BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Wojna z Klanem Wilka i samotniczkami zakończyła się upokarzającą porażką. Klan Klifu stracił wielu wojowników – Miedziany Kieł, Jerzykową Werwę, Złotą Drogę oraz przywódczynię, Liściastą Gwiazdę. Nie obyło się również bez poważnych ran bitewnych, które odnieśli Źródlana Łuna, Promieniste Słońce i Jastrzębi Zew. Klan Wilka zajął teren Czarnych Gniazd i otaczającego je lasku, dołączając go do swojego terytorium. Klan Klifu z podkulonym ogonem wrócił do obozu, by pochować zmarłych, opatrzeć swoje rany i pogodzić się z gorzką świadomością zdrady – zarówno tej ze strony samotniczek, które obiecywały im sojusz, jak i członkini własnego Klanu, zabójczyni Zagubionego Obuwika i Melodyjnego Trelu, Zielonego Wzgórza. Klifiakom pozostaje czekać na decyzje ich nowego przywódcy, Judaszowcowej Gwiazdy. Kogo kocur mianuje swoim zastępcą? Co postanowi zrobić z Jagienką i Zielonym Wzgórzem, której bezpieczeństwa bez przerwy pilnuje Bożodrzewny Kaprys, gotowa rzucić się na każdego, kto podejdzie zbyt blisko?

W Klanie Nocy

Ostatni czas nie okazał się zbyt łaskawy dla Nocniaków. Poza nowo odkrytymi terenami, którym wielu pozwoliły zapomnieć nieco o krwawej wojnie z samotnikami, przodkowie nie pobłogosławili ich niemalże niczym więcej. Niedługo bowiem po zakończeniu eksploracji tajemniczego obszaru, doszło do tragedii — Mątwia Łapa, jedna z księżniczek, padła ofiarą morderstwa, którego sprawcy jak na razie nie odkryto. Pośmiertnie została odznaczona za swoje zasługi, otrzymując miano Mątwiego Marzenia. Nie złagodziło to jednak bólu jej bliskich po stracie młodej kotki. Nie mieli zresztą czasu uporać się z żałobą, bo zaledwie kilka wschodów słońca po tym przykrym wydarzeniu, doszło do prawdziwej katastrofy — powodzi. Dotąd zaufany żywioł odwrócił się przeciw Klanowi Nocy, porywając ze sobą życie i zdrowie niejednego kota, jakby odbierając zapłatę za księżyce swej dobroci, którą się z nimi dzielił. Po poległych pozostały jedynie szczątki i pojedyncze pamiątki, których nie zdołały porwać fale przed obniżeniem się poziomu wód, w konsekwencji czego następnego ranka udało się trafić na wiele przykrych znalezisk. Pomimo ciężkiej, ponurej atmosfery żałoby, wpływającej na niemalże wszystkich Nocniaków, normalne życie musiało dalej toczyć się swoim naturalnym rytmem.
Przeniesiono się więc do tymczasowego schronienia w lesie, gdzie uzupełniono zniszczone przez potop zapasy ziół oraz zwierzyny i zregenerowano siły. Następnie rozpoczęła się odbudowa poprzedniego obozu, która poszła dość sprawnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i samozaparciu członków klanu — w pracach renowacyjnych pomagał bowiem niemalże każdy, od małego kocięcia aż po członków starszyzny. W konsekwencji tego, miejsce to podniosło się z ruin i wróciło do swojej dawnej świetności. Wciąż jednak pewne pozostałości katastrofy przypominają o niej Nocniakom, naruszając ich poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza z krążącymi wśród kotów pogłoskami o tym, że powódź, która ich nawiedziła, nie była czymś przypadkowym — a zemstą rozchwianego żywiołu, mszczącego się na nich za śmierć członkini rodu. W obozie więc wciąż panuje niepokój, a nawet najmniejszy szmer sprawia, że każdy z wojowników machinalnie stroszy futro i wzmaga skupienie, obawiając się kolejnego zagrożenia.

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u Samotników!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 7 grudnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

14 listopada 2025

Od Jarzębinowego Żaru CD. Kosaćcowej Grzywy

Jakiś czas temu, przed spotkaniem z Mglistym Snem

Siedziała przyczajona w cieniu nory. Przykucnięta nisko do ziemi wyglądała, jakby w każdej chwili mogła skoczyć na swoją ofiarę. Jednak jej wzrok nie śledził żadnego gryzonia ani ptaka. Patrzyła na kota — dużego, przeważnie białego, z charakterystyczną, puszystą grzywą. Jedyne, co wyróżniało go w tej chwili, to brak uśmiechu, który zwykle rozjaśniał jego pysk. Jarzębinowy Żar zmrużyła oczy, wpatrując się w brata. Po chwili westchnęła ciężko, przewróciła oczami i podniosła się z ziemi. Wysunęła się z nory, gotowa podejść do Kosaćcowej Grzywy. Nagle jednak łapy jej zadrżały, a w gardle poczuła znajome pieczenie. Ruszyła w stronę wyjścia z obozu, a po chwili zniknęła za ścianą paproci. Za nią podążyło kilku wojowników.
— Poszukam jakichś ziół! — rzuciła szybko, zbywając ich pytające spojrzenia.
Kiedy wreszcie została sama, podeszła nad wodę. Powietrze było ciężkie i gęste od wilgoci. Z mgły unoszącej się nad jeziorem dobiegał chłód, który owiewał jej rozgrzane futro. Pochyliła się i, nie mogąc już dłużej walczyć z nudnościami, zwróciła posiłek z rana. Drżała, wsparta o ziemię. Stres, który od tygodni ją przygniatał, dawał o sobie znać coraz mocniej — nie tylko w myślach, lecz także w ciele. Mało jadła, często wymiotowała, a pragnienie nie opuszczało jej ani na chwilę. Brała zioła przeciwwymiotne, ale pomagały jedynie na chwilę. Wiedziała, że jeśli nie odejdzie z Klanu Wilka, wkrótce nie będzie w stanie nawet chodzić o własnych siłach. Jedynym, co trzymało ją jeszcze w ryzach, była medycyna. Leczenie innych dawało jej poczucie celu, chociaż coraz częściej sama potrzebowała pomocy. Otrzepała się z liści, napiła się zimnej wody i powoli ruszyła z powrotem w stronę obozu. Po drodze spotkała wojowników, którzy pomogli jej nieść zebrane zioła. Gdy przedarła się przez krzewy, zobaczyła, jak do lecznicy wchodzi ruda kotka. Jarzębinowy Żar przyśpieszyła kroku, zioła trzymając mocno w zębach. Wślizgnęła się do nory i stanęła naprzeciw Dyniowej Skórki. Kotka, odkąd wróciła do Klanu Wilka, wydawała się inna — bardziej przygaszona, jakby zagubiona. Jarzębina doskonale to rozumiała. Tak nagłe zniknięcie i powrót bez wyraźnej kary nie mogły przejść w klanie bez echa.
— Jarzębinowy Żarze… — odezwała się cicho Dyniowa Skórka, siadając ostrożnie na ziemistej posadzce. — Nie wiem, jak to się stało, ale chyba pszczoła mnie użądliła. Albo… coś innego. — Odwróciła się, ukazując grzbiet.
Jarzębina bez słowa podeszła bliżej. Faktycznie, na skórze widniała lekko czerwona wypustka. Odłożyła zioła do magazynu i wyciągnęła z niego kilka liści jeżyn. Wróciła do pacjentki i dokładnie obejrzała miejsce ugryzienia. Nie było widać żądła, ani śladów po czymś groźniejszym. Przyłożyła liście w odpowiednim miejscu, po czym poszła po pajęczynę i aksamitkę. Kwiat podała rudej kotce, a pajęczyną zabezpieczyła opatrunek.
— Będzie dobrze. Kiedy przestanie cię swędzieć, możesz zdjąć opatrunek. Najlepiej teraz odpocznij albo coś zjedz — powiedziała spokojnie, bez większych emocji.
Dyniowa Skórka skinęła głową. Otworzyła pysk, jakby chciała coś jeszcze dodać, lecz po chwili tylko westchnęła i wyszła z nory, zostawiając medyczkę samą. Jarzębinowy Żar przez chwilę patrzyła w stronę wejścia. Wiedziała, że dłużej już nie może zwlekać. Czas, choć nie odmierzany żadnym zegarem, wyraźnie przyspieszał. Z każdą sekundą rosło ryzyko, że wszystko się posypie. Wysunęła głowę z nory. Na przeciwległym skraju obozu nadal siedział jej brat. Nie poruszył się ani o krok. Jarzębina wzięła głęboki wdech — tak głęboki, że aż zakrztusiła się powietrzem. Potem ruszyła sztywnym krokiem w jego stronę. Czuła, jak po grzbiecie przechodzi jej dreszcz, jakby całe mrowisko przebiegło przez jej futro. Strzepnęła ogonem, próbując się uspokoić. Odchrząknęła cicho, by zwrócić jego uwagę. Kosaćcowa Grzywa uniósł głowę i spojrzał na nią uważnie.
— Kosaciec, możemy porozmawiać? — miauknęła, jakby każde wypowiedziane słowo raniło ją od środka. Jakby wokół gardła miała opleciony ostry krzew, który kaleczył ją przy każdym dźwięku. Kosaciec przez chwilę milczał, jakby rozważał, czy w ogóle odpowiedzieć. W końcu odchylił kącik pyska w tym samym, nienawidzonym przez Jarzębinę uśmiechu.
— Cóż się stało, droga siostrzyczko? — zagaił z lekkością, której nie potrafiła znieść. — Pomóc ci w zbieraniu chwastów? Pewnie w tym księżycu wiele ich będzie potrzebne.
To jego wyraz pyszczka napawał ją gniewem; gdyby mogła, pozbawiłaby go nosa, zębów i oczu — wszystkiego, byleby nie mógł na nią patrzeć w ten sposób. Zawsze czuła się wtedy mniejsza, jakby on spoglądał na nią z góry. Szybko jednak przypominała sobie, że w przeciwieństwie do niego zna liczby i zioła, że jest mądrzejsza w sprawach medycyny. Myśl, że byłaby lepszym wojownikiem niż on, pojawiała się i znikała równie szybko. Chciała mu warknąć i odejść, ale zacisnęła zęby — wiedziała, że to, co powie, zmieni wszystko. On albo pójdzie z nią, albo nie. Umysł podpowiadał, żeby zostawić go tam, gdzie siedzi, żeby gnił; serce szeptało cicho, by go zabrać, może po to, żeby i jemu dane było znaleźć szczęście.
— Możliwe, że się nie przydadzą — odparła tajemniczo i ruszyła kłusem w stronę wyjścia z obozu. Ominęła parę ciekawskich spojrzeń; fakt, że ta dwójka wychodziła razem, budził zainteresowanie. Machnęła ogonem i w ciszy poprowadziła brata nad wodę — na otwartą przestrzeń, z której widać było tereny Klanu Klifu: skaliste półki, rozległe urwiska i morze traw kołyszące się wiatrem. To miejsce było dobre — odsłonięte, nikt, kto chciałby podsłuchiwać, nie miałby się gdzie ukryć. Usiadła delikatnie na krótkiej, wilgotnej trawie, patrząc na klify. Zastanawiała się, czy gdyby tam się urodziła i tam została medyczką, czy nie byłoby jej lepiej. Przyzwyczaiłaby się do braku drzew, do przestrzeni i wiatru — na pewno.
Kiedy brat usiadł obok, odezwała się cicho:
— Sprawdź, czy nikt nas nie podsłuchuje — mruknęła, sama jednak nastawiając uszy i rozglądając się po okolicy. Nie zauważyła niczego podejrzanego, ale wolała, żeby i on skontrolował teren. Był do tego szkolony.
Kosaciec opornie rozejrzał się dookoła. Jarzębina zauważyła, że z jego boków opadały cienkie smugi światła od mgły, a wielkie łapy spoczywały spokojnie na trawie. Jego wzrok przesuwał się po liniach klifu, po kępkach traw, po kamieniach, które mogły skrywać cienie.
— Wiesz — zaczął ponuro jako pierwszy, patrząc na swoje łapy — po śmierci Prążkowanej Kity raczej tylko jego morderca mógłby nas podsłuchiwać.
Wspomnienie o ojcu zacisnęło Jarzębinie wargi.
— Nasz ojciec to nie temat na teraz — odparła z bólem i odwróciła wzrok. Tęskniła za nim wciąż, każdego dnia i nocy. Czuła, że on nigdy nie należał do kultu; był raczej jego ofiarą.
Nienawiść do matki rosła w niej z każdym dniem. Zalotna Krasopani — jeśli chciała budować nową rodzinę i zatruwać umysły kociąt, niech to robi; Jarzębina już dawno odcięła się od prób rozmowy z nią. Wiedziała jednak, że Mroczna Puszcza kiedyś ją dosięgnie. Marzyła, by po śmierci stanąć przed nią i powiedzieć wszystko, co myśli — słowa ostre, brudne i pełne nienawiści. Jak można kochać taką istotę? Nawet jeśli była rzekomą matką? Zdecydowanie wolała ojca — czułego, wyrozumiałego, czasem nieco głupkowatego niczym Kosaciec, ale to jej nie przeszkadzało. Mogła z nim iść na patrol, gdy potrzebowała być choć trochę sama. Nie wiedziała, ile on mógł wiedzieć — może słyszał wiele jej „tajnych” rozmów. Zastanawiała się, czy był teraz w Klanie Gwiazdy, czy może trafił do Mrocznej Puszczy za związek z kultystką. Jarzębinowy Żar byłaby gotowa uwolnić go stamtąd — choćby za cenę własnego życia. Milczenie rozciągnęło się między nimi jak gęsta tkanina. W oddali mewy krążyły nad klifami, a fale uderzały rytmicznie o skały — dźwięk prosty i stały, niczym odmierzający czas, który ona tak bardzo czuła uciekający. Jarzębina zebrała w sobie odwagę i spojrzała na brata. Czuła, że teraz musi mówić jasno, bo każda zwłoka może kosztować ich wszystko.
— A więc o co ci tym razem chodzi? — powiedział szeptem, a potem dodał: — Wciąż masz mnie za jakiegoś zabłąkanego, gdy mówiłem ci prawdę, czy może przejrzałaś na oczy i chcesz mnie przeprosić? — pokręcił głową i uśmiechnął się nerwowo. — Nie, skądże. Nadal tak samo dumna i pewna swej racji jak kiedyś, prawda?
Jarzębina wbiła pazury w wilgotną ziemię. Bolało ją całe ciało – nie tylko fizycznie, ale jeszcze bardziej w środku. Chciała rozszarpać mu gardło. On nigdy nie rozumiał, nigdy nawet nie próbował zrozumieć. Zawsze się wyśmiewał, obracał wszystko w żart. Problemy Jarzębiny traktował jak farsę. Nie mogła tego dłużej słuchać; postanowiła zignorować jego słowa. Jak zwykle zduszała w sobie emocje: zakopywała je głęboko, choć czuła, że kiedyś, prędzej czy później, wszystko to wypłynie na powierzchnię.
— Uwierzyłam ci i połączyłam to i owo. Wierzę w Klan Gwiazdy — zaczęła, łapiąc oddech — i nie jestem jedyna. Kosaćcu, tych kotów jest więcej, pewnie wiesz o tym? Szczawiowe Serce powiedziało mi, że z nim rozmawiałeś. Czy rozmawiałeś jeszcze z kimś? Musisz nam pomóc. Zbieramy coraz większą grupę, by… by… — głos jej się załamał – to słowo nie mogło przejść jej przez gardło. Podskórnie czuła, że brat nie ucieknie, niezależnie od argumentów. A jednak tliła się w niej maleńka iskierka nadziei: może uda się go uratować. Może nie chciała zostawić go samego, z tą szaloną matką i klanem przepełnionym złem. Wyobrażała sobie, że gdyby go wycisnąć jak gąbkę, wypłynęłoby całe zło — smród i krew zabitych niewinnych.
— Doprawdy? Widzę więc wielki postęp — rzekł z udawanym entuzjazmem, który brzmiał jak szyderstwo.
Jarzębina aż drgnęła na to słowo – brzmiało tak, jakby zwracał się do kociaka albo do nieuka. Słuchała jednak dalej i obserwowała, jak ciało jej brata gwałtownie się napina. Również jej mięśnie stężały, jak struny gitary, na których mogłaby zagrać tylko smutną melodię.
— Cóż… — zaczął, przechylając głowę i krzywiąc się. Jarzębina zauważyła, że niechętnie porusza temat.
— Pod jakimś natchnieniem, a może odurzeniem, rozmawiałem z Rysim Tropem… ze Szczawiowym Sercem, no i z tym małym, gadatliwym bachorem, Wrotycz i Brukselki... jak jej tam było, Gwiazdka? Gwiazdnicowa Łapa? — mówił, gapiąc się z jakąś tajemniczą tęsknotą na stronę Klanów Klifu. Jarzębina dostrzegła to spojrzenie, ale zrzuciła je na karb podobnych myśli brata o możliwym scenariuszu przynależności do innego klanu. Gdy brat nastawił uszy, liczyła na konkretną odpowiedź.
— Zbieracie coraz większą grupę, by…? — powtórzył jej słowa cicho i zadumał się głęboko. Nie musiała długo czekać, by zaczął trajkotać.
