanie w ścianę dużo bardziej wolała otworzyć swój umysł na kolejne źródła niepokoju, które dawały jej komfort, niż liczyć szparki w glebowej norze bez żadnego celu.
Być może w tym polegał urok życia. Łatwo było jej stać po tej drugiej stronie, odizolowanej od jakiegokolwiek przywiązania. Mogła patrzeć na stratę z dystansu i oceniać ją jako suchy fakt. Ale gdy sama przed nią stanęła?
Często łapała się na tym, że spodziewała się usłyszeć głos swojego ucznia przychodzącego do niej po kolejną poradę, strudzonego pytaniami czy chcącego przećwiczyć techniki, które mu niegdyś przekazała. Nic takiego już nie miało prawa się zdarzyć.
Nie płakała po jego śmierci. Ani razu z jej oczu nie ulotniła się nawet pojedyncza łza. Bo zdawała sobie sprawę z tego, że to kiedyś musiało nadejść. Zdawała sobie sprawę z przemijalności czasu, a jednak nie była przygotowana na to, co nadeszło.
Czy ktokolwiek mógł być przygotowany?
Cisowe Tchnienie schyliła się nad nią, zdjęła stary opatrunek, posmarowała czymś ranę (co zabolało tak piekielnie, że mistrzyni wręcz syknęła z bólu, a pazury automatycznie się jej wysunęły) i nałożyła kolejny; Lód poruszyła się, by sprawdzić wytrzymałość konstrukcji, starając się ignorować pulsujący ból w boku. Bandaż był trwały i powinien wytrzymać.
— Księżyc czy dwa i rana się zagoi — powiedziała medyczka. — Najprawdopodobniej pozostanie po niej blizna.
Mistrzyni skinęła głową. Nie odpowiedziała, a tylko podniosła się i skierowała do wyjścia, chodząc wciąż nieco sztywno i chwiejnie. Rany były świeże i wciąż bolesne, może nawet bardziej bolesne, niż w samej chwili walki. Raz jeszcze obróciwszy się w stronę medyczki, schyliła lekko głowę i wyszła z norki na obozową polankę.
— Jak rany?
Blade Lico dołączył do niej tak szybko, jak tylko zobaczył ją poza legowiskiem medyka.
— Te najbardziej bolesne nie są widoczne.
— Chyba obchodził cię bardziej, niż twierdziłaś.
— To prawda — nie było sensu kłamać ani zaprzeczać. Nie czuła takiej potrzeby przy Bladym Licu. Sam doskonale wiedział - a jeśli nie wiedział, to się domyślał. — Mógłby dużo osiągnąć. Wybrał co innego.
Posmutniała, a jej twarz przybrała pochmurny wyraz. Lodowate oczy wodziły bez celu wzrokiem po obozie; nie okazywała jawnej żałoby, nie płakała ani nie chodziła smętnie z pyskiem ku ziemi, ale przez ten zwykle nieporuszony pysk widać było jakiś rodzaj melancholii czy smutku. Lód z pewnością nie odczuwała go jednak tak, jak większość kotów.
— Zawsze był impulsywny. Gdyby umiał nad sobą panować, to by nie zginął. Bezsensowna śmierć i bezsensownie przelana krew. Koty z przywiązania robią głupie rzeczy. Gdyby nie ubzdurał sobie, że się przyjaźnicie, to nie czułby się przez ciebie zdradzony. Nie będę za nim tęsknić.
Lód zatrzymała się, przekręciła głowę i zerknęła mu głęboko w oczy.
— A za nią - tęsknisz?
Nie było w jej głosie żadnego wyrzutu, gniewu, żalu czy jakiejkolwiek innej emocji. Pytała spokojnie, jakby ze szczerą chęcią znalezienia odpowiedzi na to pytanie. Nigdy nie czuła się bardziej zagubiona, niż teraz. Nigdy nie wątpiła w to, czy to, co czuła, było właściwe i co właściwie powinna czuć. Nigdy tak bardzo nie myślała o przeszłości. Zostawiła ją za sobą, a ta teraz znów głośnym rykiem przypomniała o swojej obecności.
— Nie wiem.
Mistrzyni uśmiechnęła się szorstko i spojrzała w jasne niebo.
— Ja też nie wiem.
Na chwilę umilkła.
— Przez chwilę naprawdę wierzyłam, że cię obchodziła. Kto ci kazał?
Przyspieszył kroku z miną równie pochmurną, przygnębioną i zagadkową, co jej samej. Odszedł, pozostawiając ją bez odpowiedzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz