BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tawułowa Bryza x Lśniąca Gwiazda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tawułowa Bryza x Lśniąca Gwiazda. Pokaż wszystkie posty

17 czerwca 2026

Od Lśniącej Gwiazdy CD. Tawułowej Bryzy

Zdawało się, że pogoda nie tyle uległa zmianie, ile została brutalnie wyrwana z własnej natury, jak gdyby niewidzialne szpony rozdarły nieboskłon pomiędzy dwoma światami i pozwoliły temu ciemniejszemu, bardziej zgniłemu oraz nasyconemu niepokojem, aby pożarł ten pierwszy bez pozostawienia po nim choćby najmniejszego śladu. Jeszcze niedawno ponad koronami drzew rozciągała się nieskazitelna kopuła błękitu, której spokojna powierzchnia przypominała taflę jeziora nietkniętą przez najlżejszy nawet podmuch wiatru, jednak teraz niebo przywodziło na myśl martwe, zadymione pustkowie, nad którym ciężkie warstwy chmur przesuwały się z ponurą dostojnością.
Pośród tej ciężkiej, przytłaczającej atmosfery Lśniąca Gwiazda siedział na mównicy, z wysokości spoglądając na cały klan z miną, która mogła uchodzić za spokojną wyłącznie dla tych, którzy nie znali go wystarczająco dobrze, ponieważ za chłodną maską opanowania kryło się nieustannie pracujące spojrzenie, analizujące każdy szczegół z niemal chorobliwą dokładnością.
Jego rude futro zdawało się pochłaniać resztki światła przesączającego się przez chmury, podczas gdy oczy przesuwały się po obozowisku z mechaniczną precyzją, zatrzymując się na uczniach ćwiczących przy wejściu, na wojownikach wymieniających pomiędzy sobą krótkie uwagi oraz na starszyźnie, której zmęczone sylwetki przypominały powoli rozpadające się pomniki dawnych czasów. Każdy kot, na którym zawieszał wzrok, stawał się jednocześnie oceniany, klasyfikowany oraz umieszczany w odpowiednim miejscu niewidzialnego porządku istniejącego wyłącznie w jego głowie.
Jego spojrzenie niemal natychmiast wyłowiło z tłumu sylwetkę Tawułowej Bryzy, który kierował się ku wyjściu z obozu z tą samą cichą obojętnością, jaka od jakiegoś czasu zaczynała coraz bardziej drażnić przywódcę. Sam widok wojownika opuszczającego obozowisko nie powinien budzić niczyich podejrzeń — podobne sytuacje zdarzały się przecież każdego dnia, jednak w przypadku białego kocura wszystko wydawało się odrobinę inne, jak gdyby wokół jego sylwetki rozciągała się cienka warstwa czegoś niewidzialnego, czego nie sposób było nazwać, lecz co nieustannie przyciągało uwagę.
Lśniąca Gwiazda już dawno zauważył, że Tawułowa Bryza coraz rzadziej pojawiał się na klanowej polanie, coraz częściej znikał bez wyjaśnień i coraz częściej sprawiał wrażenie kota, którego myśli znajdują się daleko poza granicami obozu.
Przez krótką chwilę zmusił się, aby skierować wzrok gdzie indziej — jakaś część jego umysłu próbowała przekonać go, że nie ma powodów do dalszego zainteresowania wojownikiem, jednak niemal natychmiast poczuł, jak jego spojrzenie powraca do białej sylwetki z siłą instynktu silniejszego od rozsądku. Nie potrafił określić, co dokładnie przyciągało jego uwagę, lecz miał nieodparte wrażenie, że coś znajduje się tuż poza granicą jego zrozumienia, jak gdyby dostrzegał poruszający się cień, którego źródło ukrywało się gdzieś poza zasięgiem wzroku. Uczucie to nie przypominało zwykłej ciekawości — ciekawość była emocją zbyt prostą i zbyt niewinną, aby opisać stan, który ogarniał jego wnętrze; bliżej mu było do obsesyjnego pragnienia odnalezienia skazy na idealnej powierzchni, odkrycia błędu, który pozwoliłby mu usprawiedliwić swoje plany.
A decyzja została podjęta już dawno, choć przez długi czas pozostawała ukryta pod warstwami pozornego rozsądku oraz cierpliwości — prawda była taka, że od jakiegoś czasu rozważał degradację Tawułowej Bryzy, analizując jego zachowania z niemal nienaturalną dokładnością i kolekcjonując najmniejsze nawet przewinienia niczym cenne trofea. Każde spóźnienie, każda nieobecność, każde spojrzenie skierowane gdzieś poza granice klanu oraz każda chwila milczenia stawały się częścią coraz większej konstrukcji budowanej w jego umyśle, aż w końcu obraz wojownika zaczął przypominać sylwetkę winowajcy jeszcze zanim pojawił się prawdziwy dowód jego winy.
Gdy podniósł się z miejsca i ruszył w stronę wyjścia z obozu, jego ruchy pozostawały spokojne oraz eleganckie, jednak pod powierzchnią tego opanowania kryło się napięcie przypominające cienką warstwę lodu rozciągniętą nad głęboką otchłanią — każdy kolejny krok przybliżał go nie tylko do Tawułowej Bryzy, lecz również do czegoś… Czego sam nie potrafił jeszcze nazwać, lecz co wydawało się mu niezwykle kuszące.
— Dobrze cię widzieć, Tawułowa Bryzo. Widzę, że się gdzieś wybierasz. Miałbyś coś przeciwko temu, żebym się przyłączył?
Słowa opuściły pysk Lśniącej Gwiazdy z taką lekkością, jak gdyby były częścią starannie wyćwiczonego przedstawienia, którego scenariusz znał od dawna, choć w rzeczywistości sam nie był pewien, dlaczego właśnie tak postanowił rozpocząć rozmowę.
Głos przywódcy pozostawał ciepły, uprzejmy i przyjemny dla ucha, a każdy dźwięk zdawał się starannie wymierzony, jakby jeszcze przed opuszczeniem gardła został poddany chłodnej analizie.
Tawułowa Bryza nie odpowiedział od razu — przez krótką chwilę przyglądał się stojącemu przed nim kotu z uwagą graniczącą z podejrzliwością. Jego spojrzenie przesunęło się po wygładzonym futrze, którego nie psuł ani jeden niesforny kosmyk, po lekko uniesionej głowie wyrażającej pewność siebie, lecz zatrzymującej się dokładnie o włos przed granicą arogancji, a następnie po oczach, które wyglądały na spokojne i opanowane, choć kryło się w nich coś, czego nie potrafił nazwać
— Idę na polowanie — odpowiedział w końcu Tawułowa Bryza, a choć jego ton pozostał względnie spokojny, pomiędzy sylabami dało się wyczuć cienką nić frustracji, której nie zdołał całkowicie ukryć. — Nie wiem, czy naprawdę pragnę towarzystwa.
Lśniąca Gwiazda pozwolił sobie na ciche chrząknięcie, po czym jego pysk rozciągnął się w delikatnym uśmiechu. Przez moment obserwował Tawułową Bryzę tak, jak badacz obserwuje owada zamkniętego pod szklaną kopułą, zastanawiając się nie nad tym, co powinien powiedzieć, lecz nad tym, jaki efekt wywołają jego słowa.
— Tak... Widzisz, Tawuło, chciałem omówić z tobą coś ważnego. Wiele myślałem o twoich sugestiach odnośnie zastępcy i chciałbym ponownie cię wysłuchać.
Nie było w tym nawet ziarna prawdy. Nie rozważał jego sugestii. nie zamierzał ich rozważać. Nie planował również prowadzić szczerej rozmowy.
Przez ułamek sekundy zastanowił się, dlaczego wypowiedział te słowa, skoro nie tylko były całkowicie sprzeczne z jego rzeczywistymi zamiarami — ale też i nie były w stanie przynieść mu faktycznej korzyści. Być może chciał zobaczyć reakcję wojownika. Być może pragnął sprawdzić, czy za jego pozornym spokojem ukrywa się rozczarowanie, gniew lub nadzieja. Być może zwyczajnie próbował zajrzeć głębiej do jego umysłu, nawet, jeśli miałby to zrobić jedynie powierzchownie.
Chyba najbardziej zaniepokoiło go jednak to, że zadziałał pod wpływem impulsu.
To właśnie ten fakt wzbudzał w nim największy dyskomfort.
Lśniąca Gwiazda zawsze uważał się za kota kierującego się logiką, analizą oraz precyzyjnie skonstruowanymi planami, dlatego świadomość, że powiedział coś spontanicznie, przypominała niewielką rysę na idealnie wypolerowanym lustrze.
Tawułowa Bryza lekko poruszył uszami. Był to drobny, niemal niezauważalny gest. A jednak Lśniąca Gwiazda dostrzegł go natychmiast.
Jeszcze bardziej interesujący okazał się jednak błysk, który pojawił się w oczach wojownika.
Przez jedno krótkie uderzenie serca mrok zalegający w jego spojrzeniu rozstąpił się, odsłaniając coś niemal niewiarygodnie szczerego. Nadzieję.
Czystą.
Bezbronną.
Tak nieskażoną cynizmem, że przywódca niemal poczuł rozbawienie.
Przez chwilę Tawułowa Bryza milczał, a jego spojrzenie uciekło gdzieś w bok, jak gdyby rozważał wszystkie możliwe konsekwencje odpowiedzi. Lśniąca Gwiazda obserwował go uważnie, dostrzegając każdy najdrobniejszy ruch mięśni pyska, każde drgnięcie uszu oraz każdą zmianę wyrazu oczu.
W końcu wojownik westchnął niemal niezauważalnie.
Ostatnie ślady niepewności zaczęły znikać z jego twarzy.
Nadzieja zwyciężyła.
Dokładnie tak, jak przewidywał przywódca.
— Myślę, że dokonałeś dobrego wyboru, Lśniąca Gwiazdo.
Lśniąca Gwiazda patrzył na wojownika bez słowa, czując gdzieś głęboko pod skórą dziwne, trudne do nazwania uczucie, ponieważ zamiast satysfakcji z dostrzeżonej nadziei odczuwał coś znacznie bardziej złożonego — coś pomiędzy pogardą dla jego łatwowierności a niezdrową fascynacją faktem, że mimo wszystkich rozczarowań Tawułowa Bryza wciąż potrafił wierzyć. Właśnie ta wiara wydawała się przywódcy najbardziej niezrozumiała, najbardziej obca i jednocześnie najbardziej niebezpieczna…
Gdy opuścili już obozowisko Lśniąca Gwiazda pozwolił, aby przez pewien czas towarzyszyło im wyłącznie wycie wiatru oraz odgłosy łamanych pod łapami gałązek — cisza stanowiła narzędzie równie użyteczne jak słowa, a czasem nawet znacznie potężniejsze.
Choć sprawiał wrażenie kota idącego obok Tawułowej Bryzy bez określonego celu, w rzeczywistości to on wyznaczał kierunek marszu, prowadząc rozmowę jeszcze zanim padło jakiekolwiek zdanie, gdyż nie potrafił dopuścić do sytuacji, w której choćby na moment utraciłby kontrolę nad jej przebiegiem.
Sam Tawułowa Bryza nie wytrzymał jednak długo tego milczenia, ponieważ nadzieja rozpalona przez wcześniejsze słowa przywódcy zaczynała coraz wyraźniej przebijać się przez jego ostrożność, aż w końcu znalazła ujście w postaci szczerego wyznania.
— Cieszę się, że zmieniłeś zdanie.
— Tak... Truskawkowe Pole jest dla mnie ważna, lecz nie powinienem pozwolić moim emocjom brać górę, gdy w naszym klanie znajduje się wiele zdolnych kotów, które zasługują na rolę zastępcy — mruknął, kierując spojrzenie ku ścieżce wijącej się pomiędzy ciemnymi pniami. — Choć wierzyłem w Pchełkowy Skok, nie mogłem całkowicie uciszyć kilku wątpliwości, które przesłaniały mi jej zalety.
Kłamstwo przyszło mu, ponownie, dość łatwo. W głębi duszy odnotował nawet z pewnym zainteresowaniem, że odgrywanie skruchy, otwartości oraz pokory przychodzi mu łatwiej niż wielu kotom okazywanie szczerych emocji, co samo w sobie wydawało mu się dość zabawne.
— Twoje sugestie wiele dla mnie znaczą — kontynuował, pozwalając głosowi nabrać miękkości, która dla większości kotów zabrzmiałaby całkowicie szczerze. — Wiem również, że wiele innych kotów podziela twoje opinie, dlatego chciałbym częściej korzystać z twojego doświadczenia i prosić cię o więcej porad, które pomogłyby mi prowadzić klan we właściwym kierunku.
Gdy słowa te zawisły pomiędzy nimi, Tawułowa Bryza wyglądał, jakby przez moment nie był pewien, czy dobrze usłyszał, ponieważ przyzwyczajał się raczej do chłodu i dystansu niż do podobnego uznania. Jego spojrzenie przesunęło się po pysku przywódcy w poszukiwaniu śladów kpiny lub ukrytej złośliwości, jednak Lśniąca Gwiazda nie pozostawił mu niczego, co mogłoby wzbudzić podejrzenia.
— Poza kwestią zastępcy myślałem również nad przywróceniem Rady Pięciu Wąsów. Wydaje mi się, że taki ruch pozwoliłby na bardziej zgodne wyznaczanie kierunku, w którym podąży nasz klan, a jednocześnie umożliwiłby rozpatrywanie najważniejszych decyzji z wielu różnych perspektyw, dzięki czemu uniknęlibyśmy błędów wynikających z patrzenia wyłącznie z jednego punktu widzenia.
Gdy tylko ostatnie słowa opuściły pysk Tawułowej Bryzy, coś wewnątrz Lśniącej Gwiazdy drgnęło gwałtownie, jak gdyby cienka, starannie napięta nić utrzymująca w ryzach jego emocje została nagle przecięta ostrym pazurem. Jeszcze przed chwilą słuchał wojownika z pozornym zainteresowaniem, pozwalając mu mówić i rozwijać własne myśli, jednak teraz każda sylaba odbijała się w jego głowie niczym kamień wrzucony do spokojnej tafli wody, wywołując coraz gwałtowniejsze fale.
Więc do tego wszystko zmierzało.
Właśnie takie plany nosił w sobie Tawułowa Bryza.
Nie wystarczało mu już wyrażanie opinii ani wpływanie na pojedyncze decyzje, skoro najwyraźniej zaczął rozważać zmiany, które mogłyby na stałe naruszyć porządek istniejący w klanie.
Myśl ta rozlała się po jego umyśle niczym jad, który z każdą chwilą dociera coraz głębiej do organizmu, a wraz z nią pojawiło się coś jeszcze gorszego — świadomość, że wojownik nie rzucał pustych słów pod wpływem emocji, lecz mówił o czymś, nad czym musiał zastanawiać się od dawna. Musiał przecież analizować ten pomysł, obracać go w myślach i pozwalać mu dojrzewać niczym nasionku ukrytemu pod warstwą ziemi, aż w końcu uznał go za wystarczająco wartościowy, by wypowiedzieć go na głos.
I te wszystkie koty… Przepiórka, Foka, Buk i cała reszta. Czy ich również “zapoznał” z tą całą ideą? Czyli to jednak był spisek? A może coś innego? Nie wiedział. Nie miał pojęcia czemu Tawuła miałby się z nim dzielić czymś takim. Może to była prowokacja…? A może próba zwyciężenia bez wysuwania pazurów? Nie, to… Nie miał pojęcia. Bo te słowa mogły znaczyć wszystko, zupełnie wszystko.
Nie był to jednak chłód płynący z otoczenia.
Było to znacznie bardziej pierwotne i znacznie bardziej upokarzające uczucie, ponieważ po raz pierwszy od dłuższego czasu uświadomił sobie, że nie kontroluje rozmowy tak doskonale, jak wydawało mu się jeszcze kilka chwil wcześniej.
Zwolnił kroku niemal niezauważalnie, próbując uporządkować myśli kłębiące się w jego głowie, jednak każda kolejna próba kończyła się fiaskiem, gdyż zamiast logicznych argumentów pojawiały się wyłącznie impulsywne reakcje. Wszystko, co przychodziło mu do głowy, brzmiało jak oskarżenie, wszystko wydawało się podszyte gniewem, a każde potencjalne zdanie przypominało bardziej wyrok wydawany przez przywódcę niż odpowiedź kota prowadzącego przyjacielską rozmowę.
Im bardziej próbował odzyskać kontrolę nad własnym umysłem, tym mocniej wymykała mu się ona spomiędzy łap, przez co nieprzyjemne uczucie zaczęło narastać z każdą chwilą, oplatając jego wnętrze niczym ciernie zaciskające się wokół gardła. Panika nie pojawiła się gwałtownie, lecz sączyła się powoli i metodycznie, aż w końcu zrozumiał, że właśnie ona odbiera mu zdolność natychmiastowego reagowania.
Wziął głęboki oddech, próbując ukryć narastające napięcie pod maską opanowania, jednak nawet zanim powietrze opuściło jego płuca, zrozumiał, że jest już za późno. Przez krótką chwilę pozwolił bowiem emocjom zbliżyć się zbyt blisko powierzchni, a jeden moment zawahania wystarczył, by idealnie skonstruowana fasada pokazała pierwsze pęknięcie.
Tawułowa Bryza zdążył to zauważyć.
Lśniąca Gwiazda dostrzegł to natychmiast, ponieważ wojownik zwolnił nieznacznie i skierował ku niemu spojrzenie pełne zakłopotania oraz ostrożnej niepewności, jak gdyby próbował zrozumieć, dlaczego rozmowa, która jeszcze przed chwilą wydawała się płynąć tak naturalnie, nagle natrafiła na niewidzialną przeszkodę.
— Ty… Myślisz, że możesz mi TO odebrać? Że MOŻESZ ODEBRAĆ MI TEN KLAN? TEN TYTUŁ? TE WSZYSTKIE KSIĘŻYCE WYCZEKIWANIA? NIE. NIE POZWOLĘ CI.
— Wyczekiwania… Lśniąca Gwiazdo, o czym ty mówisz…? Przecież to Pikująca Jaskółka miała zostać liderką, jak mogłeś tego wycze…
Lśniący poczuł, jak serce nagle mu przyśpiesza, źrenice kurczą się, a pazury wysuwają niemal instynktownie. Po jego futrze zaczął kapać deszcz, z nieba trzasnął grzmot. Nie wiedział, ile czasu tu stoją, w kompletnym bezruchu, lecz z mżawki zaczęła robić się ulewa, aż w końcu krople sączyły się niemal strugami.
— Nie wierzę… — miauknął cicho Tawuła.
Słowa Tawułowej Bryzy, wypowiedziane niemal bezgłośnie, zawisły w powietrzu cięższym niż deszcz, który spływał po futrze Lśniącej Gwiazdy, lecz w jego umyśle zabrzmiały jak uderzenie, które roztrzaskało ostatnie resztki kontroli, ponieważ już sam ton wojownika zdradzał, że nie chodziło o niezrozumienie, lecz o proces, który został rozpoczęty i którego nie dało się już zatrzymać.
W spojrzeniu Tawułowej Bryzy nie było już jedynie szoku ani prostego gniewu, lecz powolne, nieubłagane składanie fragmentów w całość, która z każdą sekundą stawała się coraz bardziej kompletna, aż zaczęła przypominać obraz, którego Lśniąca Gwiazda nigdy nie chciał ujrzeć w czyichkolwiek oczach.
Deszcz spływał gęstymi strugami, a wiatr szarpał gałęziami nad ich głowami, jednak przywódca czuł jedynie narastające napięcie w klatce piersiowej, ponieważ obserwował, jak wojownik przestaje być tylko świadkiem wybuchu gniewu, a zaczyna stawać się kimś, kto rozumie jego źródło, kto łączy Pikującą Jaskółkę z jego słowami, kto zaczyna dostrzegać w nich coś więcej niż emocjonalny chaos, aż w końcu zaczyna widzieć konstrukcję, której Lśniąca Gwiazda tak długo bronił przed światem.
Każdy kolejny moment ciszy pogłębiał tę przemianę — w nieruchomym spojrzeniu Tawułowej Bryzy nie było już miejsca na wątpliwość, lecz jedynie na niechciane zrozumienie, które wdzierało się coraz głębiej, jak woda przeciekająca przez pęknięcia w kamieniu.
Myśli wojownika układały się w coraz bardziej spójną całość, w której Pikująca Jaskółka przestawała być tylko dawną ofiarą losu, a stawała się punktem odniesienia dla wszystkiego, co doprowadziło Lśniącą Gwiazdę do obecnej pozycji, co sprawiało, że każdy jego ruch, każda decyzja i każde milczenie zaczynały wyglądać inaczej, jakby zostały poddane ocenie, której nigdy nie przewidział, aż w końcu granica między podejrzeniem a pewnością zaczęła się zacierać w sposób nieodwracalny.
Lśniąca Gwiazda poczuł, jak jego ciało reaguje zanim umysł zdążył cokolwiek przetworzyć, jak mięśnie napinają się w jednym, jedynym kierunku, jak pazury wysuwają się z łap z mokrym, ostrym śladem w błocie, jak wzrok zawęża się do jednego punktu, w którym stał Tawułowa Bryza, już nie jako wojownik, nie jako członek klanu, lecz jako świadek, którego obecność zaczynała zagrażać całej strukturze świata, który przywódca tak długo budował wokół siebie.
Deszcz uderzył w niego gwałtowniej, wiatr szarpnął futrem, a kolejny grzmot przetoczył się nad lasem, jednak wszystkie te zjawiska zostały wypchnięte na skraj świadomości przez narastające, nieodparte poczucie, że jedynym sposobem na odzyskanie równowagi nie jest już rozmowa, nie jest już kłamstwo, nie jest już nawet ucieczka w maskę, lecz coś znacznie bardziej definitywnego, coś, co usuwa problem zamiast go tłumaczyć.
Nie było w tym już myśli o konsekwencjach, ponieważ konsekwencje należały do przyszłości, która przestała mieć znaczenie w momencie, gdy teraźniejszość zaczęła się rozpadać, nie było w tym kalkulacji, ponieważ kalkulacja wymagała spokoju, którego już nie posiadał, nie było w tym nawet gniewu w jego czystej, uporządkowanej formie, ponieważ gniew zakładał jeszcze jakiś porządek, a to, co go wypełniało, było chaosem przebranym za konieczność.
Ruszył.
Najpierw był to ruch niemal niewidoczny, jak drgnięcie całego ciała, jak przełamanie ostatniego oporu, który jeszcze trzymał go w miejscu, a potem wszystko stało się jednocześnie, bez przejścia i bez wahania. Lśniąca Gwiazda rzucił się naprzód, wprost na białego kocura.
Z początku wyglądało na to, że miał przewagę, lecz Tawuła nie dawał za wygraną — zdając sobie sprawę z tego, że w tym momencie walczy nie tylko o prawdę, ale też i o własne życie, jego ciosy zdawały się przybierać na sile.
Lśniąca Gwiazda zaczął tracić precyzję, a jego ruchy, jeszcze przed chwilą prowadzone z pozorem kontroli, zaczęły rozpraszać się w przestrzeni, jakby mokre powietrze i śliska ziemia odbierały im kierunek, aż w końcu sam nie wiedział już, czy uderza w cel, czy tylko w jego przybliżony cień. Im dłużej trwał ten chaotyczny taniec, tym silniejsze stawało się w nim wrażenie, że to nie on dominuje sytuację, lecz że zostaje przez nią powoli pochłaniany.
W pewnym momencie rzeczywistość zawęziła się brutalnie do jednego punktu, jakby cały las, burza i świat poza nimi przestały istnieć w tej samej chwili, w której szczęki Tawułowej Bryzy zacisnęły się na jego łapie (tej łapie, którą niemal stracił), a ból nie przyszedł stopniowo ani ostrzegawczo, lecz uderzył natychmiast, gwałtownie i bezlitośnie, rozchodząc się po ciele Lśniącej Gwiazdy jak rozżarzone igły wbijające się w każdy nerw, odbierające nie tylko kontrolę nad ruchami, lecz także zdolność do jakiejkolwiek spójnej myśli, zmuszając go do cofnięcia się w najprostszy, najbardziej pierwotny poziom istnienia, gdzie nie było już przywódcy, planu ani celu, a jedynie czysta reakcja na cierpienie i przetrwanie.
Kolejne uderzenia Tawułowej Bryzy spadały na niego jedno po drugim, nie tworząc już żadnego rytmu ani struktury, lecz stając się chaotycznym ciągiem zdarzeń, które rozbijały resztki równowagi Lśniącej Gwiazdy. Ciało rudzielca zaczynało działać coraz bardziej niezależnie od jego woli, jakby każdy mięsień próbował osobno poradzić sobie z narastającym zagrożeniem, podczas gdy oddech stawał się coraz płytszy, urywany i niepewny, jakby powietrze przestawało być czymś dostępnym i stabilnym, a zaczynało wymykać się przy każdym wdechu, pozostawiając w klatce piersiowej jedynie pustą, palącą przestrzeń, w której świadomość nie była w stanie utrzymać się w jednym miejscu.
W tym rozpadzie kontroli ostatni odruch nie wynikał już z decyzji, lecz z samej struktury ciała, które próbowało utrzymać się w istnieniu mimo narastającego chaosu, gdy pazury przecięły mokrą przestrzeń powietrza i natrafiły na tylne łapy Tawułowej Bryzy. Lecz nawet ten gest, zamiast przynieść jakąkolwiek ulgę czy poczucie sprawczości, tylko pogłębił wrażenie rozpadu, ponieważ granice pomiędzy ciałem, ziemią i deszczem zaczęły się zacierać, jakby las i burza traciły ostrość i przechodziły w jedną, nieciągłą masę ruchu, dźwięku i bólu, w której nie dało się już odróżnić ataku od obrony ani rzeczywistości od jej odbicia.
Rzeczywistość zaczęła się rozwarstwiać, jakby umysł Lśniącej Gwiazdy przestawał utrzymywać jedną spójną powierzchnię doświadczenia, a zamiast tego pozwalał, by obrazy nakładały się na siebie, rozdzielały i zapadały, tworząc niestabilny, pulsujący układ, w którym nic nie pozostawało stałe dłużej niż uderzenie serca.
Najpierw czerwień pojawiła się jako wszystko, co istnieje, gęsta, lepka i pulsująca, wypełniająca całe pole widzenia jakby świat został zanurzony w jednym nieprzerwanym sygnale bólu, który nie miał początku ani końca, nie pozostawiając miejsca na żaden inny kolor, żadną myśl ani żaden dźwięk poza własnym, nieustannym naciskiem, który zdawał się wypierać wszystko inne z istnienia.
Ta czerwień nie była jednak stabilna, ponieważ zaczęła drżeć, falować i rozpadać się na fragmenty, jakby sama intensywność doznań była zbyt duża, by utrzymać ją w jednej formie, aż stopniowo zaczęła się cofać, tracić gęstość i rozmywać, przechodząc w coś bardziej nieokreślonego, w stan zawieszenia pomiędzy obecnością a zanikiem.
W jej miejsce pojawiła się czerń, nie zwykła ciemność nocy ani zamkniętych oczu, lecz czerń tak głęboka i pełna, że nie tylko pochłaniała obraz, lecz także odbierała poczucie granic własnego ciała, jakby Lśniąca Gwiazda przestawał być czymś oddzielonym od otoczenia i zaczynał rozpływać się w bezkształtną pustkę, w której nie istniało już ani „tu”, ani „teraz”, ani nawet świadomość tego, że coś jeszcze może istnieć poza tym stanem.
Aż w końcu ujrzał coś zupełnie… innego.
Łąka.
Pojawiła się nie jako spokojna wizja ani łagodne złudzenie ukojenia, lecz jako gwałtowny, niemal bolesny kontrast wobec wszystkiego, co wcześniej wypełniało jego istnienie — zamiast ciężaru deszczu, błota i rozedrganego od grzmotów lasu rozciągała się tam przestrzeń zalana światłem tak intensywnym, że zdawało się nie pochodzić z żadnego znanego źródła, jakby sama rzeczywistość została odarta z cienia i pozostawiona w stanie czystej, nieosłoniętej jasności.
Barwy nie były tam stłumione ani rozmyte, jak w pamięci czy śnie, lecz miały nienaturalną ostrość i niemal fizyczną obecność, gdzie żółć nie przypominała koloru kwiatów czy trawy, lecz pulsowała własnym rytmem, jakby była żywą materią rozlewającą się po przestrzeni, a błękit nieba nie stanowił tła ani kopuły, lecz otwartą, bezkresną głębię pozbawioną granic, w której nie istniało poczucie odległości, ciężaru ani kierunku, tylko nieustanne wrażenie zanurzenia w czymś nieskończonym i niemożliwym do objęcia.
Między tą jasnością a rzeczywistością, która jeszcze przed chwilą pochłaniała jego ciało bólem i ruchem, istniała nieprzekraczalna przepaść, ponieważ las był ciężarem wbijającym się w każdy oddech, wilgocią osiadającą na futrze, błotem trzymającym łapy i bólem, który nadawał każdemu ruchowi konkretną, nieuniknioną cenę, podczas gdy łąka była całkowitym zaprzeczeniem tego stanu, była ciszą pozbawioną napięcia, zawieszeniem, w którym nic nie wymagało reakcji, oraz lekkością tak obcą, że zdawała się nie należeć do żadnego znanego mu świata, a jednak w tej niemożliwej przestrzeni istniała sylwetka, której obecności nie potrafił ani zignorować, ani nazwać.
Nie miała ona wyraźnych krawędzi, mimo to była bardziej realna niż wszystko wokół, ponieważ przyciągała jego uwagę w sposób, który nie wynikał ani z logiki, ani z pamięci, lecz z czegoś głębszego, co zdawało się istnieć poza bólem i poza walką, jak echo znaczenia, którego nie dało się jeszcze w pełni zrozumieć.
Im bardziej próbował ją uchwycić, tym bardziej oddalała się w głąb światła, które nie zachowywało się jak przestrzeń, lecz jak żywy opór wobec jego obecności, rozciągając się i cofając jednocześnie, jakby sama wizja odmawiała kontaktu nie pozwalała się zamknąć w jednym punkcie uwagi. W końcu wrażenie ruchu zaczęło przypominać nie zbliżanie się, lecz nieustanne tracenie, jakby każdy krok był jednocześnie krokiem w stronę przybliżenia i oddalenia.
Miał wrażenie, że świetlista wizja na moment pęka, jakby coś niewidzialnego rozdzierało ją od środka z subtelnym, lecz nieodwracalnym oporem, ustępując miejsca rzeczywistości, która wracała gwałtownie i bezlitośnie, niosąc ze sobą deszcz uderzający o futro, ciężką wilgoć zawieszoną w powietrzu oraz szarość lasu rozmytego przez burzę, które nie tyle kontrastowały z wcześniejszym obrazem, co wręcz go unieważniały, jakby oba stany nie mogły istnieć równocześnie w jednym umyśle.
Przez ułamek czasu, trudny do uchwycenia i jeszcze trudniejszy do zrozumienia, te dwie rzeczywistości nakładały się na siebie, tworząc niestabilną granicę pomiędzy bólem a lekkością, pomiędzy ciężarem ciała a zawieszeniem bez grawitacji, aż w końcu, równie nagle jak wcześniej, łąka powróciła, zalewając jego wizję światłem tak intensywnym, że wszystko inne zdawało się jedynie bladym echem czegoś odległego i chwilowo zapomnianego.
Parę uderzeń serca później znów znajdował się w tej przestrzeni, gdzie żółć pulsowała własnym rytmem, a błękit nieba otwierał się bez końca nad nim, jednak coś było inne. Brakowało tej jednej obecności, która wcześniej przyciągała jego uwagę niczym punkt odniesienia w nieokreślonej przestrzeni. Dopiero wtedy, gdy zaczął rozglądać się uważniej, z narastającym niepokojem i pustką, uświadomił sobie, że sylwetka, której tak uporczywie szukał, zniknęła całkowicie, jakby nigdy nie należała do tej łąki ani do żadnej wizji, którą mógłby zatrzymać choćby na moment.
Ponownie otworzył oczy, a świat wrócił do niego nagle i bez uprzedzenia, jakby przerwany sen.
Rozejrzał się wokół, a jego spojrzenie, jeszcze przed chwilą rozproszone i niestabilne, zaczęło ponownie łapać ostrość. Choć była to ostrość nie wynikająca z jasności myśli, lecz z gwałtownego przypływu adrenaliny, który wdarł się do jego ciała jak uderzenie, wypierając resztki wizji i pustki, aż w końcu jedynym realnym punktem w przestrzeni stał się oddalający się Tawułowa Bryza.
Wojownik nie był daleko, lecz wystarczająco, by jego sylwetka poruszała się w rytmie nierównego, kuśtykającego biegu, co sprawiało, że każdy jego krok zdawał się jednocześnie ucieczką i próbą przetrwania. Jednak dla Lśniącej Gwiazdy nie istniała już interpretacja tych ruchów — rzeczywistość skurczyła się do jednego, prostego faktu, który wymagał natychmiastowej reakcji.
Podniósł się gwałtownie, a jego ciało, mimo ran i narastającego wyczerpania, odpowiedziało szybciej niż myśl, jakby instynkt przejął całkowitą kontrolę nad ruchem, wypychając go w stronę wojownika bez jakiejkolwiek przestrzeni na wahanie. Błoto rozpryskiwało się pod łapami, a deszcz spływał po jego futrze w ciężkich strugach, nie mających już znaczenia dla tego, co miało się wydarzyć.
Dystans między nimi zamknął się gwałtownie, niemal nienaturalnie szybko, jakby las sam skracał przestrzeń, by doprowadzić ich do kolejnego zderzenia. W momencie, gdy Lśniąca Gwiazda znalazł się tuż za Tawułową Bryzą, jego pazury ponownie wysunęły się w mokrą przestrzeń i zatopiły w jego plecach, przerywając rytm ucieczki i przywracając walkę do jej najostrzejszej formy.
Serce biło mu tak szybko, że każdy jego puls zdawał się uderzać nie tylko w ciało, lecz także w świadomość, rozszerzając ją i jednocześnie zawężając. Jego źrenice pozostawały szeroko otwarte, jakby próbowały pochłonąć całą scenę naraz.
W jego pazury przecinały ciało Tawułowej Bryzy z uporczywą, niemal mechaniczną konsekwencją, jakby każdy ruch był już nie decyzją, lecz kontynuacją rozpędzonego procesu, który nie znał zatrzymania. Nie zważał na ciosy, które biały wojownik próbował jeszcze desperacko wyprowadzać, choć stawały się one coraz bardziej chaotyczne, coraz słabsze, jak echo wcześniejszej walki rozbijające się o ciężar nieuchronnego końca.
Nagle, w sposób nie tyle nagły co nieodwracalny, strony zaczęły się odwracać, jakby sama struktura starcia traciła stabilność. Lśniąca Gwiazda przez chwilę poruszał się już nie w odpowiedzi na zagrożenie, lecz w stanie całkowitej dominacji, w którym kolejne uderzenia spadały jedno po drugim — w gardło, w pysk, w nogi. Były precyzyjne tylko na tyle, na ile pozwalał mu chaos, i konsekwentne tylko na tyle, na ile wymagało tego jego własne wewnętrzne napięcie. Z każdą chwilą Tawułowa Bryza coraz bardziej przestawał być przeciwnikiem, a coraz bardziej stawał się ciałem tracącym zdolność dalszego oporu. Mgła zaczęła zasnuwać jego spojrzenie, odbierając mu możliwość dalszej walki, aż w końcu nawet próby obrony zaczęły przypominać jedynie odruchy pozbawione dawnej siły.
Dopiero wtedy jego organizm pozwolił sobie na powrót świadomości. Lśniąca Gwiazda poczuł, że oddech zaczyna zwalniać, że chaos w klatce piersiowej przestaje narzucać rytm, a zamiast tego pojawia się coś na kształt kontroli, kruchej i spóźnionej, ale jednak kontroli, która pozwoliła mu wziąć kilka głębszych haustów powietrza, ciężkich i drżących, zanim opadł na ziemię, pozwalając mięśniom rozlać się w zmęczeniu, a umysłowi choć na chwilę wyjść z trybu przetrwania.
Leżąc pośród mokrej ziemi i deszczu, który spływał po jego futrze niczym obojętna zasłona oddzielająca go od reszty świata, zaczął odczuwać nie tyle ulgę, co narastającą, trudną do nazwania pustkę. Nie przypominała ona jednak żalu ani strachu. Było to raczej nieprzyjemne wrażenie odrealnienia, które powoli rozlewało się po jego umyśle, gdy próbował uporządkować wydarzenia ostatnich chwil. To, co jeszcze przed momentem wydawało się tak intensywne, tak namacalne i gwałtowne, zaczynało rozpadać się w pamięci na luźne, niespójne fragmenty. Obrazy mieszały się ze sobą, dźwięki traciły swoje źródło, a poszczególne chwile zdawały się odrywać od siebie nawzajem, jakby nie należały do jednej historii.
Nie wiedział, co właściwie zrobił, ani jak dokładnie do tego doszło — cała sytuacja wydawała się jedną wielką anomalią, której nie potrafił nawet opisać. Zwłaszcza ta łąka, która powracała do niego jak nieprzyjemne echo, nie pasujące do żadnej logiki ani żadnego porządku świata, ponieważ przecież nie mogła istnieć w tym samym ciągu zdarzeń co deszcz, ból i walka, a jednak jej obraz był tak wyraźny, tak intensywny, że nie dawał się zignorować, jakby jego własny umysł stworzył coś, co wymykało się jego spod jego łap i teraz odmawiało zniknięcia.
W tym powolnym powrocie świadomości poczuł, jak coś w jego wnętrzu zaciska się nieprzyjemnie, jakby dopiero teraz, w ciszy po walce, docierało do niego znaczenie tego, co się stało, i fakt, który nie wymagał już interpretacji, ponieważ był prosty i nieodwołalny — stracił jedno z żyć.
A jednak ta myśl nie przyniosła natychmiastowego przerażenia. Raczej dziwną, chłodną racjonalizację, w której Tawułowa Bryza przestał być zagrożeniem, a stał się jedynie przeszkodą usuniętą z równania, jednym mniej problemem w strukturze klanu, co pozwalało umysłowi Lśniącej Gwiazdy natychmiast przesunąć ciężar na inne kwestie, jakby porządkowanie świata mogło zastąpić znaczenie tego, co właśnie się wydarzyło.
„Więc… Jest całkiem nieźle” — ta myśl pojawiła się w nim niemal naturalnie, pozbawiona emocjonalnego ciężaru, jakby była logicznym wnioskiem, a nie oceną moralną, przecież jeden wróg Klanu Klifu mniej oznaczał stabilność, a stabilność oznaczała porządek.
Gdzieś na krawędzi tej myśli pojawiło się również przekonanie, że Gwiezdni Przodkowie z pewnością byliby z niego zadowoleni, nawet jeśli cena, jaką przyszło zapłacić, miała formę jednego z dziewięciu żyć, które teraz istniało już tylko jako abstrakcyjna strata, a nie coś, co można było naprawdę poczuć w pełni.
Uśmiech, który pojawił się na jego pysku, był lekki i niemal odruchowy, pozbawiony ciężaru chwili. Deszcz nadal padał, obmywając jego rany z obojętną konsekwencją natury, a ziemia pod nim pozostawała zimna i stabilna, oferując jedyny rodzaj odpoczynku, jaki był teraz dostępny. Pozwolił sobie na tę chwilę bezruchu, z myślą, że wkrótce wróci do obozowiska, kiedy tylko ciało odzyska wystarczającą siłę, by znów stać się narzędziem.
Gdzieś na skraju tej myśli pojawił się jeszcze Gąsienicowy Ogryzek, imię, które na moment zabrzmiało w jego głowie jak coś odległego i niemal zabawnego w swojej banalności, przypominając mu, że świat nie kończy się na tej jednej walce. Że istnieją kolejne decyzje, kolejne obowiązki i kolejne ruchy do wykonania…
Och, to życie lidera…

05 czerwca 2026

Od Tawułowej Bryzy CD. Lśniącej Gwiazdy

Tawuła utkwił spojrzenie w swoich łapach, starając się przeanalizować pytania kocura. Starał się tym razem trzymać język za zębami, aby nie powiedzieć czegoś za dużo, czując przy tym nie tyle gniew na lidera, co na wojowników Klanu Klifu. Koty, z którymi rozmawiał, mógł policzyć na palcach jednej łapy, jednak większość z nich była najzwyklejszymi tchórzami. Jedynie co to potrafili szeptać po kątach, wyrażając mniej lub bardziej niepochlebne uwagi na temat wyboru Truskawkowego Pola na zastępcę niż te wypowiedziane przez Tawułową Bryzę. Musiałby chyba siłą zaciągnąć ich za ogon lub kryzę przed oblicze Lśniącej Gwiazdy, lecz nie miał pewności czy by faktycznie poparli jego słowa, dodając coś od siebie, czy nagle zmieniliby swoje poglądy i uznali, że nie mają żadnych zastrzeżeń względem zastępczyni. Mimo, że wiedział z czyjego pyska dochodziły szepty, nie miał zamiaru zdradzać ich imion Lśniącej Gwieździe. Może kiedyś zbiorą się na odwagę, podobnie, jak Tawuła? No i zresztą kocur musiał sam widzieć brak entuzjazmu na pyskach, co poniektórych wojowników podczas ceremonii.
Kocurowi drgnęła powieka nieznacznie, gdy zrozumiał, że ich lider naprawdę stracił resztki zdrowego rozsądku. I nieważne, co by mu się powiedziało, zdania nie miał zamiaru zmienić. Zamiast Klanu Klfiu wybrał szylkretkę. Zamiast zaufać tym, z którymi się wychowywał, dzielił języki, polował, wolał wybrać kota, którego znał zaledwie kilkanaście księżyców. Kota, który już raz wypiął się na swoją społeczność. I w dodatku porównywał ich relację do tej, która łączyła Tawułę z Pchełkowym Skokiem, w tym brak bezstronności.
A może to Lśniąca Gwiazda miał rację? Był starszy, co za tym szło, bardziej doświadczony, a Tawuła niczym mały kociak upierał się przy swoim. Mały skrzeczący kociak; taki pewnie miał jego obraz Lśniąca Gwiazda.
– Bukowa Korona... – miauknął, po chwili mrużąc oczy, decydując się ponownie wspomnieć kandydaturę brązowego kocura, który chyba był najbardziej charyzmatyczną personą w Klanie Klifu na równi z Promiennym Słońcem. – Kukułczy Wdzięk... Przepiórcza Wichura... Skrzydlata Pogoń... – Kolejno mruczał imiona wojowników. Zastanawiała się czy wspomnieć o Źródlanej Łunie i jej kociętach; łączyły ich więzy krwi, co przeczyło z jego wizją dobrze prosperującego klanu, aby lider i zastępca nie byli ze sobą powiązani. Niebieska kocica była siostrą lidera, w dodatku była kontuzjowana, a pozostała dwójka jego siostrzeńcami, którzy zresztą byli za młodzi, aby pełnić tak ważną funkcję, przynajmniej na ten moment. – Płomienne Serce, a nawet Morświnowa Płetwa... Szkoda, że Pchełkowy Skok i żaden z tych wojowników nie wydał ci się na tyle godny zaufania, aby zostać twoim zastępcą. To chyba o nas źle świadczy, jako klanie… Nie będę cię już niepokoił, Lśniąca Gwiazdo. Za pozwoleniem… – mruknął, niepewny tego, czy kocur pozwoli mu odejść.
Pochylił głowę, nie tyle w geście pozdrowienia, co w akcie bezsilności. Może mógł to rozegrać inaczej? Być może mógł, jednak poczuł również swego rodzaju ulgę, gdy mógł wyjawić Lśniącej Gwieździe, co sądzi o zastępczyni, prosto w pysk. I był mu wdzięczny, że mimo odmiennych zdań, przy których koniec końców pozostali, nie wyrzucił go już na samym początku.
Gdy w końcu udało mu się opuścić legowisko lidera, spojrzeniem starał się odszukać Promienne Słońce. Nie dostrzegł jej w miejscu, w którym się rozstali. Miał nadzieję, że siostra nie zdecydowała się udać do kociarni, aby pomówić z Jastrzębim Zewem o tym, że Tawule pająki zasnuły umysł i igrają ze swoim życiem, jak i losem.
Powoli postawił krok naprzód, kierując się bliżej wyjścia z obozu. Czuł na sobie spojrzenie kilku kotów, które siedziały najbliżej legowiska Lśniącej Gwiazdy.
"Czyżby słyszeli naszą rozmowę?"
Po drodze minął się ze Wzorzystą Dalą, która opuściła właśnie kociarnię. Obrzucił kocicę niezbyt przychylnym spojrzeniem, prychając pod nosem i przenosząc spojrzenie na wojowników siedzących najbliżej wodospadu. Wśród nich spostrzegł Pchełkowy Skok, i to na niej zatrzymał na dłużej spojrzenie. Zrezygnował ze zbliżenia się do siostry, obawiając się jej reakcji, na wyzwanie, że przed chwilą udał się do Lśniącej Gwiazdy i powiedział mu prosto w pysk, że lepszym wyborem na zastępcę byłaby ona, a nie Truskawkowe Pole.
– Co się gapisz? – wysyczał wściekły, gdy jego spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Mysiego Postrachu. – Kwadrowy zastępca. – rzucił pogardliwe w stronę kocura, chcąc, go tym samym zawstydzić. Został wybrany przez Jaskółkę, lecz nie dane mu było otrzymać członu Gwiazdy wraz z jej śmiercią. Zamiast niego pojawił się ktoś lepszy, a przynajmniej tak do tej pory Tawuła uważał.
Przez dłuższą chwilę prowadził swego rodzaju walkę na spojrzenia z czarnym wojownikiem. W końcu jednak znudzony odpuścił i skierował się poza obóz, decydując się spędzić dzisiejszą noc w okolicy Złotych Kłosów.

<Lśniący? wstrzymanie chyba lub skip? i proszę nie odreagować na pchełce, murem za pchełką, musi być hepi, tawułe za to można pobić bita śmietana nowe imię będzie, zaklepane>

03 czerwca 2026

Od Lśniącej Gwiazdy CD. Tawułowej Bryzy

— Muszę przyznać, że im dłużej cię słucham, tym bardziej odnoszę wrażenie, iż sam nie dostrzegasz pewnej sprzeczności we własnych słowach. Mówisz bowiem, że nie oceniasz Pchełkowego Skoku przez pryzmat więzów, a jednocześnie opowiadasz o niej z takim przekonaniem, z jakim nie wspominasz o żadnym innym wojowniku. Mówisz o jej oddaniu, jej wysiłku oraz jej rozwoju, ponieważ miałeś okazję obserwować ją przez większą część swojego życia. Czy nie sądzisz, że właśnie dlatego tak bardzo w nią wierzysz?
Na jego pysku wciąż spoczywał ten sam spokojny uśmiech.
— Nie twierdzę, że się mylisz. Nie twierdzę nawet, że Pchełkowy Skok byłaby złym zastępcą. Zastanawiam się jednak, czy dostrzegasz, że prosisz mnie o całkowitą bezstronność, podczas gdy sam patrzysz na sytuację przez pryzmat własnych doświadczeń.
Przez moment milczał, pozwalając słowom wybrzmieć.
— Powiedziałeś również, że powinienem słuchać swojego klanu, że potrzebujemy lidera wsłuchującego się w głosy wojowników po wszystkich tragediach, które nas spotkały. Powiedz mi więc szczerze... ilu wojowników pytałeś o zdanie? Ilu z nich powiedziało ci, że nie ufa Truskawkowemu Polu? Ilu otwarcie sprzeciwia się mojej decyzji?
Jego głos pozostawał miękki, choć pytania padały jedno po drugim.
— Czy przemawiasz w imieniu klanu, czy może przemawiasz w imieniu własnych obaw?
Lider poruszył lekko uszami.
— Wspomniałeś także o Owocowym Lesie, ponieważ obawiasz się, że wybór Truskawkowego Pola może zachwiać naszymi relacjami z tamtą społecznością. Ja jednak nie wierzę, że prawdziwy sojusz jest tak kruchy, by rozpadł się wyłącznie dlatego, że jedna kotka odnalazła swoje miejsce gdzie indziej. Gdybyśmy zaczęli podejmować decyzje wyłącznie ze strachu przed reakcją innych klanów czy społeczności, wówczas przestalibyśmy być gospodarzami własnego losu.
Jego ogon owinął się spokojnie wokół łap.
— A jeśli chodzi o kocięta to właśnie ten argument utwierdza mnie w przekonaniu, że dokonałem właściwego wyboru. Wojownik, który potrafi troszczyć się o własną rodzinę, znacznie lepiej rozumie wartość społeczności niż ktoś, kto nigdy nie musiał dźwigać podobnej odpowiedzialności. Kilka księżyców spędzonych w żłobku nie odbierze Truskawkowemu Polu ani doświadczenia, ani mądrości, ani oddania wobec klanu.
Lśniąca Gwiazda zrobił krótki krok w stronę Tawułowej Bryzy, choć w jego postawie nie było nawet śladu agresji.
— Powiedziałeś mi również, abym nie popełniał błędów mojego ojca. Uwierz mi jednak, że każdego dnia zastanawiam się nad jego decyzjami znacznie częściej, niż mogłoby się wydawać. I nie zamierzam pozwolić, by strach kierował moimi wyborami.
Przez moment przyglądał się wojownikowi w milczeniu.
— Nie potrzebuję zastępcy, którego zaakceptują wszyscy, ponieważ taki kot nigdy nie istniał i nigdy istnieć nie będzie. Potrzebuję zastępcy, któremu ufam, który rozumie wartości Klanu Klifu i który pozostanie wierny tej społeczności nawet wtedy, gdy inni zaczną wątpić.

<Sorka, ale zdania nie zmienię. Więcc… Dalej chcesz się kłócić, czy odejdziesz z honorem, Tawuło?:)>

01 czerwca 2026

Od Tawułowej Bryzy CD. Lśniącej Gwiazdy

– N-nie… – zaprzeczył, przeklinając w myślach, że kocur poruszył ten temat. Tawułowa Bryza przeczuwał, że kocur odbije pałeczkę, i tak też się stało. – Nie jest to hipokryzja – miauknął pewniejszym tonem.
– W takim razie co?
– Ja… nie wiem – prychnął. Zirytowany zamachał ogonem. – Pchełkowy Skok wcale nie musiałaby być moją siostrą, abym potrafił docenić jej oddanie wobec klanu oraz jej umiejętności. I w przeciwieństwie do ciebie, Lśniąca Gwiazdo i Truskawkowego Pola, my nie mogliśmy wybrać łączących nas więzów. To nie ja wybrałem ją na swoją siostrę, a tym bardziej mentorkę, tak jak ty wybrałeś Truskawkę na swoją partnerkę, zastępczynię i matkę swoich kociąt. Między nami jest znacząca różnica. Te wybory należały do Jastrzębiego Zewu i Judaszowcowej Gwiazdy!
Zresztą tak właśnie było. Tawułowa Bryza nie patrzył przez pryzmat więzów na szylkretową kotkę jako odpowiednią kandydatkę na zastępcę, bo na początku nie miał przecież pojęcia, że są rodziną, nawet jeśli wiele rzeczy na to wskazywało. A łączące więzy krwi jedynie umocniły przekonania i zapewniły Tawułę, że nie popełnił błędu, wybierając ze wszystkich kotów Pchełkowy Skok na wzór do naśladowania. Bo w przeciwieństwie do pozostałych kotów żyjących w Klanie Klifu Pchełka była kimś kto nie osiadł na laurach, tylko z każdym kolejnym dniem starała się być jeszcze lepszą wersją siebie.
Musiała, ale gdyby również nie pragnęła pokazać innym, na co ją stać, nie byłaby tym, kim teraz jest. A Tawuła, dzięki temu, że został jej uczniem, miał możliwość obserwacji rozwoju kocicy. I był w stanie ją zrozumieć, jak mało który z wojowników.
– Pchełkowy Skok jest kotem pochodzącym z sojuszniczego miotu – zauważył Tawułowa Bryza. On wraz ze swoim rodzeństwem z miotu nie miał tego przywileju ani przekleństwa bycia kocięciem łączącym dwie społeczności. – Wybranie jej na zastępcę byłoby najodpowiedniejszą rzeczą, jeśli chodzi o dobro Klanu Klifu, ale również dodatkowo uczyniłoby sojusz z Klanem Burzy trwalszym, jak nigdy dotąd. A wybór Truskawkowego Pola może postawić nasz sojusz z Owocowym Lasem pod znakiem zapytania... Nie musi, ale może! – dodał, nie chcąc, aby kocur ponownie mu zarzucił widzenia przyszłości w szarych barwach pod rządami jego partnerki. Jednak wątpił, aby koty z Owocowego Lasu przyjęły pozytywnie wiadomość o tym, że kot, który ich opuścił, dołączył do sojuszniczej społeczności. Co jeśli naprawdę zechcą zerwać sojusz? Czy Lśniąca Gwiazda o tym nie pomyślał? – W dodatku teraz będzie wyłączona z pełnienia swojej funkcji na około osiem księżyców poświęcając się na oddechowaniu młodych… – Pokręcił głową. – To krótko, patrząc na to, ile przeciętnie żyją wojownicy, lecz wystarczająco, aby utwierdzić większą liczbę kotów w przekonaniu, że popełniłeś ogromny błąd. Podobnie jak twój ojciec, gdy wybrał Pikującą Jaskółkę na swoją zastępczynię. Nie popełniaj jego błędów, Lśniąca Gwiazdo. Bądź liderem, który słucha swojego ludu. To właśnie takiego lidera potrzebujemy w tych czasach, w szczególności po tragediach, które nas spotkały. – Na samą myśl o zmarłych bliskich, jak i o tych, którzy zostali skrzywdzeni, poczuł ukłucie w sercu – Porozmawiaj z pozostałymi wojownikami – miauknął, nie wiedząc, jak mógł inaczej wpłynąć na kocura. Spojrzenie przeniósł na wyjście z legowiska kocura. Miał ochotę już wyjść, czując zmęczenie od rozmowy. Nie przywykł do prowadzenia tak długich konwencji. Nie widział jednak, czy kocur go puści, po tym, gdy jawnie wyznał, że nie akceptuje Truskawkowego Pola.
Wizja dzielenia legowiska z Gąsienicowym Ogryzkiem stawała się bardziej wyraźna, niż Tawuła chciał to przyznać.

<Lśniący? Aby uspokoić przeciwników Truskaweczki wybierz zastępcę zastępcy wybranego w demokratycznych wyborach. niech będzie nowa lepsza era klanu klifu bez wstrętnych mew>

29 maja 2026

Od Lśniącej Gwiazdy CD. Tawułowej Bryzy

Westchnął cicho, przeciągle, niczym wojownik przygnieciony ciężarem odpowiedzialności większym, niż powinien dźwigać samotnie.
— Powiedz mi… — odezwał się w końcu głosem miękkim jak mech wyściełający legowiska starszyzny — czy żaden kot nie zasługuje na drugą szansę? Czy przodkowie odrzucają każdego, kto choć raz zbłądził ze ścieżki, którą dla niego wyznaczono? Gdyby tak było… połowa klanów dawno rozsypałaby się w pył, a las pełen byłby jedynie duchów żałujących własnych błędów.
Na moment opuścił spojrzenie, jakby naprawdę rozmyślał nad losem tych wszystkich kotów, które kiedyś upadły.
— Klan Gwiazdy nie oczekuje od nas doskonałości, Tawułowa Bryzo. Oczekuje od nas wyborów. Tego, co robimy po własnych błędach.
Mówił miękko, niemal kojąco, lecz pod tą łagodnością kryło się coś cięższego — subtelny nacisk oplatający rozmówcę niczym cierniste pnącze. Każde jego słowo zdawało się starannie wygładzone, pozbawione ostrych krawędzi, a jednak pozostawiało po sobie trudny do zignorowania ciężar.
— Truskawkowe Pole mogłaby odejść, tak jak odeszła z Owocowego Lasu — przyznał po chwili, z zadziwiającą wręcz łatwością. — Mogłaby porzucić Klan Klifu przy pierwszym trudzie, przy pierwszym rozczarowaniu albo strachu. A jednak tego nie zrobiła.
Uniósł wzrok z powrotem na Tawułową Bryzę.
— Dołączyła do nas z własnej woli. Nie dlatego, że była głodna. Nie dlatego, że została zmuszona czy osaczona przez los. Wybrała Klan Klifu, ponieważ dostrzegła w nim coś, czego najwyraźniej brakowało jej wcześniej. Spokój. Wartość. Cel.
Lekki uśmiech przemknął przez jego pysk — ciepły, niemal melancholijny.
— I każdego dnia wybiera go ponownie.
Zapadła krótka cisza, podczas której wiatr zaszeleścił wysoko w koronach drzew, a gdzieś w oddali rozległ się pojedynczy krzyk nocnego ptaka.
— Ty natomiast — podjął ciszej — oceniasz ją tak, jakby zdrada już się wydarzyła. Jakby jej szansa na cokolwiek dobrego została przekreślona w momencie, w którym przybyła na nasze tereny.
Powoli zrobił krok bliżej. Nie był to ruch agresywny — przeciwnie, jego postawa nadal pozostawała spokojna i otwarta — lecz mimo to coś w tym geście sprawiało, że przestrzeń między nimi zdawała się nagle ciaśniejsza.
— A teraz posłuchaj mnie uważnie, Tawułowa Bryzo.
Jego głos nie stwardniał. Jeśli już, stał się jeszcze łagodniejszy, bardziej aksamitny, przez co ukryte pod nim ostrze było trudniejsze do dostrzeżenia.
— Zarzucasz mi, że wybrałem Truskawkowe Pole dlatego, iż jest mi bliska. Że moje uczucia przesłoniły mi osąd. — Delikatnie przechylił głowę. — A jednocześnie próbujesz przekonać mnie, że kotka będąca twoją siostrą… oraz twoją dawną mentorką… byłaby wyborem bardziej odpowiednim.
Przerwał na moment, pozwalając, by znaczenie własnych słów spokojnie osiadło pomiędzy nimi.
— Nie sądzisz, że to lekka hipokryzja?
Uśmiechnął się delikatnie, po czym parsknął cicho — nie wyglądało to jak złośliwy gest, raczej jak niewinne rozbawienie. Jak gdyby stojący przed nim wojownik był jedynie zagubionym kociakiem, który z desperacką niemal upartością próbował udowodnić swoją rację.

<Tawuło?>

26 maja 2026

Od Tawułowej Bryzy CD. Lśniącej Gwiazdy

Tawułowa Bryza nie przypominał sobie, aby kocica ruszyła w bój, czy ryzykowała swym życiem, aby zapewnić bezpieczeństwo Klanu Klifu. Polować każdy mógł, podobnie jak wykonywać inne obowiązki. W czym niby była lepsza, chociażby od pozostałych wojowników? Nawet o zgrozo Jastrzębi Zew, gdyby nie jej kontuzja byłaby lepszym wyborem na zastępczynię. Nie licząc faktu, że połowę kociąt wychowała w nienawiści do Pikującej Jaskółki. Ważne, że zadbała o to, aby kocięta były lojalne swojej społeczności. To jak żaden inny kot wpajała kociętom przez cały ich czas pobytu w kociarni.
"Truskawkowe Pole udowodniła mu swoją wartość wielokrotnie? Niby kiedy! Chyba jak byli sam na sam i nikt więcej nie miał okazji spostrzec, ile jest tak naprawdę warta..."
Pokręcił głową. Czuł się na przegranej pozycji, zdawał sobie sprawę, że słowa kogoś takiego jak on, zwykłego szarego wojownika, który sporo ryzykował, nie będą miały wpływu na decyzję kocura.
— To prawda. Dlatego mógłbym oprócz kandydatury Pchełkowego Skoku zgłosić kandydaturę jeszcze dwóch kotów, które, mimo że nie narodziły się w Klanie Klifu, nadawaliby się bardziej na zastępcę niż twoja partnerka... Jednak z ich trójki, to właśnie Pchełka wypada najlepiej. — Zniżył głowę, starając się uspokoić nerwy. Denerwował go fakt, że "wuj" odkąd został liderem, obrósł w piórka, gdy jeszcze nie tak dawno temu, za życia Judaszowcowej Gwiazdy, snuł się smętnie po obozowisku dokładnie w podobny sposób jak Tawułowa Bryza teraz. Czy gdyby Tawułowa Bryza został liderem, zyskałby charyzmę oraz jego życie byłoby lepsze niż dotychczas? — Zresztą kodeks nie ma nic do tego. Tym bardziej że każdy klan interpretuje go na własny sposób, nie mówiąc już o poszczególnych kotach... I nie. Nie oceniam Truskawkowego Pola poprzez krew, jej wiarę, czy wygląd. Po prostu nie sądzę, aby była kimś na tyle kompetentnym do pełnienia funkcji twojej prawej łapy. W szczególności, że była członkinią Owocowego Lasu i po prostu z niego odeszła, decydując się na życie samotnika... Porzuciła swój dom, swoich bliskich...
Tawuła miał w nosie powód odejścia kocicy. Nie interesował go to. Nie podobała jej się władza w sojuszniczej społeczności? Mogła wyrazić sprzeciw, nawet jeśli naraziłaby się przywódcy. Jednak uznała, że lepiej podwinąć ogon, dołączyć do Klanu Klifu i omamić Lśniącą Gwiazdę. Zdecydował się nie poruszać kwestii, że jego zdaniem klanem nie powinny przewodzić koty, które były partnerami lub też były ze sobą w jakiś sposób spokrewnione, nie chcąc czepiać się ich partnerstwa, które zresztą prawdopodobnie rozwinęło się na przełomie awansu szylkretki? A może już wtedy, gdy kocur ją nauczał.
— Co zrobisz, gdy znudzi jej się życie w Klanie Klifu? — spytał po chwili. Wątpił, że tak się stanie. Mało, który kot porzuciłby funkcje prawej łapy lidera, decydując się na koczowniczy tryb życia czy dołączenie do innego klanu. — I po prostu odejdzie? Lśniąca Gwiazdo, proszę. Wiem, że Truskawkowe Pole to twoja partnerka, jeszcze w dodatku spodziewacie się teraz kociąt, ale posłuchaj głosu podległych tobie wojowników, z którymi spędziłeś więcej czasu w Klanie Klifu i za których jesteś teraz odpowiedzialny... Zadbaj o to, aby twój następca był w przyszłości liderem, który nie tyle, co zostanie zaakceptowany przez wszystkich członków Klanu Klifu oraz Klan Gwiazdy, ale również nie porzuci go w potrzebie...

<Lśniąca Gwiazdo? No weź bądź sobie z Truską, ale daj Klifiaka z rodowodem na zastępcę 😭 bądź oryginalny>

24 maja 2026

Od Lśniącej Gwiazdy CD. Tawułowej Bryzy

Lśniąca Gwiazda przez dłuższą chwilę milczał.
Wpatrywał się w Tawułową Bryzę ze spokojem tak doskonałym, że aż trudnym do zniesienia, jakby słowa wojownika nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia. Gdyby tylko pozwolił sobie na szczerość, prawdopodobnie roześmiałby się cicho na widok kota stojącego przed nim z tak dumnie uniesioną głową, przekonanego, że właśnie dokonuje czegoś wielkiego, niemal bohaterskiego. Zamiast tego jednak na pysku lidera pojawił się jedynie łagodny, niemal współczujący uśmiech — ten sam, którym obdarzał młodych uczniów popełniających błędy albo wojowników zagubionych we własnych emocjach.
Powoli przejechał językiem po futrze na piersi, wykonując ten ruch z niemal ceremonialną dokładnością, jakby chciał uporządkować nie tylko własne futro, ale również atmosferę ciężką od napięcia. W rzeczywistości potrzebował jedynie kilku uderzeń serca, by dobrać odpowiednie słowa — takie, które zabrzmią rozsądnie, szlachetnie i spokojnie, a jednocześnie sprawią, że to Tawułowa Bryza zacznie wyglądać jak kot kierujący się emocjami zamiast zdrowym rozsądkiem.
Uniósł delikatnie wzrok.
— Odwaga, by przyjść do własnego przywódcy i otwarcie podważyć jego decyzję, jest czymś… rzadkim — odezwał się w końcu łagodnie. Jego głos rozlał się po grocie miękko oraz spokojnie, niemal kojąco. — Szczególnie w czasach, w których większość kotów woli szeptać po kątach zamiast powiedzieć wszystko wprost.
Przez krótką chwilę obserwował wojownika w ciszy.
Lśniąca Gwiazda od dawna nauczył się dostrzegać rzeczy, których inne koty nie zauważały. Drżenie końcówki ogona. Zbyt szybki oddech. Minimalne napięcie barków. Nawet najpewniejsze koty zdradzały własny niepokój drobnymi ruchami, których same nie były świadome.
— Rozumiem twoje obawy, Tawułowa Bryzo. Naprawdę. Wiem również, że wielu wojowników darzy Pchełkowy Skok ogromnym szacunkiem. Słusznie zresztą — jest lojalna, silna i oddana klanowi. Nigdy temu nie zaprzeczałem. Nigdy w to nie wątpiłem.
Na moment urwał, a cisza, która zapadła pomiędzy nimi, wydawała się niemal dusząca.
— Ale przywództwo nie polega wyłącznie na sile ani na tym, kogo klan lubi najbardziej.
Jego ogon przesunął się wolno po kamiennej posadzce, wydając cichy, szorstki dźwięk.
— Truskawkowe Pole udowodniła mi swoją wartość wielokrotnie, nawet wtedy, gdy inni patrzyli na nią wyłącznie przez pryzmat jej pochodzenia. Być może właśnie dlatego wybrałem ją na zastępczynię — ponieważ widzę więcej niż większość kotów.
Mówiąc to, uniósł lekko pysk, a światło wpadające do wnętrza groty przecięło jego sylwetkę ostrą smugą blasku. Przez krótką chwilę wyglądał niemal jak posąg wykuty z bursztynu i kamienia — idealny obraz przywódcy, którego spokój wydawał się wręcz niewyczerpany.
— Kodeks wojowników uczy nas przecież, by oceniać kota po jego czynach, a nie po krwi płynącej w jego żyłach. Czyż nie tak?

<Tawuło? Wybacz, ale tej walki nie wygrasz…>

Od Tawułowej Bryzy Do Lśniącej Gwiazdy

Zdaniem Tawułowej Bryzy jego przybrane wyjostwo nie miało gustu, jeśli chodziło o wybór partnerów. Najpierw Źródlana Łuna, wiążąca się z synem Jaskółki, z którym doczekała się dwójki kociąt, a teraz Lśniąca Gwiazda. Czyli miał rację, co do Truskawkowego Pola. Kocica jak nic omamiła ich lidera, a Klan Gwiazdy pozwalał na to, biernie przyglądając się śmiertelnikom z niebios i nie racząc zainterweniować, gdy w klanie mogło dojść do przejawów korupcji.
Nieco mocniej niż zamierzał pociągnął językiem futro swojej siostry, podczas dzielenia języków. Promyk cicho pisnęła, na co Tawuła, wzdychając, odsunął się od szylkretki.
– Widzę, że coś cię trapi… Nie duś tego w sobie, Tawuło – miauknęła, zachęcając do wyznania.
Wahał się czy nie wyznać siostrze powodu swych zmartwień, jak i nie spróbować jej przekonać do przywrócenia Rady Pięciu Wąsów. Zdaniem Tawuły najlepiej byłoby, aby nawet liderzy, zastępcy czy nawet medycy nie byli ze sobą spokrewnieni, a tym bardziej partnerami, a nie tylko radni. Cóż, byłoby to ciężkie, patrząc, że chociażby taki Tawułowa Bryza był chyba z niemalże z każdym kotem spokrewniony w klanie, nawet jeśli nie przez krew. W końcu partner stryjecznej ciotki wujka dziadka to, jakby nie patrzeć, również rodzina. Nie tak bliska jak rodzeństwo czy rodzice, lecz nadal rodzina.
– Masz rację. Nie będę tego dusić.
Podniósł się z kamiennego podłoża, decydując się rozprostować swoje patykowate kończyny. Przeniósł spojrzenie po otaczających go klifiakach. Niektórzy tak jak i on wcześniej dzielił języki, inni spożywali posiłki, a jeszcze inni plotkowali. Większość wydawała się być szczęśliwa lub też całkiem sprawnie udawała radość.
– Prawdopodobnie naraże się Lśniącej Gwieździe – podjął, zerkając przez ramię na brązową szylkretke. Uśmiechnął się gorzko, zastanawiając się, czy nie powinien jednak zrezygnować z konfrontacji z kocurem. – Jeśli tak się stanie, pamiętaj, że zależało mi na dobru klanu.
Powoli ruszył w kierunku legowiska lidera, ignorując nawoływanie siostry, która być może próbowała odciągnąć od popełnienia głupstwa białego kota. Albo uznała, że Tawule po raz pierwszy w życiu zebrało się na żarty.
Wstrzymał oddech, stojąc w wejściu. Wahał się, denerwował się konsekwencjami rozmowy, jednak ostatecznie zrobił krok naprzód. Potem kolejny. Aż w końcu stał naprzeciw rudego przywódcy, który wydawał się spodziewać prędzej czy później wizyty Tawułowej Bryzy. Zielonooki bez zbędnych uprzejmości, jak i gratulacji w związku z powiększeniem się rodziny kocura, przeszedł do konkretów. Cóż miał do stracenia? W sumie to wszystko, ale ktoś musiał być tą małą iskrą. Zważywszy na to, że większość klifiaków podzielała jego nastroje wobec wyboru zastępcy. Tym bardziej, że zamiast pełnić swoją funkcję, z powodu kociąt będzie przez nie rozpraszana przez dobre 8 księżyców, przynajmniej w teorii.
– Dlaczego wybrałeś Truskawkowe Pole na swoją zastępczynię? – spytał, stojąc naprzeciw Lśniącej Gwiazdy z wysoko uniesioną głową, spoglądając na kocura nieco wyzywająco. Chwilę przed tym nim wszedł do legowiska lidera o mało co serce nie wyskoczyło mu z piersi, jak i nie zwrócił śniadania, teraz jednak pewnie stał na łapach bez oznak stresu. Jedyne, co teraz czuł, to pustka, dzięki której być może był tak właściwie w stanie mówić. Kocurowi musiało się obić o uszy to, że większość klifiaków nie była zadowolona z jego wyboru szylkretowej kocicy na zastępczynię. – Pchełkowy Skok byłaby lepszym wyborem na twoją prawą łapę. Ja to wiem, a tym bardziej ty powinieneś. I sądzę, że większość klifiaków również podzieliłaby moje zdanie. – Miał nadzieję, że część ich rozmowy być może dotrze do kotów, które faktycznie podzielały jego zdanie.
Miał nadzieję, że kocur nie zacznie wychwalać swej partnerki i jej umiejętności, powołując się na to, że ją przecież również szkolił, po tym, jak została członkinią Klanu Klifu i inne tego typu zbędne rzeczy. A tym bardziej, że nie uzna, że Tawuła miałby w tym jakiś interes, chcąc mieć wysoko u władzy członka swojej rodziny. Członka, z którym dzieli go krew.
Jego prawą łapą powinien być ktoś, kto od początku wychowywał się w ich społeczności i jest jej wierny, jak żaden inny kot. A takich jednostek Tawuła mógł naliczyć na paluszkach swej jednej łapy. Nawet Bukowa Korona nadawałby się na lepszego kandydata, mimo że podobnie jak Truskawka nie narodził się w Klanie Klifu. Przynajmniej kocur również jak Pchełka nie raz pokazał swoje oddanie wobec klanu. Był jeszcze jeden kot, jednak musiałby się jeszcze wykazać, aby według Tawuły był godnym kandydatem do pełnienia tak ważnej funkcji.
Jedyną sensowną odpowiedzią na to, dlaczego Lśniąca Gwiazda nie wybrał Pchełkowego Skoku na swoją zastępczynię, było to, że kocur musiał jej się najzwyczajniej bać. Bał się, że kotka mogłaby zagrozić jego rządom. Ślepiec nawet byłby w stanie pojąć, jak kotka, będąca owocem sojuszniczego miotu, rozwinęła się na przestrzeni księżyców. Była wzorem do naśladowania. Wojownikiem, którym każdy mały kociak powinien chcieć stać się w przyszłości. Wojownikiem, którym Tawułowa Bryza miał nadzieję kiedyś zostać czy też chociaż się odrobinę zbliżyć.
Pchełkowy Skok była lepsza zarówno od Truskawkowego Pola, jak i Lśniącej Gwiazdy razem wziętych.
Zmrużył oczy. Jeśli faktycznie jedynym powodem, dla którego odsunął kocice od funkcji, którą ta powinna piastować, był strach, to znaczyło, że nie należy mu ufać i podążać za nim.


<Lśniący? To nie faza emo, Tawułe opętał jakiś demon>