— Czy wy…? — ostrożnie na nią spojrzał i zmrużył oczy. — Czy wy zamierzacie uciec zamiast wyeliminować zagrożenie, jakim jest kult? Chcecie uciec bez honoru pod osłoną nocy, zostawić innych i myśleć, że sobie poradzą? Nie tylko te koty wierzą w Klan Gwiazdy — mówił, nie spuszczając z niej wzroku. — Niektóre zostały zmuszone, by czcić Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd. Niektóre boją się wyznawać własną religię z obawy przed prześladowaniami w tym klanie. Z taką grupą moglibyśmy temu zapobiec, wiesz? Zamiast uciekać i myśleć „niech radzą sobie sami”, moglibyśmy sabotować kult i szukać więcej sprzymierzeńców. Nie… nie musimy uciekać jak tchórze. Nie możemy.
Jarzębina wbijała w niego lodowate spojrzenie. Jak on śmiał! Jak śmiał nazywać ich tchórzami? Nie miał pojęcia, ile ona, Mglisty Sen i każdy z nich wkładali w to wysiłku, by przetrwać, by uciec. A on co robił? On, Brukselowa Zadra i Zabłąkany Omen — wybrani przez Klan Gwiazdy. To oni mieli temu zapobiec. TO ONI mieli działać. A tymczasem… nic. Kult nadal rósł w siłę, nieustannie się rozprzestrzeniając. Po co więc przodkowie ich wybrali? Tak, bez powodu? Nienawidziła ich. Nawet Omena — to była jedyna nienawiść, jaką do niego żywiła. Nie mogła wybaczyć tego, że pozostawili innych, nie wybranych przez Klan Gwiazdy, tych, którzy wierzyli w strachu i nigdy nie dostali łaski. A teraz ten, który miał działać, śmie nazywać ich tchórzami? Potrząsnęła głową i warknęła, wypluwając ślinę na wilgotną ziemię.
— Nic nie rozumiesz, Kosaćcu! Ucieczka to jedyny sposób! — miauknęła, patrząc mu prosto w oczy. — Spojrzałam w swoje sny od Klanu Gwiazdy jeszcze raz i to jest to, co mamy zrobić. Nie rozumiesz? Gdy wyrywasz chwast, on wraca i wraca – nieważne, jak głęboko dotrzesz do korzeni. To wróci tak czy siak. Tutaj nigdy nie będzie spokoju. I co? Mamy walczyć po to, żeby wierzące koty zginęły? Nie można siać ziół pośród chwastów, trzeba znaleźć inną łąkę.
Jęknęła, jakby sama próbowała przekonać się do własnych słów. Nie była pewna swoich snów — to była tajemnica, której nikomu nie wyjawi i nigdy nie wyjawi. Nie wiedziała, czy jej interpretacja była prawdziwa, czy tylko podparta lękiem. Postanowiła więc przypomnieć bratu jego rolę.
— Chodź z nami. Prowadź nas wraz z Brukselową Zadrą i duchem Zabłąkanego Omena. To ciebie wybrał Klan Gwiazdy – na tobie opiera nadzieję. Nie wiem, co miałeś zrobić za pierwszym razem, ale kultystów przybywa. Kotów z nacięciami na uszach przybywa. Proszę… chodź z nami. Wiem, że nigdy za sobą nie przepadaliśmy, ale jesteś moim bratem – nie chcę, żebyś tu został sam. Z naszą chorą na umysł matką – Mroczna Puszcza już ją pochłonęła i pochłonie wszystkich zgubionych, którzy nie wierzą i bluźnią przeciw Gwiezdnym. Może gdy odejdziemy i zbudujemy lepszy klan, wrócimy i odbierzemy te ziemie. Bo Klan Gwiazdy nie uważa Klanu Wilka za prawdziwy klan – jak można go za taki uważać? To zlepek włóczęgów, kult czegoś okropnego. Chodź z nami, nie bój się — wyjąkała, czując, jak strach i ból ściskają jej klatkę piersiową.
Była zła na Kosaćca, była zła na nich wszystkich. A w szczególności nienawidziła samej siebie. Nienawidziła swojej słabości. Może gdyby była wojowniczką – silną, umięśnioną – coś by zdziałała. Nienawidziła siebie za bycie beznadziejną medyczką, która nie potrafi zinterpretować snu, która nie dostaje znaków od przodków. Teraz jednak postanowiła to zignorować – ból, strach i nienawiść. Musiała zadbać, by przynajmniej inni dotarli na nową łąkę i mogli tam być bezpieczni. Ona mogłaby zgnić w Mrocznej Puszczy. Byleby inni przeżyli. Kosaćcowa Grzywa nie otworzył pyska, by się bronić. Nie miał już sił — więc tylko słuchał. Otworzył szerzej oczy, nie wiedząc, co powiedzieć. Zaskoczony kot spojrzał na medyczkę, jakby próbował ułożyć w głowie choć jedno sensowne zdanie. W końcu odezwał się, jakby wreszcie słowa siostry przebiły mur, który od dawna trzymał w sobie.
— Jarzębino… — zaczął smutno. — Ja… Klan Gwiazdy…
Prychnął, odwracając głowę w bok, a jego pysk zakrywała ciężka grzywa. Westchnął bezsilnie, a w oczach Jarzębiny pojawił się cień nadziei. Wiedziała, że to jeszcze nie koniec, że on jeszcze może się obudzić — choć teraz wyglądało, jakby cały świat i jego odpowiedzialność spoczywały na niej.
— Rozmawiałaś z moim dawnym uczniem, Po-ziomkową Polaną? — zapytał szybko, nadal patrząc w bok.— Nie chciałbym, aby on tu gnił z nimi. Jest… za delikatny, to nie jego miejsce — mówił cicho, a w jego głosie można było wyczuć nutę smutku.
Jarzębina patrzyła na niego wyczekująco. Wiedziała, że brat nie powiedział wszystkiego, co naprawdę chciał jej przekazać. A ona pragnęła znać prawdę, chciała wiedzieć wszystko, czego on się bał. Mimo że sama mu nigdy nic nie powie.
— Możesz powiedzieć – jeśli nie chcesz iść z nami, zrozumiem – ale może się zastanów? — miauknęła cicho. Naprawdę liczyła, że jej nierozgarnięty brat pójdzie z nią, że będzie mogła jeszcze kiedyś się na niego podenerwować. Wolała chyba być dręczona przez niego niż przez myśli, że porzuciła swoją jedyną rodzinę. Bo prawdą było, że tylko on jej został.
— Poziomkowa Polana? Jeśli wierzy w Klan Gwiazdy, to zabierzemy go ze sobą, jeśli będzie chciał iść. Będzie z nami bezpieczny — odpowiedział po chwili, a jej spojrzenie złagodniało. Liczyła, że Kosaćcowa Grzywa powie coś w rodzaju „chcę iść” lub „nie chcę”, że w końcu usłyszy jego pewną decyzję.
— Cóż… — wstał i spojrzał na nią — Jeśli Klan Gwiazdy mi pozwoli, Jarzębinowy Żarze. Jeśli tylko mi pozwolą… — mruknął niechętnie.
Jarzębina uniosła brew, nie rozumiejąc, co miał na myśli. Dlaczego mieliby mu nie pozwolić? Co ukrywał? Kosaćcowa Grzywa skinął jej głową, jakby chciał dodać otuchy sam sobie.
— Poziomkowa Polana może i miała za opiekunkę kultystkę, ale nie zatruli go tymi bajkami, co nas kiedyś. Mam nadzieję, że będzie z wami bezpieczny — powiedział spokojnie. Spojrzał na tereny Klanu Klifu, jakby próbował odczytać coś w ich kształcie i kolorze.
— Co masz na myśli, że „jeśli Klan Gwiazdy ci pozwoli”? Byłeś przez nich wybrany! — miauknęła, zdezorientowana jego słowami. Skinęła głową na wzmiankę o Poziomkowej Polanie, po czym znów przyjrzała się bratu. Zapadła między nimi cisza.
Patrzyła na niego, a on znieruchomiał, jakby nagle zmienił się w posąg. Wpatrywał się w kierunku terenów Klanu Klifu, a jego ciało lekko drgało, jakby walczył z własnymi myślami. Jarzębina spojrzała tam, gdzie on, ale poza falującymi łąkami nie dostrzegła niczego. Postanowiła przerwać milczenie, przywracając go do rzeczywistości.
— Wszystko w porządku? — zapytała, zaskoczona, że brat nie odezwał się przez tak długi czas. — Powiedz mi, co Klan Gwiazdy kazał tobie i Omenowi zrobić.
Nalegała, jak natrętne kocię, ale ciekawość mieszała się z potrzebą ulgi. Gdyby nic nie było już tajemnicą, nie musiałaby się martwić — jedyne, co pozostałoby do odkrycia, to jej własne uczucia. Kosaćcowa Grzywa usadowił się na ziemi i spojrzał w górę posępnie. Westchnął ciężko i odchrząknął, jakby ważył każde słowo, zanim wypowie je na głos.
— Klan Gwiazdy mnie przeklął, Jarzębinowy Żarze. Przeklął… nie tylko mnie, ale i potomstwo kotki z Klanu Klifu, której jestem ojcem — mówił z bólem, spojrzał na siostrę. — A nie tylko Omen był ze mną. Była ze mną Brukselkowa Zadra i Głupia... znaczy się, Wrotyczowa Szrama; matki tych gwiezdnych dzieciaków — dodał z trudnością, poprawiając się w połowie słowa — matki tych „gwiezdnych” dzieciaków. Klan Gwiazdy kazał Omenowi uratować Wrotycz, ponieważ miała zostać złożona w ofierze przez przywódców klanu. Natomiast ja i Brukselka… cóż — wziął głęboki wdech i wypuścił go, jakby bał się tego, co zaraz powie — ja zabiłem Sosnową Gwiazdę, a Brukselka, z moją pomocą oczywiście — na końcu zdania dumnie wypiął pierś niczym paw — miała za zadanie zabić jej zastępczynię. Myśleliśmy, że to koniec, ale niestety kult, choć stracił dwie najważniejsze kotki, szybko osadził na pozycji przywódcy tego parszywego Nikłą Gwiazdę.
Jego pysk i oczy posmutniały.
— I… jeśli masz mi teraz powiedzieć, że mnie nienawidzisz… powiedz — mruknął cicho — ale wiedz, że się nie obrażę. — Spojrzał na swoje łapy. — Klan Gwiazdy znudził się mną, bo chciałem żyć jak zwykły, normalny kot. Byłem tylko ich zabawką do brudnej roboty, żeby nie musieli brudzić swych gwiezdnych, niewinnych łapek — warknął.
Jarzębina wiele razy chciała mu przerwać, lecz nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Wpatrywała się w niego z szokiem, który była w stanie skryć jedynie cieniem na pysku — zwykle niewyrazisty pysk teraz odsłonił się jak otwarta księga. Nie mogła uwierzyć, że Klan Gwiazdy kazał jej bratu i Omenowi zabić dwie kotki. Myśl o tym kruszyła jej już i tak chwiejne zaufanie do Gwiezdnych. Nie usprawiedliwiała brata — ale też nie widziała usprawiedliwienia dla Klanu Gwiazdy. Co winne były te kocięta? Serce zabiło jej szybciej; nagle straciła równowagę wiary. Zastanawiała się gwałtownie, czy Kosaciec nie powinien porzucić Klanu Wilka i dołączyć do tej, którą kochał. Znała cenę macierzyństwa i wiedziała, jak bardzo cenne są kocięta. Już miała na niego wrzasnąć, kiedy nad ich głowami przemknął czarny ptak i głośno skrzecząc, rozerwał ciszę. Jarzębina natychmiast ugryzła się w język.
— Ja… tego się nie spodziewałam — wyrzuciła wreszcie, niepewna słów. — Nie nienawidzę cię… znaczy – denerwujesz mnie jako brat, ale… może cię k–kocham — mruknęła, spuszczając wzrok ku wodzie. — Ta kotka z Klanu Klifu… mam nadzieję, że ma się dobrze. Rozumiem, że to mogło zachwiać waszą wiarę w Gwiezdnych, ale oni mają swoje zasady. Ja… ja nie popieram krzywdzenia kociąt, które niczego nie zawiniły. Myślę jednak, że Klan Gwiazdy ci przebaczy. Przeproś ich w modlitwach i postaraj się – czy to dla Klanu Wilka, czy dla nowej grupy, jeśli z nami pójdziesz.
Chłodny wiatr jesieni potargał jej futro; przenikał mięśnie, żyły i kości, przypominając, że czas działa przeciwko nim. Musieli uciec szybko — jeśli zima ich zaskoczy, Jarzębina nie była pewna, czy sobie poradzą. Czy ona sama da radę? Kosaćcowa Grzywa spuścił głowę i spojrzał daleko, jakby szukał tam odpowiedzi. Westchnął bezsilnie. Minęło kilka chwil, zanim wreszcie przemówił.
— Pójdę z wami — zadeklarował nagle po ciszy. Nadal patrzył w dół. — Tylko… — przełknął ślinę — pójdę jej to powiedzieć. Niewiadomo, czy jeszcze ją spotkam… — dodał smutno, a potem spojrzał na Jarzębinę z powagą.
— A więc jaki jest plan, droga i kochająca młodszego brata siostro? — zapytał, a w jego głosie brzmiała prośba o porządek, o mapę działań.
Całe jej ciało zadrgało, ale nie od wiatru; uszy poruszyły się nerwowo.
— Powiedzieć komu? — miauknęła spięta, ignorując nieco teatralne pytanie brata.
Przez myśli Jarzębiny przemknęło mnóstwo scenariuszy: czy powinna żałować rozmowy? Czy Kosaćcowa Grzywa pójdzie teraz do matki? Czy wszystko wyzna i ona zaniesie to kultystom i wszyscy zginą? Obraz zamieszania i zdrady migał przed jej oczami. Z drugiej strony myśl o stworzeniu bezpiecznego miejsca rosła w niej jak jasna, uparta roślina między kamieniami.
Kosaćcowa Grzywa uniósł brew, wyraźnie zdziwiony.
— No jak to, z kim? Z moimi dziećmi i ich matką, rzecz jasna! — wyszczerzył śnieżnobiałe kły w uśmiechu, zupełnie ignorując język ciała siostry. — Też powinnaś sobie kiedyś sprawić dzieci. Zawsze chciałem być wujkiem, wiesz?
Jarzębina odetchnęła z ulgą, ale na wzmiankę o kociętach nastroszyła futro. Przyłożyła łapę do jego policzka, delikatnie odchylając pysk brata.
— To idź z nimi porozmawiać — miauknęła, po czym zerknęła w stronę terenów Klanu Klifu. — A nie myślałeś, by do nich dołączyć? — zapytała cicho.
Kosaciec westchnął, lekko zamyślony.
— Ja… myślałem, naprawdę myślałem — powiedział cicho, uciekając wzrokiem. — Jednak i tak by mnie nie przyjęli — dodał nerwowo, wymuszając na sobie krótki uśmiech. — W końcu… rzuciłem się na Judaszowcową Gwiazdę, zanim został przywódcą, wraz z Kruczym Piórem, i o mało co ten syn Mrocznej Wizji go tam nie zabił… więc nie sądzę, żeby się nade mną zlitował.
Spojrzał w końcu na siostrę.
— A ty, czemu nigdzie nie uciekłaś? Co cię powstrzymywało, by nie pójść do Klanu Klifu, do Klanu Burzy, albo do tych… owocowych kotów? Myślałem, że porzuciłabyś nas przy pierwszej lepszej okazji.
Lekko zaskoczona, pokiwała głową. Nie miała pojęcia, że brat zaatakował przywódcę Klanu Klifu. Na jego pytanie westchnęła głośno.
— Mimo że nie przepadam za Klanem Wilka, nigdy nie chciałam uciekać. Klan Burzy to same łąki, a ja wolę lasy. Klan Klifu… też za nimi nie przepadam. Klan Nocy, mimo że to nasi sojusznicy… cóż, śmierdzą rybą! I wydają się bardzo zadufani w sobie, no i tam wszędzie jest woda. A Owocowy Las… myślę, że nie doszłabym tam żywa — wyjaśniła.
Kosaćcowa Grzywa przytaknął.
— Tak, Klan Nocy śmierdzi. Nie wiem, jak Nikła Gwiazda wytrzymuje przy tej Spienionej Gwieździe! Słyszałem od pewnych czarnych kotów na zgromadzeniu, że ta kotka długo nie pożyje. Ciekawe, kto weźmie władzę. W końcu wybrała dwie zastępczynie… — mruknął, zamyślając się.
Po chwili wrócił na ziemię. Potrząsnął głową i zwrócił się do Jarzębinowego Żaru:
— A więc, jaki plan, Jarzębinowy Żarze?
Pokręciła głową.
— Nie wiem jeszcze. Porozmawiam z Mglistym Snem i Brukselową Zadrą. Możesz do nas dołączyć — mruknęła. — Może uda nam się wymyślić coś sensownego. — Po chwili podniosła się z ziemi. — Czas wracać do klanu, pozbieram zioła po drodze.
Odeszła, zostawiając brata samego z myślami. Gdy tylko zniknęła w gęstwinie lasu, odruchowo zwymiotowała w najbliższe krzaki. Ta rozmowa była dla niej wykańczająca. Usiadła na chwilę, kładąc łapę na głowie. Bolała ją głowa, bolało ją serce. Chciała po prostu odetchnąć i móc wreszcie zasnąć bez lęku. Ale teraz nie było czasu na odpoczynek. Musiała szybko odnaleźć Mglistego Sna i wszystko mu opowiedzieć.


<Kosaćcowa Grzywo?>
Wyleczeni: Dyniowa Skórka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz